Niewidzialni ojcowie. Kiedy tata nie chce zajmować się dzieckiem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 stycznia 2017
Niewidzialni ojcowie. Kiedy tata nie chce zajmować się dzieckiem
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Ten problem funkcjonuje często jako temat tabu, szczególnie w rodzinach, które żyją na większej niż średnia stopie materialnej, choć nie jest to reguła. Mimo, że psycholodzy biją na alarm, podkreślając jak ważny jest dla dzieci czas, spędzony z tatą, przerażająco duża grupa ojców woli pozostać „niewidzialnym”. W ciągu tygodnia widzą dzieci tylko wcześnie rano i późnym wieczorem, kiedy maluchy już śpią. W weekendy robią co mogą, byle się nimi nie zajmować, zasłaniając się zmęczeniem, pracą, czy argumentując „ty to robisz lepiej” i zostawiając kwestię zorganizowania dzieciom zajęć na głowie partnerki. A jeśli już zdecydują się na „wymęczony” spacer, obecni na nim są tylko ciałem. Gorzej być nie może.

Przecież chciał

–  Nie rozumiem – mówi Małgosia, mama dwuletniego Kacpra i pięcioletniego Antka. – Przecież on chciał mieć dzieci. Rozmawialiśmy o tym jeszcze przed ślubem. Cieszył się z dwóch kresek na teście, chodził ze mną na badania kontrolne, był przy porodzie. Kiedy urodził się nasz pierwszy syn, jeszcze jakoś się mobilizował, wychodził na spacer. Potem zaczął się stopniowo odsuwać, wycofywać. Od urodzenia drugiego syna, praktycznie nie ma z dziećmi kontaktu. To prawda, mój mąż ma wyczerpującą pracę, ale ja również pracuję, na pół etatu, bo przecież zajmuję się domem i synami. Chciałabym mieć chwilę dla siebie, ale najbardziej zależy mi, żeby dzieci miały ojca…

Schemat jest taki sam: on wraca z pracy, odpoczywa, najchętniej tak długo, że w końcu to partnerka kąpie i kładzie dzieci spać. Do soboty jakoś dotrwa. W weekend ona prosi „Zabierz ich na spacer, rozłóż planszówkę, poczytaj”, a on obiecuje, że zaraz, za chwilę, za godzinkę. Ona się upomina, on czuje coraz większa presję. Atmosfera robi się coraz bardziej napięta, więc ona odpuszcza, dla dobra dzieci. Ubiera je, wychodzi na plac zabaw, albo sama wyciąga kredki. A on? Cieszy się wolnym czasem.

Mąż Beaty zaczyna chorować już w piątek wieczór. Boli go głowa, więc w sobotę śpi do południa. W domu musi być cicho. Jeśli nie jest, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostawi ich i pojedzie do kawiarni albo na zakupy („Przecież ja muszę odpocząć”).

– Wcześniej jeszcze próbowałam, organizowałam im bilety do muzeum, do kina – mówi Beata. – Mąż sam nigdy nie wykazał żadnej inicjatywy. Rozkładałam gry planszowe. Raz nawet wyjechałam bez zapowiedzi. Odwiózł dzieci do swoich rodziców, a sam wrócił do domu, miał dwa dni wolnego. Kiedy próbuję z nim o tym rozmawiać, zaczyna krzyczeć, żeby na niego nie naciskać, a poza tym, to przecież i tak codziennie coś dla nas robi, bo chodzi do pracy i zarabia pieniądze. Czy kocha dzieci? Nie wiem już sama. Myślę, że gdzieś w głębi kocha, ale nie ma ochoty na bliższy kontakt. Chyba, że gdzieś wśród znajomych, żeby nie zostawać w tyle i pokazać jakim jest dobrym ojcem. Patrzę na to i chce mi się płakać. Dzieci robią sobie nadzieje, są szczęśliwe, a kiedy wracamy do domu, wszystko wraca do „normy”

Matki są samotne

Do czego to prowadzi? To dość oczywiste. Coraz bardziej sfrustrowane i zmęczone partnerki „wybuchają”, w związku i w domu wszyscy odczuwają skutki coraz większego napięcia. A dzieci rosną z wszczepionym modelem rodziny, w której tata jest tym „od pieniędzy” (argument „przecież zarabiam, dzięki mnie macie to wszystko”, słyszą tak często, ze przyjmują go jako niepodważalny), a mama – nawet jeśli i ona również pracuje zawodowo – rodzicem „od wszystkiego”. Rośnie poczucie odrzucenia przez ojców, rośnie mur niezrozumienia. Kontakt wciąż „odkładany na później” nie następuje.

Więc dlaczego?

Psychologowie wymieniają kilka podstawowych czynników przyczyniających się do takiej sytuacji.

Presja sukcesu

Mężczyźni, którzy odnoszą sukcesy na wysokich stanowiskach odczuwają dużą presję, by powiodło im się także w życiu rodzinnym. Chcą móc się chwalić. Tymczasem z dziećmi, które z racji swoich obowiązków zawodowych, widują rzadko, czują się po prostu nieswojo. Zamiast próbować znaleźć jakąś pierwszą nić porozumienia, uciekają więc przed poczuciem porażki, przed tym co jest dla nich trudne. Zwłaszcza, że początkowo maluchy wychowywane przez matki buntują się przeciwko obecności ojca.

Brak przykładu

Dzisiejsi 30-to  i 40-latkowie, wychowywali się zazwyczaj w rodzinach, w których główną osobą opiekującą się dziećmi była matka. Ojciec był zazwyczaj jedynie tym, który chodzi do pracy, czasem przywoła do porządku krzykiem, nierzadko klapsem. Nie mając odpowiednich wzorców, mężczyźni nie umieją nawiązać kontaktu z dzieckiem, które jest już na tyle duże, że można z nim zagrać w piłkę, pokolorować  poczytać książkę, czy poukładać klocki. Są to dla nich sprawy nudne i zupełnie nowe.

Zbyt późno nawiązany kontakt z dzieckiem

Wielu mężczyzn widzi dzieciństwo jako czas bliskości między matką a dzieckiem. Nie chcą „przeszkadzać”, a rezultacie tracą możliwość poznania syna, czy córki, nawiązania z nimi bliskiego kontaktu. Kiedy „się budzą”, jest już za późno, każda próba wydaje się nienaturalna, trudna. Im starsze dziecko, tym bardziej jego obecność wydaje się niekomfortowa.

Niechęć matki w stosunku do działań ojca

Czasem same partnerki zniechęcają swoich mężów do zaangażowania w opiekę nad wspólnymi dziećmi. Krytykują, poprawiają, nie potrafią zaufać, uważają, że one zrobią wszytsko lepiej, szybciej, sprawniej. Zrezygnowany ojciec powoli odsuwa się coraz dalej, zostawiając całe to pole matce. Czas mija, ona jest coraz bardziej zmęczona, narzeka, że jest ze wszystkim sama. Ale on nie wie „jak to robić” bo nie miał okazji się nauczyć.

Zmęczenie

Praca w korporacji, czy na wysokim, odpowiedzialnym stanowisku okazuje się bardzo kosztowna emocjonalnie. Jeśli wywiązywanie się z obowiązków zawodowych stanowi obciążenie ponad możliwości, praktycznie brak już sił na realizowanie się w ojcostwie, czy małżeństwie. Uczucie, że się „zawodzi” nie jest moblizujące tylko jeszcze bardziej dołujące. Warto się także wówczas zastanowić, czy nasz partner nie ma depresji.

Przyczyny ojcowskiego „odrzucenia” są różne, nie warto generalizować. Zjawisko jest jednak niebezpieczne, ze zwględu na bardzo negatywny wpływ na rozwój i umiejętności społeczne naszych dzieci. No i, rzecz jasna, na komfort psychiczny i samopoczucie nas samych.

 


Zazdrość. Zatracamy się, nie próbujemy niczego zmienić… nie w sobie

Anika Zadylak
Anika Zadylak
23 stycznia 2017
Zazdrość. Zatracamy się, nie próbujemy niczego zmienić... nie w sobie
Fot. iStock / SIphotography
 

Zazdrościmy. W zasadzie wszystkiego, bo nie chodzi tylko o partnera czy żonę. To uczucie wzbiera w nas samo, niekontrolowane, chociażby wtedy, gdy widzimy nowe auto u sąsiada, albo świetną kieckę u koleżanki z pracy. Porównujemy się do innych i jeśli tylko wypadamy trochę gorzej (najczęściej w naszej ocenie) pojawia się zazdrość nie wnosząca nic dobrego. Bo o ile zdrowa zazdrość, ta która pobudza zmysły w lekko przygasłym związku lub motywuje nas do działania, jest wskazana i potrzebna, tak ta szaleńcza i niepohamowana, może wyrządzić wiele szkód. Ale może po kolei.

– Miałam uczucie ciągłego sfrustrowania, ciągłej złości, że inni mają więcej niż ja. Choć nie było to prawdą, bo przecież jestem wykształcona, mam dobrą pracę, męża i dom.

Anna, to trzydziestolatka, której obsesyjne uczucie zazdrości, jak sama mówi, narobiło niezłego bałaganu w życiu. – Ciągle się porównywałam, bo gdzieś kiedyś usłyszałam, że to nic złego. Że to daje kopa, by się starać jeszcze bardziej i być lepszym. Sęk w tym, że ja widziałam tylko minusy, bo ktoś miał większe mieszkanie, lepiej zarabiał, miał ładniejsze dzieci. Tak, nawet tego byłam w stanie zazdrościć, że córka koleżanki ma długie, gęste włosy, a nasza Dominika nie. I jeszcze mąż, że mógłby bardziej o siebie dbać, choć niczego mu nie brakuje. Na końcu wzięłam się za siebie i nagle odkryłam, że jestem grubsza – nie za gruba, tylko grubsza od przyjaciółki. I zamiast ewentualnie iść na siłownię, zaczęłam być dla niej niemiła, a nawet obgadywać ją… Dopiero, gdy doszło do kolejnej awantury w domu, gdy zrzędziłam, że moja siostra znowu gdzieś poleciała ze swoim chłopakiem, a my jeździmy na wakacje tylko raz w roku, mąż nie wytrzymał. I wykrzyczał, że mi zazdrość mózg wyżarła. To wtedy zaczęłam się baczniej sobie przyglądać. I za nic nie mogłam pojąć, jakim cudem zapędziłam się w taki kozi róg, gdzie w zasadzie miałam już pretensje do każdego i o wszystko. A przecież takie myślenie, nie może prowadzić do niczego dobrego, nic nie daje, bo zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy, bogatszy, mądrzejszy. I co z tego, skoro życie jakie  ja prowadzę jest dobre, jestem w nim szczęśliwa i spełniona. Upłynęło sporo czasu, zanim w mojej głowie zatrybiło, że po jaką cholerę, wypatrywać u kogoś czegoś lepszego, skoro to co moje jest dobre, dobre dla mnie.  Teraz bywam zazdrosna, ale tylko i wyłącznie  o męża i w granicach rozsądku.

Wszystko zaczyna się wtedy, gdy miewamy jakiś kryzys. Przestajemy czuć się wartościowi, wmawiamy sobie, że nie spełniamy oczekiwań innych i swoich, że  na pewno jesteśmy gorsi. Stan nasila się szczególnie w sytuacjach, gdy zauważamy, że komuś obok nas lepiej się powodzi. Że wygrał coś wartościowego, albo poznał kogoś, z kim jest bardzo szczęśliwy. Zaczynamy gorzknieć, patrzeć podejrzliwie, zatruwać życie sobie i wszystkim wokół. I nie tylko zamykamy się w sobie snując dzień i noc ciemne myśli, jacy to jesteśmy źli, a cała reszta sto razy lepsza i to z różnych przyczyn. Najgorsze jest to, że złorzeczymy, że zazdrość opanowuje nas do tego stopnia, że potrafimy cieszyć się z cudzych porażek i nieszczęść. Włącza się nam myślenie typu : „I bardzo dobrze! Mi się nie udaje, to dlaczego jemu, ma się wszystko układać?”. Tak jakbyśmy kompletnie nie zdawali sobie sprawy, że porównywanie się do innych nie musi być dla nas destrukcyjne, ale może zachęcać do zmian, do wysiłku i poprawy naszego samopoczucie.

Niestety, zatracamy się często w zazdrości i nie wyciągamy wniosków, nie próbujemy niczego w sobie zmienić, tylko dostrzegamy same negatywy. Bo ona ma to, czego nie mam ja, bo on wyszedł na czymś lepiej a oni, mają ciągle tylko z górki. A zrobiliśmy coś, żeby pod tę górę ciągle nie wchodzić? Sama zawiść nas na nią nie wprowadzi.

Wystarczy spokojnie się nad tym zastanowić, bo czy fakt, że sąsiad właśnie kupił jacht, odbiera nam szansę na to, żebyśmy też taki mieli? Czy to, że ktoś ma większy dom, oznacza, że nasz jest brzydki i ciasny? Szczuplejsza koleżanka to nie jest symbol naszej otyłości, ani ujmowania nam urody. Przecież to, czego pragniemy, to tylko jeszcze więcej, niż w rzeczywistości już mamy.

Warto byłoby  jednak przemyśleć, czy marzenia, rzeczy materialne sąsiadów są również naszymi. Pamiętajmy, że uporczywe tkwienie w ciągłym poczuciu zazdrości wobec innych robi z nas niewolników i nie pozwala iść dalej.


7 powodów, by uczynić „2017” swoim samolubnym rokiem

Karolina Krause
Karolina Krause
23 stycznia 2017
Fot. iStock / hobo_018
Fot. iStock / hobo_018
 

Nie macie wrażania, że zbyt często w naszym życiu zdarza nam się słyszeć, że jesteśmy „samolubne” tylko dlatego, że wreszcie robimy dla siebie coś dobrego? Jakoś tak utarło się w naszej kulturze, że własne potrzeby stawia się na szarym końcu, bo to „nie przystoi”, bo to zwykły egoizm. Wiecznie kurczymy się więc w sobie, wmawiając wszystkim wokoło, że tak właśnie trzeba. Zamykając przy tym sobie wzajemnie drogę do szczęścia.

Bo jeśli nie postawimy siebie na pierwszym miejscu i nie zapytamy siebie, czego tak naprawdę chcemy od życia, nigdy nie uda nam się pokonać nałożonych sobie ograniczeń. To prawda, że bycie egoistą, czyli dbanie wyłącznie o swoje dobro, bez oglądania się na związane z tym konsekwencje, wyniszcza. Jeżeli jednak za punkt wyjścia w trosce o siebie obierzemy miłość i współczucie, wszyscy będą mogli na tym skorzystać. Jak? Pozwól, że pokrótce ci to wytłumaczę.

7 powodów, by uczynić „2017” swoim samolubnym rokiem:

Twoja relacja z samą sobą znacznie się poprawi

Ze wszystkich relacji na świecie, dobra relacja z samym sobą ma największe znaczenie. Często jednak o tym zapominamy lub pozwalamy innym wybić to sobie z głowy. Stawiając potrzeby innych ponad swoimi, zaniedbujemy siebie. Tracimy więź z naszym wewnętrznym głosem. Bo osoba, której nikt nie słucha, krzyczy coraz głośniej, aż w końcu milknie na zawsze. Tyle nienawiści, przemocy i zniszczenia dzieje się wokół nas głównie dlatego, że ludzie zapominają o miłości własnej. Jeśli siebie nie znasz, ani nie kochasz, nie będziesz w stanie pokochać innych, ani dostrzec ich piękna.

Nic na tym świecie nie liczy się tak, jak ty, dlatego spraw, że w 2017 roku staniesz się tą wersją siebie, o której zawsze marzyłaś. Nikt nie powiedział, że to będzie łatwe, ale poczucie spełnienia i jedności z samą sobą, które odnajdziesz na końcu tej drogi, wynagrodzi ci cały trud, z którym będziesz musiała się zmierzyć.

Nauczysz się prawdziwie kochać siebie i innych

Choć wszyscy w kółko mówimy o miłości – o jej braku i o tym, jak trudno ją znaleźć – nikt tak naprawdę nie uczy nas, jak moglibyśmy prawdziwie kogoś pokochać. Tak, jakby w szkole zabrakło miejsca na jeden ważny przedmiot. W 2017 staraj się więc kochać siebie i innych tak mocno, że aż będzie bolało. Zbyt dużo miłości jeszcze nikomu jednak nie zaszkodziło więc nie bój się na nią otworzyć.

Łatwo jednak mówić o przezwyciężaniu powtarzanych od lat negatywnych schematów, a co innego dokonywać realnej zmiany. Najważniejsze to zacząć od małych kroczków. Każdego dnia, zrób coś co sprawia ci przyjemność. Nawet jeśli miałoby to być chociaż 5 minut. Po pewnym czasie zobaczysz, jak twój stosunek do samej siebie zaczyna się zmieniać, a wraz z nim twoje relacje z najbliższymi.

Pozbędziesz się zbędnego bagażu

Stawianie siebie na pierwszym miejscu to także pozbywanie się bólu, który nosiliśmy w sobie zdecydowanie zbyt długo. Gdy twoje wewnętrzne rany zaczną się goić, ujrzysz świat z zupełnie innej perspektywy. Decydując się na życie na własnych warunkach i nie godząc się na nic co odbiera ci szczęście, zobaczysz jak wiele negatywnych spraw zniknie z twojego życia.

Fot. iStock / vladans

Fot. iStock / vladans

Poprawisz swoje zdrowie

Nikt na tym świecie nie może zmusić cię do tego, abyś zdrowo jadła, ćwiczyła, medytowała, zwolniła tępo swojego życia, oddychała głęboko i nie przejmowała drobiazgami. A jednak każda z tych rzeczy pozytywnie wpłynie na poprawę twojego zdrowia. Kiedy więc zdecydujesz się na pójście drogą miłości własnej, zaczniesz dawać swojemu ciału jedynie to, co dla niego najlepsze. Ni e będziesz już chciała objadać się niezdrowym jedzeniem, oglądać filmów do późnej nocy, czy upijać się tylko po to, by następnego dnia umierać z bólu. Nauczysz się rozumieć jego potrzeby i dopuścisz do głosu swoją wewnętrzną intuicję.

Nauczysz się identyfikować swoje marzenia

Jeszcze zanim trafimy do liceum, zaczynamy myśleć o tym kim chcielibyśmy być w przyszłości. Skupiamy się na tym ile powinniśmy zarabiać, gdzie pracować, jakie studia wybrać i tak dalej. Gdzieś po drodze zapominamy jednak o swoich pierwotnych marzeniach, grzebiąc je w odległych pokładach naszej podświadomości. Choć tak naprawdę już dawno znaliśmy odpowiedź.

W 2017 postaraj się dotrzeć do tej zakopanej na dnie skrzyni z marzeniami i zacznij je realizować. Nie słuchaj tego co powtarzają ci ludzie, posłuchaj samej siebie. Masz moc wdrożenia tych marzeń w rzeczywistość, a jedne co cię przed tym powstrzymuje są ograniczenia, które sama na siebie nałożyłaś. W tym roku pokaż im w końcu kto tu rządzi.

Pozbędziesz się destrukcyjnych nawyków

Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, ulegamy pokusom i dajemy się w ciągnąć w złe nawyki. Niezależnie od tego czy są to złe relacje, śmieciowe jedzenie, używki czy alkohol, wszystkie wynikają biorą się z tego samego źródła. Używając ich staramy się zagłuszyć nasze negatywne emocje – smutni, stres, samotność czy zawiść. By się ich pozbyć trzeba sięgnąć do źródła problemu . Zastąpić złe nawyki tymi dobrymi. Tym co nas buduje i wzmacnia.

Zacznij od wprowadzenia tych małych kroczków w tym roku. Wybierz ten nawyk, którego chciałabyś się pozbyć i zastąp go, czymś co kochasz. Nie martw się jednak, gdy powinie ci się noga. Prędzej czy później dojdziesz do upragnionego celu.

Wzmocnisz swoją siłę psychiczną

Kochając siebie i stosując się do wszystkich powyższych kroków wzmocnisz jednocześnie swą siłę psychiczną, która jest niezbędna do osiągania naszych celów. W ćwiczeniu determinacji i wytrwałości dobrze sprawdzają się także joga i medytacja. Zastanów się, czy nie warto byłoby wprowadzić ich do swojej codziennej rutyny.

Spróbuj więc w tym roku być odrobinę bardziej „samolubną” i zobacz, jak wpłynie to na ciebie i ludzi w twoim otoczeniu.

Źródło: powerofpositivity.com


Zobacz także

Fot. iStock/fcscafeine

Goniłam za tym, o czym marzyłam i straciłam to, czego najbardziej potrzebowałam. Dzisiaj żałuję

Fot. iStock/ StudioThreeDots

„Praca w korporacji to dramat? Bzdura. Pracuję osiem lat i ani przez chwilę nie żałowałam swojej decyzji”

Fot. iStock / vadimguzhva

Biustonosz, sukienka, rajstopy – czy wiesz, jak często prać poszczególne elementy garderoby?