„Rodzice dzieci urodzonych w terminie płaczą ze szczęścia, rodzice wcześniaków ze strachu. To nas różni”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
21 października 2015
Fot. iStock / Christian Wheatley
Fot. iStock / Christian Wheatley

– Nasze dzieci rodzą się za wcześnie niegotowe do życia i my zostajemy za wcześnie matkami, zupełnie do tej roli nieprzygotowane. Mamy wcześniaków opowiadają o swoich emocjach, czasem o ich zupełnym braku, wyzuciu, mechanicznym działaniu, które miało pomóc w zmniejszeniu bólu, gdyby się jednak nie udało…

Poród: dezorientacja i strach

Przedwczesny poród zawsze jest zaskoczeniem. Nie da się do niego przygotować. Rodzą, kiedy tak naprawdę dopiero oswajają myśl, że zostaną matkami. Kiedy zaczynają czuć ruchy dziecka, powoli planować kupno wyprawki, ale do realizacji zakupów mają przecież jeszcze mnóstwo czasu. Tak im się wydaje. Czasami imienia dla dziecka nie zdążyły wybrać. – Obudziłam się w nocy, odeszły mi wody – mówi Marta, która urodziła bliźniaki w 24. tygodniu ciąży. Kiedy przyjechała po nią karetka, lekarz tylko zaklął siarczyście widząc w dokumentacji tydzień ciąży i informację, że pierwsze dziecko Marty zmarło dwa tygodnie po porodzie, po operacji serca.

Pomimo, że cięcie cesarskie u Marty odbyło się w znieczuleniu zewnątrzoponowym, ona sama niewiele pamięta z porodu. – Kojarzę moment, kiedy pani anestezjolog pochyliła się nade mną i powiedziała, że mam dwóch synów, że zapłakali, więc jest szansa, że przeżyją. To jedyne, co pamiętam, potem zapadłam w jakąś czarną dziurę.

Matki wcześniaków zostają w brutalny sposób wyrwane z ciepłego i bezpiecznego myślenia o macierzyństwie.

Córkę Patrycji zawinięto w zielony papierowy ręcznik tuż po porodzie i zabrano od matki. Urodziła się w 25. tygodniu ciąży właściwie tylko w obecności swojej mamy. – Jakiś głos rozsądku kazał mi zadzwonić po pielęgniarkę, czułam, że coś się dzieje. Na sali byłam zupełnie sama, bo dwie kobiety pojechały rodzić. Poród był błyskawiczny, nie zdążyli mnie przewieźć na porodówkę – wspomina Patrycja. Kiedy na kilka sekund pokazano jej dziecko spytano, jak mu dać na imię, zwróciła uwagę, że ono ma założoną niebieską opaskę na rącze. – Myślałam: „przecież to miała być dziewczynka, skąd niebieski kolor?”. Później się zorientowałam, że kolor opaski miał w przypadku Igi najmniejsze znaczenie, liczyły się sekundy. Spytano mnie o imię dziecka w razie najgorszego… Nie wiedziałam, że takie dzieci można uratować – mówi Patrycja. Dziś Iga ma pięć lat i ogromne powikłania spowodowane wcześniactwem.

Mama – brzmi irracjonalnie

Marta, mama bliźniaków Arka i Mikołaja nie chciała zobaczyć swoich synów. Po stracie pierwszego dziecka nie chciała przyzwyczaić się do myśli, że jest mamą. Śmierć krąży po oddziałach neonantologicznych, rodzice spotykają się jednego dnia, a drugiego kogoś z nich już nie ma. – Tak naprawdę siedzisz na tykającej bombie – mówi Marta. – Nie jesteś zupełnie przygotowana na to, co cię czeka. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak wyglądają twoje dzieci. Mój mąż chciał mnie przygotować na pierwsze spotkanie z nimi. Uprzedzał, że nie są jak wszystkie noworodki, chciał pokazać zdjęcie, przed czym się wzbraniałam. Kiedy ich zobaczyłam, widok mnie zmroził. Bardziej przypominali małe nietoperze niż dzieci – wspomina Marta. Patrycja opowiada: – Iga miała przezroczystą skórę naciągniętą na kości, pupy nie miała, wszystko było zrośnięte, oczy zamknięte, sklejone. I te rurki, bandaże…

Noemi urodziła Janka na przełomie 30/31 tygodnia ciąży wcześniej spędzając pięćdziesiąt dni w szpitalu na podtrzymaniu ciąży. – Ktoś mógłby powiedzieć, że byłam w stanie się na to, co się zdarzy, przygotować. A to jest bzdura. Do końca byłam pewna, że mi się uda, że dotrwam do magicznego 36 tygodnia. Stało się inaczej. A ja nic nie pamiętam. Oprócz histerii w którą wpadłam, kiedy pierwszy raz stanęłam przed inkubatorem…

Strach, żal, poczucie niesprawiedliwości i bezradność te uczucia mieszają się przy inkubatorach. Rodzice z lękiem spoglądają na monitory, których wykresy są dowodem na to, że ich dziecko żyje . Matki patrzą na swoje dzieci przez szybę, nie mogą ich przytulić. A dzieci nie czują ich zapachu, tak znanego bicia jej serca, nie słyszą głosu, który ukoi ich cierpienie. Są tylko strzykawki, ukłucia i zimna gumowa rękawiczka. W pierwszych tygodniach, miesiącach ich życia przeważającym uczuciem jest ból.

– Leżałam po porodzie z dwoma kobietami, które tuliły do piersi swoje pucołowate dzieci. Były takie szczęśliwe. I te rodziny, które je odwiedzały, cmokające nad noworodkami… A obok ja, ze swoim dramatem… z dziećmi za szybą… – wspomina Marta, której bliźniaki dziś mają cztery lata, a opowiadanie o dniach spędzonych w szpitalu nadal przychodzi jej z trudem.

Fot. Flickr/ Joshua Smith / CC BY-SA

Fot. Flickr/ Joshua Smith / CC BY-SA

Zamiast szczęścia rollercoster

Rodzic wcześniaka przekraczając próg szpitala nie wie, jakie wiadomości usłyszy. Rano może dowiedzieć się, że stan dziecka się poprawił, a wieczorem, że jest krytyczny. – Rodzice dzieci urodzonych w terminie płaczą ze szczęścia, rodzice wcześniaków płaczą ze strachu. To nas różni – tłumaczy Noemi.

Ich dzieci ważą czasami tylko 600 gram, te urodzone w 30. tygodniu trochę powyżej kilograma. Wcześniactwo, to jedna wielka niewiadoma. Choćby dlatego, że lekarze są bardzo skąpi w jakichkolwiek informacjach. Mówią rodzicom, że trzeba być dobrej myśli, ale zaraz dodają, że muszą się liczyć z tym, że wszystko może się zdarzyć.

– Najgorsza jest bezradność. Nie możesz pomóc swojemu dziecku, zdjąć z niego cierpienia lub je ograniczyć. Moi synowie do dziś mają blizny na stopach po ukłuciach – wspomina Marta i dodaje: – Byłam kiedyś świadkiem, jak pielęgniarki próbowały wbić się igłą w żyłę wcześniaka. Ten krzyk i płacz słyszę do dziś. Jeden z jej synów – Arek, kiedy ważył 800 gram, przeszedł operację serca. – Nie pojechałam z nim. Nie mogłam przekroczyć progu szpitala, w którym zmarło moje pierwsze dziecko, właśnie po takiej operacji. To było ponad moje siły, nie byłam w stanie tego dźwignąć psychicznie.

Lęk przed miłością

Czy da się żyć z takim poziomem stresu, funkcjonować w poczuciu strachu, że za chwilę możesz stracić swoje dziecko, którego jeszcze nie zdążyło się przytulić, szepnąć, że już wszystko będzie dobrze? – Pierwsze trzy dni przepłakałam. Kiedy teraz myślę o sobie z czasów, gdy chłopcy leżeli w szpitalu, mam wrażenie, że działałam jak robot, że wszystko, działo się obok mnie. Dziwię się sobie, że nie zwariowałam, naprawdę. A może to wyłączenie emocji pozwoliło mi nie zwariować – tłumaczy Marta, która bardzo długo nie mogła nawiązać więzi ze swoimi dziećmi, na przeszkodzie stał strach, że je straci. – Pierwszy raz ich dotknęłam, kiedy mieli dwa tygodnie, pogłaskałam po rączce. Gdy mieli trzy miesiące wzięłam na ręce. Tak, to było przyjemne uczucie, ale dominował stres, że coś im się stanie, chciałam jak najszybciej ich odłożyć. Uczucie spokoju spłynęło na mnie, kiedy zapaliliśmy świeczki na torcie z okazji ich pierwszych urodzin, a myśl, że wszystko będzie dobrze, gdy przed skończeniem dwóch lat Arek zaczął chodzić, choć mówiono, że nigdy mu się to nie uda. Wszyscy wtedy płakaliśmy ze szczęścia.

Patrycja po urodzeniu Igi dostał tabletki na zatrzymanie laktacji, gdyż zakładano, że dziecko nie przeżyje. Noemi, gdy trafiła z zagrożoną ciążą w 23. tygodniu do szpitala, nie dawano szans na urodzenie żywego dziecka. Ona sama nigdy nie zostawała sama przy inkubatorze. – Bałam się, potrzebowałam obok siebie męża, który wtedy dawał mi poczucie bezpieczeństwa, przy nim wierzyłam, że wszystko dobrze się skończy.

Wracały do domu, w nocy nastawiały budzik, który zamiast płaczu dziecka budził ich do odciągnięcia pokarmu. Zamykały mleko w słoiki i jechały na oddział następnego dnia, nie wiedząc, co usłyszą od lekarzy.

Walka i ciężka praca

– Dopóki Mateusz był w szpitalu, wiedziałam, że jest bezpieczny. Poziom strachu i stresu, który wydawało mi się, że nie mógł być wyższy osiągnął punkt kulminacyjny, gdy zostaliśmy wypisani do domu – wspomina Kasia. Powrót do domu z wcześniakiem, to nie jest dzień szczęścia i radości. – W telewizji pokazują, że oto uratowano kolejnego wcześniaka. Wszyscy się cieszą, gratulują lekarzom, a mnie za przeproszeniem ch**j strzela, bo nikt nie pamięta o rodzicach, gdy ci wychodzą z dzieckiem ze szpitala. A oni za jego murami są zostawieni sami sobie, bez wiedzy, z wypisem, którego zapisów nie rozumie lekarz pierwszego kontaktu – mówi Noemi, choć jej syn ma sześć lat i jest zdrowym chłopcem, to temat wcześniactwa budzi w niej nadal wiele emocji.

Kasia wspomina, że przez pierwszy miesiąc nie spała. – To było bez przerwy czuwanie przy monitorze oddechu. Mateusz wyszedł z zerową odpornością, lekarze uprzedzali, że każdy katar może skończyć się hospitalizacją, a ja niczego tak bardzo nie pragnęłam, jak ustrzec Mateusza przed kolejnym pobytem w szpitalu. Kasia chroniła swojego syna kosztem relacji z mężem, odseparowała też całkowicie swoją wówczas czteroletnią córkę, bała się, że ta z przedszkola przyniesie przeziębienie i zarazi brata. – Moja córka budziła się w nocy i płakała, że mama jej nie kocha – opowiada Kasia, która teraz, gdy Mateusz ma dwa lata przyznaje, że pierwszy rok życia wcześniaka, to rok w całości mu poświęcony. Dziś odbudowała już relacje z córką, z mężem starają się naprawić swój związek.

– Wychodzisz ze szpitala i nie wiesz, w którą stronę pójść. Dostajesz listę specjalistów, do których musisz zgłosić się na kontrole, masz wrażenie, że kręcisz się wkoło. Pierwsze, co czujesz, to bezradność z powodu ogromnej niewiedzy, najpierw swojej, później lekarzy – mówi Marta. Noemi wspomina: – Jeśli trafiałam do lekarza, od którego wiedziałam więcej, od razu go zmieniałam. Zdarzało się, że po wstępnym badaniu słyszałam „Bo to wcześniak” i podczas jednej wizyty słowo „wcześniak” zostawało przez lekarza odmienione przez wszystkie przypadki, a to, że mam syna wcześniaka przecież wiedziałam, taka diagnoza nie była mi potrzebna.

Rodzice szukają specjalistów w całej Polsce. Czasami i za granicą. Nie zawsze się udaje. – Mam poczucie, że popełniłam jeden ważny błąd. Tak bardzo chciałam uratować oko Igi, że zawierzyłam lekarzowi, który obiecał, że je wyleczy. Iga przeszła operację i straciła jedno oko. Chodziłam po ulicy i zasłaniałam sobie jedno oko… Nie wiemy, jak ona widzi drugim, ma blizny po laserach, oczopląs, krótkowzroczność. Kiedy przywiozłam do domu protezę oka, ta przez dwa tygodnie leżała na meblach, każdy bał się ją założyć, nawet pielęgniarki, do których zwracałam się o pomoc, nie podjęły się tego. Zostałam sama z instrukcją obsługi protezy. Dziś gdy rano wkładam ją Idze, a wieczorem wyciągam, ona już tego nawet nie czuje – z zaciśniętym gardłem opowiada Patrycja.

W Polsce działa Fundacja Wcześniak Rodzice-Rodzicom, jej założyciele to także rodzice wcześniaka. – Joachim ma dziś 13 lat – mówi Magdalena Sadecka-Makaruk. – Niestety u nas wcześniactwo Joachima wyszło później, bo w przedszkolu i potem w szkole – zaburzenia z zakresu integracji sensorycznej, a także dysleksja, dysortografia i dysgrafia nie pomagają w nauce. Ma też skoliozę, bo jest wysoki, a mięśnie miał za słabe, by trzymały prosto kręgosłup – opowiada założycielka Fundacji, która za główny cel stawia sobie przybliżenie tematu wcześniactwa i problemów z nim związanych. – 13 lat temu jedyną wiedzę o wcześniakach czerpaliśmy z amerykańskich publikacji, było ich trzy na krzyż. Wydaliśmy bezpłatny poradnik dla rodziców wcześniaków „Niezbędnik rodzica wcześniaka”, który z każdą kolejną edycją jest obszerniejszy. Fundacja Wcześniak zbiera również środki do budowy Narodowego Centrum Wcześniactwa, które skupiałoby najlepszych specjalistów w jednym miejscu, gdzie powstałaby grupa wsparcia dla rodziców, a rodzice mogliby zwracać się ze swoimi problemami.

Teraźniejszość i przyszłość

Kasia, której Mateusz ma dziś dwa lata jest szczęśliwą mamą zdrowego chłopca, którego nie dotknęły wcześniacze choroby. Janek Noemi to rezolutny sześciolatek, chodzi do szkoły, nie ma z nim żadnych problemów, oprócz tego, że potrafi nieźle dać rodzicom w kość łobuzowaniem. Ale kto by na to narzekał. Bliźniaki Arek i Mikołaj cały czas są rehabilitowani. Arek kuśtyka na lewą nogę, Mikołaj ma nadwrażliwość na dotyk, przytula się przez poduszkę, tulenie sprawia mu przyjemność, ale też powoduje dyskomfort. Obaj oswoili już lęk przed nieznanym, tym co nowe, rzadziej Mikołaj wpada w histerię, choćby ze względu na drażniącą go metkę i nowe osoby w otoczeniu. Zaraz skończą cztery lata. Chodzą do przedszkola, a ich mama odpoczywa od roli pedagoga domowego. – To ogromna praca, poświęcenie siebie, swojego czasu. To nauka cierpliwości, odejścia od porównywania ich z innymi dziećmi. Wcześniakom nic nie przychodzi naturalnie, wszystko musi być wypracowane: chodzenie, mówienie, motoryka – mówi Marta.

O czym marzy Patrycja – mama Igi? – Mam jedno marzenie, żeby moja córka widziała świat. Jej brat, gdy miał sześć lat, a Iga przechodziła operację oka powiedział mi, że sprzeda wszystkie swoje zabawki i odda pieniądze, by jego siostra widziała. Ja obiecałam jej jeszcze w szpitalu, że jeśli przeżyje pozwolę jej wejść mi na głowę. Dziś Iga ma pięć lat. Rozwojem znacznie odbiega od swoich rówieśników. – Jej wcześniactwo mnie nauczyło pokory i tego, by nigdzie się nie spieszyć. Na wszystko przychodzi czas. Co jest najtrudniejsze? Patrzenie w przyszłość i strach o Igę. Tak bardzo się o nią boję, że skupiam się tyko na tym co tu i teraz. Uczę się cieszyć każdym dniem, planować czas od wizyty u jednego lekarza do wizyty u kolejnego. Tak, ten strach o przyszłość Igi jest dziś najtrudniejszy.

Niektóre z mam prowadzą swoje blogi, dostają wiele maili od innych rodziców wcześniaków. Tam piszą o swoich smutkach, lękach i radościach. Są wsparciem, dla tych, którzy z tematem wcześniactwa dopiero się spotykają. Jeśli chcesz, zajrzyj do nich: MatkiNiewariatki, Matki Prezesa i do Igi, której mama pisze o swoich troskach.


Kobieto, kochaj się!

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
21 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

Niedzielny poranek zaczął się od chmury. Zaciągnęła się na okno jak muślinowa firanka, choć z lekka szarawa była. Dałam nura pod kołdrę i skupiłam się na oddechu. Taka medytacja dla leniwych, ale lepsze to niż nic. Głęboki oddech od razu dał się odczuć w całym ciele. Za każdym razem, kiedy tak sobie niby medytuję z poziomu kołdry, ale to dokładnie i niezmiennie każdorazowo, odnoszę to niepokojące wrażenie, że kiedy nie oddycham tak jak w łóżku o poranku, głęboko i całkowicie świadomie, to nie oddycham wcale. Brnę przez dzień na bezdechu niemalże, łapiąc powietrze w stęsknione płuca w przerwach na kawę albo szybki spacer. A potem znowu długo, długo nic. Aż do wieczora, kiedy przed zaśnięciem uświadamiam sobie, że kobieto! Oddychać trzeba.

Więc teraz oddycham, głęboko, z pełną świadomością, a ciało mi się pławi w oddechowej rozpuście. Wypiłam też wodę z cytryną na pusty żołądek, by podlizać się wątrobie na dzień dobry. Przede mną dwie łyżeczki siemienia lnianego czekają na spożycie, w kolejce warzywa prężą się gotowe wskoczyć do sokowirówki na palca skinienie. Bo sok z zielonych darów natury, to dalsza część niedzielnego rytuału, który odprawiam w ramach niedzielnego kochania siebie. To taka „miłość własna” przy dźwiękach barokowej muzyki, która podobno ma właściwości  kojące. Na liście mam jeszcze taniec z lekka szalony, ale co komu do tego skoro we własnym pokoju zamierzam go odbyć przy dźwiękach muzyki, której wstyd słuchać. Zrobię to bo lubię, bo tańczyć kocham, a i moje ciało błaga o ten bezwładny bałagan ruchowy, który załącza mu małe, piękne lampki szczęścia. Zrobię jeszcze wiele innych rzeczy dla siebie tego dnia. Tak samo jak robiłabym je dla kogoś innego, kogo kocham miłością nierozumną.

Bo zarazą dzisiejszych czasów jest to, że siebie nie kochamy

My kobiety zwłaszcza… Miłością własną nie grzeszymy. Być może spowodowane jest to modelem społecznym. Tym całym wychowaniem dziewczynek, które powinny być kobietami na wzór i podobieństwo…  Męczymy się potem przez całe życie, a na tyłach głowy tłucze nam się absurdalne zaklęcie: „nie jesteś wystarczająco dobra kochana, więc może postaraj się bardziej”.  A że oprogramowanie na „staranie się” mamy zainstalowane, to i słuchamy się owego mózgo-rozkazu i dajemy z siebie wszystko… na próżno niestety. Nikomu bowiem taka starająca się istotka do niczego potrzebna nie jest. Zwłaszcza, że choć dla niej samej brzmi to niedorzecznie, stara się ona dla siebie, a nie dla mnie. Stara się bo musi, bo taki ma program wewnętrzny. Jak zagubione psisko, które goni własny ogon. Stara się sterowana obciążającym tym pragnieniem by ktoś pochwalił, ktoś pogłaskał, ktoś poadorował… ktoś zobaczył jej nagą duszę i powiedział: jesteś piękna, jesteś wystarczająca, kocham cię taką jaką jesteś. Idealną. Perfekcyjną. ….

Niestety. Może w filmie a la Hollywood, ale w życiu, taki scenariusz się nie zdarza. Życie bowiem jest wymagające. W zdrowy i życiowy sposób. Życie nie uznaje kompromisów, słabości też raczej nie toleruje. Za to preferuje kwiaty w pełnym rozkwicie, ptaki w szalonym locie, deszcz, który pada, jakby to miał być jego ostatni raz. Życie preferuje istoty, które ogarniają swoją niepojętość. To wewnętrzne piękno, rozwinięte skrzydła i odwagę, która graniczy z szaleństwem. Bo życie kocha tych, którzy kochają siebie. Tych, którzy szanują swoje ciało, dbają o swoją duszę, którzy znają swoje granice, potrafią powiedzieć  NIE kiedy myślą NIE i TAK kiedy myślą TAK. Życie kocha tych, którzy mają moc, którzy walczą o swoje marzenia i kochają naprawdę, którzy walczą o siebie i wymagają szacunku, tych, którzy wiedzą, czego chcą i którzy nie poddają się z byle powodu. Więc powiem to jeszcze raz, żeby sprawa jasna się stała: życie kocha tych, którzy kochają siebie. I basta.

My ludzie też, kochamy istoty takie.  Podziwiamy je za te wszystkie cudowne właściwości, zachwycamy się ich gracją, pięknem i tą siłą, która czyni ich obłędnie atrakcyjnymi. Spędzamy nieraz godziny, dnie i tygodnie całe w tym zachwycie nad inną ludzka istotą, zapominając całkowicie o tym, że przecież do tego samego gatunku przynależymy i że potencjał do tego, by stać się obiektem zachwytu, jest dla nas po prostu osiągalny. Warunek? Dokładnie tak! Musimy pokochać siebie.

To tutaj jednak zaczynają się schody. Mentalne schody, które fizycznie wręcz bolą. Torturujemy się w związku z nimi we własnych głowach poczuciem winy, braku wartości, przekonane o tym, że czego nie zrobimy to i tak dobrze nie będzie. I tak angażujemy się w związki. Z facetami którym w to graj. Taka kobieta bowiem, z małym poczuciem wartości, to dla predatora super jest gratka. W sam raz do używania i emocjonalnej tortury. „Toksyczne związki” tak o nich mówi mądra psychologia. Oparte na manipulacji, która wyzyskuje każdorazowo jeden fakt: miłości własnej brak.

Fot. Pixabay / jill111 / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / jill111 / CC0 Public Domain

Mam przyjaciółkę. Piękną, mądrą, zaradną, kobietę sukcesu. Jest matką. Samotną, bo tata nie podołał zadaniu bycia tatą. Pomimo tego, że sama jest w macierzyństwie, jest matką z kategorii tych Super Matek Nie do Zdarcia i Nie do Zadarcia. Wydawałoby się, że kobietą jest niezłomną. Że świat do stóp jej się ściele. I tak też właśnie jest. Tyle, że w jednym departamencie, zastój parszywy się u niej panoszy. Departament związkowy u przyjaciółki mojej nie działa. A jak już coś się w nim dziać zaczyna, to z reguły kłopotem zalatuje. W tym departamencie ta moja przyjaciółka już nie jest kobietą przez dorosłe, świadome i pewne siebie K. Jest w nim dziewczynką, małą, wystraszoną, całkowicie podporządkowaną, nieprzyzwoicie uległą, na zawołanie, na telefon, na dzwonek do drzwi pośrodku nocy. Znokautowaną. Ofiarą kompromisu, na który każdorazowo chodzi, bo w głębi duszy i wbrew wszelkiej logice, nie wierzy w to, że zasługuje na dużo więcej. Tak ją przy tym ten defekt myślowy w garści trzyma, że jest w tej kwestii durna totalnie. Sparaliżowana przekonaniem tym idiotycznym, że oto ona, kobieta pod każdym względem kosmiczna, nie zasługuje na faceta, ciało niebieskie, który jak Księżyc na punkcie Ziemi, oszaleje na jej cudownym punkcie.

W departamencie związkowym u mojej przyjaciółki miłości własnej brak. Zamiast niej, jest zgoda na faceta półśrodek, taki ochłap męski, który żywi się kobiecą słabością, bo sam pooraną duszę ma niemiłosiernie i nie stać go na kobietę prawdziwą. W pewnym sensie są oni parą dobraną. Niepełni, niespełnieni, pogodzeni z tym, że oddech mogą mieć płytki. Zmanipulowani przez własną niemoc są w rzeczy samej jak dwie połówki pomarańczy. Tej niedojrzałej, kwaśnej w smaku i skarłowaciałej. I chociaż miewają momenty uniesień, które głaszczą ich po obolałych duszach, to jednak i oni w głębi owych dusz wiedzą, że ta ich miłość wcale nie jest prawdziwa. Że brak jej życia, tej napędowej energii, tego płomienia, który rozświetla mleczne drogi. Bo miłość tych którzy siebie nie kochają nie ma źródła, nie ma płomienia. Jest jak wyschnięta studnia, z której nie ma jak i czego czerpać.

Więc kochaj się kobieto. Kochaj się, abyś mogła zdarzyć się naprawdę. Bądź dla siebie dobra, bądź zaprzyjaźniona. Wystaw krytyka za drzwi umysłu razem z całym tym smutnym bagażem, który targa on ze sobą, łażąc jak żebrak od drzwi do drzwi. Przytul się, pogłaskaj i popłacz, jeśli trzeba. Jesteś kobietą i Bóg dał ci wszystko. A życie da ci resztę.


Kapiący kran, deska klozetowa i żółte kwiaty. O Feng Shui z dystansem

Sylwia Smotarska
Sylwia Smotarska
21 października 2015
Fot. iStock / elcabron
Fot. iStock / elcabron

Sporo już pisano na ten temat, wielu ekspertów zjadło zęby na poradach, wielu architektów czy może „architektów” specjalizowało się w kreowaniu wnętrz swoich klientów przy pomocy wahadełek, palonej po kątach szałwii, figurek, talizmanów i domowych wodospadów. Nie. Nie jestem prześmiewcza! Dobra. Bywam. Bo najważniejsze, to zachować umiar. Do tego namawiam zawsze.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym tematu nie zgłębiła. Przeczytałam kilka książek i poradników, porad eksperckich i publikacji w kobiecej prasie. Oto wybór, według mnie, najciekawszych zasad feng shui. Przydatny, nie tylko po to, aby w domu nagle zagościła radość, harmonia i ogólny dobrobyt (kto by nie chciał!), ale przede wszystkim, aby w końcu DOTARŁO do męskiej części domowników, że zamykanie tej cholernej deski w toalecie JEST ISTOTNE dla ludzkości !

Żółte kwiaty

Co zrobić aby już więcej nie kłócić się z dziećmi o nieodrobione lekcje, z mężem o za drogą torebkę, czy niezmyte naczynia?

Odpowiedź jest banalna. Żółte kwiaty! Wystarczy tylko postawić taki bukiet, uwaga,  w południowo-zachodnim kącie domu i voila!  Harmonia, spokój i muzyka Chopina z głośników w tle gwarantowana!  Proste prawda?  Aha, tylko istotny jest jeszcze wazon, musi być „niski, podłużny i najlepiej gliniany”, ale przecież każda z nas gdzieś w czeluściach piwnicznych czy garażowych taki ma :).  Dla mnie tylko dyskusyjna sprawa z tym południowo-zachodnim miejscem, bo co, jeśli akurat jest to właśnie garaż, lub WC? No, ale w imię domowego spokoju jestem gotowa zaryzykować.

Brudne okna

Sprawa absolutnie zakazana, jeśli w ogóle chcemy czuć się szczęśliwe (zawsze wiedziałam, że program o perfekcyjnej pani domu kiedyś mi się przyda).  Okna to „oczy naszego domu”, coś jakby oczy duszy… chyba. Oczy nie mogą być brudne, muszą dobrze odzwierciedlać to, co w środku i na zewnątrz.  No cóż, nie ja to wymyśliłam, chcesz czuć wewnętrzny ład i zen, wstań i umyj w końcu te okna! Co z tego, że masz duży dom i dwadzieścia parę sztuk? Za to potem więcej „dobra” przez nie wejdzie. Do dzieła!

Kapiący kran

Tutaj  absolutnie się zgadzam.  Kapiąca po kropli woda to symboliczne „uciekające nam bogactwo”, więc jeśli następnym razem, mąż przejrzy wyciągi z waszego wspólnego konta i będzie miał jakiekolwiek pytania/wątpliwości/uwagi, z absolutnym spokojem możecie mu pokazać kapiący kran w łazience, który ON miał naprawić już jakiś miesiąc temu. Kran nie naprawiony, kasa wycieka, nie wasza wina przecież!

Totalna klapa

Ciągnąc dalej temat wpływu kanalizacji na dobrobyt. To wszystko się ze sobą łączy, jedno wynika z drugiego. Akcja owocuje reakcją. Tak, moje drogie, klapa sedesowa MA wpływ na nasze życie, na jego jakość, powodzenie, ba! nawet na finanse ma wpływ. Według zasad Feng Shui  nigdy, przenigdy nie powinno się zostawiać jej nieopuszczonej!  Powoduje to symboliczny, acz natychmiastowy odpływ dóbr wszelakich,  dobrej energii i powodzenia. Nie wiem jak wy, ale ja nie zamierzam ryzykować!  Rozważam nawet zainwestowanie w taką TOP klapę, „samoopuszczającą się” i jeszcze dla pewności docisnę, tak dla zasady. Nie będę ryzykować stanu moich oszczędności i spokoju ducha z powodu sedesu – do diaska!

Noże, nożyce, korkociągi

Uważasz, że ta gruba, metalowa listwa magnetyczna nad blatem to genialne rozwiązanie? Jest łatwo, czysto, nóż masz zawsze pod ręką… otóż błąd. I to ogromny. Zdemontuj to! Wywal, schowaj lub w ostateczności używaj jako magnesu na dziecięce rysunki. Pod żadnym pozorem nie wolno przechowywać na wierzchu ostrych przedmiotów, noży, nożyczek… korkociąg też jest podejrzany. Ostre krawędzie w sztuce Feng Shui  to zła energia, której przecież chcemy się z domu pozbyć. Z tego samego powodu (złej energii) nie wolno przyjmować noży w prezencie! Jeśli więc teściowa uraczy cię urodzinowym podarunkiem w postaci kompletu nożyków deserowych, niech będzie to dla ciebie dowodem, że ona naprawdę cię „kocha” – wywal, oddaj lub sprzedaj na allegro, przynajmniej kupisz sobie za to etui na telefon czy inny zupełnie niepotrzebny gadżet. Jednym słowem, przekłuj złą energię w dobro.

Według sztuki Feng Shui  w domu nie wolno mieć jeszcze: zepsutych rzeczy, za małych ubrań, bałaganu (w ogólnej interpretacji) i zwiędłych roślinek,  czyli w sumie… tego wszystkiego, co aktualnie w swoim domu MA praktycznie każda z nas. Przynajmniej ja się przyznaję.

Nie wolno też mieć lustra w sypialni (?) oj, oj, czuję już i słyszę te pytania pełne zdziwienia. Otóż lustra w sypialni być nie powinno, ponieważ nie sprzyja ono przepływowi dobrej energii.  Hmmm, w jednej z publikacji przeczytałam nawet „jeżeli już mamy w sypialni duże lustro, najlepiej zasłaniać je na noc” Rozumiem, że lustrzany sufit nieco bardziej komplikuje sytuację….

W całym tym szaleństwie zawsze jest metoda. Trzeba znaleźć swój własny złoty środek, wyważyć, nie popadać w skrajności.

Harmonię często może zaburzyć właśnie sterylny, szpitalny ład, a równowagę duszy po ciężkim dniu z powodzeniem odzyskamy tuląc córkę czy czarnego kota, rozmawiając z przyjaciółką, pijąc z mężem wino na tarasie…. I żeby nie było, że neguję – wcale nie, przyznam się nawet, mam w domu „pieniężną żabę” (taki symbol obfitości), przewieszałam dwa razy lustro w przedpokoju, bo „odbijało dobrą energię” … dobra! Okadzałam kiedyś mieszkanie szałwią! Do innych szaleństw za nic się nie przyznam!   


Zobacz także

Fot. iStock/petrunjela

Najpiękniejsze kwiaty na balkon. Jakie wybrać? Zapytałam o to kwiaciarki

Fot. iStock/SIphotography

Inteligentni ludzie kładą się spać późno, wszędzie robią bałagan i przeklinają. To potwierdzone naukowo!

Detoks na dobry sen

Detoks na dobry sen. 5 prostych zasad