Tak blisko naszego dziecka jesteśmy tylko na chwilę. To, co mu damy, zależy tylko od nas. Zapakuj dobrze plecak

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
20 listopada 2015
Tak blisko naszego dziecka jesteśmy tylko na chwilę. To, co mu damy zależy tylko od nas. Zapakuj dobrze plecak
Fot. iStock / Imgorthand
 

Nie jestem idealną matką. Tak, chciałam nią kiedyś być. Być cierpliwa, wyrozumiała, mieć czas dla dzieci. Zawsze znaleźć chwilę, by z nimi usiąść, porozmawiać, poczytać książkę. Zrozumiałam, że nią nie będę, kiedy okazało się, że nie cierpię bawić się dinozaurami i klockowymi ludzikami. Pomyślałam: „Nic na siłę” i szukałam tego, co z moimi dziećmi robić lubię i co lubię robić dla nich.

Dlaczego to piszę? Bo też popełniam błędy, może inne, może większe, ale one też są moim udziałem. Krzyczę, wściekam się, mówię: „Kochanie nie mam ochoty, nie chce mi się”. I oczywiście, że nie czuję się z tym dobrze, że miewam wyrzuty sumienia. I kiedy myślę: „Co z ciebie za matka”, od razu pojawia się: „Matka, która też jest człowiekiem”. Akceptuje moje dzieci takimi, jakie są, dlaczego one nie mają akceptować moich potrzeb, oswajać różnych nastrojów. Kiedyś moja przyjaciółka powiedziała: „Wiem, że zawsze jestem prawdziwa”. Ja chcę być taka dla moich dzieci. Prawdziwa, ze zmęczeniem, zdenerwowaniem, zniecierpliwieniem.

Dlaczego to piszę? Bo każda z nas jest inną matką. Bo inaczej została wychowana, wyniosła z domu podobne choć w różny sposób akcentowane wartości. Bo różnie patrzymy na świat. I to jest naturalne. Bo choć tak bardzo się różnimy, to i tak nawzajem się porównujemy. Myślimy: „Ona piecze bułki na śniadanie. Matko, ja nigdy tego nie zrobiłam. Co ze mnie za matka”. A ta od bułek: „Nie cierpię grać w monopol, a ona pół dnia spędziła na wspólnym graniu. Co ze mnie za matka”. Ta od monopolu: „O rety cały dzień przesiedzieliśmy w domu, a ona zabrała swoje dzieci na basen”. Trochę śmieszno, ale chyba bardziej straszno.

Dlaczego to piszę? Bo dziecko odkrywa w nas rzeczy, których w sobie nie lubimy, nie akceptujemy. Wolimy myśleć o sobie, że jesteśmy jednak lepsi, że stać nas na więcej, a tymczasem okazuje się, że jest zupełnie inaczej? Ja? Ja jestem ostoją spokoju. Zonk. Trzymam się tej teorii do pierwszego buntu dziecka, czasami dłużej, do pierwszej pyskówki siedmiolatka. „Nigdy nie będę jak moja matka”. A która z nas nie jest. Nawet jeśli tak bardzo skupiamy się na tym, by nie być do niej podobną, to ona i tak w nas jest, choćby przez uparte zaprzeczenie, że wcale nie.

Dlaczego to piszę? Bo nasze dzieci nie są idealne i nigdy nie będą. Bo nie spełniają naszych oczekiwań, a nam tak trudno się z tym pogodzić. Bo uśmiechają się mniej, niż byśmy chcieli. Bo czytają mniej, niż my w ich wieku. Bo mają inne priorytety. Bo wydaje nam się, że brak im ambicji, a przecież to ona będzie je pchać do przodu. Bo są bardziej, mniej, mocniej. Bo są tak bardzo inni, niż my. Bo czasami nas rozczarowują i tak trudno się do tego przyznać. Bo my też rozczarowujemy, a ta świadomość tak bardzo boli. Bo kiedy rozczarowujemy siebie nawzajem, mamy pilną potrzebę naprawiania siebie. Bycia od razu lepszą matką i sprawić, by ono było lepszym dzieckiem.

Dlaczego to piszę? Bo wszyscy mamy wspólny mianownik. Kochamy i nie ma tu miejsca na wartościowanie. I dzieci nas kochają. A ich największą potrzebą jest potrzeba naszej akceptacji. Pozwolenia im na samodzielność, zaufania im. Bo każdy może iść swoją drogą.

Nasze dziecko nie będzie mniej kochać, jeśli pozwolimy mu na budowanie własnej przestrzeni. Damy mu oddech. Pozwolimy być. Spójrz na nie. Nie jak na twoje dziecko, ale jak na człowieka, który ma prawo żyć i ponosić konsekwencje swoich decyzji. Jest za małe? Dlaczego? Do czego za małe? Do uczenia się na własnych błędach? A kiedy będzie miało czas na tę naukę? Zawsze będziesz je chronić?

Dlaczego to piszę? Bo wiem, że niczego najbardziej na świecie nie pragniemy tak, jak szczęścia naszego dziecka. Chcemy je chronić przed porażkami. Przed złymi kolegami. Przed konsekwencjami. I choć wiemy, że nie jesteśmy idealnymi matkami, to chcemy nimi być. Ich samodzielność to odrzucenie naszej potrzeby chronienia. To zagrożenie. Bo możemy okazać się niepotrzebne, bo ono pójdzie własną drogą. Ale czy nie chodzi o to, żeby poszło, żeby tę drogę znalazło? My możemy tylko od chwili narodzin pakować mu plecak.

Co do niego włożymy? Wielkie oczekiwania, czy niepodważalną wartość nawet najmniejszych podejmowanych starań? Frustrację z bycia porównywanym, czy świadomość własnych słabości i umiejętność pracy nad nimi? Swoje ambicje, czy jego marzenia? Nasze błędy, czy konsekwencje jego decyzji? Poczucie bezpieczeństwa oparte na wyręczaniu, czy wsparciu? Odwagę w wyrażaniu siebie, czy lęk przed brakiem akceptacji? Radość z bycia sobą, czy wstyd w odkrywaniu tego, kim jestem?

Ono w końcu pójdzie. Choćby nie wiem, jak mocno je trzymać. Gdzie będzie za kilka lat? W którym miejscu swojej drogi? Możesz zadbać, by jego plecak był wypchany po same brzegi. Tylko co w nim będzie, zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Za ten plecak jesteś odpowiedzialna.


Czasami myślę: „Ucieknę, nie odwrócę się za siebie, wyciągnę rękę i wsiądę do pierwszego samochodu, który się zatrzyma”

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
26 listopada 2015
Fot. iStock / eldinhoid
 

Mam 36 lat i zastanawiam się, czy w życiu już nic więcej mnie nie spotka. Czy to już wszystko? Mam pracę, którą kocham. Faceta, któremu daleko do ideału, ale którego kocham ze wszystkimi złami i dobrami, tak jak on kocha mnie zupełnie nieidealną. I dzieci. Coraz większe. Ktoś mógłby powiedzieć: „Daj spokój kobieto. Ciesz się. Wielu chciałoby mieć to, co ty”.

A ja patrzę na moje dzieci i myślę: „I to już? To wszystko? Pozostaje mi patrzeć, jak moje dzieci realizują się w ich własnym życiu. Podziwiać je. Być dumną i cieszyć się z ich osiągnięć? ”. Mam 36 lat i mam cieszyć się tym co mam? Tu i teraz? I nic więcej? Bo inni tego nie mają?

Jasne, mogę sobie stawiać zawodowe cele. Rozwijać się. Ale tylko to? Zaplanować wakacje? Odłożyć na nie kasę? Pomyśleć, co bym chciała dostać pod choinkę. Lepiej jeździć na nartach?

Czy moje życie to już tylko doskonalenie tego, co mam? Bez nowego? Bez niepoznanego? Patrzę przed siebie i widzę spokój, którego tak długo szukałam, a który zaczyna mnie uwierać. Spokój, który jest równiną. Bez nadmiaru emocji, bez szaleństwa, bez dzikiej radości. Szczęście na tym samym niezmiennym poziomie.

Ktoś powie: „Głupia. Ile inni by dali za taki spokój”. Ale ten spokój jest też twoim udziałem. Spokój w samotności, w rozstaniu, w dorastaniu dzieci. Spokój w związku i bez niego. Spokój w porannym wstawaniu, robieniu kawy, kanapek do szkoły. W telefonie do przyjaciółki. Spokój w spotkaniu ze znajomymi. W pracy. Spokój wieczornych rytuałów. W czytaniu książki, oglądaniu filmu, mówieniu dzieciom „dobranoc”.

Niemal wszystko umiesz przewidzieć, właściwie zareagować. Nawet śmierć najbliższych, którzy coraz częściej nas opuszczają jest przewidywalna. Choć wydaje ci się, że rozpacz to nowe, to jednak jesteś na nią już przygotowana. Jedyne, co wytrącą spokój, to choroba dzieci, ich zagrożenie. Jesteś racjonalna. Słuchasz innych, budujesz relacje dalekie od toksycznych. Czasami brak ci asertywności, czasami pewności siebie, ale znajomość mechanizmów, akceptacja, a może świadomość słabości pozwala zachować równowagę. Analizujesz. Wiesz już, że życie to wybór. I wybierasz. Może bardziej, a może chwilami mniej umiejętnie. Dojrzewasz. Tak bardzo tego chciałaś. Nie lubiłaś tego rozedrgania. Tego szukania. Tego braku pewności, że nawet droga źle wybrana może być tą właściwą. A teraz już umiesz uśmiechnąć się do siebie. Powiedzieć: „ Ch**j z tym” i naprawdę tak myśleć. Wiesz, że są rzeczy, na które nie masz wpływu i te, które tylko i wyłącznie od ciebie zależą. Coraz bardziej lubisz siebie. Ty decydujesz, w którą stronę pójdziesz. Jeśli się boisz – widocznie tak ma być, jeśli masz odwagę – zmieniasz to, co zmiany potrzebuje. Spokój. Stabilność. Przewidywalność. I ty, uwiedziona czasem, potrafiąca stanąć z boku i cieszyć się swoim życiem. Tak dzisiaj oczywistym.

Tylko czasami idąc rano w dresie po bułki do sklepu myślisz: „Ucieknę, nie odwrócę się za siebie, wyciągnę rękę i wsiądę do pierwszego samochodu, który się zatrzyma”. I nie, nie chcesz uciec od dzieci, od partnera albo jego braku. Chcesz uciec od siebie, bo jedyne co czujesz wraz z zapachem świeżych bułek to tęsknota. Tęsknota, która na chwilę zabiera oddech. Tęsknota, przed którą chowasz się w kapturze bluzy czy kurtki. Bo przecież ty taka niewymalowana, jeszcze zaspana. Nie może cię zobaczyć. Przemykasz obok niej, boisz się spojrzeć w oczy. A ona krzyczy w tobie, tak głośno na ile jej sama pozwalasz.

Spotykasz ją. W kiosku kupując gazetę. W szafce z przyprawami. W uśmiechu. Sms-ie. Telefonie. W głosie samotnej przyjaciółki, która mówi: „Zakochałam się”. W radości swoich dzieci, którą potrafią zarażać. W zniecierpliwieniu swoim własnym. W oczach mężczyzny, który mija cię w samochodzie. W ludziach, którym nie umiesz powiedzieć: „Spierd**laj”. W kolejnym mailu od szefa.

I chciałabyś poczuć coś więcej niż spokój. Coś, co znowu nada tobie kierunek. Co każe ci zrobić krok do przodu. Nie pozwoli stać w miejscu. Umiesz jeszcze marzyć? Czy tylko oczekiwać? Kalkulować i przewidywać? Rozkładać na plusy i minusy, dzielić na listę zysków i strat. Spokój okupiony nudną codziennością. Nie jest nudna? Proszę cię, przyjrzyj się jej. Szczera możesz być tylko ze sobą.

Marzysz? Które ze swoich marzeń teraz realizujesz, do którego dążysz?

Mam 36 lat i nie chcę:

– dumnie patrzeć na moje życie i mówić: „Tak, jest okey”

– myśleć, że niewiele mam do poprawy, że jest dobrze jak jest

– udawać, że właśnie to tu i teraz jest idealnym, jest tu, gdzie właśnie chcę być

– mówić szeptem, o tym, co dla mnie ważne

– być bardziej dla kogoś niż dla siebie

– być używaną przez tych, którzy udają najbliższych

– zazdrościć tym, którzy wyrywają się utartej codzienności

Chcę szukać, rozglądać się, być uważną, nie przegapić niczego. Chcę wyjechać na pół roku na Karaiby. Zabrać ze sobą moich facetów. Leżeć na plaży, pracować w barze, moczyć nogi w oceanie i grać w piłkę z chłopcami. I nie myśleć: „Jakie to głupie i abstrakcyjne” i że nie stać mnie na to marzenie, że nie mam na nie czasu. Nie. Lista zysków jest o wiele dłuższa niż strat. Zresztą – jakich strat? Chcę, by ktoś patrzył na mnie z bezgraniczną miłością i radością. Chcę ją zobaczyć w swoich oczach. Nie w spokoju przykrytym codzienną rutyną. Mówisz: „Ale to przecież najważniejsze, żyć szczęśliwie i kochać w rutynie”. Serio? I niczego więcej nie oczekujesz pomiędzy zjedzeniem wspólnej kolacji, wypiciem wina i pośmianiem się na jakieś komedii?

Przyjaciółka pyta: „Przed czym uciekasz?”. A ja tak bardzo chcę uciec przed odpowiedzialnością za innych, którzy mnie nią obarczają, za rzeczy, na które nie mam wpływu. Chcę brać odpowiedzialność za to co moje, za moje wybory, moje decyzje, moje marzenia. Dużo tego „moje”? Bo to moje życie. I to jak będzie wyglądać za chwilę zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Dla mojego życia JA jestem ważna. Ze wszystkim, co w nie wnoszę, co zabieram i co daję. Z ludźmi, którzy w jakimś momencie swoje życie z moim zazębiają. Nigdy na zawsze.

Słuchasz siebie naprawdę? O czym marzysz?

Tak wiem, to truizm, ale chciałabym zamykając oczy – obojętnie, kiedy to się zdarzy powiedzieć: „Nie zmarnowałam ani chwili”. Chciałabym zobaczyć uśmiech w oczach tych, którzy wtedy będą blisko. Nie smutek. Bo to nie było smutne życie. Było wypełnione po brzegi. Wszystkim. Złymi wyborami. Niszczącymi związkami. Bolesnymi emocjami. Spokojem. Zmianą. Strachem i odwagą. Szczęściem. Moczeniem nóg w oceanie i odciskami od łażenia po górach. Było do bólu moje. Własne. I uczciwe wobec tych, których kocham.

Za nie biorę odpowiedzialność. Z tęsknotami. Z marzeniami, które są po to by je realizować, a nie uszczęśliwiać jedynie w snach. Ty też bądź szczęśliwa. W twoim życiu. Do niego dąż. Dla siebie.


Przeczytaj, zanim pomyślisz, jak bardzo beznadziejną jesteś matką

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
6 listopada 2015

Myślę: „Wyjdę, trzasnę drzwiami i nie wrócę”. Nie chce mi się powtarzać po tysiąc razy tego samego, prosić o umycie zębów, zamknięcie drzwi, powieszenie kurtek. Tak, bywa tak czasami. Bywa jednak też tak, kiedy myślę: „Dzieci to największe szczęście, jakie mnie spotkało”. I ta myśl nie pozwala mi wyjść. Ta miłość trzyma mnie tu, gdzie jestem.

Poranek. Próbuję usiąść do pracy. Moje dwa Dziki są w domu, bo dziś później do szkoły. „Mamo, pamiętaj kanapki do szkoły”, słyszę od starszego. „Mamo, jeszcze ci powtórzę ten wiersz, co na pamięć muszę umieć”, to młodszy.

Telefon. Szefowa. „Co dziś piszesz?”. Hmm nie wiem, nie mogę się jeszcze skupić. Bo jeszcze zadania z dodawania i odejmowania do zrobienia daję młodszemu. Chce poćwiczyć przed sprawdzianem. Piszę działania. 86 minus 24 równa się… A za chwilę tłumaczę, jaki jest mój najprostszy sposób na odejmowanie. Zatrzymuję się.

Oglądam zdjęcia znajomych zamieszczane na Facebooku. Przytuleni do swoich dzieci. Na spacerze. Na rolkach. Na zawodach. Medale. Występy. Dyplomy. I mamy takie szczęśliwe przy tych swoich małych radościach. Zatrzymują się. Na zdjęcie. Na chwilę ze swoim dzieckiem.

A później każda, tak jak ja, wraca do swojej zabieganej codzienności. Śniadanie. Kanapki do szkoły. E-dziennik. Szybki przegląd planu dnia – plan lekcji, zajęcia dodatkowe. „Co dziś na obiad”, pojawia się. I już jesteśmy głową u siebie. W pracy. Z obowiązkami. Swoim zabieganiem.

Dzwoni wczoraj do mnie przyjaciółka i mówi: „Jestem beznadziejną matką”, śmieję się, wiem, że tak nie jest. „Co się stało?”, pytam. „Mój syn powiedział, że nie jest miłe mieć wymagającą matkę. Czy ja jestem wymagająca?”, pyta. Odpowiedź pozostaje zawieszona między nami. Bo skąd mogę to wiedzieć. Mogę jedynie zawtórować: „Daj spokój, ja się dzisiaj darłam, jak zobaczyłam łazienkę całą w paście od zębów”. Też jestem zbyt wymagająca? Złą matką?. Mówimy: „To jest nic, wiesz, o co ja dzisiaj zrobiłam awanturę? O czym zapomniałam? Co powiedziałam?” . Pocieszamy się w naszym byciu matką nieidealną. Która zawsze ma za mało cierpliwości, za mało czasu, za mało uwagi, za mało chęci.

Obiecujemy sobie: „W weekend. W weekend wszystko nadrobię”. Obiecujemy, że pójdziemy wspólnie na basen, do kina, że pogramy w planszówkę odkładaną przez cały tydzień. Że upieczemy ulubione ciasto. „Przysięgam kochanie, w weekend już na pewno”, mówimy.

Ja mam zamiar zrobić pierogi, ulubione przez moich synów. Jeden pieróg za każde w tym tygodniu: „Kochanie nie teraz”, „Słońce, poczekaj proszę”, „Muszę jeszcze popracować”, „Jeszcze mail/ telefon/coś do sprawdzenia/pranie/odkurzanie”. Jeden pieróg, to mój jeden wyrzut sumienia mniej. Że nie nadążam, jestem za mało uważna, choć tak bardzo chcę inaczej.

Wyszłam w tygodniu pobiegać z przyjaciółką. Późnym wieczorem. „Miałam ciężki dzień”, słyszę. Nie, nie dlatego, że praca, że obowiązki, że coś ważnego się stało, czy nie stało. Ktoś jej powiedział: „Rozumiem, że nie masz czasu dla dzieci, też tak miałam”. „Uwierz, że przepłakałam pół dnia”. Wierzę. „Chowam to w sobie głęboko, nie dopuszczam do głosu, a tak niedużo trzeba, żeby ktoś dotknął mojego najczulszego punktu. Codziennie za nimi tęsknię, każdą minutę, którą poświęcam dla innych ludzi, nie dla nich”. Mogę jedynie powiedzieć: „Rozumiem” i podzielić się podobnymi emocjami. Bo czasu zawsze jest za mało. Za mało dla nas, żebyśmy poczuły się dobrymi matkami. Tak bardzo wysoko stawiamy sobie poprzeczkę…

I siedzę, i patrzę na zdjęcia znajomych z ich dziećmi. „Daj spokój, to takie na pokaz. Że niby jestem taką świetną matką”, usłyszałam ostatnio. A dlaczego nie jest? Co daje ci prawo tak sądzić?

Zatrzymałam się dzisiaj przy tej matematyce. Przy kilku zadaniach. Przy moim dziecku. Zrobiłam sobie w głowie zdjęcie. Kolejne zrobię na ich treningu. Kolejne w drodze do domu, gdy będą dyskutować między sobą. I następne. Jutro przy śniadaniu. I po południu, kiedy wrócą od kolegów. I wieczorem, gdy się przytulą. Bo moja miłość składa się z takich zdjęć. Które pielęgnuję. O których pamiętam. Które mówią: „Zobacz, jesteś uważna. Kochasz i słuchasz. Jesteś, choć czasami wydaje ci się, że jedynie bywasz.”

I robiąc im te ulubione pierogi nie chcą rozpamiętywać tego, czego dla nich w tym tygodniu nie zrobiłam. Ile razy odmówiłam. Ile razy straciłam cierpliwość. Ile razy nie miałam czasu. Nie chciało mi się. Nie. Chcę myśleć o tych zdjęciach. Niech każdy z pierogów będzie nim wypełniony. Ten za buziaka porannego. Ten za pogłaskanie po głowie. Ten za przytulanki na kanapie. Ten za uśmiech. Ten za „Jestem taka dumna”. Ten za „Kocham cię”. Ten za „Uwielbiam cię”. Ten za „Brawo. Świetnie ci poszło”. Ten za każde „Dziękuję”. Ten za „Pamiętaj, że tu jestem, zawsze”.

Stop. Klatka. Zdjęcie. Dowód mojej miłości. Wcale nie zbyt mały. Na tych zdjęciach jestem mamą idealną. Tak, jak ty, jak każda z nas. Składajmy album z takich zdjęć. Zbierajmy je jedno po drugim. Skrupulatnie. Kilkoma gestami, słowami. Bo to one mówią o tym, jakimi matkami jesteśmy. I kiedy pomyślisz: „Jaką beznadziejną matką jestem”, otwórz ten album. I przekonaj się, jak bardzo kochasz.