„Tata? Wystarczy, że jest, nie musi praktycznie nic… Naturalna niesprawiedliwość”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
24 stycznia 2018
Fot. istock / SolStock
Fot. istock / SolStock
 

Tydzień ferii za nami. W tym roku nie udało mi się nigdzie wyjechać dalej, ani wziąć urlopu, ale na tyle, w taki sposób lawirować czasem własnym i dziecięcym, by dać moim synom jak najwięcej fajnych doświadczeń, przygód, doznań, wrażeń.

Pierwszy weekend ferii wyjazd – wprawdzie rodzinny w okolicach W-wy, ale… był. Był i basen, i boisko i klub full serwis, czyli bawilandia, zajęcia ruchowe dla rodziców z dziećmi i grota solna i jacuzzi i wystrzały owsiakowe i… kino i igloo i górki i …wreszcie łyżwy, na które nie udało mi się z chłopcami dostać któregoś wieczoru, za to trafiliśmy na niesamowity mecz siatkówki – – grała drużyna Legii i Anwil Włocławek. Sala pełna, wszystkie bilety wyprzedane, złapaliśmy jedne z ostatnich.

To zdarzenie na końcu to nowe zupełnie doświadczenie i dla moich (9-letniego i 11-letniego) chłopaków oraz dla mnie. I fajnie jest odkryć i wiedzieć, że nie tak znów daleko od miejsca zamieszkania jest ładny Klub sportowy, gdzie dzieją się różne wydarzenia, które mogą żywo interesować moje dzieci i mnie samą przy nich;), uczyć ich kibicowania na żywo i pokazywać, że sport może być pracą, grą, fajną zabawą, nawet życiem, a i świetnym widowiskiem. Tu mam jednak duże ALE co do kibiców Legii. Znaleźliśmy się na widowni po środku dwóch sfer kibicowych – po lewej stronie Ci kibicujący Włocławkowi, po prawej mnóstwo warszawskich „Legionistów”.

I wiecie co… Ja tego nie kumam. Bo w pewnym momencie nie wiedziałam, na co przyszłam, czy na wrzask, często niepotrzebny, kibicujących Legii, łącznie z wyzwiskami, tzw. łaciną, etc., czy na mecz z fajnym pozytywnym kibicowaniem (takie też było obecne).

Luuudzie…, ja nie cierpię, gdy poza granicami W-wy, a i w niej mówi się źle o warszawiakach, szczególnie, że Warszawa jest zlepkiem mnóstwa przyjezdnych tu za tzw. chlebem poza rodowitymi osadnikami. Nie raz słyszałam i widziałam w TV wybryki kibiców drużyn piłkarskich, ale tu…zobaczyłam też tych koszykarskich. Po co to? Po co aż tak? I raptem ta magia przebywania chłopców oglądających pierwszy raz w życiu ważny ogólnopolski mecz na żywo zostaje zabłocona i coś się psuje i świechta i trzeba tłumaczyć dzieciom, co to, po co i dlaczego.

Sorry za ten wywód przydługi. W końcu nie o tym miało być. Jednak tak na marginesie sądzę, że może dlatego legioniści przegrali (http://legia.com/aktualnosci/koszykowka-legia-warszawa-anwil-wloclawek-60-95-57533). Mnie też ciężko by było sie skupić przy aż takiej grupie niby pozytywnych, robiących sztuczny hałas kibiców.

Tak, czy inaczej chłopcy nie mają co narzekać na pierwszą połowę ferii. Między moją zajętością, a ich wolnością dałam radę. Udało się. W międzyczasie spadł śnieg, sprawiając m.in., iż zamiast łyżew ślizgaliśmy się na czterech kółkach, jako, że myśląc, iż zima nas ominie, a i chcąc ciut zaoszczędzić, nie przygotowałam opon na taki „kataklizm”;)
Za to dla dzieci frajda! Przed wyjazdem do swojego ojca korzystali ze śniegowych uciech do ostatniej minutki, wraz z kolegami, którzy wrócili z rodzinnych wypadów. Aż tak, że… nawet do mokrych majtek. :)

I… wreszcie przyszedł czas zmiany – zmiany feriowej warty. To tata dzieci miał ich wziąć na tydzień. Wreszcie upragniony przez dzieci czas, a przede mną wizja „odpoczynku”.

Chłopcom bardzo brakuje ojca na co dzień, co jest zjawiskiem zupełnie normalnym. Wyjechali tylko/aż do jego mieszkania (do jego nowej rodziny) w drugiej części W-wy, ale dla nich to zawsze radość.

Pakowanie ich było jak zwykle pewnym zamieszaniem, w którym pomagałam. Zamieszanie, bajzelek, sprawdzanie co wzięte, co nie i pytam np. ich ojca i ich samych:…
Spodenki sportowe, bluzki? Otrzymuję odpowiedź od ojca dzieci: Nie. Po co? nie będziemy nigdzie jeździć (ze mną nie było takiej opcji, bo ja z chłopcami jeździłam i do klubu sportowego i tam, gdzie strój sportowy przydać się mógł i się przydawał). Tata dzieci mówi „nie”, to i moi chłopcy przytakują, bo jak tu tacie się sprzeciwić? Pytam dalej: buty sportowe? Gdyby chcieli gdzieś pograć w piłkę? Odpowiedź uzyskuję znów: Nie, nie będą chyba potrzebne. Damy radę. Chłopcy dalej nie marudzą, bo…no tak – jadą z tatą. Pytam: stroje kąpielowe? Odp.: Nie, nie będą potrzebne 😀
Czyli na basen też nie pojadą, choć mają go blisko od miejsca zamieszkania taty.  I w tym przypadku w obecności taty chłopcy nie piszczą, że może by chcieli.
Choć zabierają komórki, no tak: te na pewno będą potrzebne – gry, internet, tablet, te rzeczy teraz będą pewnie na porządku dziennym.

Ludzie!… I tak… ja dwoję się i troję, by dzieciom zapewnić atrakcje, urozmaicić im czas, tata… wystarczy, że jest, nie musi praktycznie nic, poza tym, że zabrać ich do siebie i gdzieś tam być obok choć.

Naturalna niesprawiedliwość: dzieci tęsknią za tym rodzicem, którego nie ma na co dzień, którego im brak, to jego postać wynoszą pod niebiosa. Dodatkowo chłopcy tęsknią i potrzebują faceta. Dobrze by było, gdyby ten stanowił dla nich fajny wzór (z tym b. różnie).

Ja staram się być dla nich i facetem, czyli i tą częścią, którą powinien im zapewnić tata i mamą. Dwa w jednym. Ten układ jednak czasem wydaje się wymykać spod kontroli i czasem sił na niego brak. I są na to dowody, np. wtedy, kiedy sąsiad przynosi mi torebkę zostawioną za drzwiami w korytarzu lub kiedy ochroniarz w centurm handlowym zabiera moją kurtkę zostwioną w jednej z jadłodajni;) a w kieszeniach…uuu.

Może warto bym się tym tak nie martwiła i po prostu czasem była dla nich -dzieci, z nimi, nie bojąc się, że czegoś nie dostaną. I warto chyba, żebyśmy my wszystkie, my mamy samotne, samodzielnie wychowujące dzieci i zajmujące się wszystkim same, przypomniały sobie, że warto być, być  dla dzieci lecz też dla siebie, bo bycie dla nich jest piękne, ale jeśli tylko dla nich, to i tak nie zostanie do końca docenione. – Niestety tak jest. – I wtedy jeszcze bardziej będzie nas boleć, kiedy wariują na widok taty pojawiającego się tylko w drzwiach.

Tak jest po prostu i zaakceptujmy to i może trochę pobądźmy dla siebie w momencie, kiedy dzieci są tam…
Życzę nam tego niejednokrotnie, byśmy potrafiły czerpać z tego czasu bez dzieci dla siebie, byśmy to potrafiły, bo mnie na razie to wychodzi średnio bardzo.

 


„To może zamieszkamy razem?”. Jak ocenić, czy to dobry pomysł?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
24 stycznia 2018
Fot. iStock/Milan_Jovic
Fot. iStock/Milan_Jovic
 

W każdej poważniejszej relacji dochodzi w końcu do momentu, w którym zaczynamy rozważać wspólne mieszkanie. Nie jest to łatwa decyzja, ponieważ bardzo często wymaga wywrócenia życia do góry nogami. Inaczej do sprawy podchodzą dwudziestolatkowie, którzy dopiero co rozpoczynają dorosłe życie, a inaczej osoby po przejściach, z dziećmi z poprzednich związków, kredytami w bankach i pracą, która uniemożliwia zmianę miejsca zamieszkania. O ile wszystkie te logistyczne sprawy można jakoś ogarnąć, z zapanowaniem nad naszymi emocjami bywa trudniej. To poważny krok, dlatego warto dobrze się zastanowić, zanim spakujesz wszystkie swoje manatki i zaczniesz wić nowe gniazdko ze swoim ukochanym. 

Wszystkie to znamy – tę euforię, poczucie, że to właśnie ten jedyny. Chcemy spędzać ze sobą każdą wolną chwilę i spędzamy. Po chwili dostrzegamy, jak męczące są te ciągłe dojazdy, pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy do torebki. I tak powoli dociera do nas, że najlepiej byłoby zamieszkać razem. Nie ma znaczenia, które z was pierwsze powie o tym głośno – zamiast skakać z radości, lepiej na chłodno zastanowić się, czy to już TEN moment.

Zdaniem terapeutów istnieje kilka sygnałów ostrzegawczych, świadczących o tym, że nie jesteście jeszcze gotowi na ten krok. Jak to ocenić?

„Gdy zamieszkamy razem, nasze relacje się poprawią”

– Tym się właśnie kierowałam, gdy postanowiłam zamieszkać z Wojtkiem – mówi 32-letnia Karolina. – I to był dopiero gwóźdź do trumny. Często kłóciliśmy się o drobiazgi i wydawało mi się, że wspólne mieszkanie rozwiąże nasze problemy. Przestaniemy się o wszystko czepiać, bo siłą rzeczy będziemy spędzać ze sobą więcej czasu. Niestety tak nie było. Na jaw wyszły jego kolejne cechy charakteru, które mi nie pasowały. W końcu przebywanie z nim pod jednym dachem stało się dla mnie prawdziwą udręką.

Niektórym z nas wydaje się, że wspólne mieszkanie pomoże naprawić relacje w związku. Tok rozumowania przypomina inną, równie bzdurną zasadę: „Zbliżymy się do siebie, gdy pojawi się dziecko”. Niestety, ani dziecko, ani wspólne mieszkanie nie rozwiążą waszym problemów.

„Po prostu przejęłam inicjatywę”

Iza wprowadzała się do Krzyśka „stopniowo”. Najpierw przyniosła szczoteczkę, później kilka par majtek i skarpetek. Systematycznie zaczęła znosić kosmetyki i inne drobiazgi. W końcu spędzała w jego mieszkaniu coraz więcej czasu, a w swoim, wynajmowanym pokoju studenckim pojawiała się sporadycznie. Nigdy tak właściwie nie czuła się jednak dobrze u niego. – Z perspektywy czasu wiem, że o takich sprawach trzeba porozmawiać. Obie strony muszą się zadeklarować. Ja właściwie wprowadziłam się bez jego zgody i w pewnym momencie dał mi do zrozumienia, że to mu nie odpowiada – mówi.

Decyzję o wspólnym mieszkaniu można rozważać dopiero wtedy, gdy obie strony jasno wyrażą taką chęć. Robienie czegoś na siłę często wynika z desperacji. Zdarza się, że druga strona czuje się osaczona, bo nie jest jeszcze gotowa na taki krok.

„Liczyłam, że mu się odmieni”

Adam od początku mówił, że nie jest gotowy na założenie rodziny. Na tym etapie życia zależało mu najbardziej na karierze zawodowej. Mówił o tym Ance, ale ona wciąż wierzyła, że to tylko kwestia czasu. Wspólnie życie miało go do tego przekonać. Rozstali się po dwóch latach od momentu, w którym wynajęli razem mieszkanie.

Kobietom często wydaje się, że postawienie mężczyzny przed faktem dokonanym (mieszkanie, ciąża) w magiczny sposób zmieni jego nastawienie. Rzadko do tego dochodzi, choć oczywiście zdarza się. Jeżeli partner jasno komunikuje swoje potrzeby lub plany na przyszłość, nie należy oczekiwać, że pod wpływem naszych zaborczych działań mu się odmieni.

„Działałam pod wpływem impulsu”

– Nigdy nie planowałam przeprowadzki do innego kraju. Dopiero gdy poznałam Tomka, zaczęła to rozważać. I tak znalazłam się w Holandii. Ryzykowałam dużo, bo po pierwsze nie znałam języka, a po drugie – miałam małe dziecko z poprzedniego związku. Tam na miejscu nikogo nie znałam i nie małam żadnej pomocy. Szybko pożałowałam mojej decyzji – opowiada Ala.

Jeżeli stały kontakt z rodziną jest dla ciebie ważny lub potrzebujesz ich pomocy na co dzień, dobrze się zastanów, zanim wywrócisz swoje życie do góry nogami. To samo dotyczy wyjazdu do innego kraju. Ten pomysł może wypalić, pod warunkiem, że przeanalizujesz wszystko na chłodno i nie będziesz działać pod wpływem chwili.

„Poświęciłam wszystko”

Kaśka również wiele zaryzykowała dla nowego związku. Z powodu przeprowadzki do dużego miasta musiała rzucić swoją dobrze płatną pracę w stolicy. Ciężko pracowała na awans, więc odchodziła z bólem serca. – Drugi raz nie podjęłabym takiej samej decyzji. Wtedy byłam szaleństwo zakochana i nie docierało do mnie, jak wiele ryzykuję i ile poświęcam dla tej miłości. Bardzo szybko zaczęło mnie to frustrować. Ostatecznie nasz związek nie wypalił. Myślę, że to był jeden z powodów – mówi.

Przemyśl wszystkie plusy i minusy, zanim zdecydujesz się na tak poważny krok. To może wypalić, jeśli naprawdę długo ze sobą jesteście, planujecie ślub i dobrze siebie znacie. Nie decyduj się na tak radykalne zmiany, jeśli znasz faceta krótko.


 

Na podstawie: Huffington Post


Co oznacza ból, który odczuwasz? Jak ciało odreagowuje twój stan emocjonalny

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 stycznia 2018
Następny

Prawie wszystko, co odczuwamy na płaszczyźnie fizycznej jest manifestacją czegoś, co wydarzyło się na poziomie emocjonalnym. Kiedy cierpimy fizycznie, szukamy odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje. Czasem ciało chce nam przekazać wiadomość o naszym stanie emocjonalnym, którą wypieramy ze świadomości od dawna. Pora się w nie bardziej wsłuchać.

Co oznacza odczuwany ból?

Zobacz także

Nie zmarnujmy tego, co robimy dziś dla naszych dzieci i już teraz pomyślmy o "jutrze"

Nie zmarnujmy tego, co robimy dziś dla naszych dzieci i już teraz pomyślmy o „jutrze”

Fot. iStock /tommaso79

Starania o dziecko. O tym musisz wiedzieć, zanim zaczniesz się martwić brakiem dwóch kresek

Fot. Unsplash/Steven Van Loy / CCO

Miała kiedyś ojca