Nie można kochać za bardzo, więc nie bój się, że miłością „zepsujesz” dziecko

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
3 października 2017
Fot. istock/AleksandarNakic
Fot. istock/AleksandarNakic

Istnieje w nas jakiś ogólny strach i uparty mit, że jeśli zbyt mocno skoncentrujemy się na budowaniu relacji z dziećmi, możemy utrudnić ich rozwój, jako niezależnych i samowystarczalnych osób. Inaczej mówiąc, wychowamy ich na niesamodzielnych dorosłych, niepotrafiących poradzić sobie w „prawdziwym” życiu. Czy nasz obawy są słuszne? Psychologia mówi, że nie. Nie da się kochać za mocno. Pytanie, co z tą miłością zrobimy, jak ją okazujemy.

Ostatecznym celem wychowywania dziecka jest przecież wypuszczenie w świat odrębnej, odpowiedzialnej za samą siebie osoby. Powinniśmy pragnąć, żeby nasze dziecko miało własne dążenia, podejmowało własne decyzje, dyskutowało używając własnych argumentów, było zdolne do autorefleksji i stawiania sobie samemu granic, lub rozszerzania ich.

Dzieci nie mogą być zbyt mocno do nas przywiązane, mogą być tylko „głęboko” przywiązane. To „przywiązanie” jest celowe – uzależnia je od nas, dzięki czemu możemy je prowadzić ku kolejnym etapom dojrzewania. Kiedy potrzeba miłości u dziecka jest zaspokojona, może ono swobodnie się bawić, odkrywać świat, marzyć, poruszać się swobodnie i zwracać uwagę na to, co ważne. Cały paradoks polega właśnie na tym, że gdy miłości jest wystarczająco dużo, popycha ona dziecku ku niezależności. Ale tej dobrej, odpowiedzialnej. Tak wychowany w dzieciństwie dorosły może nadal korzystać z pomocy rodziców, ale jedynie na zasadzie „doradczej” roli.

Miłość rodzica powinna być dla dziecka pewnikiem. Nie może ono czuć, że powinno się zmienić, by na nią zapracować. Musi wierzyć  w nią i ufać nam, że będzie przez nas kochane bezwarunkowo.

Jak to zrobić? Przede wszystkim, nie spełniaj wymagań swojego dziecka, tylko jego potrzeby. Bądź stałą, niezmienną częścią jego życia. Pocieszycielem, przewodnikiem, kimś, kto zapewnia ochronę i opiekę. A przede wszystkim, nie popychaj dziecka na siłę ku niezależności i dorosłości. Jedynie dobra, głęboka relacja oparta na miłości pozwoli mu wydorośleć.


Na podstwie: motherly.com


Dzisiaj też będzie padać, więc warto wziąć parasolki. „Zadecydujemy według własnych, a nie czyichś sumień. Tylko tego chcę”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 października 2017
Fot. iStock/irontrybex
Fot. iStock/irontrybex

Rok temu wszystkie czułyśmy ważność tego dnia, każdy mówił o tym, gdzie idzie i o której, umawialiśmy się w różnych miejscach, bo wiedzieliśmy, że stajemy obok siebie w słusznej sprawie, że przekroczono granice naszej wolności, że nie chcemy żyć w państwie, w którym kobietę traktuje się jak obywatela gorszej kategorii, który nie jest w stanie podejmować samodzielnych decyzji, dlatego prawo powinno regulować jego wybory.

Pamiętam, jak rok temu, dwie dziewczyny opowiadały o tym, jak zostały wezwane do dyrektora na dywanik, bo przyszły do szkoły ubrane na czarno, to było liceum katolickie, a one głośno powtarzały, że nie pozwolą sobie na to, by ograniczono wolność ich własnych poglądów. Jedna z nich mówiła: „Mam 17 lat, nie wiem, co mnie w życiu spotka, w ogóle niewiele wiem o życiu, ale jednego jestem pewna, chcę mieć prawo wyboru, chcę by prawo wyboru miały moje koleżanki. By przyjaciółka, która uciekła pijanemu koledze, a którą ten chciał zgwałcić, miała prawo wyboru. Zadecydujemy według własnych, a nie czyichś sumień. Tylko tego chcę”. Poruszyła mnie, bo wyraziła wszystkie nasze lęki i obawy.

Bo my już nie jesteśmy kobietami, które zamykały się w domu, które miały wydeptaną ścieżkę między kuchnią, sypialnią a pokojem dzieci. Nie jesteśmy tymi, które zachodziły w ciążę i rodziły dzieci bez możliwości badań, wizyt lekarskich i rozmów w razie jakichkolwiek wątpliwości. Nie jesteśmy kobietami, które chowały na cmentarzu swoje kolejne dzieci, bo nie wiedziały, że noszą pod sercem dziecko z wadą genetyczną. Czasami z wadą, która w porę zoperowana mogła uratować mu życie.

Znam kobiety, które mają po ośmioro dzieci, znam te, które współcześnie mają czwórkę i więcej. Każda decyzja o posiadaniu dziecka była świadomą. Każda wcześniej wzięta tabletka antykoncepcyjna była świadomym ich wyborem.

Znam kobiety, które dzieci mieć nie chcą, a które boją się o tym mówić głośno ze strachu przed stygmatyzacją. A to przecież ich prawo wyboru, ich decyzja, ich znajomość siebie i swoich ograniczeń, ale także i ważnych potrzeb.

Znam kobiety, które długo walczyły o swoje dziecko. Które przez lata faszerowane były lekami, które wydały dziesiątki tysięcy, by usłyszeć: „Jest Pani w ciąży”. Znam kobiety, które do dziś nie mają drzwi w pokojach swojego domu, bo każde pieniądze przeznaczane były na in vitro. Dla wielu takich kobiet pojawiła się nadzieja, nikła szansa, że może spróbują jeszcze raz albo choć ten jedyny raz, kiedy rząd postanowił dofinansować zabiegi in vitro. Obecny rząd wycofał dofinansowanie i poszedł krok dalej – chce karać samorządy, które postanowiły pomóc i ze swoich środków wesprzeć pary starające się o dziecko metodą in vitro.

Rok temu protestowałyśmy. Rok temu głośno krzyczałyśmy, że nie pozwolimy odebrać sobie wolności, że nie będziemy siedzieć cicho w domach zastanawiając się na co wydać przyznane 500 plus, tak jakby pieniądze mogły nam zamknąć buzię, jakbyśmy były łatwo przekupne i sprowadzono by nas do roli tych, którym wystarczy zapłacić, żeby zajęły się swoimi sprawami.

Tyle tylko, że kobiety w Polsce to nie tylko matki, to także mądre, świadome kobiety. To kobiety, które chcą mieć prawo samostanowienia. Które nie chcą, by ktokolwiek narzucał im, co mają robić ze swoim ciałem, jak wychowywać swoje dzieci, jak mówić o seksualności i prawach swoim córkom i synom. Które chcą, by je szanowano. By respektowano to wszystko, co dla nich jest ważne, co dla nich stanowi wartość bez względu na opinie, poglądy i religie.

Rok temu obiecałyśmy, że nie złożymy parasolek. Świętowałyśmy sukces. Dzisiaj Facebook nie huczy od protestu, dzisiaj moi znajomi nie zmieniają swoich zdjęć profilowych w geście solidarności z Czarnym Protestem. Kilka osób wypisuje komentarze pod artykułami dotyczącymi praw kobiet wyzywając feministki od morderczyń dzieci.

Czy naprawdę nadal tak trudno zrozumieć, że tu nie chodzi stricte o prawo do aborcji, że kobiety, które rozkładają czarne parasolki nie chcą mordować dzieci. Że my chcemy prawa wyboru, chcemy poszanowania praw kobiet, które przez ten rok zostały ograniczone i nadal chcą je ograniczać.

Wycofano antykoncepcję awaryjną bez recepty. Minister zdrowia uznał, że my kobiety nie potrafimy mądrze i świadomie korzystać z tabletki EllaOne, więc trzeba dostęp do niej ograniczyć i kontrolować! Do sejmu pewnie lada dzień ponownie złożony zostanie wniosek o zaostrzeniu prawa aborcyjnego, prawa, które będzie nakazywać kobietom rodzić chore dzieci, dzieci z wadami genetycznymi… Kto się tymi dziećmi zajmie, kto wesprze matki? Kto da im finansową i psychologiczną pomoc? Niee, no przecież my świetnie radzimy sobie same ze wszystkim, to z tym też damy radę. Nawet z wycofaniem standardów okołoporodowych, bo ważny jest komfort lekarza, a nie rodzącej kobiety.

Kto z was zajrzał do podręcznika do Wychowania do Życia w Rodzinie? Kto zapisał dziecko na te zajęcia, które okazują się być przedłużeniem koncepcji katechezy w szkole (swoją drogą, moje dzieci mają jedną godzinę historii, a dwie religie w tygodniu szkolnym)? Kto wie, że dzisiaj w szkole mówi się, że jedynym i słusznym wyborem dobrego życia jest założenie rodziny i posiadanie dzieci? Dzisiaj, kiedy nasze dzieci chcą podróżować, uczyć się języków, dla których świat zmniejszył się niesamowicie?

To nie tylko nam, to także im – naszym dzieciom – córkom i ich późniejszym mężom, ten rząd chce narzucić swoje zdanie, chce kontrolować decyzje, chce stłamsić w zarodku wszelkie przejawy samodzielnego myślenia, możliwości wyboru.

Dzisiaj Czarny Wtorek. Znowu pada. Jest zimno. W jednym z komentarzy przeczytałam, że na szczęście jak nie policja, to pogoda przegoni całe to feministyczne towarzystwo… To nie koniec. Krok po kroku odbiera się nam nasze prawa. Co jest następne na tapecie, wciąż przemilczana publicznie kwestia wycofania się konwencji antyprzemocowej, do której rząd się przymierza? A może nałożenie kar na kobiety, które zgłaszają domową przemoc na policji. Środki dla organizacji wspierających ofiary przemocy już ucięto. Czemu nie pójść o krok dalej. Czemu nie pogrzebać w kodeksie karnym w punktach dotyczących gwałtu, w końcu ostatnio sprawca gwałtu na 13-latce nie poniósł kary. Mężczyzna może, mężczyzna musi. Kobieta powinna siedzieć cicho, rodzić dzieci i cieszyć się, że ma dom i rodzinę. Te czasy już minęły. Minęły BEZPOWROTNIE! Dlatego nie składajmy parasolek. Nie pozwólmy, by dla naszych córek, dla naszych dzieci przygotowano państwo, z którego oni będą chcieli tylko uciec.


5 typów perswazji, którym nieświadomie ulegasz każdego dnia

Redakcja
Redakcja
3 października 2017
Fot. iStock / Rohappy
Fot. iStock / Rohappy

Znasz to? Rozmawiasz z koleżanką na temat nowego cięcia i koloru włosów. Wszystko już obmyśliłaś, ale po rozmowie, mimo wcześniejszego zdecydowania, zaczynasz skłaniać się w zupełnie innym kierunku. Nie, koleżanka wcale cię do zmian usilnie nie namawiała, ale ziarno zwątpienia zostało zasiane. 

Albo wybierasz się na zakupy po konkretne produkty z listy, a w twoim koszyku ląduje to, co nie miało się tam znaleźć. Niby drobnostki i majątku nie kosztują, ale i tak coś ci zgrzyta. Jak to się dzieje, że robisz coś trochę wbrew swoim początkowym postanowieniom? Różnego rodzaju reklamy czy zachęcająca do czegoś rozmowa, wcale nie zmusza cię do wykonywania odgórnych poleceń.

Umiejętność perswazji daje uczciwą przewagę

Perswazja to zdolność do wywierania wpływu na drugą osobę w uczciwy sposób, co odróżnia ją od manipulacji. W przypadku perswazji druga osoba wie, że chcemy ją przekonać do czegoś, bo nie robimy z tego tajemnicy. Manipulując informacjami, ukrywamy ten szczegół. Umiejętność perswazji daje przewagę, bo dzięki niej można uczciwie osiągnąć założony cel. Istnieje 5 sposobów na wpływanie na opinię innych osób, które zaliczamy do umiejętności perswadowania.

1. Teoria torowania

Często wykorzystywana w nienachalnych reklamach, opiera się na sieci skojarzeń zawartych w naszej pamięci. To subtelne zachęcanie np. do zakupu kawy zbożowej, często odnosi się do skojarzeń z dzieciństwem, co pomaga nam podjąć decyzję o zakupie.

2. Zasada wzajemności

Jeśli coś komuś dajesz, oczekujesz wzajemności. Podobnie to działa w przypadku gratisowego produktu do spróbowania od hostessy — kupujesz drugi produkt tej samej marki, by się w pewien sposób odwdzięczyć i przy okazji uzupełnić konieczne zapasy.

3. Reguła niedostępności

Wystarczy użyć hasła „do wyczerpania” zapasów, aby wzmocnić poczucie konieczności jak najszybszego zakupu czy działania. Nie lubimy, gdy okazja przechodzi nam koło nosa, więc reagujemy w obawie, że dla nas może zabraknąć.

4. Hipoteza wzmocnienia

To wpływ na postawę drugiej osoby, poprzez zgadzanie się z jej stanowiskiem. Jeśli chcemy przekonać kogoś do czegoś, wystarczy poprzeć jej opinię na dany temat. Jeśli druga osoba spostrzeże, że myślimy tak samo, siła argumentów będzie większa.

5. Teoria manipulacji

Tu perswazja ociera się o manipulację, ale bez zatajania intencji. Polega ona na przekazywaniu kompletnych i prawdziwych informacji wprost, z użyciem siły przekonywania. Tu ważna jest komunikacja niewerbalna i wyjaśnienie tematu w jasny, logiczny sposób. Jeśli wiemy, o czym mówimy i jesteśmy przekonani o słuszności poglądów, przekonamy do tego rozmówcę.


 

źródło: pieknoumyslu.com


Zobacz także

fot. iStock/ SvetaZi

Myślisz, ze manipulacja cię nie dotyczy? Nawet nie wiesz, jak sterują tobą inni!

Fot. iStock / GMVozd

Dieta niemowlaka. Czy możemy uchronić dziecko przed rozwojem chorób dietozależnych?

Fot. iStock / PeopleImages

Kiedy gryzie cię sumienie… odgryź mu się. Jak żyć odważnie