„Przecież na byłe dzieci płacić nie będę”. Uporczywy dłużnik alimentacyjny to złodziej i to złodziej gorszego sortu. Trzeba o tym mówić głośno

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 lutego 2016
Zamiast alimentów – opieka naprzemienna grzmią członkowie Parlamentarnego Zespołu Na Rzecz Praw Dzieci Do Obojga Rodziców, którym przewodniczy poseł Kukiz’15 Paweł Skutecki.
Fot. iStock / Blackbeck

„Stary, co będziesz płacił. Mój kumpel nie płaci alimentów i jakoś go do więzienia nikt nie wsadził. Na pazury i fryzjera będziesz jej dawać?” – klepie kolegę po ramieniu i razem w nos śmieją się byłej żonie, prawu, komornikowi i… dzieciom. O nich już nikt nie wspomina. O uchylaniu się od alimentów, dłużnikach i pomysłach na zwiększenie skuteczności egzekwowania alimentów rozmawiamy z komornikiem Robertem Damskim.

Ewa Raczyńska: O dłużnikach alimentacyjnych mówi się w Polsce coraz głośniej, nadal jednak ponad milion dzieci pozostaje bez wsparcia finansowego swoich ojców.

Robert Damski: Można oczywiście mówić o olbrzymich liczbach, o tym ile pieniędzy jest do wyegzekwowania, ile dzieci alimentów nie otrzymuje. Te liczby robią wrażenie. Jednak skalę zjawiska mogę przedstawić z  pozycji komornika w 15-sto tysięcznym miasteczku, gdzie w swojej kancelarii prowadzę obecnie około 1600 spraw alimentacyjnych, a rocznie wpływa ich 110, czyli średnio jedna sprawa co trzeci dzień. To pokazuje, z jak wielkim zjawiskiem mamy do czynienia. To jedna strona medalu, druga to skuteczność egzekwowania alimentów, która w Polsce wynosi nieco ponad 20%, w mojej kancelarii 30%, ale chluby mi to wcale nie przynosi, bo statystyka jest nieubłagana. Na 10 spraw tylko w trzech udaje mi się uzyskać pieniądze dla dziecka. W siedmiu sprawach muszę powiedzieć matkom (bo 95% spraw dotyczy kobiet), że dla ich dzieci pieniędzy nie mam.

Ja na własny użytek dzielę dłużników na trzy kategorie. Pierwsza to Piotruś Pan – ten co siedzi u mamusi, całe życie chce się bawić i nie ponosić żadnej odpowiedzialności . Druga kategoria to Smerf Ciamajda. Przychodzi i mówi: „Ja nie wiem, żadnej pracy nie ma, żadna nie spełnia moich aspiracji. Ja bym nawet płacił, ale niech pan komornik da mi pracę”. I trzecia to dłużnik, którego bardzo nie lubię – cwaniak. On wie, jak ukryć majątek. Nie jest biedny, na wiele mu wystarcza, majątek ma rozpisany na nową partnerkę, na rodziców. Jak się do niego wchodzi, to mówi, że nic nie ma, jest „pusty jak bęben”.

Kobiety liczą, że im pan pomoże?

Przede wszystkim kobieta wstydzi się przyjść do komornika, nie wiedzieć czemu wstydzi się prosić o to, co się należy jej dzieciom. Często widzę, jak chodzi po korytarzu z wyrokiem w  ręce i zastanawia się: wejść czy nie wejść. Sprawa rozwodowa jak i alimentacyjna trwa miesiącami, więc kobieta oczekuje, że jak już przyjdzie do komornika, to ten załatwi sprawę od ręki. Kobiety myślą, że gdy minął termin, a alimentów nie ma, to wystarczy, że położą wyrok, a komornik wyciągnie pieniądze z szuflady i dopiero później pójdzie je egzekwować. Podczas gdy wygląda to inaczej. Niestety nie jestem „połączony” z Narodowym Bankiem Polskim i nie mam tych pieniędzy. A są kraje, gdzie tak to się odbywa, podczas gdy w Polsce proceder niepłacenia alimentów ma dwa źródła.

Jakie?

Pierwsze to przyzwolenie społeczne. Powinniśmy jakąś wielką  kampanią zacząć od zmiany myślenia społeczeństwa o dłużnikach. Powinniśmy uświadamiać wszystkim, że kto nie płaci alimentów nie okrada byłej partnerki, a okrada „byłe” dzieci, bo tak o nich mówią. Teraz już mają nowe dzieci, a na tamte „byłe dzieci płacić nie będą”. To jeszcze nie koniec. Dłużnik alimentacyjny okrada nas jako społeczeństwo, bo pieniądze z naszych podatków lądują w Funduszu Alimentacyjnym i to my płacimy na utrzymanie jego dzieci. Twój sąsiad nie płaci alimentów – ty płacisz za niego. Społeczeństwo powinno zrozumieć przez kogo jest okradane.

A drugie źródło?

No właśnie, bo z samym dłużnikiem ja, jako komornik, jeszcze sobie poradzę. Nie poradzę sobie natomiast ze „zorganizowaną  grupą wspierającą dłużnika”. I do tej grupy należy mamusia, która przychodzi ze swoim synkiem i synka tłumaczy zaczynając od tego, że prawdopodobnie to w ogóle nie jest jego dziecko – bo mamusia leżała pewnie pod łóżkiem, więc chyba wie, co mówi. A poza tym ta jego była, to ona „taka i owaka”, na alimenty go złapała. Jej „księcia z bajki”.

Do tej grupy wspierającej dłużnika zalicza się także obecna partnerka dłużnika, która mówi, że „była” traktuje go tylko jak bankomat…

A ty głupi płacisz…

Właśnie, wiec wszyscy: ta kobieta, rodzice, ale też brat, siostra pomagają dłużnikowi ukrywać majątek. Bo przecież aparat opresyjny w postaci komornika wszystko z niego wyssie.

W skład tej zorganizowanej grupy wchodzą jeszcze pracodawcy. „Panie Władku, bo ja mam tutaj alimenty…”. „Dobrze, dobrze to się jakoś umówimy, wpiszemy tyle, a resztę dostanie pan pod stołem, a ja przy okazji mniej ZUS-u zapłacę”. Czasami wynagrodzenie rozpisują na diety, bo z nich nie mogę ściągnąć alimentów. Gdyby pracodawcy mieli świadomość, że gdy pomogą przestępcy zostaną wobec nich wyciągnięte konsekwencje, to pewnie wyglądałoby to zupełnie inaczej.

A tymczasem, w moim niedużym miasteczku, wszyscy wiedzą, że dłużnik pracuje u pana X. Ja też o tym wiem. Wysyłam więc zapytanie do pana X, czy ten realizuje zajęcie wynagrodzenia dłużnika. Po czym dostaję odpowiedź: „Przecież on u mnie nie pracuje”. Idę więc do tej firmy i widzę, że siedzi tam cały dzień i bezczelnie mi mówi, że w gości przyszedł, na herbatę. Więc ja się pytam, gdzie jest twoja aktywność zawodowa, gdzie chęć podjęcia pracy, szukania jej.

Jeszcze inna sytuacja. Po kilku latach dłużnik alimentacyjny dostał pracę i pech chciał, komornik się o tym dowiedział i zajął mu wynagrodzenie – w przypadku alimentów jest to 60%. I przychodzi taki do mnie i mówi, że ja mam zejść z jego pensji, bo jemu nie opłaca się pracować.

Z takimi rzeczami musimy się zmagać. Stawać naprzeciw rodzinki, która wspiera dłużnika, jego najbliższych znajomych, którzy klepią go po plecach i mówią: „Ty to jesteś gość, wykiwałeś komornika i byłą żonę”. Ale o tym, że wykiwał własne dzieci nikt się nawet nie zająknie.

A przepisy, wsparcie państwa? W końcu jest pan funkcjonariuszem publicznym

Zgadza się, więc jako publiczny funkcjonariusz egzekwujący wyrok wydany w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej mam prawo oczekiwać, że państwo stanie po mojej stronie. Niestety, nie do końca tak jest.

Artykuł 209. kodeksu karnego dotyczący przestępstwa niealimentacyjnego pozwala dłużnikowi uniknąć kary. Wystarczy, że wpłaci on 5 złotych miesięcznie, by prokurator odrzucił wniosek, bo przecież dłużnik wykazuje chęć płacenia. A dla mnie jest to śmianie się w nos państwu i wyrokom sądowym. Poza tym zapis kodeksu mówi, że dłużnik poniesie karę, gdy jego niepłacenie alimentów sprawi, że dziecko będzie żyć w niedostatku.

Tylko która matka do tego dopuści.

No właśnie, która? Te kobiety stają na uszach, pracują na dwa trzy etaty, żeby dziecko nie czuło się gorsze, żeby niczego mu nie zabrakło, żeby nie było stygmatyzowane tym, że jego mama sobie nie poradziła.

Bo jak sobie nie poradzi, to zabiorą jej dziecko…

No masakra jakaś, prawda? Kto pisał te przepisy? Ja patrząc tylko i wyłącznie na nasze prawo powiem z pełną odpowiedzialnością, że państwo polskie nie stoi dostatecznie po stronie dzieci. Bo jaka jest kara za niepłacenie alimentów – do niedawna było to odebranie prawa jazdy, ale ten przepis został zniesiony wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego. Dłużnik alimentacyjny kpi sobie z zapisów prawa. To matka i komornik muszą udowadniać, że on jest w stanie podjąć pracę, mógłby zarabiać i płacić alimenty.

A może skoro dłużnicy tłumaczą się brakiem pracy, to załóżmy  im bransoletki dozoru elektronicznego – w końcu i tak siedzą w domu, nie mają czego się wstydzić. Bo wsadzenie ich do więzienia nie rozwiąże podstawowego problemu – braku pieniędzy. A dodatkowo my jako społeczeństwo będziemy musieli zapłacić za pobyt tego pana w więzieniu i w tym samym czasie nasze pieniądze trafią do Funduszu Alimentacyjnego, który musi zapłacić jego dzieciom. Może też rozważyć czy pracodawcom dać zniżki, gdy zatrudnią dłużnika alimentacyjnego.

Można też o alimenty wystąpić do rodziców – dziadków dziecka.

Tak, choć mówi się, że czemu oni są winni, że syn nie płaci. Ale ja ze swojego doświadczenia wiem, że ten królewicz najczęściej nadal z nimi mieszka, nadal korzysta z wszystkich dóbr, nadal nie wyślą go do pracy, nie zmuszą, by się zaktywizował. Na każde pytanie komornika odpowiadają, że to wszystko należy do mamusi i do tatusia, nic synka nie jest, a jak komornik coś zajmie, to się spotkamy w telewizji. Dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji, kiedy 70-letnia pani wciska mi, że hantle i ławeczka do ćwiczeń są jej, bo ona dba o tężyznę fizyczną, a syneczek w drzwiach się ledwo mieści.

Jako komornik nie mam od państwa dostatecznych narzędzi, które pomogłyby skuteczniej egzekwować alimenty.

Kobiety często mówią – komornikom nie opłaca się nam pomagać.

I opłaca i nie opłaca. Opłata egzekucyjna, z której komornik utrzymuje kancelarię, pracowników i siebie wynosi 15% tak, jak w przypadku alimentów, tak w każdej innej sprawie, więc mówienie, że komornikom się nie opłaca jest kłamstwem. Problem tkwi gdzie indziej – w skutecznym egzekwowaniu alimentów. Bo gdyby mnie pani spytała, czy mi się opłaca, to odpowiedziałbym, że w 30% mi się opłaca, bo tyle spraw kończę sukcesem. Gdyby ściągalność alimentów wynosiła jak na Zachodzie 70%, to powiem: opłaca mi się w 70%. Ale, żeby tak było powtarzam – musimy zmienić nasze myślenie, mieć świadomość, że uporczywy dłużnik alimentacyjny jest złodziejem, że okrada własne dzieci, więc jest złodziejem gorszego sortu, a my nie powinniśmy go dłużej kryć.


Robert Damski/Arch. Prywatne

Robert Damski/Arch. Prywatne

Robert Damski – komornik, wspierający tych,  którzy walczą o zmianę prawa w zakresie przestępstwa niealimentacyjnego, nieustannie podkreśla, że jest potrzeba wielkiej kampanii społecznej zmieniającej nasze myślenie o dłużnikach alimentacyjnych, a co za tym idzie – także zmiana prawa w tym zakresie. Jest honorowym członkiem Stowarzyszenia „Dla Naszych Dzieci” – które walczy o poprawę sytuacji tych dzieci, które alimentów nie otrzymują. Laureat „Białej Wstążki” nagrody przyznawanej przez Fundację Jolanty Kwaśniewskiej, którą otrzymał za wyprowadzenie problemu alimentów „z wstydliwych nizin na wyżyny mówienia, szukania i zauważania”.


Toksyczny przyjaciel? Nie, dziękuję. 7 złotych zasad prawdziwej przyjaźni

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 lutego 2016
Fot. Pixabay /  cherylholt  /
Fot. Pixabay / cherylholt / CC0 Public Domain

Ilu masz przyjaciół? Nie, nie „znajomych”. I nie, nie na Facebooku. Czy masz gdzieś obok, jedną lub dwie bliskie osoby, które są z tobą i w trudnych i w radosnych chwilach? Kogoś, do kogo odezwać możesz się zawsze i wiesz, że otrzymasz wsparcie? Czy w twoim życiu jest miejsce i czas dla prawdziwej przyjaźni? Poznaj jej zasady.

1. Akceptacja

Prawdziwy przyjaciel akceptuje cię taką, jaką jesteś, nie próbując zmieniać i tworzyć nowej ciebie, pasującej do jego wizji. Nie wyolbrzymia też twoich niedoskonałości. Przyjaciel widzi w tobie dużo pozytywnych cech, często wtedy, gdy ty sama ich już nie dostrzegasz. „Toksyczny” przyjaciel sprawia, że w jego obecności czujesz się gorszy, nie wystarczająco dobry.

2. Na dobre i na złe

Czujesz, że cokolwiek się wydarzy, on będzie obok by podać pomocną dłoń. W ciężkich chwilach, w razie problemów, ale też wtedy, gdy jesteś szczęśliwa. Jeśli twój przyjaciel jest zazdrosny o twoje szczęście albo umniejsza sukcesy, które odnosisz, to nie jest dobra znajomość. Tak samo powinnaś wystrzegać się osób, które są zazdrosne o twoich innych przyjaciół, próbują zdyskredytować ich w twoich oczach, a także starają się kontrolować twoje życie. Co innego razem szukać dobrego rozwiązania, co innego próbować kimś kierować.

3. Bez tajemnic

Uważaj na to, co komu mówisz. Toksyczny przyjaciel zawsze w jakiś sposób  wykorzysta tę wiedzę przeciw tobie. Dobry, skorzysta z niej tylko w dobrej wierze i nie podzieli się nią z innymi bez twojej zgody.  Zna sekrety twojego serca, twoje plany i marzenia, czasem potrafi nawet czytać w twoich myślach.

4. Spotkanie w połowie drogi

Prawdziwy przyjaciel nie oczekuje od ciebie tego, że zawsze odezwiesz się pierwsza. Spotkacie się zawsze „w pół drogi”. Tak jak ty, chwyci za telefon żeby zadzwonić, napisać. Interesują się tobą i twoim życiem, nie musisz prosić go o to, by był w nim obecny, nie musisz zabiegać o jego uwagę. Dajecie tej przyjaźni z siebie tyle samo.

5. Samopoczucie

Przyjaciel potrafi powiedzieć coś takiego, tak zadziałać, że szybko powrócisz do równowagi emocjonalnej. Mimo, że jeszcze przed chwilą wylewałaś wiadra łez, teraz powoli wraca ci ochota do życia, a poziom energii podnosi się. Tę energię dajecie sobie wzajemnie, mnożycie i dzielicie, ale nigdy jej sobie nie odbieracie. Warto zwrócić na to uwagę po spotkaniu ze znajomymi: czujesz, że opadasz z sił, czy przeciwnie, unosisz się nad ziemią…?

6. Szczerość

Może nawet taka, jakiej byś nie chciała. Może trudna i bolesna. Ale zawsze – prawda. Przyjaciel nie powie ci tego, co chcesz usłyszeć, ale to co trzeba, żebyś w danej chwili usłyszała. Jeśli tylko rozumiesz, że nie chodzi mu o to by cię zdołować, dokopać leżącemu, nauczysz się doceniać tę szczerość. Celem przyjaciela jest pomóc ci spojrzeć na sprawy inaczej, dokonać właściwych wyborów.

6. Przebaczanie

Prawdziwy przyjaciel nie oczekuje od ciebie, że nie będziesz popełniać błędów. Nie obrazi się , choć może nieraz zdarzy mu się „strzelić fochem”. Nie sprawi też, że będziesz  tańczyć wokół niego w oczekiwaniu na wybaczenie i akceptację. W prawdziwej przyjaźni przebaczanie sobie sprzeczek i nieporozumień to kwestia oczywista.

7. Lojalność

Prawdziwi przyjaciele nigdy nie rozmawiają o tobie z innymi za twoimi plecami. Jeśli bliska osoba ma z tobą jakiś problem, powie ci to osobiście. Bo cię szanuje. Nawet jeśli w cztery oczy wygarnie ci nie przebierając w słowach  co myśli o tobie, czy twoich życiowych wyborach, to w towarzystwie innych stanie za tobą murem.

Istnieją przyjaźnie, które trwają całe życie. I są znajomości, które gdzieś, pod wpływem różnych zdarzeń kończą się zanim się na dobre zaczną… Może niedostatecznie je pielęgnowano, może zabrakło w nich dbałości, by każdy z przyjaciół funkcjonował w tych relacjach na równych zasadach. A może tylko zdawało nam się, przez chwilę, że znalazłyśmy bratnią duszę. Tak przecież bywa nie tylko z miłością, prawda? 😉


Niedoceniony kosmetyk z kuchennej półki… sól. Zrób peeling z soli lub domowe SPA

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
4 lutego 2016
Fot. Pixabay / kaboompics /
Fot. Pixabay / kaboompics / CC0 Public Domain

Do tej pory sól kojarzyła się przede wszystkim z gotowaniem i przyprawianiem potraw. Jej zaletą jest nie tylko smak, ale zawartość wielu mikro- i makroelementów, a cenne właściwości wykazuje zarówno sól wydobywana z ziemi, jak i Morza Martwego. Czas odkryć ciekawe zastosowania tych niepozornych kryształków, które każda z nas trzyma na półce w kuchni.

Peeling z soli gruboziarnistej

To prosty sposób na wykorzystanie soli gruboziarnistej podczas kąpieli. Wystarczy wymieszać garść soli z oliwką i energicznie wetrzeć w ciało, a następnie spłukać, najlepiej na końcu zabiegu chłodnym prysznicem. Dzięki temu złuszczysz martwy naskórek i zregenerujesz skórę.

Relaks dla stóp

Po długim, ciężkim dniu kąpiel stóp w soli, przyniesie ukojenie, zmniejszy obrzęk. Aby zafundować sobie tę przyjemność, wsyp łyżkę soli kuchennej do miski z ciepłą wodą, jeśli lubisz, dodaj kilka kropli olejku eterycznego. Zrelaksuj się i mocz nogi przez 10 -15 minut, poczujesz zdecydowaną ulgę, oraz wygładzoną i nawilżoną skórę.

Kąpiel z solą z Morza Martwego

Jeśli tylko masz do dyspozycji wygodną wannę i sól z Morza Martwego, możesz wyczarować dla siebie wyjątkowy wieczór SPA w domowym zaciszu. Poza chwilą wyciszenia i regeneracji, dostarczysz swojemu ciału wyjątkowej pielęgnacji. Taka kąpiel dzięki wcześniej wspomnianym mikro- i makroelementów wzmacnia skórę i ujędrnia. Regularne stosowanie ma działanie wyszczuplające i wspiera walkę z cellulitem. Zapobiega wysuszaniu skóry, przyczynia się do jej regeneracji. Pobudza krwioobieg, złuszcza martwy naskórek, ujędrnia, zmiękcza i wygładza skórę. Grzechem byłoby więc choć raz nie wykorzystać pomysłu na taką kąpiel. To proste, garść soli z morza martwego (opcjonalnie może być kuchenna, lub gotowa mieszanka do kąpieli) wsyp do wanny, wlej gorącą wodę by sól się rozpuściła, i dolej chłodniejszej, by temperatura sprzyjała relaksowi i rozluźnieniu mięśni. Możesz użyć również pachnących olejków eterycznych. 10 minut spędzone w takiej kąpieli zagwarantują odprężenie po męczącym dniu.

Prawda, że proste?


Zobacz także

Fot. iStock / Anetlanda

5 znaków, że czeka was wojna rozwodowa

Patrycja Załug

Rozwiązanie konkursu „Polko, pokochaj siebie prawdziwą”

Fot. iStock/AntonioGuillem

„Od nas się tylko wymaga, żąda, straszy niepewną przyszłością”. O nastolatkach, których problemów nie chcemy zauważyć…