Ten boski list, który matka zostawiła swojemu mężowi wyjeżdżając na weekend, podbił internet. Będziesz płakać ze śmiechu

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
18 sierpnia 2016
fot. iStock/skodonnell
fot. iStock/skodonnell

Bez względu na to w jakim wieku są dzieci, które zostawiasz pierwszy raz same z ojcem, prawdopodobnie towarzyszy ci lekki niepokój. To nie tak, że nie ufasz, raczej wiesz dokładnie do czego oni (wszyscy) są zdolni. Meghan Maza Oeser, udając się na weekend z przyjaciółkami zostawiła swojemu mężowi dość szczegółowy list.

List do mojego męża, który zostaje sam z naszymi dziećmi na weekend.

(Uwaga, przekład z oryginału zawiera przekleństwa)

Najdroższy Mężu,

Piszę do ciebie z miłości, wcale nie ze strachu. Chciałam tylko wyjaśnić ci kilka rzeczy zanim zacznie się dla ciebie ten samotny weekend z… dziećmi.  Noc, dzień, godzina o której jemy śniadania, jeszcze, gdzieś po drodze lunch – wszystko to wygląda trochę tak, jakby sam szatan zstąpił z piekła, albo może raczej jakiś szatański kucyk Pony.

Ale po kolei…

Kiedy wracasz do domu po pracy, to nie wygląda to wszystko źle. Będą cię ściskać, skakać wokół ciebie, w ogóle będą bardzo podekscytowane, że cię widzą.  Ale to nie potrwa długo… Obiecuję. Szybko wybije diabelna godzina. Nagle zaczną walczyć o  wszystko, a Quinn i Penny to pierwsze prowodyrki. Jest bardzo prawdopodobne, że Quinn będzie zaraz wkurzona o to, że Penny ma na sobie sukienkę Elsy, a Penny zdenerwuje się, że Quinn pozwala jej być tylko Anną…  Penny będzie również walczyła oto, żeby wcale nie pójść spać, ale o tym później.

Kolacja się nie uda. Bailey będzie chciał pizzę, a Harper poprosi o hot dogi. Quinn będzie płakać, za każdym razem, gdy wypowiesz słowo „hot dog”, ale zażąda, będzie nalegać na Maca z serem (ale ani nie pomarańczowego, ani białego, tylko tego fioletowego). Okaże się, że nie mamy fioletowych, więc poprosi o tosty. Właśnie zaczniesz robić maca z serem dla  Penny, ale skoro tylko Penny usłyszy, że Quinn poprosiła o tosty, ona też zażąda tosta. Skończysz rzucająć Maca w kąt, ponieważ przypomni im się, że Bailey dostał grypy żołądkowej po zjedzeniu 5 lat temu maca tego pomarańczowego rodzaju, a Harper i tak woli białe. Z resztą, na chwilę zapomnisz o Harper, bo jej przyjaciółka Lily „niespodziewanie” wpadnie na moment i pojadą  w cholerę na deskorolce w dół ulicy. Ostatecznie wszyscy zjedzą płatki na kolację, a Lily wpadnie do was jeszcze raz tym razem po plaster z opatrunkiem.

Będziesz chciał usiąść i odpocząć po kolacji /(śniadaniu?), ale ostrzegam cię lepiej tego nie rób. Będzie spokojnie… naprawdę cicho. Wtedy zdasz sobie sprawę, że trzylatka sobie gdzieś zasnęła. Nigdy nie pozwól trzylatce zasnąć o tej porze. Masz przesrane jeśli do tego doprowadzisz. Jeśli teraz pośpi, potem nie pójdzie spać co najmniej do 1:30 w nocy. Biorąc pod uwagę twój czas na sen między 21:30 a 5 rano pobudka, to beznadziejna sytuacja.

Idźmy dalej. Lily nadal tu jest. Zaczniesz się zastanawiać, gdzie do cholery podziali się jej rodzice. Uwierz mi, sama często zadaje sobie to pytanie.

Czas spać. Powodzenia, stary.

Piżama. Nie, nie, żadnej piżamy. Nawet nie próbuj założyć Penny niczego innego niż koszulka nocna. A jeśli nie można znaleźć koszulki dla Penny, szukaj, k… dalej! Poprosi cię o tę z myszką Minnie, ale jak tylko ją na nią włożysz, zaraz zacznie się drzeć, że nie może ruszyć rękami. Wystarczy znaleźć tę koszulkę z Elsą. Istnieje szansa że jest już brudna jak cholera, ale co z tego…

Śmiało możesz zostawić Penny na kanapie. Bóg wie, że pozwoliłeś jej zasnąć już gdzieś wcześniej. Quinn, Harper i Bailey zjawią się za chwilę na dole. Po prostu chwilę odczekaj. Jak tylko zalegną w łóżkach, zaczną uświadamiać sobie, że ich małe usta są wysuszone jak po przeczołgani się przez pieprzoną Saharę. Będą schodzić na dół, jedno po drugim  co cholerne 5 minut … żeby napić się wody. Pamiętaj, nie pozwól nikomu korzystać z różowego pucharka Elsy, należącego do Quinn. Jeśli to zobaczy, urządzi wam piekło.

Zapewne stanie na tym, że zaniesiesz Penny do twojego łóżka  myśląc, że to dobry pomysł. Ha ha ha ha ha! Równie dobrze możesz spać obok olimpijskiego mistrza boksu, któremu co noc śnią się walki.

Po prostu spróbuj położyć ją w jej łóżku. Daj jej iPada. To uratuje ci życie … obiecuję. Upewnij się, że go wyciszyłeś i że przyciemniłeś ekran. Nie zapomnij dyfuzorze. Napełnij to gówniane urządzenie dwiema kroplami tego uspokajającego czegoś, z lawendą.  Gdyby Penny była naprawdę nie do wytrzymania w ciągu dnia, dodaj trochę kadzidła. Ustaw fioletowe światło. Słodki Jezu, tylko proszę pamiętaj, FIOLETOWE. Jeśli ustawisz niebieskie, to będzie tak, jakby siatkówki jej oczu były wystawione cały czas na słońce. Nie zapomnij o jej niekapku. Poważnie mówię, nie zrób tego. Będzie piła, a następnie poprosi cię, żebyś go zabrał i postawił  na toaletce. 5 minut później zawoła cię, żebyś przeniósł to gówno z powrotem na kredens. O 3 nad ranem zerwie się krzykiem, że ktoś ukradł jej niekapek. Teraz Wystarczy napełnić go z powrotem, i modlić do świętego Piotra i Matki Boskiej, żeby Penny z powrotem zasnęła.

Śniadanie

Ha! Będzie równie zabawne, jak kolacja … jeśli nie jeszcze bardziej. Zrób kawę. Dużo kawy. Będziesz tego potrzebował. Penny chce płatki zbożowe lub zgodzi się na  grzanki. Cokolwiek zrobisz … pozwól jej wybrać łyżkę. Istnieje ryzyko, że to Quinn dostanie łyżkę Ultimate i Penny przekona cię, że zostawiłeś ją z najbardziej gównianą łyżeczką w garści. Śniadanie będzie tak żałosnym pokazem, że zapomnisz o jedzeniu, i zaczniesz  szybko odczuwać kofeinowe dreszcze.

To prawie pora lunchu. Wystarczy zacząć pić już teraz.

Spienić, spłukać i powtórzyć. Zobaczymy się w niedzielę.

Oh,  jeszcze jedno. Gdybyś tak chciał COŚ ZROBIĆ w ten weekend. Dużo szczęścia życzę z tym pomysłem. Quinn płacze w zasadzie co 5 minut i można by pomyśleć, że Penny jest spragniona co 4,5 sekundy. Będzie trzeba stale ją „uzupełniać”, co naturalnie prowadzi do ciągłych wypadów na nocnik. Czasami  sama chodzi sama do toalety, czasem jest kompletnie niesamodzielna. Przygotuj dużo zapasowych majtek. Acha, skoro kazałeś mi się pozbyć większości niekapków, zostawiając całe dwa, życzę ci, kurwa, dużo szczęścia z ich znalezieniem.

Buziaki

Żona


Źródło: womansday.com


Obiecywał, żeby się o to nie martwić… Bogu dziękuj, że jest… ten ON

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
18 sierpnia 2016
Fot. iStock / AleksandarNakic
Fot. iStock / AleksandarNakic

Kolejny raz w tym tygodniu trzasnęłam drzwiami od szafki w kuchni. Kolejny raz drzwiczki spadły z zawiasów, bo proszę się jak głupia od pół roku – pół roku błagam, napraw tą szafkę do jasnej cholery. I niby mówimy do siebie w tym samym narzeczu, mamy te same sprawy i podobnie postrzegamy świat, a jednak najciężej jest mi wyegzekwować proste rzeczy. Nie chce mi się kolejny raz wchodzić w dyskusję, na której końcu stoi wielka, ciężka waga z dwiema szalami, a na niej przerzucane przez nas argumenty – kto ma gorzej, kto ma więcej, kto ma ciężej i jak to jest, że się znowu od nas czegoś wymaga.

Ta nieskoszona trawa wszędzie, krzaki po kokardy, knieje jak w buszu. Obiecywał, żeby się o to nie martwić, kiedy kupowaliśmy dom, a ja nie łapałam na tej samej fali pewności, czy to faktycznie taki dobry pomysł. Przekonał mnie wtedy. Ręce dałby sobie uciąć i głowę, zarzekając się, że zawsze znajdzie na ogród czas. A teraz siedzę tu sama z dziećmi, nie wiem w co ręce włożyć,  zza siaty pięknie pobłyskuje każde wymuskane źdźbło najdroższego gatunku u sąsiada, skoszone, dopieszczone, zamiecione wręcz z kurzu i na nerwy mi działa, w oczach wierci dziury.  Ja zza swojej szczeciny zielonej nie widzę dziecka, jak gra w piłkę, piaskownica zarasta drugą warstwą bluszczu. W jakim narzeczu trzeba mówić, ile dialektów poznać, żeby nareszcie zacząć dobrze władać językiem męskim i dotrzeć finalnie do jądra tej planety. Czy w wyobrażeniu idealnego duetu na lata, powinniśmy dochodzić do perfekcji w spełnianiu wzajemnych oczekiwań, czy może nareszcie przestać narzekać i nie doszukiwać się nóg z plastiku, kiedy blat od tego stołu cały w srebrze?

Im więcej łączy nas zdarzeń, codziennych interesów, miłostek i westchnień, tym mocniej poznajemy siebie od strony bebechów, zupełnie inaczej niż na pierwszych randkach i  ich błyszczącej powierzchowności. Nic dziwnego, że oczekiwania, jakie wybudowałyśmy sobie z rozmachem po pół roku weekendowej znajomości stoją murem w zestawieniu z szarą codziennością. Zaczynamy mieszkać razem, poznajemy się od podszewki, a idylliczny obrazek zaczyna łapać pierwsze rysy – jak to możliwe, że głaskany przeze mnie obraz tak ułożonego gościa bez skazy zaczyna strasznie kuleć.

Pięć lat temu przychodził w koszulach z zaprasowanymi rękawami na kant, teraz wszystkie wrzuca do szafy czekając na huczną okazję, i pompatyczne wynurzenie żelazka spod lady. Coraz częściej przepełnia was wrażenie, że nie znacie tego pana, który obok was  smaruje masłem chleb i zostawia uświnione noże. Nie znacie duszyczki niepokornej, która tak mistrzowsko robi na złość, a jednak mieszka w sercu za głęboko , żeby ją zostawić. Przyszło się wam kiedyś zastanowić, czy przypadkiem wina nie leży po stronie malkontenta, który na własne życzenie wybudował sobie pałac ze szczerego złota, a teraz narzeka, że przez takie ściany nie widać co na zewnątrz? Cześć Malkontencie, wiesz już o kim piszę?

Kolejna potyczka na słowa. Tym razem zniecierpliwiona stoisz w łazience z pastą do zębów, która zamiast wyciskania od dołu dorobiła się porządnego gwałtu na tubie i wygląda, jakby przejechało po niej stado traktorów, koparka i cztery motocykle Enduro. I o tej paście już też było. Tyle razy ile na spokojnie, ile na ku**a mać, na proszę, na masz to zrobić!, a tu nadal nic. W waszej dopieszczonej po sufit łazience straszy ta tuba i zawsze poodkręcane specyfiki do kąpieli. W skali ważności problemów, jakimi ostatnio doświadcza cię życie, ta pasta powinna przejść obok nosa i pomachać żwawo swoim pogiętym ogonem,  a jednak ilość próśb przerasta twoje możliwości, stoisz między kiblem a wanną, z oczu kapią łzy.

Na finał wychodzicie do ludzi.  Sprzedajecie dzieciaki dziadkom, fajnie, może nareszcie wyśpicie się wzdłuż łóżka, nie w poprzek. Jedziecie na miasto. Jedno i drugie z głową w szybach autobusu, jedno nos na wschód, drugie na zachód. W domu jakieś prądy, smrody, znowu zaiskrzyło, znowu coś głupiego – doprawdy wstyd. Siadasz skwaszona jak śmietana, żal kipi z ucha, a do stolika dosiada się ktoś, kto otwarcie opowiada o życiu i związku w piekle rozstań. O dwutygodniowym małżeństwie i hazardzie, który je skończył, o dwóch tygodniach życia w uśmiechu, szczęściu i o nagłym moralnym upadku z dziesiątego piętra – jest i kokaina, dzień dobry, co ty na to? O mężach słuchasz co nie pozwalają spełniać marzeń, o domach jak więzieniach, kiedy ty ze swojego codziennie wyciągasz z szafy szpadlami, o partnerach nazywających swoje kobiety sukami i szmatami, kiedy do ciebie najgorzej mówi się „babo”, o targaniu się za włosy na środku ulicy, kiedy waszym największym fizycznym przewinieniem jest brak jakiegokolwiek dotyku w dniach cichych. Słuchasz każdego słowa, z każdym przecinkiem tych historii dostajesz płynnie lanie. Moralne klapsy z opowieści kobiet, które patrząc na twojego męża pytają „Doceniasz go? Doceniasz co masz? Doceń.” Przypominasz sobie zawias w starej szafce, trawę, pretensję w głosie. Wdech i wydech. Nagle jak skarcony pies zawijasz ogon pod tyłek i z każdym kolejnym słowem nieznajomej dostajesz reprymendę, jak za obgryziona w przedpokoju tapetę i pożarte kapcie. Ktoś, kogo nie znasz dobrze, ma aż tyle racji.

Wstajesz od stołu, ładnie wszystkich przepraszasz. Biegniesz do baru, przy którym stoi on, zamawia herbatę, którą sobie zarządziłaś. Od progu restauracji szklą się twoje oczy. Masz do niego maksymalnie dziesięć kroków, a pokonujesz je, jakbyś miała przebiec maraton. Chcesz zawisnąć na tych zasłużonych ramionach jak najszybciej. W końcu dopadasz pomiętą koszulę, porywasz zbrodniarza od tuby pasty do zębów i majstra od nienaprawionej szafki w kuchni. Wczepiasz się w pana, jak własne dzieci w ciebie i z najgłębszych komnat ciała i duszy, głośno i wyraźnie oznajmiasz „KOCHAM CIĘ. Bogu dziękuję, że jesteś”.

Bogu dziękuj, że jest.


Jak dobrze mieć sąsiada…

Anika Zadylak
Anika Zadylak
18 sierpnia 2016
Jak dobrze mieć sąsiada
Fot. iStock / SergeyNikolov

Sprawa jest prosta, jeśli nie mieszkasz samotnie w środku głuchej puszczy, to musisz mieć sąsiada. Albo nawet kilku. Niezależnie od tego, czy mieszkasz w domu czy bloku, masz  go albo za płotem, albo drzwi naprzeciwko.  Przy odrobinie szczęścia i  dystansu możesz trafić na sąsiadów, dzięki  którym, nigdy nie będziesz się chciał przeprowadzić w inne miejsce. Z obawy przed tym, że na takich już nie trafisz. Choć początki mogą być, lekko ujmując trudne. Ale może po kolei.

Sąsiedzi numer 1

– No tak, teraz to dopiero będzie cyrk. Ona w glanach, on muzyk, to żeśmy się doczekali na starość sąsiadów – Mniej więcej tak nas przywitali ci najbliżsi, czyli zza ściany. I choć ja od razu w te pędy leciałam się tłumaczyć, że może odbiegamy wyglądem od przyjętych kanonów, ale w gruncie rzeczy to normalni z nas ludzie i rodzice, to mój mąż podszedł do tego spokojniej. Na zasadzie, nie gadaj tylko pokaż. Po mniej więcej miesiącu, kiedy to przez zęby, nie siląc się na uprzejmości, odpowiadaliśmy sobie dzień dobry, nagle na balkonie słyszę, pełne serdeczności – Pani sąsiadko, mam pani majtki. I paraliż mnie ogarnął taki, że ani się odwrócić, ani odezwać, ani też uciec i nigdy więcej nie pojawić. A w głowie wojna myśli, jakim cudem znalazły się one w posiadaniu tego gościa?  I co to właściwie, za ton?   „Mam pani majtki i nie zawaham się ich użyć”, będzie żądał za nie okupu?  Cholera, ciekawe które z mojej bielizny, wpadły w jego posiadanie?

Iść po męża, czy załatwić to polubownie?  – Pani sąsiadko, wczoraj zbierałem klamerki pod balkonami i patrzę, spadła pani akurat ta część garderoby. Tylko pani pranie wisiało, więc się domyśliłem czyje to. Pukałem, bo żona mi kazała je odnieść, ale nikogo u was nie było. To jak, podrzucić je, czy sama  pani odbierze?  Jednym krótkim zdaniem, odpowiadam, że zaraz po nie będę. Mój mąż oczywiście, nie rozumie mojego zdenerwowania i dławiąc się ze śmiechu pyta, czy potrzebuje asekuracji do tych majtek. Wychodzę trzaskając drzwiami i pukam naprzeciwko. Sąsiadka uśmiechając się z przekąsem, zaprasza do środka i tłumaczy, że głupia sprawa ale skoro już tak wyszło, to może bym usiadła choć na chwilę. Zaczynamy rozmawiać i okazuje się, że to całkiem fajni ludzie, na dodatek z dużym poczuciem nie byle jakiego humoru. Gdy wychodzę po godzinie, z odnalezioną bielizna w kieszeni, nie mogę uwierzyć w to, że lody miedzy nami przełamały moje stringi. I że za ścianą, mieszka tak sympatyczne, starsze małżeństwo. Ludzie, którzy potrafili przeprosić za to, że pochopnie nas osądzili. Ludzie, którym dziś bez żadnych obaw, zostawiam klucze od mieszkania, gdy wyjeżdżamy. Ludzie, którzy letnim, ciepłym wieczorem, opowiadają o tym, jak to się żyło kiedyś. I z troska pytają, czy czegoś nam nie potrzeba.

Jak dobrze mieć sąsiada

Fot. iStock / SashaFoxWalters

Sąsiedzi numer 2

Przez siedem lat jak tu mieszkam, zastanawiałam się, czy do mieszkania piętro wyżej, wprowadzi się ktoś „normalniejszy” od całej reszty, która wynajmowała przedtem. Najpierw mieszkało tam młode małżeństwo, które nazywałam szynszylami. Bo jak te zwierzątka – spali w dzień, a życie zaczynali w nocy. Potem samotny pan, który lubił tanie wina i przechadzki po ich spożyciu. Przechadzki, kończące się nie wiedzieć czemu akurat pod moim drzwiami po to, żeby opowiedzieć mi po raz setny, o swoim niełatwym życiu. Na końcu, przez chwilę mieszkało tam dwóch braci. Urocze chłopaki, pozdrawiam serdecznie do dziś. Co prawda imprezy zdarzało im się urządzać niekoniecznie w wolny weekend, wszak wtorek to też dobry dzień, ale problemów większych nie było. Niestety wyjechali i wtedy, nareszcie doczekałam się ich. Modelowa rodzina, dwa plus dwa. Ona, on, synek i maleńka córeczka. I jakoś tak od razu, było miło i sympatycznie. Z „dzień dobry” automatycznie na „cześć”. I rozmawiało się tak jakoś lekko, choć nie zobowiązująco.  Pomału, stopniowo, zaczynaliśmy się lubić coraz bardziej.  I teraz  ja odbieram paczki od kuriera, gdy ich nie ma a oni, wpadają nakarmić moje koty gdy wyjeżdżamy. I co rano, będąc w łazience słyszę jego głos ( urok mieszkania w starym budownictwie) – Sąsiadka, to  czego dziś posłuchamy z rana, żeby nam się dzień pozytywnie rozhulał? Albo ona, widząc mój pogrążony w żałobie status na fejsie, zostawia mi wiadomość – Po robocie zapraszam piętro wyżej, mam tajną broń, wino i kubeł lodów.  I choć czasem, do szału doprowadzają mnie kilkugodzinne wrzaski, piski i tupot biegających nade mną dzieci, to zaraz przypominam sobie, jak to oni dzielnie znoszą całą płytę Behemotha, w beznadziejny poniedziałek. I wybaczamy sobie automatycznie.

Sąsiadka numer 3

Pani Leokadia, ma już tak dużo lat, że sama dokładnie nie pamięta ile. We wtorek miała 83, ale dziś rano już tylko 79. I choć tyle razy, tłumaczyłam jej, że mój mąż ma po protu bardzo długie włosy ale poza tym,  jest stuprocentowym facetem, ona uśmiechając się, wszystko rozumie. Po czym, po kilku godzinach, spotyka nas wracających z zakupów. Przystaje i głaszcze mnie po ręku, mówiąc, że jestem super dziewczyna. Po czym puszcza oko do mojego małżonka i oznajmia – Nie martw się, ty też jesteś fajna!  A poza tym wszystkim, jest najukochańszą osobą na świecie. Ciepłą, dobrą i życzliwą. Dzieci ją wprost uwielbiają, szczególnie gdy przynajmniej raz w tygodniu, drepcze do nas z talerzem naleśników i konfiturami ze śliwek. I nigdy nie zapomnę, jak kilka lat temu, stanęła w mojej obronie, gdy jednej z mieszkanek osiedla, usiłowałam spokojnie, wytłumaczyć, że fakt iż nie chodzę do kościoła, nie czyni ze mnie złego lub gorszego człowieka. Pani Leokadia przysłuchując się chwilę, wyparowała – To nie ich wina, że kościół nie bardzo toleruje, inności seksualne. A oni się kochają, tak samo mocno i pięknie, jak wszyscy pozostali. Żebym ja, stara baba, musiała tolerancji uczyć, to aż wstyd!

Jak dobrze mieć sąsiada

Fot. iStock / Oktay Ortakcioglu

Sąsiad to skarb. Nawet jeśli okaże się tzw. osiedlowym monitoringiem – żadna firma ochroniarska, mu nie dorówna! Przypilnuje ci dobytku, jak nikt inny. I wie, o której zazwyczaj pojawia się listonosz.  Lub taki, żyjący tylko dla siebie i którego nic, poza swoją własną strefą nie obchodzi. Przynajmniej wiesz, że nie będzie wtykał nosa, w nie swoje prawy. Albo ten, co pilnuje aż zanadto wszystkiego i pojawia się bezszelestnie za twoimi plecami, żeby zwrócić ci uwagę, że za głośno zamykasz drzwi. Przynajmniej o ciszę w bloku, po 22 giej nie masz się co martwić. I taki, którego większość życia, to nieustająca impreza. Zapewni ci, całkowitą eliminacje nudy. Są skrajnie różni ale bez nich, nasze życie byłoby niekompletne.  I nie zapominaj przede wszystkim o tym, co najważniejsze. Ty też jesteś czyimś sąsiadem.

Dziś rano, a mieszkam na parterze, z balkonu wyskoczyła moja kotka. Poszłam po nią i… coś przy okazji znalazłam. Pukam do znajomych drzwi, z miną triumfatora absolutnego. Otwiera sąsiad i parska śmiechem. Na moim palcu, finezyjnie zwisają jego bokserki. – To chyba pana, drogi sąsiedzie?  I słyszę w odpowiedzi – Szkoda, że się przeprowadzacie. Będzie nam, was brakować.


Zobacz także

o-WORKING-MOM-HAPPY-facebook

Nie będziesz mieć pretensji do dziecka, że Twoja kariera poszła w innym kierunku?

fot. iStock/Martin Dimitrov

Odetchnij! Mamy dla ciebie sprawdzone sposoby na relaks w ciągu dnia

Rozmiar nie ma znaczenia

Pora na nagą prawdę! Rozmiar nie ma znaczenia, chcemy być szczęśliwe!