Z opieką naprzemienną jest jak z demokracją –  jest bardzo zła, ale nikt do tej pory nie wymyślił nic lepszego…

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
26 października 2018
Fot. iStock/PeopleImages
 

Kiedy godziłam się na cotygodniową zmianę, byłam przekonana, że to lepsze, niż kursowanie w tygodniu do ojca po zajęciach w szkole. Dzisiaj przyznaję – zwyczajnie przygniotła mnie codzienna logistyka. Mój syn nieustająco zostawiał w mieszkaniu swojego taty wszelkie możliwe imponderabilia. Niby zwykłe, drobne rzeczy, piórnik, zeszyt do polskiego, ładowarkę do telefonu, obuwie na zmianę, ale tak jakoś to było dziwnym trafem urządzone, że ich brak ciążył czasem podwójnie. Wiecznie czegoś szukał, wiecznie zapominał, miałam wrażenie, że jest to dla niego nawet pewnego rodzaju wygodne usprawiedliwienie. Dostawałam białej gorączki kiedy słyszałam – zostawiłem u taty… Wszyscy łapali się za głowy, że dzieciak nieustająco kursuje pomiędzy domami. Nic nie było w porządku.

W tak zwanym  międzyczasie, a jeśli uważnie śledziliście moje wpisy to jesteście na bieżąco, bo tatuś postanowił uregulować ciążące mu na sercu kontakty ze mną (bo przecież nie z dzieckiem) i wniósł sprawę do Sądu o zamieszkanie syna u niego. Sądy nasze opieszałe, po roku kursowania na rozprawy, a przede wszystkim kategorycznej odmowie syna zamieszkania u taty, łaskawca zaproponował – tydzień u mnie, tydzień u ciebie. Chodziło już tylko o to, żeby zaimponować sędzinie, że jest z tych – wychodzących naprzeciw – a to jest bardzo pożądana cecha wśród starających się tatusiów z cyklu: „żeby było normalnie”. Zauważyłyście ten trend? Ja zauważyłam. Nieważne jak toksyczny ojciec, ważny, że biologiczny i się stara. Prawda? Oczywiście generalizuję lekko na użytek tematu ale niestety coś w tym jest, jakiś swoistego rodzaju trend prorodzinny, brakuje tylko banerów na instytucjach z hasłami: „oddamy dzieciom ojców”. „Czy wam się podoba, czy nie. Wszystkich!” – dopisałabym. Smutne jest to wrzucanie do jednego gara i mierzenie jedną miarą problemu.

A i nie mam zamiaru, żebyście posądzili mnie o tendencyjność. Znam  również mamusie pozbawione inteligencji emocjonalnej, które wywijają dzieckiem, jak mieczem w sądzie. Na zawołanie preparują dowody na „ojcowską nieodpowiedzialność”. Bo mylą podstawowe pojęcia i wydaje im się, że kiedy tatuś przestaje kochać mamusię i odchodzi do innej, to znaczy, że dziecka też nie kocha. To znaczy, że jest gnojem i chamem. To znaczy, że trzeba odebrać mu wszystko. Piszę o tym, że KAŻDA sytuacja jest inna, a trendy zostawmy branży modowej. Wkurza mnie, że realizacja polityki rodzinnej sprowadza się do ślepo pojętej misji – rodzina ponad wszystko! A kiedy dziecko w szkole na plastyce rysuje uśmiechniętą mamę bez taty obok – to natychmiast kieruje dziecko na terapię… Problem w tym, że Kodeks Rodzinny nie definiuje pojęcia – „dobro dziecka”, jeszcze nie znalazł się nikt, kto odważyłby się opisać dla formalnych spraw to pojęcie. Może to i dobrze.

Tak więc łaskawie i ja, wychodząc naprzeciw, jako odpowiedzialna matka, zgodziłam się na cotygodniową, naprzemienną opiekę. Po miesiącu eksperymentu uważam, że to najgorsze ze wszystkich możliwych rozwiązań i konia z rzędem temu, kto wymyśliłby coś innego. Naturalnie biorąc pod uwagę potrzeby dziecka, matki i ojca. I prawa tychże. Każdego z osobna. Znacie tę narrację chyba, prawda?

Bo u mnie to on chodzi jak w zegarku.

Jasne, tylko nie jestem pewna, czy jest się czym chwalić. Dla mnie oznacza to, że zwyczajnie nie czuje się u swojego taty komfortowo, a wszelkie objawy autorytarnego wychowania odbiją się na nim wcześniej, niż później.

U ciebie nie ma żadnych obowiązków, dlatego tak czeka na ten tydzień z tobą.

Oczywiście, że je ma, inaczej strzeliłabym sobie w głowę z wiecznym sprzątaniem w jego pokoju, podsuwaniem pod nos jedzenia, zmywania, pilnowania. Kocham swojego syna ale ta miłość nie przysłania mi spraw najważniejszych w życiu – autonomię i sprawczość osobnego człowieka. Kocham swojego syna ale nie wychowam go na lenia i nieroba, bo nie zamierzam w przyszłości zapadać się pod ziemię, ilekroć usłyszę od jego drugiej połowy, że nie nadaje się do życia… Naprawdę kocham swojego syna ale siebie kocham równie mocno.

Zapakowałem ci twoje rzeczy, ty przygotuj torbę z moimi.

Chryste, a ja myślałam, że to są rzeczy naszego syna! Nie robię inwentaryzacji, nie spisuję butów, koszulek, nie rejestruję faktu kiedy chodzi w majtkach kupionych przez ojca, a kiedy w zakupionych przeze mnie. Totalnie jest to nieistotne. Jak widać nie dla wszystkich. Zatem co tydzień remanent święta rzecz.

Kiedy jest u mnie, ma lepsze oceny.

Tatuś ewidentnie nie rejestruje, że wpisana ocena z prac klasowych na przykład, nijak się nie ma do tego, gdzie aktualnie mieszka jego syn. Nie licytuję się zatem, nie wyliczam średniej z tygodnia, ale trauma jest, przyznaję. Z drżeniem serca sprawdzam librusa, żeby nie daj boże nie zapomnieć o pracy domowej na mojej warcie…

Mogłabym zrobić całą listę takich wynalazków, ale proponuję poszerzyć ją o Wasze doświadczenia. Z pewnością są jedyne w swoim rodzaju! A tak naprawdę, cały czas towarzyszy mi poczucie, że ten kuriozalny wynalazek jest ohydnym testem z cyklu, kto odpuści szybciej, dla dobra dziecka, naturalnie …


„Chcę mieć pewność, że to ty…”. Upokorzył mnie tak strasznie, że dzisiaj nie umiem spojrzeć na siebie w lustro

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
22 sierpnia 2018
Fot. iStock/Viktor_Gladkov

– Najpierw robi się bardzo duszno, potem brakuje tchu – wspomina Ania. – W uszach słyszysz tylko bicie własnego serca i gorączkowo łapiesz powietrze. W pewnej chwili zakręciło mi się w głowie i widziałam taki zaśnieżony ekran, jak kiedyś, kiedy nie było już nic w telewizji. To był zdecydowanie koniec programu. Do kościoła wysłał brata. To on mi powiedział, że Bartek nie przyjdzie. Nie chce wyjść z domu. Nie chce ślubu.

Miesiąc czekałam na Ani telefon. Nie miałam pojęcia, jak się zachować, co się robi w takich sytuacjach. Niby nikt nie umarł, a jednak wszyscy byli w pewnym sensie – w żałobie. Chciałam porozmawiać, zrozumieć, co się stało. Kiedy po raz pierwszy oglądałam „Sex w wielkim mieście”, a Big nie pojawił się na swoim ślubie, w bólach, i z wrodzoną mi empatią, identyfikowałam się z Carrie. Ale i pamiętam jego słowa, kiedy podjeżdżał pod miejsce ich ślubu: „chcę mieć pewność, że to Ty… ’ – nie dawało mi to spokoju.

– Nie potrafię mu wybaczyć, nigdy w życiu nikt nie zrobił mi większego świństwa. Nie zasługuje na moje wybaczenie. Upokorzył mnie tak strasznie, że dzisiaj nie umiem spojrzeć na siebie w lustro. – Anka strzelała we mnie potokiem słów. – Chciałam się rozpaść, zniknąć. Do dzisiaj nie wiem, kto wyprowadził mnie z tego kościoła. Te wszystkie gadżety ślubne, nieotwarte prezenty, weselne pierdoły prześladowały mnie jeszcze dobrych kilka tygodni. Jakby mi ktoś serce wyrwał. Sukienkę podpaliłam i miałam szczęście, że mieszkania z dymem nie puściłam! Potem już tylko chciałam wiedzieć jedno – czy mnie zdradzał i czy odszedł do innej.

Bartek nie odszedł do innej. Z Anią był kilka dobrych lat i prędzej spodziewałabym się, że to ona zmieni zdanie, niż on wybierze wolność. Zawsze mi się wydawało, że było mu z Anią wygodnie. Był tak nieprawdopodobnie wpasowany w jej kalendarz wszelkich pomysłów na życie, że tylko… śmierć mogłaby ich rozłączyć.

– Kochałem Anię. Myślę, że nadal ją kocham. Ale wtedy, w jednej chwili poczułem, że jestem tylko elementem w tym jej idealnym świecie, który sobie wymyśliła. Tylko zapomniała mi przez te wszystkie lata razem powiedzieć, do czego jestem jej potrzebny. Bartek był naprawdę przygnębiony.

– Wiem, że dotarło to do mnie w najgorszym z momentów. Kiedy zacząłem pić, dodawać sobie, wiesz, animuszu, coraz bardziej się bałem i coraz mocniej widziałem te wszystkie braki między nami. Jeden wielki kompromis z mojej strony. Od samego początku nie podobał mi się nawet kolor garnituru. Lubię granatowy, a ona chciała szary. I te wszystkie przedstawienia, na które nie miałem ochoty, tańce, przebieranki, jezu! To miał być nasz ślub, a nie program telewizyjny! Nie miałem odwagi, żeby ją zatrzymać.

I wtedy dotarło do mnie, że on jedyny zachował się w tym całym „przedstawieniu” bardzo odpowiedzialnie. „Chcę mieć pewność, że to Ty…” – dźwięczało mi w uszach.

Opowiedziałam o rozmowie z Bartkiem Ani. Z detalami, żeby wiedziała, że ciągle mogą wszystko naprawić. Odetchnęła z ulgą. Że jej nie zdradził.

– Od początku mówiłam, że w lipcu się za mąż nie wychodzi – dodała.

– Dlaczego – zapytałam? Bo w nazwie miesiąca nie ma „r”!