O tym jak pasja staje się pracą i sposobem na życie. To naprawdę jest możliwe

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 października 2015
Fot. Materiały prasowe
Fot. Materiały prasowe

Historia Justyny jest najlepszym przykładem na to, że marzenia mogą się spełnić, a ich realizacja zależy tylko i wyłącznie od nas samych.

Zaskakująca pasja

Justyna długo poszukiwała swojego hobby, zajęcia. Sama o sobie mówi, że jakakolwiek pasja się jej nie trzymała. Próbowała różnych rzeczy, ale żadna nie zajmowała jej na dłużej. Studiowała zarządzenie, a jako studentka zarabiała jako sprzedawca w kwiaciarni na pasażu handlowym. – Naprzeciwko mojego miejsca pracy był sklep z biżuterią. Lubiłam tam zaglądać, oglądać wystawę – opowiadania Justyna dodając: – Pewnego dnia zobaczyłam piękne kolczyki. Zwariowałam na ich punkcie, ale ich cena była dla mnie nie do przeskoczenia. Byłam studentką dorabiającą w kwiaciarni, która ledwo wiązała koniec z końcem. Na kolczyki nie było mnie stać. Justyna wpadła na pomysł znalezienia tańszej wersji wymarzonej biżuterii. Szukała w sieci sklepów z kolczykami, aż natknęła się na taki, w którym sprzedawano elementy, z których można było tworzyć własną biżuterię. – Tak się to wszystko zaczęło. Justyna najpierw robiła bransoletki, kolczyki dla siebie, a z czasem zamówienia zaczęły spływać od jej przyjaciółek i znajomych. – Kto by pomyślał, że ja będę ślęczeć do białego rana i robić biżuterię, i że będzie mi to sprawiało wielką frajdę – śmieje się Justyna.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Nie myślała jednak wtedy, że hobby może być sposobem na poważny biznes. Skończyła studia, zaczęła pracę w firmie zajmującej się księgowością. Wszystko wskazywało, że to szczęśliwy początek dorosłego życia.

– Powinnam się cieszyć, praca w zawodzie po studiach, etat. Z początku byłam z siebie strasznie dumna, bo miałam dobre stanowisko i możliwości rozwoju – tak przynajmniej mi się wtedy wydawało. Po dziewięciu miesiącach miałam tej pracy serdecznie dość. Na własnej skórze przekonałam się co znaczy mobbing, darmowe nadgodziny, frustracja i wypalenie zawodowe. A miało być tak kolorowo. – wspomina Justyna. – Spokój i odprężenie znajdowałam podczas robienia biżuterii, wieczorami.

A jednak zmiany

– Myślę, że wtedy dojrzewała we mnie myśl o rezygnacji z dotychczasowej pracy – mówi. Decyzję pomógł Justynie podjąć jej narzeczony. Był dla niej wsparciem i wierzył, że z jej pasji można uczynić sposób na życie. – Tak naprawdę to był impuls. Czułam, że wiem, co chcę robić, ale nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać, skąd pozyskać środki. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że moja biżuteria będzie znajdować się na zdjęciach w magazynach modowych, pukałabym się w czoło – śmieje się.

– Otworzyłam sklep i choć początki nie należały do łatwych, to jednak mój biznes stworzony z pasji powoli się rozwijał Przełom nadszedł wraz z otwarciem sklepu internetowego, w którym można kupić całą moją kolekcję. Ważne jest dla mnie, by biżuteria powstająca w naszej pracowni była nie tylko piękna, ale także najwyższej jakości, dlatego osobiście kontroluję każdy etap jej powstawania.

Justyna prowadzi swoją działalność już niemal pięć lat. To, jak rozwinęła swój biznes zasługuje na wyjątkową uwagę. – Sklep w internecie otworzył przede mną nowe możliwości, dodał mojej firmie wiatru w żagle. Biżuteria zaczęła docierać do coraz większej liczby odbiorców, zyskiwać w ich oczach uznanie.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Pasja przekuta w sukces

Jednak prawdziwy sukces Justyna odniosła nawiązując współpracę z firmą Swarovski, marką znaną w całym jubilerskim świecie. – Aby zostać uczestnikiem programu Swarovski Elements i móc zamawiać od nich elementy do tworzenia biżuterii, trzeba przejść bardzo dokładny proces weryfikacji. Nam się udało, z czego jestem bardzo dumna i cieszę się, że mogę wzbogacać moje wyroby o tak szlachetne dodatki – cieszy się Justyna.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Dzisiaj, pięć lat od podjęcia decyzji o własnym biznesie jest zawodowo spełnionym człowiekiem. Ale nie spoczywa na laurach. Bezustannie stawia na swój rozwój i rozwój przedsiębiorstwa. I z pewnością w dużym stopniu na sukces Justyny wpłynął fakt, że kocha, to co robi. W jej biżuterii widać pasję i wielkie serce. Dbałość o detale, oryginalność przyciągają uwagę wielu osób. Marka LAONI stworzona przez Justynę prezentowana jest w topowych magazynach modowych, zamawiają ją klienci z całego świata.

Obecnie Justyna prowadzi firmę razem z mężem Robertem, a przy produkcji biżuterii pracuje kilka osób. Pracownia, w której codziennie powstają małe cuda mieści się w malowniczym miasteczku położonym w górach. Justyna jest zwolennikiem filozofii Slow Fashion, która mówi o tym, że najbardziej wartościowe rzeczy tworzone są w niewielkich ilościach, dzięki czemu są oryginalne, ponadczasowe i wysokiej jakości.

 

Właścicielka marki LAONI podkreśla: – Jako projektantka przywiązuję dużą wagę do szczegółów na każdym etapie tworzenia biżuterii. Zaczynam od wyboru próbek kryształów, pereł i innych elementów. Kupuję je tylko od najlepszych dostawców – firmy Swarovski i sprawdzonych odlewni srebra. Kolejny etap to projektowanie, czyli rysowanie tego, co chciałabym wykonać. A później już tylko nawlekam, wyginam, układam i poprawiam, dopóki nie uznam, że produkt wygląda dobrze, choć zdarza się, że efekt bywa zupełnie inny od tego zamierzonego na samym początku – opowiada Justyna,  której najnowsza kolekcja opiera się na bardzo popularnym ostatnio minimalizmie.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Na blogu właścicielki marki LAONI możemy przeczytać, że przemiana, która zaszła w jej życiu, podjęcie ryzyka i zaufanie własnej intuicji sprawiły, że dziś chciałaby inspirować inne kobiety do zmian, jeśli one tego potrzebują i pragną. – Może zabrzmi to górnolotnie, ale jeden z filozofów miał rację, kiedy wiele lat temu powiedział, że jeśli wybierzesz pracę, którą kochasz, to nie przepracujesz już nigdy żadnego dnia. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że się nie mylił.

Więcej informacji o projektantce i o tym, co się dzieje za kulisami prowadzenia firmy i tworzenia biżuterii znajdziecie na jej blogu. Jeśli natomiast  chciałabyś obejrzeć  wyjątkową kolekcję Justyny Domino zajrzyj do jej internetowego butiku.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Mamy dla Ciebie mały prezent, przy zakupie biżuterii możesz otrzymać 15% rabatu, jeśli w koszyku wpiszesz kod OHME15.


Artykuł powstał we współpracy z marką LAONI


„Mam HIV i nie chcę o tym mówić każdemu mężczyźnie, który chciałby ze mną pójść do łóżka”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

– Nie traktujcie mnie jak przestępcę tylko dlatego, że komuś nie powiem, że jestem zakażona wirusem HIV – mówi Monika, która piętnuje niską świadomość społeczną na temat współczesnej wiedzy o wirusie. – Kiedy zestawiamy seks z HIV, to pierwszym i jedynym komunikatem, jaki dostajemy, jest: „Seks z osobą zakażoną HIV to wyrok śmierci”. – Jestem zakażona HIV, czyli seropozytywna i nie godzę się z takim stygmatyzowaniem.  Jednemu z partnerów nie powiedziałam, że jestem zakażona.

Matka z HIV

Monikę poznałam kilka miesięcy temu, przy okazji rozmowy o kobietach zakażonych HIV, które urodziły dzieci. Monika ma syna – zdrowego. O tym, że jest nosicielką HIV, wiedziała jeszcze przed skończeniem osiemnastu lat.  – Mieszkałam w tak zwanym blokowisku, wychowywało mnie osiedlowe towarzystwo z jednej z dzielnic Gdańska. Przesiadywaliśmy na klatkach schodowych, pod blokami. Zakochałam się. Na jednej z imprez on namówił mnie na  heroinę. Chciałam mu się przypodobać. Głupia nastolatka. Ćpałam kilka miesięcy, zakaziłam się przez strzykawkę – opowiada. Świadomość, że jest nosicielką, pozwoliła jej urodzić zdrowe dziecko, dzięki  przyjmowaniu w ciąży odpowiednich leków. – Do dziś wiele osób myśli, że jeśli kobieta jest nosicielką wirusa HIV, to nie powinna mieć dzieci, gdyż ryzyko zakażenia jest zbyt duże. To pokazuje doskonale, jaki jest poziom naszej wiedzy na temat HIV. Dzisiaj kobieta z dodatnim wynikiem rodzi zdrowe dzieci. Sama jestem mamą, a mój syn nie jest nosicielem – podkreśla.

Kobieta z HIV

Jest nosicielką HIV od 23 lat. Z uzależnieniem od narkotyków pożegnała się w wieku 17 lat. – Wyszłam z tego raczej bez trudu, praktycznie sama, bo metody resocjalizacji w tamtym czasie były dramatyczne, rzadko komu udawało się wyjść z nałogu – mówi. Monika zdała maturę, ukończyła studia z wyróżnieniem. Dzisiaj pracuje wśród ludzi, na dobrym stanowisku, jest cenionym pracownikiem. Nie uważa się za siłaczkę, za kogoś wyjątkowego, nie mówi: „Patrzcie, mam HIV, ale mi się udało”. Ma jedno pragnienie: – Chciałabym walczyć ze stereotypem, że wszystko, czego może pragnąć kobieta z HIV dodatnim, czyli taka jak ja, to normalność: mąż, rodzina, dziecko przede wszystkim. Nie ma mowy o rozwodzie, zdradzie, kochanku. Masz męża i zdrowe dziecko, więc się ciesz, bo złapałaś Pana Boga za nogi, kto by pomyślał, że tak ci się uda. Tymczasem ja jestem zwyczajną kobietą, z problemami i pragnieniami jak inne. HIV nie wyzuło mnie z kobiecości – tłumaczy Monika.

Jej życie nie układa się jednak tak, jakby inni jej życzyli. – Owszem, mam syna, którego kocham nad życie,  ale jestem w trakcie rozwodu. I proszę od razu nie myśleć, że mąż mnie zostawia, bo jestem chora. On wiedział od początku, nie zakaził się przez osiem lat naszego małżeństwa, zresztą żadna z zakażonych kobiet, które znam, nie zakaziła nigdy swojego partnera. Rozwodzimy się z takich samych powodów, jak większość ludzi, nie dogadywaliśmy się. Monika za rok skończy 40 lat. Jej zdaniem, to najlepszy wiek dla kobiety, także dla jej życia seksualnego. – Znam siebie, swój organizm, wiem, co sprawia mi przyjemność i jak sprawiać przyjemność mężczyźnie. Panuje pogląd, że kobiety seropozytywne są kiepskie w łóżku. To mit. Nim wyszłam za mąż, spotykałam mężczyzn, którzy wiedząc, że jestem seropozytywna decydowali się na seks ze mną. Może to była tylko ciekawość? Różnie reagowali. Jeden powiedział mi, że seks ze mną to dla niego taka adrenalina, jak igranie ze śmiercią. Nigdy więcej się z nim nie spotkałam. Byli też tacy, którzy mówili, że nie ma problemu, zabezpieczali się. Wszyscy twierdzili, że rzadko zdarzało im się być  z tak namiętną kobietą. Tylko raz facet uciekł z sypialni – tłumaczy Monika.

HIV – zerowe ryzyko?

Wirusem HIV można zakazić się na trzy sposoby – przez krew, stosunek płciowy oraz zakazić może się dziecko od matki, jeśli ta nie podjęła leczenia, nie wiedziała w czasie ciąży, że jest nosicielką.

Dzisiaj nadal pokutuje w nas przekonanie, że seks plus HIV równa się śmiertelne ryzyko, choć medycyna znacznie poszerzyła wiedzę na ten temat. Czy wiecie, że jeden na 900 stosunków kończy się zakażeniem? Że jedynie w 10 procentach przypadków seks z osobą, która od niedawna jest nosicielem HIV, występuje ryzyko zakażenia? I tu nie chodzi o przesłanie: „Uprawiajcie seks z osobami zakażonymi”. Tu mowa o tym, że ten seks jest możliwy i nie musi być wyrokiem śmierci, a osoby, które są nosicielami, mają do niego prawo, tak jak każdy inny człowiek.

Seks analny i waginalny z użyciem prezerwatywy, to zerowe ryzyko zakażenia, podobnie jak seks oralny (ważne, by w tym przypadku nie występowały otwarte rany ust). Nie zakazimy się przez całowanie, gdyż ślina zawiera substancje zabijające wirus HIV. Co więcej, osoby zakażone, które podejmują leczenie i mają niewykrywalny przy standardowym badaniu poziom wirusa, nie zakażą partnera nawet podczas seksu bez zabezpieczenia, gdyż poziom materiału zakaźnego jest tak niski, że nie stanowi zagrożenia.

Fot. Pixabay /  stokpic / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / stokpic / CC0 Public Domain

Monika  podkreśla, że nawet obecnie z rozmaitych  kampanii społecznych ludzie mogą się dowiedzieć przede wszystkim tego, że nie zakażą się przez dotyk. – Najczęściej bezpośrednio po tej informacji słyszymy, że kobieta „pozytywna” może urodzić zdrowe dziecko. Seks, czyli to, co wszystkich interesuje najbardziej i co prowadzi do owej ciąży, zostaje dziwnie pominięty. A przecież informacja, że kobieta zakażona może urodzić zdrowe dziecko, jest właśnie dowodem tego, jak poszerzyła się wiedza na temat HIV. Dziś możemy mówić, że do zakażenia HIV dochodzi niezwykle rzadko. Dlatego nie można nas traktować jak zagrożenia lub przestępców. Nie zgadza się to nie tylko ze współczesnym stanem medycyny, ale także ze społeczną równością – tłumaczy.

HIV? Nie, dziękuję

W polskim prawie na osobie zakażonej wirusem ciąży obowiązek poinformowania każdego partnera seksualnego o swoim statusie HIV. Nieujawnienie tej informacji bez względu na to, czy doszło do zakażenia, może być podstawą do oskarżenia o przestępstwo. Artykuł 161. paragraf 1. kodeksu karnego brzmi: „Kto, wiedząc, że jest zarażony wirusem HIV, naraża bezpośrednio inną osobę na takie zarażenie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Monikę oburza ten zapis. – Nie jestem zagrożeniem. Dlaczego to ja mam dbać o zdrowie mężczyzny, który chce mnie zaciągnąć do łóżka. Poznajemy się w knajpie. Miły wieczór, on proponuje, żebyśmy skończyli go u niego. I co? Mam mu powiedzieć: Hej, słuchaj stary, musisz tylko wiedzieć, że mam HIV?!? Przecież to on, proponując seks kobiecie, którą poznał kilka godzin wcześniej, powinien mieć przy sobie prezerwatywę. Oprócz HIV są przecież jeszcze choroby weneryczne. To nie ja ciągnę go do łóżka. Z drugiej strony, może mam ochotę na seks z tym facetem. Na przygodę. Miałam kiedyś partnera, któremu nie powiedziałam, że jestem zakażona,  on był zdrowy. Kiedy spytałam, czy ma HIV, obruszył się, pytając za kogo go uważam. Zawsze ja myślałam o tym, żeby się zabezpieczyć, on nigdy. To był krótki, ale intensywny romans. Nie przyznał się, że ma żonę, kiedy się dowiedziałam, skończyłam to”.

Monika pyta, czy rozumiem, że HIV brzmi jak wyrok; masz HIV – to na razie. Niekoniecznie chcę utrzymywać z tobą kontakt. – Ja wiem, że mogę powiedzieć o tym ludziom, którym zaufam, na których akceptację mogę liczyć. Nie jestem ofiarą, nie potrzebuję litości. To, czego potrzebuję, to swoich praw i zdecydowanie większej świadomości społecznej, rozmowy o tym, jak dziś wygląda ryzyko zakażenia – mówi. Nosiciele wirusa HIV, którzy przyjmują leki antyretrowirusowe, zmniejszają ryzyko zakażenia nawet o 96 procent! O tym faktycznie rzadko słyszymy. – Nie widzę dzisiaj powodów, by osoby seropozytywne, które biorą leki, dzięki którym obniżają do minimum poziom wirusa w organizmie, ograniczały swoją aktywność seksualną. Marzy mi się emancypacja, coś w rodzaju „czarne jest piękne” czy „Gay pride”.  Wiele krajów zaczęło zmieniać ustawodawstwo. Chociażby Kanada – tam  osoba seropozytywna, która uprawia seks używając prezerwatywy, nie musi mówić, że jest zakażona. Bardzo chciałabym uczestniczyć w czymś takim w Polsce. Być cząstką ruchu emancypacji osób seropozytywnych. A jednocześnie mam dziecko, nie mogę firmować swoją twarzą, zasadniczo twarzą sukcesu, sprawy HIV, ponieważ mogłoby to zaszkodzić mojemu synowi. Oto cała złożoność sytuacji – wyjaśnia Monika.


 

*Dane bohaterki na jej prośbę zostały zmienione.


To musisz wiedzieć. Co „siedzi” w organicznych kosmetykach?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
1 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

Kosmetyki organiczne przebojem wypierają syntetyczne produkty. I chyba nie powinniśmy się dziwić, ale zanim po nie sięgnięcie, warto wiedzieć, dlaczego są takie dobre i skąd się bierze ich skuteczność. Jak naprawdę działają kosmetyki organiczne?

Po pierwsze: Kosmetyki organiczne i naturalne nie znaczy – domowe

Jeżeli myślicie, że kosmetyki organiczne niczym nie różnią się od domowych sposobów pielęgnacji –jesteście w błędzie. To pełnoprawne kosmetyki; w przeciwieństwie do maseczki z ogórka czy peelingu z kawy ich skład jest bardziej skomplikowany, działanie dokładnie zbadane i zaplanowane, a produkcja wymaga wielkiej wiedzy i innowacyjnego podejścia. Bo aby naturalny składnik był skuteczny i bezpieczny, trzeba go w określony sposób pozyskać. A potem umiejętnie zastosować.

Czy wiesz, że:
Ecocert – międzynarodowa organizacja zajmującą się certyfikacją produktów naturalnych i organicznych bardzo dokładnie określa wymogi, jakie musi spełnić kosmetyk organiczny? To nie szarlataneria: wszystkie certyfikowane produkty muszą spełniać surowe normy.

Kosmetyk organiczny to taki, który zawiera minimum 95 procent składników pochodzenia naturalnego. Przynajmniej 10 procent spośród jego komponentów roślinnych powinno być certyfikowanym produktem rolnictwa ekologicznego, czyli takiego, w którym wykorzystuje się miedzy nawozy zielone i płodozmian (nie wolno stosować roślin z upraw, w których używa się syntetycznych środków ochrony roślin). Składniki syntetyczne muszą być zaaprobowane przez organizację Ecocert, a ich zawartość nie może przekraczać 5 procent.

Zdrowa dieta, bogata w warzywa i owoce, jest dziś rzeczą oczywistą. Coraz dokładniej czytamy etykiety, zwracamy uwagę na jakość i pochodzenie wielu produktów spożywczych – pora przenieść swoją uwagę również na etykiety w drogeriach i aptekach. Jeśli chcesz świadomie dbać o swoją skórę, sięgaj po naturalne kosmetyki. Nasze ciało zdecydowanie łatwiej i więcej czerpie ze składników naturalnych organicznych.

Po drugie: Fenomen skuteczności – to sposób działania

W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że kosmetyki syntetyczne wyręczają skórę w pełnieniu naturalnych funkcji, które utraciła, często wyłącznie od zewnątrz maskując problemy; kosmetyki organiczne natomiast działają od wewnątrz i zamiast jedynie dostarczać skórze potrzebnych składników, pobudzają ją również do samodzielnego ich wytwarzania. Właśnie dlatego aktywnie i kompleksowo wpływają na kondycję skóry, a ich działanie jest długofalowe i przynosi wiele korzyści. Kosmetolog Magdalena Jochemska, ekspert marki kosmetyków aptecznych be organic, zdradza tajemnicę:

„Kosmetyki z zawartością cennych ekstraktów stymulują skórę do prawidłowego funkcjonowania – wynika to z podobieństwa struktur tkanek roślinnych i tych występujących w ludzkim organizmie. Substancje skomponowane na szkiełku owszem działają. W przypadku kosmetyków organicznych – działa skóra.”

 

Po trzecie: Trwały znaczy – bezpieczny

Skoro już mamy pewność, że składnik naturalny bije na głowę ten z laboratorium, pora przyjrzeć się produkcji. Oprócz tego, co kosmetyk zawiera (np. wyciągi/ekstrakty z roślin, oleje itp.), należy zwrócić uwagę na to, w jaki sposób zyskuje swoją trwałość. Konserwanty. Tak, kosmetyki je zawierają. Jednak te syntetyczne i naturalne bardzo różnią się od siebie. Każdy produkt musi zostać zabezpieczony przed zepsuciem (nikt nie chciałby – ba! nie powinien używać np. kremu, w którym w najlepsze wzrastają bakterie czy grzyby). Podczas produkcji kosmetyków organicznych używa się jedynie wybranych i certyfikowanych substancji – również do ich utrwalenia. Magdalena Jochemska dokładnie wyjaśnia, jak to jest z konserwantami w produkcie organicznym:

„Kosmetyki naturalne również zawierają konserwanty. Są to jednak bezpieczne środki dopuszczone przez instytucje certyfikujące. Zaliczamy do nich np. benzoesan sodu, który naturalnie występuje w jabłkach, śliwkach, żurawinie, jagodach, borówkach, goździkach czy grzybach, czy sorbinian potasu, obecny w owocach jarzębiny europejskiej.”

drops-plant-leaves-43481_1280

Po czwarte: Kosmetyki organiczne to nie moda – to mądre korzystanie z wiedzy

Wiedza i umiejętność jej wykorzystania to najpotężniejsza broń, także w walce ze szkodliwymi następstwami rozwoju cywilizacji. Odpowiednio wykorzystując naukę człowiek może zdziałać wiele dobrego. Firmy kosmetyczne chętnie sięgają w produkcji kosmetyków do roślin wyróżniających się swoimi właściwościami. Na przykład takich, które doskonale adaptuję się w trudnych warunkach mając do dyspozycji znikome ilości wody; wyciąg z takiej rośliny o wiele bardziej efektywnie potrafi nawilżać skórę niż nawet najbardziej wyszukany składnik z laboratorium.

Najlepsze korzyści dla urody i zdrowia niesie połączenie tego co naturalne, bliskie naszemu ciału z nauką. To dzięki niej możemy w pełni wykorzystać wszystko, co dobre. Jak podkreśla ekspertka marki be organic:

„Producenci kosmetyków naturalnych i organicznych nie mogą sięgać po surowce modyfikowane genetycznie, zanieczyszczone czy poddane promieniowaniu jonizującemu. Każdy składnik powinien być pozyskany w sposób odpowiedzialny i bez szkody dla środowiska, a jego pochodzenie: znane i możliwe do identyfikacji”.

Po piąte: Często: mniej – znaczy więcej

Ten sam naturalny składnik działa na różne rodzaje skóry – tylko na każdą inaczej. Dlatego nie potrzebujesz pełnej półki naturalnych kosmetyków: wystarczy kilka podstawowych, które pomogą w oczyszczaniu i pielęgnacji niezależnie od tego, w jakim jesteś wieku i jaką masz skórę. W kosmetykach naturalnych i organicznych nie znajdziemy szkodliwych parabenów, silikonów, syntetycznych zagęstników, wazeliny, PEG-ów, etanoloamin, barwników, SLES, olejów mineralnych czy EDTA. Są naturalne, wiec rzadko alergizują. Skóra nie musi walczyć z nadmierną stymulacją – może spokojnie robić swoje. Aleksandra Paczkowska-Borkowska, pomysłodawczyni i założycielka marki be organic mówi:

„Stale jesteśmy przekonywane, że potrzebujemy bardzo dużej liczby rozmaitych kosmetyków, podczas gdy tak naprawdę najbardziej lubimy i najlepsze dla są nas nieskomplikowane wybory. Zróżnicowanie produktów pielęgnacyjnych, którego podstawą jest wiek czy rodzaj cery, jest tak naprawdę zbędne – jeden krem może być odpowiedzią na potrzeby kobiet w wieku 18, 30 i 60 lat”.

A Ty? Czytasz etykiety kosmetyków i wiesz, jakich informacji na nich szukać?

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Zielony leksykon – Sprawdź działanie składników kosmetyków organicznych Be Organic


Artykuł powstał we współpracy z marką BE ORGANIC


Zobacz także

Fot. iStock/svetikd

To już rok. Bałyśmy się, miałyśmy wątpliwości, bo jesteśmy takie jak wy, nic nas nie wyróżnia

Fot. iStock/andresr

Nie taki wkład własny straszny, jak go malują

jaką rolę się wcielasz

Superwoman, Matka Polka czy ironiczna lady – w jaką rolę się wcielasz?