Nie będziesz mieć pretensji do dziecka, że Twoja kariera poszła w innym kierunku?

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
26 października 2016
o-WORKING-MOM-HAPPY-facebook
 

„Nie będziesz mieć w przyszłości pretensji do dziecka, że Twoja kariera zawodowa poszła w innym kierunku?”

Takie pytanie ostatnio zadała mi koleżanka podczas rozmowy, gdy chwaliłam się, że kolejny raz w ciągu ostatnich miesięcy ‚od tak’ dostałam świetną propozycje pracy.

Jak na dość młodą osobę (26l) posiadam spory staż zawodowy. Zaczęłam pracować gdy miałam 16 lat, będąc dopiero w liceum. Dostałam pracę w jednym z popularniejszych warszawskich klubów studenckich. Moje stanowisko, pięknie nazwane – Obsługa Sali, zapewniało mi kilka groszy na codzienne wydatki. Zakres obowiązków nie był już tak przyjemny – wynoszenie śmieci, opróżnianie popielniczek, zbieranie pustych kubeczków po piwie czy mycie obrzyganej podłogi w kiblu. Mimo to, miałam możliwość oglądać za darmo koncerty swoich muzycznych idoli, pić piwo za free, lansować się możliwością bezproblemowego wzięcia autografu czy zrobienia sobie fotki z gwiazdami. Mimo niezbyt przyjemnych obowiązków, lubiłam swoją pracę, bo była to tak naprawdę oficjalnie moja „pierwsza poważna praca na umowę za którą dostawałam pieniądze” (nie liczę wcześniejszych prac tj. rozdawanie ulotek czy mycie nagrobków na cmentarzu). W miłej, rozrywkowej atmosferze, w rock’owym klimacie. Z czasem „awansowałam” i mogłam też pracować na szatni, w barze, na stoisku z koszulkami i gadżetami, na ochronie czy nawet w biurze klubu.

Pracowałam długo, ciężko i często. Z racji, że dość wcześnie wyprowadziłam się z domu, trzeba było trochę pieniędzy jeszcze zarobić. Wtedy stwierdziłam, że

„im wcześniej zacznę pracować i się usamodzielniać, tym wcześniej moje życie będzie ustabilizowane.”

Nie sądziłam, że byłam tak mądrą nastolatką 😉 . Miałam rację. Bardzo szybko zaczęłam wyprzedzać swoich rówieśników. W końcu bardzo niewielu z nich pracowało licealnym wieku. Pracując w klubie stwierdziłam, że chcę swoją przyszłość zawodową wiązać z eventami, reklamą, sztuką, marketingiem itd. Nie wiedziałam jeszcze dokładnie co chcę robić, ale wiedziałam, że w tym kierunku warto iść. Obserwowałam managerów muzycznych, przedstawicieli mediów, agencji reklamowych i krążyłam w tą i z powrotem.

Kończąc liceum i zdając maturę poczułam ulgę. Uf. Koniec obowiązkowej edukacji, mogę iść na zaoczne studia i znaleźć normalną pracę. Byłam w końcu pełnoletnia, więc nie musiałam już mieć ciągle pisemnej zgody rodziców na zatrudnienie mnie gdziekolwiek. A zatrudniałam się w innych klubach, ubezpieczalniach, callcenter, kawiarniach… Gdzie mnie chcieli to próbowałam.

Zaczęłam studia pedagogiczne o specjalizacji manager i animator kultury. Wtedy dostałam swoją pierwszą pracę na etat w impresariacie teatralnym oraz w świeżo otwierającym się popularnym teatrze w Pałacu Kultury i Nauki. W biurze marketingu. Na stanowisku specjalisty. Wyobrażacie sobie co to było dla 19-latki? Spełnienie marzeń i pierwszy krok w stronę zawodowej kariery!

Copywriting, pomoc przy projektowaniu plakatów spektakli teatralnych, kontakt z artystami, sprzedaż spektakli, kontakt z firmami i dostawcami, kontrola sprzedaży biletów, kasjerek i bileterów, nadzór kasy biletowej przed spektaklami, przygotowywanie premier teatralnych, tworzenie baz danych, spotkania z klientami, rozliczenia, faktury… Uczyłam się błyskawicznie, poznawałam kolejne ważne osoby i zaczęłam czuć flow, które ciągnęło mnie coraz dalej. Wracałam z pracy i chłonęłam wiedzę dalej. Książki, artykuły, prasa… Wszystko byleby uczyć się marketingu i prawdziwej sprzedaży. Jednak wraz z chęciami rósł też stres i presja. Czułam, że nie nadążam, albo właśnie nadążam, ale się nudzę, że potrzebuję czegoś więcej. Po roku postanowiłam zmienić pracę. Od jakiegoś czasu grałam na pianinie elektrycznym w rock’owej kapeli, od dawna też robiłam sobie tatuaże i kolczyki. Mimo zmęczenia pracą i nauką znajdowałam też czas na dość bogate życie towarzyskie.

Koleżanka wciągnęła mnie do pracy w fundacji i związku snowboardowym gdzie miałam zajmować się marketingiem i organizacją eventów i zawodowów sportowych. Nowe wyzwanie, nowe doświadczenie! I like it! Mocno wkręciłam się w środowisko sportowo-imprezowe. Znowu wróciłam do trybu pracy nocnej. Tym razem jako or-ga-ni-za-tor.

Z ekipą znajomych organizowaliśmy zawody sportów ekstremalnych, imprezy w klubach, wernisaże, koncerty. Żyliśmy trochę jak ludzie bohemy. Byli wśród nas muzyki, fotografowie, graficy, graficiarze, piosenkarze, piercerzy i tatuatorzy, przedstawiciele różnych subkultur i kultur. Wspólnie tworzyliśmy nowe rzeczy, nie zawsze przynoszące pieniądze, ale na pewno dobrą zabawę, naukę, doświadczenie i kontakty. W ten sposób powstała moja pierwsza firma – agencja eventowa, a wraz z nią pierwsze niezależnie od nikogo wydarzenia i imprezy, takie jak (pierwszy po 13-latach w Warszawie) konwent tatuażu Body Art Convention 2011, który odbył się w Pałacu Kultury i Nauki. Kilka tysięcy uczestników, artyści z całej Polski, goście specjalni z zagranicy, Jah Jah Frankowski jako prowadzący całą imprezę, masa sponsorów, patronów medialnych i partnerów. Oczywiście nie odbyłoby się to gdyby nie współorganizatorzy z Hardcore-Tattoo. Rok później kolejna edycja i kolejny konwentowy sukces. Jednak zaczęło mnie to wszystko znowu przytłaczać. Miałam dopiero 21 lat i przestałam dawać radę. Rzuciłam studia pedagogiczne i poszłam do Warszawskiej Szkoły Reklamy – kierunek Strategia Reklamy i PR. 2-letnie studium policealne. Rzuciłam agencję eventową, związek snowboardu i fundacje. Rzuciłam też kilka innych rzeczy. Kilka razy się przeprowadzałam do kolejnych wynajmowanych ze znajomymi mieszkań.

Nadszedł czas na coś nowego. Agencja reklamowa. Marketing, ale w innym wydaniu. Social media, reklama, internet, portale. TO BYŁO TO!

Zdobywałam kolejne doświadczenia. Zajmowałam się kreowaniem marki i budowaniem wizerunku w sieci. Tworzyłam reklamy na Facebooku, pisałam artykuły SEO oraz treści na strony internetowe, projektowałam materiały reklamowe dla klientów, tworzyłam fanpage i konkursy. Byłam kreatywna i mocno się realizowałam zawodowo. Jednak po kolejnym roku czułam, że muszę dalej, szybciej, mocniej. Tu już nie czułam rozwoju. Chciałam iść do lepszej agencji. I poszłam. Kolejna agencja reklamowa, w której spędziłam kolejne trzy lata mojego życia.

Po dwóch latach w WSR (mimo, że nie obroniłam dyplomu, bo zaspałam, a rok później zapomniałam przyjść), czas na kolejny etap edukacyjny: Studia licencjackie Dziennikarstwo i komunikacja społeczna spec. marketing i PR, które ukończyłam i nawet tytuł na piątkę obroniłam. Pisałam pracę dyplomową na temat aspektów prawnych reklamy internetowej, który mocno mnie fascynował. Czułam się ekspertem i mądralą.

W tym czasie praca w kolejnej agencji reklamowej pomagała mi zdobywać nowe umiejętności i doświadczenia. Tworzenie większych i poważniejszych kampanii reklamowych, poważniejsze działania w social media, dużo więksi i poważniejsi klienci, większe pieniądze, kampanie offline – w radiu, prasie, telewizji i outdoor’ze. Działania niestandardowe w metrze, pociągach, w parkach, na piknikach śniadaniowych, w siłowniach itd. Nieograniczone pomysły, przygotowywanie ofert, kontakt z mediami, tworzenie scenariuszy spotów radiowych i telewizyjnych. NA-CO-TYLKO-WYOBRAŹNIA-POZWOLIŁA (i oczywiście portfel klienta). Po roku pracy w agencji otworzyłam swoją kolejną działalność gospodarczą (marketingową), gdzie obsługiwałam również prywatnie mniejszych klientów i zaczęłam realizować swój projekt Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie. Wiedziałam już jak się promować w mediach społecznościowych, jak pisać bloga, jak robić reklamy, jak organizować eventy i konferencje dla pacjentów oraz pozyskiwać odbiorców. Dotychczasowa wiedza pomogła mi zrobić ogromny projekt dla ludzi chorujących na insulinooporność i cukrzycę. Bez problemu nawiązywałam nowe kontakty, znajomości, szukałam sponsorów i robię to cały czas.

Myślałam, że doszłam już do momentu tej wyczekiwanej stabilizacji o której wszyscy trąbią. Stała praca, własne mieszkanie, mąż, koniec studiów, kredyt. Życie jak w Madrycie, chociaż coś jednak dalej nie pasowało. Czegoś zabrakło. Więc…

Po trzech latach przyszedł czas w którym zaczęłam czuć, że to jednak jeszcze nie ten moment i nie to miejsce. Rozwód (a jednak), nowy Partner aż w końcu przeprowadzka z Warszawy do Poznania za miłością życia.

Mimo mieszkania w Poznaniu, dalej pracowałam w warszawskiej agencji – zdalnie. Wiedziałam, że to czas w którym powinnam zacząć rozglądać się za kolejną pracą. Żeby iść dalej, wyżej, głębiej. Wysłałam kilka CV i rozdzwoniły się telefony. Odbyło się kilka spotkań, pojawiło sporo propozycji: od agencji eventowych po duże agencje reklamowe. Było w czym wybierać. Zacierałam ręce, bo wiedziałam, że z moimi umiejętnościami, stażem i doświadczeniem – w końcu mogę przebierać w ofertach.

Po miesiącu dowiedziałam się, że… jestem w ciąży. 

Szukanie nowej pracy straciło w tym momencie sens. Pozostało utrzymanie się w obecnej agencji chociaż do końca ciąży. Nikt by mnie nie zatrudnił wiedząc, że za kilka miesięcy i tak odejdę, że im bliżej porodu tym większa szansa, że będę musiała brać wolne, będę gorzej się czuła i nie będę mogła pracować w pełnym wymiarze godzin. Praca zdalna dawała mi większą swobodę i możliwość odpoczywania w domowym zaciszu oraz unikania kichającego i zarażającego grypą otoczenia.

W trakcie ciąży dostałam dwie poważne propozycje pracy o które ubiegałam się od kilku lat.

Musiałam odmówić tłumacząc obecną sytuacje, jednak nie zamykając sobie furtki informowałam, że dalej jestem zainteresowana i chętnie wrócę do tematu za dwa lata… Kończyłam połączenie wiedząc, że za dwa lata pewnie i tak nie będą o mnie już pamiętać.

Wyszłam ponownie za mąż za cudownego faceta. Urodziłam cudowną córeczkę. Mieszkamy razem w Poznaniu. Świat wykoziołkował do góry nogami. Siedzenie w domu z dzieckiem kompletnie odbiega od mojego dotychczasowego trybu życia. Nie jest to łatwe, ale z drugiej strony ogromnie przyjemne.

Ostatnio dostałam kolejną propozycje pracy w redakcji dużego i znanego portalu internetowego. Ponownie odmówiłam powołując się na obecną sytuacje. Praca zdalna nie wchodziła niestety w grę.

I wtedy właśnie podczas rozmowy z koleżanką pojawiło się to pytanie:

„Nie będziesz mieć w przyszłości pretensji do dziecka, że Twoja kariera zawodowa poszła w innym kierunku?”

NIE. Wiem, że jestem na tym etapie rozwoju zawodowego, że naprawdę bardzo dużo mogę. Wiem, że nie miałabym problemu ze znalezieniem „pracy marzeń” na świetnych warunkach, z ogromnymi perspektywami rozwoju itd.

Ale wiem też, że nie osiągnęłabym szczęścia mając wszystko, jednocześnie nie mając niczego.

Dalej bym się błąkała, szukała sensu, zastanawiała się gdzie teraz iść i po co. Dalej żyłabym w świecie rock’n’rolla i niekończących się pytań „po co mi to wszystko?

Teraz niezależnie gdzie poniosą mnie nogi i głowa, wiem, że to co robię ma sens. Mam dla kogo żyć i z kim. Nie żyję już obok, ale żyjemy razem. Wystarczy jeden uśmiech tego małego skrzata, żeby uświadomić sobie, że odmowa „pracy marzeń” to nie jest poświęcenie. To świadoma decyzja, która pozwala mi zrozumieć, że nie ma sensu gonić za karierą i pieniądzem, że najważniejsze jest nie zatracić się w zawodowym wyścigu a znaleźć czas na spokój ducha, wzięcie głębokiego oddechu i czas dla najbliższych.

Niedługo miną cztery miesiące odkąd urodziła się nasza córeczka. Nigdy nie miałam jeszcze tylu dojrzałych przemyśleń, decyzji i refleksji jak przez ten krótki czas. Nigdy nie patrzyłam tak daleko w przód co teraz. Nigdy nie cieszyłam się z tego, że jestem tu gdzie jestem jak siedząc obok męża bawiącego się z córką.

NIE. Nie będę miała pretensji do dziecka, że moja kariera zawodowa poszła w innym kierunku. 

Będę jej wdzięczna za to, że pozwoliła mi się zatrzymać i przemyśleć który kierunek wybrać, za to, że pozwoliła mi zwolnić tempo i spojrzeć na otaczający mnie świat, którego wcześniej nie byłam w stanie dostrzec, za to, że wnosi dużo szczęścia do naszego życia i inspiruje do działania. Za to, że po prostu JEST.

Zawodowo i tak mam co robić. Mimo urlopu macierzyńskiego i opieki nad dzieckiem, dalej realizuje projekt dla osób z insulinoopornością i cukrzycą. Stworzyłam projekt Zrozum Matkęktóry możecie właśnie czytać, pomagam mężowi w rozwoju jego projektów. Nie stoję w miejscu. Dalej się rozwijam i realizuje, ale myślę, że trochę dojrzalej i mądrzej. Niczego w życiu nie żałuję i nie mam zamiaru. Jako matka i żona czuję, że się spełniam, że mam dla kogo żyć i działać, że mam z kim dzielić się swoim szczęściem.

Po prostu życie w końcu ma sens. 


Internetowe wsparcie i hejterstwo w jednym, czyli fora i grupy parentingowe. Czy niosą ze sobą jakieś zagrożenia?

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
31 października 2016
Mother-with-baby-and-laptop-714x330
 

Jesteś w ciąży albo już urodziłaś? Jeśli tak, to pewnie chociaż RAZ weszłaś na jakieś forum parentingowe albo grupę dla matek na Facebooku. Prawdopodobnie szukałaś tam informacji m.in. na temat objawów w ciąży, zestawu ćwiczeń dla ciężarnych, informacji na temat wysypki u niemowląt czy przepisów na pierwsze papki dla malucha PO 6. miesiącu życia.

Zapewne nie raz stwierdziłaś, że wiele informacji z takich miejsc jest przydatna i na pewno nie dowiedziałabyś się tego u swojego lekarza rodzinnego. Zapewne. Ale zapewne też nie raz wyrywałaś sobie włosy przez mętlik jaki miałaś w głowie po przejrzeniu kilku czy kilkunastu postów, albo zadałaś pytanie oczekując rzetelnej odpowiedzi lub poklepania po wirtualnym ramieniu a w zamian otrzymałaś stek sprzecznych opinii i atak sfrustrowanych matek, które nie potrafią w spokojny sposób odpowiedzieć na pytanie.

Zapewne.

Grupy internetowe, niezależnie czy to fora, grupy tematyczne na Facebooku czy fanpage, mają to do siebie, że zrzeszają różne osoby. Mimo, że często kierowane są do konkretnej grupy społecznej np. do matek (więc możemy założyć, że przewaga członków takiej grupy to kobiety z całej Polski lub określonego regionu, w wieku 20+ lub bardziej szczegółówo 20-35 lat, jeśli mowa tylko o matkach dzieci małych) nie mamy gwarancji, że przyzwyczaczejania, zachowania, kultura, sposób wypowiedzi, typ osobowości itp członków będą adekwatne do naszych zachowań. Dlatego nie zawsze potrafimy zinterpretować nastrój drugiej osoby, intencje czy treść wiadomości. Nie potrafimy, bo nie widzimy tej osoby. Nie wiemy czy zna się na NETykiecie, nie wiemy czy potrafi sprawnie obsługiwać komputer (a może Facebooka ma od wczoraj?), nie wiemy czy zdaje sobie sprawę z tego, że mimo dobrych chęci np. niesienia pomocy, jest odbierana jako agresor. Nie wiemy tego. Przypuszczamy i interpretujemy na podstawie własnych, subiektywnych odczuć.

Fora parentingowe – jak nazwa wskazuje (z ang. parents – rodzice) są kierowane do rodziców, a więc również do ojców. Jednak nie jest zaskoczeniem, że mężczyźni na takich forach to jednak gatunek wymarły.

Z czego to wynika?
– Ojcowie nie potrzebują uczestniczyć w internetowym życiu innych rodziców,
– Ojcowie gdy poszukują informacji na temat dziecka, raczej wybierają artykuły lub książki oraz informacje od przyjaciół i rodziny,
– Ojcowie zwykle mniej angażują się w sprawy związane ze swoim dzieckiem, liczą bardziej na partnerkę,
– Ojcowie nie wytrzymaliby psychicznie czytając wpisy i komentarze sfrustrowanych bab :) ,
– Ojcowie ceną sobie minimalizm. Gdyby otrzymywali tysiąc rozwiązań do jednego problemu, to tego problemu by nie rozwiązali. Dostając jedno są w stanie sobie z tym poradzić. Fora nie ułatwiają tego zadania.

Można oczywiście znaleźć grupy tylko dla ojców, ale są one tak nieliczne i nie tak popularne jak babskie grupy internetowe.

Każda internetowa społeczność parentingowa ma swoje ogromne plusy i minusy. Oto one:

PLUSY FOR I GRUP PARENTINGOWYCH:
– Zbiór wielu przydatnych informacji na określony temat,

– Wsparcie od innych członków grup,

– Uczucie przynależności do grupy i akceptacja,

– Otrzymanie zrozumienia w różnych problemach,

– Nowe znajomości i relacje,

– Możliwość porównania swojego dziecka, jego zachowania, rozwoju itp z dziećmi innych rodziców (pozwala nam to zwrócić uwagę gdy coś jest nie tak, albo być dumnym jak paw, że nasze dziecko jest takie cudowne, ponad przeciętnie uzdolnione i rozwija się szybciej niż inne maluchy),

– Otrzymanie poleceń i kontaktów do dobrych specjalistów w danym mieście/regionie dla naszego dziecka.

MINUSY FOR I GRUP PARENTINGOWYCH:
– Otrzymanie błędnych diagnoz, interpretacji wyników badań, zaleceń lekarskich, co może stanowić poważne zagrożenie dla zdrowia i życia dziecka,

– Otrzymanie skrajnie różnych opinii na dany temat, co może mocno wprowadzić w błąd (niezależnie czy pytamy jaki wózek będzie najlepszy czy o podnoszenie główki w 5 tygodniu życia dziecka),

– Ryzyko konfliktów, ataku trolli internetowych, obrażanie, wyzywanie – co bardzo wpływa na nasze samopoczucie, frustruje, obniża poczucie własnej wartości, sprawia przykrość czy nawet wpędza w „doła”,

– Osłabienie matczynej czujności – np. pytamy czy pokasływanie dziecka jest czymś niepokojącym, a matki odpisują: „spoko, mój syn też pokasłuje i to normalne„, „u nas lekarz powiedział, że suche powietrze, więc kup nawilżacz i będzie ok„, „ślinka mu spłynęła i pokasłuje, nie martw się” – widzimy, że nie ma się czym martwić, a później jedziemy w środku nocy na SOR, bo dziecko nie może nagle oddychać. Pamiętajmy, że jeśli cokolwiek nas niepokoi to żadne forum internetowe nie zastąpi opinii lekarza,

– Niebezpieczeństwo  w codziennym życiu – to, że na grupach widzimy mnóstwo zdjęć dzieci to nic nowego (nie wiemy kto jest na grupie, może jakiś pedofil?) ale można się spotkać również z podawaniem adresu żłobka/szkoły/przedszkola i grupy/klasy do której chodzi dziecko, godzin w jakich mama pracuje a dziecko zostaje z babcią oraz piękne zdjęcie domu w którym mieszkają, adres zamieszkania a nawet pojawiały się pytania do OBCYCH mam czy któraś mogłaby odebrać cudze dziecko z przedszkola, bo właściwa mama nie zdąży z pracy!

Jak widzicie, wszystko jest dla ludzi i niesie ze sobą wiele korzyści i zagrożeń. Korzystanie z takich grup może bardzo pomóc, ale też zaszkodzić. Dlatego jeśli będziemy korzystać rozsądnie, zachowując anonimowość i bezpieczeństwo naszego dziecka, a wszelkie sprawy zdrowotne będziemy rozwiązywać z lekarzem, to niczego nie stracimy, poza ewentualnym czasem.

Warto też unikać wdawania się w zbędne dyskusje z wymądrzającymi się mamuśkami, które pozjadały wszystkie rozumy. Psuje to zdrowie psychiczne a zwykle niczego dobrego do naszego życia nie wnosi. Dobrze też filtrować wiadomości albo podchodzić do nich z dystansem, ponieważ ilość bzdur jakie możemy znaleźć jest przerażająca.

Pamiętajmy, że mamy specjalistów, ale również własny rozum i zdrowy rozsądek. Jesteśmy matkami i nasza intuicja jest na wagę złota, więc starajmy się z niej jak najczęściej korzystać.

 


Grzechy główne babć i dziadków – część II. Wasze historie!

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
25 października 2016
Fot. iStock / Supersizer
Fot. iStock / Supersizer
 

Nie sądziłam, że mój wczorajszy wpis „Grzechy główne babć i dziadków czyli co często robią a nie powinni” wywoła takie poruszenie… Jestem miło zaskoczona, ale i przerażona po tym co przeczytałam. Jak to Monika skomentowała na moim Fanpage’u: „jestem w szoku, bo nie myślałam,ze to dzieje się na skalę globalną.” Powiem szczerze, że ja też. Poproszono mnie o drugą część wpisu, uwzględniając Wasze listy, komentarze i przemyślenia… I szczerze boję się tego wpisu, bo Wasze komentarze i wiadomości są bardzo szczere, emocjonalne, widać w nich wiele złości, smutku i żalu. Nie mam pojęcia jak to zostanie odebrane i co się stanie po publikacji.

Czytając to wszystko i pisząc ten tekst, samej jest mi cholernie przykro, że tak to wszystko często wygląda. A przecież nikt nie ma na celu mówić źle o swoich rodzicach czy teściach. Ustalmy więc jedną zasadę: Poniższe wypowiedzi to Wasze doświadczenia, historie. Jedne lepsze drugie gorsze. Cieszę się, że się nimi podzieliliście, jednak nie będę żadnej z nich oceniać. I Wam drodzy Czytelnicy, polecam też skupić się na przemyśleniach i refleksjach, a nie na ocenianiu innych ludzi, bo znamy tylko kilka zdań z życiorysu danej osoby.

Ewa:
Dzień dobry,
świetny wpis! Jakbym czytała o swojej rodzinie. Mam dwie córki – 4 lata i 6 miesięcy. Przy pierwszym dziecku zarówno moja mama jak i teściowa bardzo się wtrącały w nasze życie i wychowanie. Nie tylko mówiły mi co mam robić (jakbym była jakaś ułomna…) to do tego wiecznie pretensje, że za rzadko widzą się z wnuczką (mieszkały blisko, więc przychodziły co drugi dzień…). Kłótnie, krzyki, awantury.. to była codzienność. Jaki był tego efekt? Kasia mi wiecznie płakała, w nocy nie chciała spać, była płacząca i rozdrażniona. Teraz ma 4 lata i nadal jest jakby wycofana, a jak tylko mamy jechać do dziadków, to „dziwnym zbiegiem okoliczności” zaczyna kasłać i mówi, że się źle czuje… Oczywiście zwykle wtedy nie jedziemy, a dziecko jest zdrowe 😉 . Z drugą córką już jestem mądrzejsza. Od początku ograniczyłam kontakt z dziadkami do rozsądnych częstotliwości – raz na 3-4 tygodnie. Tak jak w artykule: dziecko nie potrzebuje ich tak naprawdę! Moim zdaniem przez pierwsze 1,5 roku powinni być tylko jako goście. Dzieci potrzebują nas – rodziców. Powiem szczerze, że Wiktoria – młodsza córka jest dużo spokojniejszym, pogodnym i śmiejącym się dzieckiem. Pięknie śpi. A i my z mężem się już nie kłócimy. Także popieram wszystko co w tym tekście!”

Gosia:
„Moja teściowa regularnie wyrywała mi dziecko z rąk. Krzyczała na mnie, że odciągam od niej i syna i wnuczka. Co nie było prawdą, ja tylko chciałam zapewnić swojemu dziecku spokój i bezpieczeństwo, zwłaszcza, że zrobił się bardzo niespokojny. Nie godzę się na szarpanie. W końcu wybuchłam i sama na nią nawrzeszczałam, że dziecko to nie jest zabawka i nie wolno nim szarpać! Zabroniłam jej brać syna na ręce. Mogła się z nim bawić tylko w mojej obecności. Synek się uspokoił. Ech…”.

Ela:
„Niestety brutalnie mówiąc z dziadkami tak jest. Oni są jak duże dzieci. Nie rozumieją większości rzeczy, a my rodzice też boimy się im zwracać uwagę. Osobiście uważam, że trzeba tak robić, nawet kosztem tego, że się obrażą czy że nie będzie się ich odwiedzać. Dziecko jest najważniejsze a złe nawyki z dzieciństwa niestety zostają na całe życie”.

Karolina:
„Popieram w 100%! Jestem matką dwóch dziewczynek i chłopca. Syn najstarszy ma 10 lat, a dziewczynki (bliźniaczki) 5 lat. Nie raz zostawali z dziadkami i niestety, ale dziadkowie nie słuchali naszych próśb. Zabranialiśmy dawać słodyczy, a dziadkowie dawali. Zabranialiśmy skakać po łóżku, a dziadkowie swoje. Zabranialiśmy oglądać telewizje a dziadkowie swoje. Do tego jak syn uczył się chodzić, to pediatra powiedział, żeby nie brać go ciągle na ręce (był trochę leniwy) zeby częściej cwiczył nóżki. A dziadkowie zawsze tylko na rekach i potem jak wracaliśmy do domu to było darcie się, bo syn chciał na ręce. I za każdym razem było coraz trudniej cwiczyć z nim chodzenie :( Ostatecznie zaczął bardzo późno :( Z dziewczynkami było gorzej. Z racji, ze my z mężem pracowaliśmy, dziadkowie zajmowali sie dziewczynkami po przedszkolu przez 2-3 godziny do naszego powrotu. Dziewczynki miały zakaz jedzenia słodyczy. Standard. Po jakimś czasie patrzę.. a im zaczęły psuć się zęby!!!!! Szybko do dentysty a tam pruchnica! u 5-latek!!! Dziadkowie się przyznali że dawali im cukierki a do tego dziewczynki zobaczyły w której szafce są chowane i same sobie brały gdy miały ochote!! To jest skandal! I to dziadkowie nauczyli je oszustwa a do tego popsuli im zęby! Zmieniłam prace na pół etatu i już dziadkowie nie zajmują się córkami. Przykre.”

Daria:
„Konsekwencja konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja. My z mężem od początku pilnowaliśmy dziadków. Wkurzali się na nas, obrażali, tupali nogami jak małe dzieci, ale my byliśmy nieugięci 😉 nasze dziecko nasze zasady. Najważniejsze jest pierwsze pół roku. Jak dziadkowie zobaczą, że rodzice są pewni siebie, zdecydowani i mają swoje zasady i są nieugięci to nawet potem nie próbują kombinować po swojemu. Po prostu automatycznie się pytają co mogą a czego nie i się słuchają 😉 a jeśli widzą, że rodzice nie są pewni, wstydzą się zwrócić uwagę, głupio im, albo sami nie wiedzą czy dobrze robią, to naturalne jest, że dziadkowie wkraczają do akcji 😉 . U moich nawet jeśli coś nie pasuje to pytają na boczku, a nie wprost przy dziecku, albo tym bardziej nie wprowadzają zmian sami. Myślę, że to problem wielu rodziców: z jednej strony narzekają, a z drugiej sami nie są konsekwentni i boją się „wychować” sobie dziadków, a niestety tak trzeba, bo potem wejdą nam na głowe i niestety straci na tym tylko i wyłącznie dziecko.”

Marta:
„Co to w ogóle za koszmarna tradycja z tymi niedzielnymi obiadkami u babci?! mój mąż pracuje od poniedziałku do piątku. Wraca do domu o 19.00. Krótka zabawa, kąpiel i usypianie. Potem mamy czas dla siebie przed snem, ale zwykle oboje jesteśmy padnięci. Sobota to często czas załatwiania spraw, sprzątania itd. Mąż zajmuje się dzieckiem a ja mam czas, żeby ogarnąć dom i ugotować obiad na kilka dni. Więc niedziela to jest jedyny dzień w tygodniu który możemy spędzić z dziećmi. Jedziemy wtedy przeważnie do zoo, do lasu, na rower, spacer itd. Nie oddam za żadne skarby tego dnia dziadkom! Oczywiście do dziadków jeździmy. Na święta, na imieniny i urodziny. I uważam, że to bardzo zdrowe i naturalne. Najważniejsze jest budowanie więzi dziecka z rodzicami. Zwłaszcza jeśli rodzic lub oboje rodziców pracuje w tygodniu i nie ma go całe dnie w domu.”

Dorota:
„Czytałam… i popłakałam się. Teściowa rozbiła moją rodzinę. Ile ja się nasłuchałam, że się do niczego nie nadaje, że męża nie wykarmię, że dziecka nie wychowam… że jej synuś to lubi to, a jej synuś to lubi tamto. A jej WNUCZKA to lubi to, a jej WNUCZKA to lubi tamto! Bo oczywiście ona dużo lepiej wiedziała co lubi moja córka! Od urodzenia! Każdego dnia od porodu płakałam. Od tego stresu straciłam pokarm i przeszłam na mleko modyfikowane. To też bardzo źle zniosłam a teściowa od razu, że to moja wina, że jak można stracić pokarm. I znowu, że dziecka nie wykarmię… Prosiłam męża, żeby porozmawiał z mamą, żeby jej wytłumaczył. On twierdził, że przesadzam. A ona w sumie sprytna była: wszystkie uwagi kierowała do mnie tylko jak jego nie było w pobliżu. Więc jak potem mu się żaliłam, to wychodziło na to, że to ja ta zła jestem i wymyślam, bo jej nie lubię.. bo przy nim to teściowa – anioł! Przepłakałam pierwsze miesiące razem z córką. Oczywiście ciągle musieliśmy do nich jeździć, jakby nie można było dać temu dziecku spokoju… a ja głupia się na to zgadzałam. Bo co innego miałam zrobić? W końcu mąż się wkurzył na mnie. Stwierdził, że robię ciągle awantury, histeryzuje, że jestem egoistką, przecież babcia ma prawo widzieć się z wnuczką. Że jestem złośliwa i przesadzam, że jego mama nie jest takim potworem jak przedstawiam… kłóciliśmy się, aż spakowałam rzeczy, dziecko i się wyprowadziłam. Jego matka do mnie wydzwaniała, że jestem pindą i teraz ona zajmie się swoim synusiem bo ja nie potrafiłam! Do tej pory nie mogę się pozbierać. Mąż ma widzenia. Pozew złożony. Córka niedługo skończy roczek. Gdybym wiedziała jak to będzie wyglądało, to od razu bym powiedziała, że musimy się wyprowadzić na drugi koniec świata, żeby uratować naszą rodzinę. Chociaż cicho liczę, że on jeszcze zmądrzeje i wróci do nas…”

Kamila:
„My na szczęście mieszkamy 1500 km od jednych i drugich dziadków, wiec z dziećmi widzą się raz w roku, zwykle na święta Bożego Narodzenia. Jest to dla nas trudny czas, bo przyjeżdżamy wtedy wlaśnie na 2 tygodnie do jednych i na 2 tygodnie do drugich. A potem dwa miesiące robienia porządków w głowach córek. Jednak wiemy, że dziadkowie tęsknią, bo i my tęsknimy, dlatego na kilka rzeczy przymykamy oko, ale w innych sprawach jesteśmy konsekwentni i pilnujemy. Czasami uprzedzamy telefonicznie jeszcze przed przyjazdem: „Niech mama pamięta, że one słodycze jedzą tylko w sobotę!”, „Po umyciu zębów już nic nie jedzą!” itd. Ogólnie polecam wszystkim mieszkać jak najdalej dziadków 😛  mimo, że wspólnie spędzony czas jest ogólnie miły 😉 ale gdybym miała takie coś co weekend to bym nie wytrzymała.”

Dagmara:
„Ja za to mam cudownych rodziców i teściów. Nigdy niczego mi nie zarzucali, zawsze pytali o zdanie i uwzględniali nasze zasady wychowawcze. Nie było problemów, żeby zostawić dzieci u dziadków, bo byliśmy spokojni, że nic złego się nie wydarzy. Ale to wszystko wzięło się z tego, że jeszcze przed narodzinami starszego syna ustaliliśmy jasne zasady: usiedliśmy przy stole i powiedzieliśmy jak sobie wyobrażamy życie po urodzeniu dziecka. Dziadkowie uszanowali to, że cenimy spokój, że nie chcemy zbyt często gości i, że przez pierwszy rok sami nie będziemy za często przyjeżdżać z dzieckiem. Wysyłaliśmy zdjęcia, dzwoniliśmy, a oni cierpliwie czekali aż pozwolimy im się bardziej do dziecka zbliżyć. Bo najgorsze co może być to taka wczesna nadgorliwość: pojawia się dziecko, ma kilka dni czy tygodni a dziadkowie właśnie już chcą nosić na rękach, bawić, zabierać na wycieczki itd. A to dziecko jest przerażone i niespokojne wtedy :( super napisane, że małe dziecko nie potrzebuje dziadków, potrzebuje tylko rodziców. Bo to jest prawda. Dziadkowie wchodzą tak naprawdę po 2-3 roku życia. Nasze dzieci są już w podstawówce, więc wiem co mówię. Pierwsze 3 lata obyło się tak naprawdę bez dziadków. Oczywiście widywaliśmy się, żeby dziecko przyzwyczajało się do ich obecności, ale nie było to zbyt częste. Raz na kilka tygodni wystarczy. Ten okres to też był czas obserwacji dziadków jak my wychowujemy dziecko. Oni się uczyli od nas, a my pokazywaliśmy im sposób w jaki wychowujemy i to co lubią nasze dzieci, jak się z nimi obchodzić itd. To była świetna nauka dla wszystkich, która zaprocentowała tym, że mamy dzieci-aniołki i żadnych konfliktów z moimi rodzicami ani teściami :) Polecam wszystkim zachowanie takiego spokoju ducha i szczerą rozmowę. Dziadkowie powinni uszanować to, że pierwsze lata życia dziecka to czas dla rodziców. A oni niech zbierają siły na później :) pozdrawiam”

Basia:
„Moja mama zawsze podważała nasz autorytet. Mówiła wprost przy dziecku, że źle ją ubraliśmy, że wybraliśmy złe przedszkole, że źle je… przymykałam na to oko, do momentu aż Antosia mając 5 lat zapytała: „Mamo, czemu ty wszystko robisz źle? czy to znaczy, że ja też będę wszystko robić źle, bo mnie źle wychowalas?”. Wtedy żarty sie skonczyły i ograniczylismy kontakt z dziadkami. Przyjeżdżamy tylko na święta raz w roku.”

Bogusia:
„Dzień dobry, jestem mamą 8-letniej Basi i (za chwilę;)) psychologiem. Popieram wszystko co tu napisane w 100%. Dziadkowie są mile widziani w życiu rodziny, pod warunkiem, że nie wpływają na jej jakość. Jeśli choć jedna ze stron odczuwa jakikolwiek dyskomfort związany z wpływem dziadków, warto zastanowić się czy czegoś w tych relacjach nie zmienić, bo niestety emocje, które się nasilają z czasem mogą popsuć związek, a nawet wpłynąć na relacje z dzieckiem. Dziecku krzywda się nie stanie jeśli będzie rzadziej widywać dziadków, natomiast złe stosunki z rodzicami już mają ogromny wpływ na psychikę dziecka i jego dalsze życie. Faktycznie, jeśli rodzice dużo pracują, to lepiej wolny czas spędzić tylko w gronie rodzice + dziecko”.

Asia:
„Z tym przekupywaniem dziecka to prawda. U mojej siostry teściowie tak robili. Byli tak cholernie zazdrośni, że na siłe przeciągali dziecko na swoją strone.. jaki był tego efekt? dziecko nie chciało potem ani do dziadków ani do rodziców. Było płaczące i bardzo niespokojne. Ewidentnie zaburzone poczucie bezpieczeństwa. Płakało, potrzeowało bliskości ale nie wiedziało czyjej… :( moim zdaniem to na pewno rodzi inne zaburzenia”.

Ania:
„Oj z tym rozpieszczaniem to jakiś dramat… ja nigdy nie zostawiam dzieci sam na sam z dziadkami. Oni nie rozumieją co to znaczy rozpieszczać. Mówię im to i tłukę do głowy! Ale fakt, że bez wsparcia męża to jest prawie nie możliwe.. A z racji, ze to ja siedzę z dziećmi to mąż myśli że przesadzam, bo wraca wieczorem i idzie przed tv i koniec. A nie wie co za koszmar przechodzę potem w ciągu dnia i jakie negocjacje nasze dzieci potrafią stosować :/ Juz nie wspomnę o tym, że dziadkowie kupowali wszystko co tylko dzieci chciały, a potem było tupanie, krzyczenie, wrzeszczenie… ale jak raz w sklepie moja córka położyła sie na podłodze, zaczęła mnie gryźć, szarpać i bić na oczach tłumu ludzi drąc sie „NIE KOOCHAM CIE!!! KOCHAM BABCIE BO BABCIA BY MI KUPIŁA TĘ LALKĘ!!” to miarka się przebrała. Więcej nie zostali sam na sam i przyjeżdzamy raz na pół roku.”

Zosia:
„Moje dziecko ma dopiero 2 miesiące, ale wiem, ze na pewno za szybko nie zostanie samo z dziadkami. Nie rozumiem w ogóle tego zostawiania z dziadkami takich maluchów… Przeciez dziecko potrzebuje rodziców! 4-5 latkę może bym zostawiła, ale na pewno nie niemowlę! To jest trauma dla dziecka i dla matki (ojcowie przeważnie mają to gdzieś…sorry). Mimo, że bolą mnie plecy, ręce, nogi, to za żadne skarby nie dałabym takiego malca dziadkom pod opiekę. Mogą przyjść, popatrzeć, pouśmiechać się i tak też będzie przez najbliższy rok czy im się to podoba czy nie. Dla mnie najważniejsze jest zapewnienie dziecku bezpieczeństwa, a przekładanie z rąk do rąk i zostawianie z obcymi dla niego ludźmi to jakis horror, który na pewno nic dobrego nie przyniesie. Więc popieram!”

Mariola:
„Smutno się czyta takie artykuły, zwłaszcza jeśli są tak bardzo prawdziwe… Instytucja dziadków kojarzy się z czymś tak miłym, ciepłym, pachnącym. Z cynamonem, z jabłecznikiem, z kompotem, ze zbieraniem jabłek.. ale to tylko wizerunek Disneya. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Może dla dzieci ten wizerunek w jakiś sposób jest przyjemny, ale jest to przeważnie koszmar dla rodziców. Dzieci nie ogarniają jaką dziadkowie im wyrządzają krzywdę dając im cukierki gdy mama nie widzi. Mój dziadek własnie tak robił. Mama zabraniała a dziadek dawał. Teraz jako dorosła kobieta widzę ile taki duperel wyrządził mi krzywdy. Uzależniłam się od słodyczy mając 7 lat! Skoro dziadek pozwalał to jadłam… Potem byłam grubym dzieckiem. Babcia karmiła mnie tłustym mięsem a dziadek cukierkami. Jak poszłam do podstawówki byłam najgrubsza. Dzieci się ze mnie śmiały, a ja zamykałam w sobie. Nienawidziłam ich za to jako nastolatka, bo żadne diety nie pomagały. Potem było kompulsywne podjadanie, zajadanie stresu itd… Dlatego teraz będąc matką pilnuje tego jak niczego na świecie! Jak tylko widzę, że dziadkowie zaczynają za dużo sobie pozwalać to pakuję dzieci do samochodu i wracamy do domu. A dziadkom zostawiam czas na przemyślenie sprawy….”

Aneta:
„Ja bardzo liczyłam na swoich rodziców po porodzie. Liczyłam, że będą takimi samymi dziadkami dla mojego syna jak byli rodzicami dla mnie. A byli cudownymi rodzicami. Jednak dziadkami już niekoniecznie… i tak jak uwielbiam spędzać czas z moją mamą na pogadudach, tak nienawidzę jak bierze na ręce moje dziecko. Nie zwraca uwagi na jego potrzeby, ONA CHCE. to egoistyczne podejście. Za to mój tata juz lepiej. Uważa, że dziecko najpierw musi dojrzeć do tego, zeby chcieć do kogoś. Sam powtarza, ze dziecko ich teraz nie potrzebuje. Mama oczywiscie sie obraza i taki z tego finał…”

Magda:
„Mega dobry artykuł do tego stopnia, że postanowiłam pokazać go moim teściom 😉 . Teściowa się oburzyła, a teść pokiwał głową i powiedział: „to, że Mania się obraziła już pokazuje ile w tym tekście jest prawdy. Powinni to przeczytać wszyscy przyszli dziadkowie, żeby nie popełniać tych błędów! Z wielu rzeczy nie zdawałem sobie sprawy, ale fajnie otworzyć sobie oczy”. Wiec ogromne dzieki za ten tekst!.”

Michalina:
„Pokażę ten tekst moim rodzicom i teściom, może to im przemówi do rozsądku i potwierdzi moje „marudzenie”. Oczywiście mężowi też. Bo on też uważa, że przesadzam… Ale faceci nie widzą takich rzeczy i nie rozumieją ile krzydy można wyrządzić takiemu dziecku pierdółkami. Ja uważam, że dziadkom trzeba stawiać jasne granice. Nie może być tak, że oni będą decydować o wychowaniu naszego dziecka. My jesteśmy rodzicami i my ponosimy pełną odpowiedzialność za to co robimy. Amen.”

Kochani, co mogę Wam więcej powiedzieć… To są Wasze historie i Wasze doświadczenia. Przykre, ale prawdziwe. Cieszę się, że pisały zarówno świeże mamy jak i te z większym stażem, bo widzimy co się dzieje po kilku latach takich zachowań. Najbardziej żal mi Doroty. Przykro mi, że aż taki był u Ciebie finał.

Dlatego to co moim zdaniem jest najważniejsze:

  • Wspólny front z Partnerem i pełne wsparcie
  • Ustalenie jasnych zasad (super pomysł Dagmary z ustaleniem wizji przyszłości przy herbacie ;))
  • Konsekwencja!
  • Ustalenie priorytetów jakimi jest relacja RODZIC-DZIECKO
  • Szczerość w rozmowach z dziadkami
  • Ustalenie granic i konsekwencji ich przekraczania

Ale przede wszystkim pamiętanie, że to rodzina jest w tym wszystkim najważniejsza, więc szukajmy kompromisów i świadomie podejmujmy decyzje.

Dzięki za wszystkie historie!