Starasz się resztkami sił, nie pozwolić jej wygrać… Bezsilność to potwór, który żyje dzięki cierpieniu drugiego człowieka

Anika Zadylak
Anika Zadylak
4 stycznia 2017
Fot. iStock / Marjan_Apostolovic
Fot. iStock / Marjan_Apostolovic

Wiesz czym jest bezsilność? To rozdzierający noc głos, który błaga o pomoc. Zrywa cię z łóżka i przewraca w przedpokoju. Podnosi ponownie i zaprowadza, do jego łóżka. Widzisz w nim wątłe, zmęczone chorobą i wyniszczone lekami ciało swojego dziecka. Słyszysz, jak się dusi, patrzysz na jego coraz bardziej siną twarz i i widzisz, jak macha rękoma. Usiłuje nimi złapać to co niewidzialne, a niezbędne, żeby żyć. Powietrze. Jeszcze jeden mały oddech, jeszcze jedna minuta.  Robisz co możesz, czyli niewiele. Podłączasz tlen i bezgłośnie modlisz się, żeby karetka tym razem jeszcze zdążyła. Bo przecież jeszcze tyle chciałabyś mu powiedzieć, przeprosić za te stany, gdy nie wytrzymywałaś i dławiłaś przy nim łzami. I zapewnić, że nigdy nie zapomnisz, że nigdy nie przestaniesz wierzyć.

I widzisz jak wbiegają do mieszkania, odpychają cię i zaczynają reanimacje. Siedzisz skulona pod ścianą, zagryzasz wargi do krwi i starasz się nie patrzeć, na zrezygnowany wzrok lekarza. Patrzysz tylko na punkt, który nadal powinien się miarowo unosić i opadać. Nie odrywasz od niego wzroku, jednocześnie obiecując duszę diabłu, za jego życie. Za jeszcze jeden dzień, jeszcze jedną rozmowę, gdzie tym razem powiesz mu już wszystko. I widzisz, że go zabierają, choć nadal nic nie mówią. Bo przecież nie są pewni, czy dowiozą go do szpitala żywego. A potem on śpi, podłączony do milionów rurek, do odstraszającej aparatury, a ty siedzisz obok. I starasz się resztkami sił,  nie pozwolić jej wygrać. Bo jeśli się jej poddasz, to już przegrałaś.

– Mój syn, umierał już kilka razy, przez swoje 18 lat życia. Życia w ciągłym strachu, bólu i dusznościach, które pozwalają na spokojny sen, bardzo rzadko. A nawet jeśli, to na siedząco, bo zalewająca płuca i oskrzela flegma, nie pozwala się normalnie położyć. Pierwszy raz przechodziłam przez to piekło, gdy miał trzy miesiące. Po prostu, kazali mi się z nim pożegnać a jedyne, o co mogłam prosić, to żeby się długo nie męczył. Co czuję matka, której odbiera się nadzieje? Nic. Jest odrętwiała z bólu i bezsilności. To największa zmora, to straszne uczucie, że choćbyś chciała, to nic nie możesz zrobić. Nie możesz tego zatrzymać, a jedynie liczyć, na ponowne odroczenie wyroku. I cieszyć się, że znowu zostało wam dane ze sobą pobyć. Ale nie  śmiejesz się za głośno, lepiej nie prowokować losu.  Bardzo szybko zapominasz, czym jest życie bez lęku. Przecież nie znasz innego uczucia, jak dławiący strach. Jest z tobą zawsze. Gdy otwierasz oczy nad ranem i nasłuchujesz, czy oddycha. I późnym wieczorem, gdy choć nie chcesz, to i tak nie umiesz przegonić natarczywej myśli.  O tym, co przyniesie noc i czy jutro, jeszcze będziesz matką. A może przyjdzie ci, wybierać kolor trumny i przepraszać Boga za to, że szczerze Go nienawidzisz.

Najgorsze są te dni, gdy on walczy w szpitalnym łóżku a ty, boisz się wejść, do jego pokoju. Bo wiesz, że cisza i pustka złamie cię w pół. Posadzi na dywanie i wręczy koszulkę, z jego zapachem. I pozwoli umierać ci ze strachu, obedrze ze złudzeń i rozbije twoje cierpienie na setki kawałków. Tylko po to, żeby każdy z nich, bolał z osobna.  I jedyne co ci pozostaje, to czekać. Ile razy już tak oczekiwałam, pod drzwiami lekarzy, pod szpitalną salą, pod kliniką, we własnym domu? Nie chcę tego liczyć i rozpamiętywać, żeby nie zwariować. I tak czasem, jestem zbyt bliska obłędu. Bo nie ma cierpienia gorszego ponad to, gdy codziennie patrzysz, jak choroba wyrywa z objęć, twoje ukochane dziecko. Któremu kiedyś dałaś życie, a teraz choć z całego serca chcesz, nie umiesz ocalić.

I te stany upokorzenia, krępującego wstydu, gdy kolejne drzwi do których pukasz o pomoc, zamykają się z hukiem. Gdzie po raz setny już słyszysz, że są gorsze przypadki, że może w przyszłym miesiącu, będą coś dla ciebie mieli. A ty wracasz i w myślach układasz plan, jaką ubrać maskę, jaką pozę przybrać, żeby nie zauważył. Żeby się nie domyślił, że jutro, nie będziesz miała za co kupić leków. I te same, wydeptane do granic ścieżki do lombardów i banków, gdzie już nawet nie kryją głupich uśmieszków, na twój widok. A ty choć doskonale wiesz, co usłyszysz i tak tam wracasz. Bo może tym razem się uda, może tym razem ktoś się nad tobą pochyli. I ten przerażający paraliż, gdy kobieta w markecie informuje cię, o braku środków na koncie. Ale ty nadal przesz przed siebie, w głowie składasz się w całość i wpadasz na jeszcze jeden pomysł. Jeszcze jest co sprzedać, jeszcze tym razem, jakoś to wszystko zorganizujesz. I choć kolejna klinika odmawia ci przyjęcia, kolejny szpital tłumaczy brakiem sprzętu, ty nie przestajesz szukać. Choć podła bezsilność, znowu śmieje ci się prosto w twarz.

Pozwalać sobie na zwątpienie, możesz rzadko. Bo jeśli ty się poddasz, on straci oparcie, a bez niego przegra każdą bitwę. Dlatego uśmiechasz się na przekór, dźwigasz kolejny dzień, bo wiesz, że warto.  Dla jeszcze jednego spaceru, dla jeszcze jednej sprzeczki, dla jeszcze jednego – kocham cię mamo. I nagle uświadamiasz sobie, że za wami kolejny miesiąc i rok. Że za chwilę matura a za oknem czeka, kolejna miłość. Ta już na zawsze, zanim nie przyjdzie kolejna. I odbierasz nasty telefon ze szkoły, słuchasz o wagarach i marszczysz brwi. I myślisz sobie po cichu, że przecież bywa normalnie. I skoro już tyle przeszliście, to pokonacie kolejną burzę. Bo jedyne co mogłoby was zniszczyć, to brak miłości. A patrząc w oczy swoje dziecka wiesz, że to niemożliwe. Bo choroba może wam zabrać wszystko, tylko nie siebie.

Bezsilność, to potwór, który żyje dzięki cierpieniu drugiego człowieka. Karmi się każdą, nieprzespaną nocą, poi łzami a swoją moc czerpie, z paraliżującego strachu. Nie można się jej pozbyć, ale można osłabić i zamienić w siłę. Przecież nie ma większej mocy, niż kochające serce matki. Nie istnieje broń, potężniejsza od wiary. Od nadziei, która podobno, odchodzi ostatnia.  Podobno.  Bo ta matczyna, nie umiera nigdy.


Drogi tato, który nie płacisz alimentów! Skoro jesteś taki dobry w liczeniu, powiedz proszę, kiedy ostatni raz zapłaciłeś w aptece za leki dla twojego dziecka? List otwarty

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 stycznia 2017
Fot. iStok/AleksandarNakic
Fot. iStok/AleksandarNakic

Drogi tato, który nie płaci alimentów,

Chcę tylko wiedzieć jedno – czy ty naprawdę wiesz, co robisz? Zadaj sobie proszę pytanie, oprócz pomocy finansowej, co właściwie należy do twoich obowiązków?Kiedy ostatni raz przycinałeś malutkie paznokcie? Czy budzisz się przed wschodem słońca, aby mieć pewność, że twoje dziecko zdąży do szkoły? Ile godzin tygodniowo spędzasz pomagając w odrabianiu prac domowych i czy ktoś ci za to płaci? Trzymasz to swoje dziecko za rękę podczas wizyt lekarskich i wydajesz potem kilkadziesiąt złotych w aptece na lekarstwa? Jesteś taki dobry w liczeniu, powiedz proszę, ile posiłków planowałbyś zrobić za około 200 zł tygodniowo? Czy wiesz, ile pieniędzy trzeba wydać w ciągu całego roku na pieluchy i mokre chusteczki? Ile kartonów mleka, ile bochenków chleba kupujesz tygodniowo ?

Ile razy w nocy budziłeś się, bo maluch miał właśnie najgorsze w swoim życiu, albo pierwsze, koszmary? Znasz imiona przyjaciół twojego dziecka? (…) Kiedy ostatni raz zrobiłeś w sobotnie przedpołudnie pięć prań, a potem jeszcze dwa w niedzielę, bo nadeszła katastrofa i ulubiony koc pokrył się wymiocinami i okruszkami z kanapek?

Ilu zleceń w pracy nie wziąłeś z powodu choroby twojego dziecka i braku wolnego czasu?… Ile prądu zużywasz skoro nie musisz w nocy zapalać światła, bo w twoim mieszkaniu nie kryją się potwory? Ile wynoszą twoje opłaty za wodę, skoro nie kąpiesz swojego dziecka i nie robisz co chwila prania? Kiedy ostatni raz zapłaciłeś za przedszkole, albo za szkolny obiad, czy komitet rodzicielski?

Ile wydajesz miesięcznie na papier toaletowy, szampon, pastę do zębów, czy płyn do kąpieli, który nie uczuli delikatnej skóry twojego dziecka?

Kiedy ostatni raz kupiłeś albo upiekłeś dla dziecka tort urodzinowy, kiedy zawinąłeś w piękny, kolorowy papier wszystkie prezenty i zapłaciłeś za nie w sklepie? Kiedy ostatni raz, półprzytomny, zmieniłeś cały zestaw pościeli o 4 nad ranem (słuchając płaczu twojego chorego dziecka), żeby miało czysto i wygodnie? Ile razu czuwałeś w nocy przy nim, kiedy miało gorączkę i męczący kaszel? Ile bajek wtedy opowiedziałeś, ile książeczek przeczytałeś?

Znasz nazwisko pediatry, do którego chodzi twoje dziecko? Numer sali, w której odbywają się klasowe zebrania i nazwisko nauczyciela? Czy wiesz jaki rozmiar butów nosi twoja córka, i czy zdajesz sobie sprawę z tego, że za chwilę te buty będą już za małe?

Z ilu możliwości rozwoju zrezygnowałeś, bo dobro dzieci i czas spędzony z nimi były dla ciebie najważniejsze? Gdzie jesteś, kiedy twoje dziecko zaczyna się buntować, nie chce sprzątać swojego pokoju, kiedy płacze i jest nieszczęśliwe?

Czy byłbyś w stanie zrobić to wszystko samodzielnie, mając do dyspozycji jedynie tę kwotę, którą teraz masz tylko dla siebie?…

To prawda, pracujesz ciężko. Mniejsza o to, że jesteś zatrudniony na „najniższą krajową”, aby móc powiedzieć, że nie możesz płacić alimentów, bo cię na to nie stać. Pracujesz ciężko, kiedy masz na to ochotę. I masz też przecież swoje potrzeby, opłaty. Rachunek za energię elektryczną, paliwo do samochodu, żywność, wakacje. Zasługujesz przecież na ten cholerny urlop.

A skoro tyle cię ogranicza, dlaczego miałbyś wysyłać jeszcze „swoje” pieniądze na „pomoc” matce swojego dziecka? To był jej wybór, że znalazła się w takiej sytuacji, prawda?  Może powinna pogodzić się z twoim brakiem odpowiedzialności, z uzależnieniami, zdradą, lub po prostu żyć dalej w tym nieszczęśliwym związku. Nie byłaby teraz samotną matką.

Być może w ciągu kilku tygodni lub miesięcy, jeśli nazbierasz trochę dodatkowej gotówki, wyślesz jej kilkaset złotych. Nie dlatego, że jesteś do tego prawnie zobowiązany, ale dlatego, że jesteś takim dobrym człowiekiem. Powinna być ci wdzięczna, prawda?

Mylisz się.

Kiedy jesteś w sklepie spożywczym, nie musisz tłumaczyć trzylatkowi, że nie możesz kupić mu gazetki z bohaterami ulubionej kreskówki. Nastoletniej córce nie musisz mówić, że nie stać cię w tym roku na zakup modniejszej kurtki. Nie płacisz za szkolne wycieczki, ani wyprawy do muzeum.  Nie czujesz lęku za każdym razem, gdy nie jesteś pewny, że „starczy wam do pierwszego”. Bo nie jesteś odpowiedzialny za kogoś jeszcze.

Bronisz się, odsuwasz to od siebie, albo wcale o tym nie myślisz. Sypiasz dobrze w nocy i wciąż uważasz, że spotyka cię olbrzymia niesprawiedliwość. Każdy wie, że jesteś cholernie dobrym ojcem. Wychowałbyś te swoje dzieci o wiele lepiej niż ona i to bez niczyjej pomocy. Lepiej, żeby i ona jej nie miała. I niech przypadkiem sobie kogoś nie znajdzie. Żaden obcy facet nie ma prawa zajmować się twoimi dziećmi.

Czy naprawdę wiesz, co robisz, gdy uciekasz przed płaceniem alimentów? Czy zdajesz sobie sprawę, jak to wpływa na jakość życia twojego dziecka, na samopoczucie jego matki? Czy masz świadomość, że bez względu na to, co wydarzyło się między tobą, a kobietą, którą kiedyś kochałeś, wciąż jesteś odpowiedzialny za sytuację materialną twojego dziecka i powinieneś wspierać osobę, która poświęca całe swoje życie, aby je wychować?

Nie, nie dlatego, że jesteś hojny, lub dlatego, że zostało ci trochę gotówki, albo dlatego, że sąd  tak nakazał. Dlatego ze jesteś odpowiedzialnym, przyzwoitym człowiekiem. I nie oczekuj pochwał. Kiedy ostatni raz powiedziałeś matce swojego dziecka „dziękuję” za wszystko, co robi dla niego, każdego dnia?

Wychowywanie dzieci nie jest nagrodą za dobre zachowanie. To jest męcząca, ciężka, praca. Przy tej pracy, twoje lody w weekend i kino raz na trzy miesiące są po prostu śmieszne. Może i „reszta świata” stoi po twojej stronie. Do perfekcji opanowałeś wizerunek świetnego ojca. Na Facebooku. Wśród znajomych. Szkoda, że oni nie znają prawdy.

Drogi tato, który nie płacisz alimentów, myślę, że wiesz, w głębi duszy, że popełniasz ogromny błąd. Pora go naprawić.


Zródło: josidenise.com

 


Mindfulness – na czym polega sztuka robienia jednej rzeczy naraz?

Karolina Krause
Karolina Krause
4 stycznia 2017
Mindfulness – na czym polega sztuka robienia jednej rzeczy naraz?
Fot. iStock/mmac72

Dookoła media, na zmianę z przedstawicielami wielkich korporacji, wciskają nam, że najważniejszą cechą, jaką możemy się pochwalić to wielozadaniowość. Ten cały multitasking, to chyba jakiś ich niespełniony sen. Bo na pewno śniło się to każdej z nas: że będziemy w stanie zrobić tysiąc rzeczy naraz i to najlepiej tak dobrze, jak tylko potrafimy. Przecież my kobiety podzielność uwagi mamy dosłownie we krwi! (a przynajmniej tak właśnie nam się wydawało). Podążając za tym, co nieosiągalne utknęłyśmy w kole ciągłego stresu, z którego nie potrafimy się wydostać. Receptą na to, zdaniem lekarzy z USA, mają być sesje mindfulness. Na czym polega sztuka robienia jednej rzeczy naraz?

Radzenie sobie ze stresem

To niesamowite, że przy całym swoim podobieństwie do zwierząt, człowiek jest jedynym gatunkiem ssaków, który samymi swoimi myślami jest w stanie wywołać w sobie reakcję stresową. A ona za każdym razem doprowadza do zmiany sposobu funkcjonowania naszego ciała – mózg przekazuje energię do mięśni, skóry i systemu krążenia, aby dać nam siły do walki bądź ucieczki przed zagrożeniem. Sam zaś, na tę okazję, traci część ze swych zdolności intelektualnych, analitycznych i pamięciowych.

W tym czasie nasza energia skoncentrowana jest bowiem w innym miejscu: serce szybciej pompuje krew do mięśni, oddech przyspiesza, rośnie ciśnienie i krzepliwość krwi, a my sami zaczynamy przebierać z nogi na nogę, ponieważ czujemy ogromną potrzebę fizycznego działania. Sęk w tym, że dzisiejsze wyzwania rzadko kiedy tego wymagają. Dziś świat wymaga od nas rozwiązywania problemów za pomocą intelektu, zdolności do komunikacji i wewnętrznego opanowania. Aby się to jednak udało, najpierw musimy poradzić sobie ze stanem, w który sami się wprowadziliśmy – paraliżującym stresem.

Jednym ze sposobów jego zwalczania, cieszący się dużą popularnością w Stanach Zjednoczonych, jest program MBSR – Mindfulness Based Stress Reduction. W wolnym tłumaczeniu oznacza to po prostu redukcję stresu metodą uważności. Dochodzi się do tego za pomocą ćwiczeń polegających na świadomym kierowaniu uwagą i jej kontrolowaniu.

Uwaga kluczem do bycia „tu i teraz”

Główną rolę odgrywa tu więc nasza uwaga. Kiedy skupiamy się na tym co nam zagraża, ciało automatycznie reaguje stresem. Kluczem może okazać się więc skierowanie jej na czymś neutralnym, jak na przykład oddechu, dzięki temu możemy się wyciszyć, uspokoić. Koncenttując się na swoim brzuchu, klatce piersiowej, czy ruchu rozszerzających się nozdrzy, jesteśmy w stanie poczuć przepływ powietrza podczas oddechu. A przez to odciągnąć naszą uwagę od zewnętrznego zagrożenia lub od myśli, którymi nakręcamy stres.

Jon Kabat-Zinn, twórca programu MBSR, założyciel i dyrektor Kliniki Redukcji Stresu w Massachusetts, definiuje mindfulness jako „bycie skoncentrowanym w określony sposób: świadomie, tu i teraz, bez wartościowania i osądzania”. Neurobiolog podkreśla słowa „tu i teraz”, ponieważ uciekanie myślami zarówno w przyszłość i przeszłość zwiększa w nas uczucie stresu. Można też postrzegać to zjawisko znacznie prościej, jako sztukę robienia jednej rzeczy naraz.

Życie w dobie smartfonów

Paradoksalnie tak prosta rzecz, często okazuje się dla nas zbyt trudna do wykonania. Kiedy bowiem staramy się skoncentrować na naszym oddechu, szybko dopadają nas napastliwe myśli. Wyrobiliśmy już sobie bowiem nawyk przerzucania uwagi z jednego zadania na drugie. Nieustanne sprawdzanie smartfonów, w których cały czas coś „ciekawego” się dzieje, współczesne tempo życia i konsumpcji, ciągle zwiększająca się liczba wyzwań związanych z pracą i odgrywania różnych ról w codziennym życiu. To wszystko doprowadziło nas do tego, że większość z nas żyje w chronicznym stanie rozproszenia.

Mindfulness – na czym polega sztuka robienia jednej rzeczy naraz?

Fot. iStock/Borut Trdina

Uwaga wytresowana w taki sposób, (by w kółko skakać z tematu na temat), nie jest w stanie spokojnie trwać przy jednym zadaniu. Niezależnie od tego czy jest to oddech, czy cokolwiek innego. To staje się dla nas przyczyną błędów w pracy, utraty kontaktu z rodziną, a nawet utraty kontroli nad własnym życiem. Dlatego też każdego dnia powinniśmy ćwiczyć się w uważnym byciu. Tylko dzięki powtarzaniu danej czynności przez dłuższy czas jesteśmy w stanie wytworzyć w naszym mózgu nową neurologiczną ścieżkę w mózgu, którą nazywamy nawykiem.

Co możesz zrobić, aby samodzielnie ćwiczyć mindfulness już teraz? Spróbuj tych kilku ćwiczeń:

Oddychaj – wszędzie!

Kiedykolwiek znajdziesz się w pozycji siedzącej możesz powtarzać to ćwiczenie: zamknij oczy lub zawieś wzrok w neutralnym dla oka miejscu (na przykład na podłodze). Zwróć uwagę na swój brzuch, zobacz w jaki sposób porusza się z każdym twoim oddechem (weź przynajmniej 3 oddechy). Po czym przesuń uwagę nieco wyżej – na klatkę piersiową – poczuj powietrze napływające do twoich płuc i sprawdź jak opada twój mostek. Zrób to samo z nosem – jakie to uczucie kiedy przepływa przez niego kolejna porcja tlenu?

Postaraj się zauważyć jak najwięcej szczegółów. Na końcu spróbuj rozszerzyć uwagę na całe swoje ciało. Poczuć ciężar w miejscu, gdzie styka się ono z krzesłem, dotyk ubrania na twojej skórze, ciepło dłoni. Możesz otworzyć oczy.

Spróbuj chodzenia do tyłu

Oczywiście tylko wtedy, gdy znajdujesz się w bezpiecznej przestrzeni. Tym razem skoncentruj swoją uwagę na stopach. Możesz to robić w butach lub na boso, jak wolisz. Stań w lekkim rozkroku, ułóż ręce w wygodnej dla ciebie pozycji. Zamknij oczy lub spuść wzrok na ziemi. Wykonaj kolejno dziesięć kroków do tyłu. Zrób to możliwie jak najwolniej. Tak, aby mieć czas, by poczuć zmianę wynikającą z przeniesienia się ciężaru ciała z jednej nogi na drugą, czy innego przepływu krwi, gdy stopa jest podniesiona.

Gdy skończysz to ćwiczenie stań na obu stropach, rozszerz uwagę na całe ciało i otwórz oczy.

Jedz uważnie

Kiedy ostatnio zjadłaś coś w spokoju? A nie na biegu, między jednym zadaniem a drugim? Każdy posiłek może być dla ciebie świetnym ćwiczeniem mindfulness. Począwszy od świadomości pozycji całego ciała (koniecznie jedz na siedząco!), poprzez uważne przeżuwanie, aż do uczucia sytości. Zbieraj doznania płynące z każdego kęsa i rejestruj je w swojej pamięci. Kiedy poczujesz, że jesteś już najedzona., zastanów się nad tym, jak się czuje twoje ciało. W jakim jesteś teraz nastroju? Ile masz energii? Posiedź tak przez dłuższą chwilę, zaraz potem możesz nie mieć już na to czasu.


Źródło:wysokieobcasy.pl


Zobacz także

Ludziom spod tego samego znaku zodiaku próbujemy przypisać podobne cechy.

To taka piękna miłość. W kobietach, spod którego znaku zodiaku faceci zakochują się najczęściej?

Fot. iStock/Geber86

5 filarów zaufania, czyli jak dbać o uczciwość w związku

Poświęcenie czy masochizm. Gdzie leżą granice życzliwości

Poświęcenie czy masochizm. Gdzie leżą granice życzliwości