Ojciec, to jakiś inny rodzaj człowieka, że każde jego wyjście z dziećmi należy nagradzać brawami i medalem za odwagę?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 maja 2016
Fot. iStock / freemixer
Fot. iStock / freemixer
 

O równouprawnieniu między kobietami i mężczyznami, to sobie krzyczeć możemy jeszcze długo. Równouprawnienie to ciągle mit, i nie mam tu na myśli nawet różnicy w zarobkach i mniej lub bardziej otwartej ścieżki awansu zawodowego. Akurat dziś, w ciepły słoneczny dzień, przyszło mi do głowy, że na placu zabaw też równouprawnienia nie ma. I już.

No bo powiedzcie mi, skąd ten ślepy zachwyt nad (sądząc po stopniu fajtłapowatości) niedzielnymi tatusiami wysłanymi przez zapewne styraną po całym tygodniu opieki na maluchami matkę, na godzinkę, półtorej do piaskownicy?! Ojciec to jakiś inny rodzaj człowieka? Jakiś mniej sprawny intelektualnie, słabszy odpornościowo? Każde jego wyjście z dziećmi należy nagradzać brawami i medalem za odwagę i cierpliwość? Ojciec, który zajmuje się dzieckiem, wychodzi z nim na rower, odrobi lekcje, zagra w chińczyka, a wieczorem przeczyta książkę, a nie „spuści na drzewo”, rzucając przez zęby: „zmęczony jestem, głowa mnie boli” to naprawdę bohater? I to częściej ciągle jeszcze bohater z bajek dla dzieci, a nie postać z krwi i kości?

Wiem. Same sobie to robimy. Piejemy z zachwytu na widok tatusiów z wózkiem, bywa, że rozpływamy się z podziwem na widok mężczyzny, który potrafi zmienić swojej córce czy synowi pieluchę. Jeśli jeszcze nie tylko potrafi, ale i zmienia… Cóż to za filozofia zmienić dziecku pieluchę?! Wydawało mi się, że takie podejście do ojcostwa to specjalność pokoleń naszych mam czy babć. A jednak.

Park, plac zabaw. Drabinki. Wianuszek mam, dwóch, może trzech ojców. Panowie asekurują swoje pociechy, stawiają babki, huśtają… Jeden ma problem. Okazuje się, że cierpliwość kończy się wtedy, dziecko zasypie ci mokrym piaskiem ekran smartfona. Ale pozostali panowie spisują się świetnie. W pewnym momencie jeden z maluchów (ten „tatusiny”) zaczyna płakać. Zdecydowanie wymaga zmiany pieluchy. Jedna z pań nie wytrzymuje. Oferuje pomoc. Przecież to niemożliwe, żeby facet SAM dał sobie z TYM radę – uśmiecha się pani zalotnie. No jasne. Dawanie sobie rady SAMEMU to domena nasza, matek. Ale następuje coś, z czym pani poradzić sobie ni nie umie: odmowa. – Myśli pani, że sobie nie poradzę? To moje dziecko. – pada. – Nie, no wie pan… Faceci zazwyczaj mają z tym problem. – mówi pani przechodząc do defensywy. – Faceci może mają, ja nie – mówi ten facet i odchodzi by zająć się zmianą pieluchy. Brawo on. Za odpowiedź, nie za pieluchę.

Kilka dni temu wpadł mi w oko jeden artykuł. Zdjęcia znanego aktora na spacerze z dzieckiem, pewien dziennikarz opatrzył podpisem: To szczęście mieć takiego tatę… Wynika z tego, że opieka ojca to ciągle coś, co traktujemy jako szczęśliwy bonus, a nie normę… Przyznaję, sama się na tym złapałam, kiedy przez głowę, na widok jednego tatusia z nosidełkiem z trzymiesięcznym maluchem i rowerkiem dla kilkulatka, przeleciała mi myśl: o, ten to fajny, opiekuje się dziećmi. A to przecież, kurka wodna, powinna być norma. A ciągle nie jest. Bo od mężczyzn ciągle w tej sferze wymagamy mniej. No i dlaczego?

Skwerek przed moim blokiem, kilka starszych pań na ławeczce. Wszystkie wpatrzone rozmiłowanym wzrokiem w bohatera podwórka: tatę biegnącego za synem debiutującym właśnie na rowerku. – Ach, proszę, jaki tata – unosi się szmer zachwytu. No, naprawdę. Jakoś nigdy nie słyszałam, żeby tak kibicowały mnie i mojej córce, kiedy obie uczyłyśmy się jeździć na rolkach. Nigdy nie słyszałam też, że macierzyństwo jest seksi, ale ciągle spotykam się z opinią, że nie ma bardziej seksownego widoku niż męskie ramię obejmujące niemowlę. Ach, ślinka leci, ależ to jest mężczyzna!

Wchodzę z wózkiem do pewnej popularnej drogerii. Ledwo udaje mi się otworzyć ciężkie drzwi, pan stojący tuż obok unosi tylko z politowaniem brwi. Pewnie myśli sobie: „Wybrała się z dzieciakiem na zakupy, to niech teraz ma”. No, przynajmniej taką ma minę. Tak samo większość współtowarzyszy moich porannych podróży metrem, kiedy to razem z synem odwożę córkę do szkoły. Wózek? W metrze? W godzinach szczytu? Trzeba było iść na piechotę. Czasem, widząc te miny, nerwy i słysząc cmokanie pana, któremu rączka wózka wcina się w pokaźny brzuch, mam ochotę się rozpłakać. Serio. Taka tam babska emocjonalność. I tylko przez myśl przemyka mi szybko: gdyby ten wózek prowadził facet, to pewnie nawet miejsce by się znalazło. Siedzące.

Panowie! (ci normalni, opiekujący się swoimi dziećmi.) Ode mnie braw nie będzie, bo i za co? Zdaje się, że w procesie tworzenia potomka braliście podobny udział co wasze żony i dziewczyny. A jak się coś stworzyło, to się bierze za to odpowiedzialność. I już.


Jeśli buty na obcasie to dowód kobiecej siły i pewności siebie, to sorry – ja wysiadam

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 maja 2016
Fot. Pexels/pixabay.com / CCO
Fot. Pexels/pixabay.com / CCO
 

Mam ich dwie pary. Ostatni raz założyłam je na pewną BARDZO WAŻNĄ OKOLICZNOŚĆ, bo wydawało mi się, że ten wysoki obcas nada powagi mojej, z natury niewysokiej posturze. Błąd nowicjuszki, potęga stereotypu. Ból, (za jakie grzechy?!) i niepewność czy za chwilę nie wyląduję z nosem w sałatce pewnego znanego szefa kuchni towarzyszyły mi przez całą imprezę. Wróciłam do domu i rzuciłam moją piękną, prawie nieużywaną parę butów na wysokim obcasie w diabły. Przeżyłam bez obcasów 30 lat życia. Przeżyję szczęśliwie i całą resztę. Mam swoje powody.

Nogi… do podłogi

Złapałam się na tym. Przyznaję. Zakładałam buty na wysokim obcasie, żeby mieć wrażenie, że moje nogi nie kończą się zaraz po tym, jak się zaczynają. Przez chwilę działało. I – żeby było jasne – to była ta chwila przed lustrem, w domowym zaciszu. Bo zaraz po wyjściu z domu zaczynała się walka o przetrwanie. – Co ci jest? – spytała zaniepokojona koleżanka, podczas tamtej BARDZO WAŻNEJ IMPREZY. – Masz minę, jakbyś cię coś bolało.

Bingo. Kto przeżył, zrozumie. I nie mówcie, że nie zadawałyście sobie pytania: „Po co ja do cholery je założyłam” i, że nie obiecywałyście sobie: „nigdy więcej”. A jednak, zupełnie nieumiejętnie lewitując na tych zabójczych (dosłownie) szczudłach, zacisnęłyśmy zęby i uśmiechnęłyśmy się dzielnie w myśl zasady: chcesz być piękna, to cierp. Do tej pory wydawało mi się, że ta reguła dotyczy jedynie pań poddających się ostrzom chirurgicznego skalpela. Dziś wiem, że sama padłam ofiarą tego przedziwnego stereotypu.

Miłość, szczęście i pewność siebie

Wysoki obcas jest seksy, zapewni ci męską uwagę, poczucie pewności, wzmocni wiarę we własne siły, podbuduje cię wewnętrznie. To efekt znany psychologii. Wszystkie silne kobiety noszą buty na obcasie. Oglądałyście przecież „House of cards”?…

A teraz, całkiem poważnie. Jeśli noszenie butów na obcasach ma świadczyć o kobiecej sile i zdolności pokonywania przeszkód, to chyba tylko jako jakaś cholerna alegoria życiowych problemów. Te podwójne standardy w mediach wokół kobiety i wysokich obcasów są z resztą wyjątkowo irytujące. Bo z jednej strony wmawia się nam, gdy je założymy wyglądamy wyjątkowo, z drugiej wyśmiewa, gdy niepewnym i niewprawnym krokiem dążymy do tego ideału. (Wiedzieliście na pewno filmiki z potykającymi się na niebotycznych „szpilkach” paniami.)

Uwaga? Pewnie, kto nie spojrzy z zaciekawieniem na kogoś, kto z uśmiechem przez łzy stawia dalekie od perfekcji (tej z filmów i pokazów mody), chwiejne kroczki i za Chiny Ludowe nie skupi się na swobodnej konwersacji. Co najwyżej, parafrazując Bridget Jones poszukującej toalety na pewnym eleganckim przyjęciu, zapyta: „Nie wie pan, gdzie tu można usiąść?”.

Miłość? Jednej randki możesz być pewna. Nosząc przez dłuższy czas buty na wysokim obcasie, prędzej czy później spotkasz się oko w oko z jakimś przystojnym (albo nie) ortopedą. I może nawet coś tam zaiskrzy. Wiecie, że dziewięć na dziesięć kobiet noszących buty na wysokim obcasie źle je dobiera? Buty ściskają palce, są za luźne w kostce albo obcierają pięty. A osiem na dziesięć kobiet przyznaje, że noszenie tych butów zwyczajnie… boli. Więc dlaczego?

–  Noś obcasy –  piszą w babskich magazynach. – Twój tyłek będzie lepiej wyglądał. Piersi ci się optycznie powiększą. Nogi wydłużą i będą taaaakie zgrabne. Optycznie. Obcasy sprawią, że będziesz chodzić w charakterystyczny, seksowny sposób.

Pewnie, każdy by chciał… Tylko czy to naprawdę aż takie ważne? Problem w tym, że świat stawia przed nami dużo większe wyzwania niż bycie miłym dla oka erotycznym obrazkiem i optyczne powiększanie sobie różnych części ciała. Pole do walki jest olbrzymie –  równość płac, równouprawnienie, przemoc mężczyzn…  Golić czy nie golić nogi, zrobić makijaż, czy nie, założyć szpilki czy trampki to przy tym wszystkim problemy błahe i niewiele znaczące. Sztuczne. Więc jeśli  jeszcze boli, dla mnie wybór jest jasny.

Nie założę więcej butów na wysokim obcasie. To nie jest kwestia feminizmu. Feminizm to o wiele bardziej to, w co wierzysz, niż to, co nosisz. To kwestia dystansu. Najbardziej kobiecego atrybutu jaki można mieć. I najtrudniejszego do osiągnięcia. Więc dziś trampki. Cześć.


Kiedy mnie już nie będzie… „Na zmartwienia dobra jest też miłość. Nie czekaj z tym długo, po co czekać na szczęście?”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 kwietnia 2016
Fot. iStock /  Yulia Popkova
Fot. iStock / Yulia Popkova
 

Kiedy ponad trzy lata temu moja bliska znajoma zachorowała nieuleczalnie, rozpoczęliśmy – my, jej przyjaciele i Marcin, mąż Kasi – smutne zajęcia z życia, zakończone trudnym do zaliczenia testem z emocji.

Dziwne i okropne było to uczucie: patrzeć na nią, młodą i silną swoim przekonaniem, że to się przecież nie może tak po prostu skończyć, a jednocześnie wiedzieć, że tym razem cud się nie wydarzy. Chyba na ten cud właśnie czekaliśmy do końca, bo to jej uśmiech, nawet ten wykrzywiony cierpieniem fizycznym łudził nas i kazał wierzyć, że ktoś kto się tak uśmiecha, umrzeć nie może. Nadzieje okazały się iluzją, Kasia odeszła od nas pewnego kwietniowego poranka, dwa lata temu. Odeszła – tak zawsze mówi o Kasi jej mąż, bo w tych słowach brzmi nadzieja, że Kasia wróci. Umrzeć to co innego. Umieranie to ostateczność. A dla niego jej brak wciąż nie jest „ostateczny”.

Kasia zostawiła Marcinowi list. Listy pisywała do nas często, zwłaszcza w ostatnich miesiącach przed śmiercią. Mówiła, że pomagają jej one „wszystko uporządkować”.  Takie straszne wydawało mi się wówczas to kasine „porządkowanie rzeczywistości”. List do Marcina, za jego zgodą i na jej życzenie, by „ktoś się jeszcze nad tym zatrzymał, zanim odejdzie od kogoś drugiego, niekoniecznie na zawsze, ale może za kimś innym” cytuję niżej, trochę z pamięci, jak dowód miłości kobiety do mężczyzny. Miłości ponad umieranie.

Kochany Mężu,

Więc mnie już nie ma. To znaczy jeszcze jestem, ale i ja wiem i ty dobrze wiesz, że już za chwilę rozpłynę się gdzieś, zostanę twoim wspomnieniem, może głosem w twojej głowie, albo obrazem przed oczami. Ja wiem, co teraz pomyślisz, dlatego nie poproszę „ nie zapominaj”. Poproszę: pamiętaj to, co piękne, dobre. Nasze pierwsze wakacje w Zakopanym i mój pierwszy zjazd na desce snowboardowej w pingwinki. Śmiałeś się wtedy, że czapka zsunęła mi się na oczy, a ja tak się bałam, że nie ośmieliłam się jej poprawić. Pamiętaj, że dobre życie składa się z pięknych wspomnień.

Słyszę już jak mówisz to swoje „Ale nie mów do mnie jak do dziecka”…  „Jak to dobrze – szeptała wczoraj twoja mama, bojąc się, że usłyszę – że oni nie mieli dzieci”… Widzisz, to kolejny dowód na to, że jestem już bardziej czasem przeszłym :)Ale nadal nie wiem czy to dobrze, że nie mieliśmy dzieci. Kiedy umiera matka, wszyscy dzieci żałują. Jednak (wiem to egoistyczne) nasze dziecko byłoby przecież jakąś cząstką mnie na tej ziemi, elementem mnie, takim materialnym, którym mógłbyś się zająć, żeby się już tak nie martwić tym moim umieraniem. Bo na zmartwienia najlepsze są obowiązki, pamiętasz?

Na zmartwienia dobra jest też miłość. My przysięgaliśmy sobie tę dozgonną, do śmierci. Żadnej innej od Ciebie bym nie chciała. Zostajesz po stronie życia, tu też jest miłość, ta rzeczywista. Tam, gdzie odejdę miłość jest bardziej fotografią zmarłej żony, w albumie, na regale. Ja wiem, wierzę, chcę bardzo i proszę: postaw JEJ zdjęcie w miejsce mojego, tuż przy łóżku, przy szafce na książki. I nie czekaj z tym długo, po co czekać na szczęście? To jest rzecz najważniejsza.

Kiedy się znowu zakochasz… Już widzę, jak zaprzeczasz ruchem tej swojej mądrej głowy (bardzo kocham Twoją głowę). Zakochasz się, wiem to. I to pewnie będzie na zawsze. Ty nie zakochujesz się na chwilę. Nasze „zawsze”, Kochanie, to jeszcze może kilka tygodni, a może krócej? Ale Wasze „zawsze” może trwać o wiele dłużej. Będzie trwało na pewno. Więc bądź znów czyimś mężem i daj o siebie dbać Twojej żonie.  I powiedz jej to wszystko, o czym nie bałeś się powiedzieć mi. Ona na pewno zrozumie. Będzie głaskać Twoje włosy i mówić: „Oj już nie cuduj, nie cuduj”… Albo się zaśmieje i poczujesz znowu jak to jest dobrze być razem. Tylko tyle bym dla Ciebie chciała. Nie czekaj z miłością przez pamięć o mnie. Ja już wolę – nie pamiętaj. Ale kochaj. Nie starą fotografię. Kobietę, prawdziwą, dobrą. Tak dobrą jak Ty dla mnie przez całe nasze „zawsze”.

Kocham Cię. Cześć.


Siądź z tamtą kobietą
Twarzą w twarz,
Kiedy mnie już nie będzie,
Spalcie w kominie
Moje buty i płaszcz,
Zróbcie sobie miejsce…

A mnie oszukuj mile
Uśmiechem, słowem, gestem,
Dopóki jestem… dopóki jestem…

Płyń z tamtą kobietą
W górę rzek,
Kiedy mnie już nie będzie,
Znajdźcie polanę,
Smukłą sosnę i brzeg –
Zróbcie sobie miejsce…

A mnie wspominaj czule,
Że mało tak się śniłem,
A przecież byłem… no przecież byłem…

Dziel z tamtą kobietą
Chleb na pół,
Kiedy mnie już nie będzie,
Kupcie firanki,
Jakąś lampę i stół,
Zróbcie sobie miejsce…

A mnie bezczelnie kochaj,
Choć smutne śpiewki przędę,
Bo przecież będę… no przecież będę…

Agnieszka Osiecka, „Kiedy mnie już nie będzie”