„Mamo, umrę, ale nie bój się”. Gdy to dziecko odchodzi…

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
5 kwietnia 2016
Fot. Archiwum prywatne
 

Nie patrz na mnie ze współczuciem. Chciałabym, żeby ten tekst był radosny. O życiu, a nie śmierci. Co dzisiaj robiłaś? Ja byłam z przyjaciółką w górach. Stwierdziłam wczoraj: „Wciąż robię coś dla kogoś, muszę odpocząć”.  Mieszkam w Sanoku, góry mam na wyciągniecie ręki. Ależ świeciło słońce. Wiosna. Zauważyłaś wiosnę? Dopiero przed chwilą dotarłam do domu, resztę dnia spędzę z przyjaciółmi, może coś obejrzymy, może wyjdziemy. Nie pracuj za dużo, szkoda czasu naprawdę. No i idź zobacz tę wiosnę.

Jestem mamą 17-letniego chłopca chorego na mukowiscydozę. To autoimmunologiczna choroba. Atakuje płuca, narządy wewnętrzne. Ludzie chorzy na nią umierają wcześniej. Mój syn umierał już kilka razy. Ostatni raz w zeszłym roku, gdy z krwotokiem do płuc wieźliśmy go na sygnale do szpitala. Udało się go uratować. „Jakby przyszedł ten dzień, nie pozwolisz, żebym cierpiał? Obiecaj” poprosił później. Nie pocieszam, nie zaprzeczam. Pomogę, wiem. Czy matka mogłaby zrobić mniej dla swojego dziecka?

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Życie

„Ja wiem, żyć chce każdy. Ale gdy płuca pozwalają ci oddychać tylko na kilkanaście procent, gdy po wysiłku dostajesz masywnego krwioplucia a każdy krok sprawia, że sinieją ci usta to myślisz – Mam tak mało czasu, a jeszcze tyle chciałbym zrobić, zobaczyć”

„Mamo, dziś jestem staruszkiem, pomożesz mi pójść do łazienki?” uśmiecha się on. Im bardziej się uśmiecha tym bardziej ja wiem, że dzień jest ciężki. Że boli. On codziennie walczy. Jakże więc mogłabym nie walczyć ja. Nasz dom nazywamy domem cudów. Jest Patryk, jest młodsza od niego o dwa lata Klaudia, jestem ja. Był jeszcze Łukasz, mój mąż. Dzieci mówiły: „To nasz jedyny, prawdziwy tata”. Widzisz, nawet gdy jest blisko ciebie śmierć to możesz przeżyć miłość. My z Łukaszem spotkaliśmy się w szpitalu w Rabce gdzie od lat leczy się mój syn. Leczył się tam też Łukasz. To było lato 2009. Chwilę wcześniej mówiłam przyjaciółce, że już pogodziłam się z tym, że będę sama. Że chore dziecko i to moja misja wspierać je. Że przeszłam piekło, ale już niczego się nie boję. Uwierz, człowiek nie musi się bać jeśli nie chce. Ja nie chcę. Co to pomoże? „Dlaczego ona taka wesoła? Skąd ta radość?” słyszę czasem za plecami. Jak to skąd? Ze wszystkiego. Nie porównuję się z innymi ludźmi, nie mówię: „dlaczego ja?”. Wrogowi nie życzyłabym tych obrazów, które mam w głowie. Ale wiesz co, bardziej doceniam życie. Te 10 lat temu, gdy trafiłam z Patrykiem pierwszy raz do szpitala w Rabce, rzuciłam palenie w sekundę. Wtedy jeszcze ten szpital był zaniedbany, wstrętny. Okna wypadające z rynnami. Sypiący się tynk, grzyb na ścianie, świszczący wiatr hulający po oddziale. Słyszę ten świst nawet dzisiaj. W tym wszystkim te ciężko chore dzieci podłączone do tlenu, z krwiopluciem, sinymi ustami. Dla nich każdy oddech to wysiłek. Pomyślałam: i ja palę? Gdy mam takie szczęście, że oddycham.

Ten sam szpital, kiedyś koszmarny, potem okazał się darem. Weszłam do pokoju kolegi, zobaczyłam pięknego chłopaka siedzącego po turecku. On spojrzał na mnie. To był właśnie Łukasz. Niezły duet, ja matka dwójki dzieci, jednego chorego. On młodszy o siedem lat, prawie umierający na to samo na co cierpiał mój syn.

„Jedno życie odchodzi, drugie przychodzi. Tak już jest” pisał wcześniej Łukasz do siostry, która spodziewała się dziecka. Był wyczerpany. Przy 180 cm wzrostu ważył niewiele ponad pięćdziesiąt kilogramów.

A jednak dostaliśmy w prezencie trzy lata. Przeżyłam największą miłość. Kto jest więc szczęściarzem? Ja, która pochowałam męża czy ktoś kto tej miłości nie poczuł nigdy?

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Łukasz miał ten spokój, siłę i optymizm, który ma też Patryk. Może tak właśnie mają  chorzy ludzie? Wstydzisz się przy nich narzekać. My w w domu wciąż się śmiejemy. Klaudia wyrzuca bratu, że siedzi za długo w łazience, on jej odpowiada, że gdyby była taka gwiazdą jak on też by siedziała. Celebrujemy poranki, choć Patryk większości nocy nie przysypia, bo się dusi. W jego płucach i organach wewnętrznych zalega śluz. Codzienne oczyszczanie to rytuał. Najpierw pierwsza inhalacja ( żeby flegma się rozrzedziła), potem drenaż, kolejna inhalacja ( Patryk regularnie bierze antybiotyki), znów drenaż. Potem śniadanie, garść leków, znów drenaż. Te wszystkie zabiegi pomagają mu chociaż przez kilka godzin normalnie funkcjonować. A on stawia sobie wyzwania, chodzi normalnie do szkoły. Przynajmniej próbuje, bo więcej czasy spędza przecież w szpitalu. Ma cukrzycę, rozstrzelenie oskrzeli, astmę oskrzelową, niedobór witaminy D i D3. Czasem moi przyjaciele widzą, ile Patryk bierze leków. Nie mogą na to patrzeć, odwracają głowy. To dla zdrowego człowieka jest po prostu za dużo.

Choroba

„Przez długi czas myślałem, że to normalka, że tak mają wszystkie dzieci. Inhalacja, drenaż, szpital, karetki zabierające mnie w ciągu nocy”(….) Bywając u kolegów odkryłem, że oni nie mają sprzętu do rehabilitacji w domu, że jedzą coś bez leków, że moja młodsza siostra też nie stosuje drenaży, zacząłem myśleć, że to z wami coś jest nie tak

Patryk urodził się zdrowy, dostał 10 punktów. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że dzieci chore na mukowiscydozę wyglądają trochę jak te z Etiopii. Chude, z wydętymi brzuchami. Lekarze też nie wiedzieli. Wypuścili nas do domu. Ale mój syn źle oddychał. „On dziwnie świszcze, coś jest nie tak” mówiłam. Traktowano mnie jak spanikowaną matkę, choć on tracił na wadzę. Odstawiłam go od piersi, bo myślałam, że to przez pokarm. „Niech pani przestanie panikować”, „Taki jego urok”, „Z moim synem było podobnie” zbywano mnie. Gdy miał dwa tygodnie zachorował na zapalenie płuc. Szpital, antybiotyki. „Proszę zmienić mleko” ( w ciągu trzech dni przetestowaliśmy dziesięć rodzajów mleka), „Może to uczulenie, proszę pozbyć się psa”. Wymioty, wymioty. W końcu nas wypisali, bez diagnozy. Było już po północy, gdy Patryk w domu zaczął się dusić, byłam pewna, że umiera. Mój tata zawiózł nas do szpitala wojewódzkiego, w izbie przyjęć uklękłam: „Niech ktoś pomoże mojemu dziecku” błagałam. Wiem, że zrozumieją mnie tylko ludzie, którzy dziecko tracili. Znaleźliśmy się na oddziale zakaźnym, nie mogłam wejść do środka. W końcu wyszła lekarka i spytała czy Patryk jest ochrzczony, bo jest bardzo źle. Modliłam się na korytarzu. Potem były noce spędzone na krześle, brak informacji. Byłam jedną z setek matek, które to przeżywały.  Czy wiesz, że to ja zdiagnozowałam swoje dziecko? W ciążę mama kupowała mi różne „dzieciowe” gazety,  w jednej z nich był artykuł o mukowiscydozie.  Przeczytałam tę gazetę u mamy gdzie pojechałam się wykąpać, odpocząć. Już nie odpoczęłam, leciałam z gazetą do szpitala. Prosiłam. „Zapłacę za badanie przesiewowe, ale zlećcie je” prosiłam. A potem Patryka zobaczyła pani ordynator. Od razu spytała: „Słyszała pani o mukowiscydozie?”. Po badaniach genetycznych okazało się, że to najgorszy typ choroby. Mukowiscydoza płucno-brzuszna.  W szpitalu spędziliśmy pół roku.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Śmierć

„Wieczorem przed zaśnięciem zastanawiam się, czy przypadkiem nie jestem z kimś pokłócony, bo za nic nie chciałbym odejść, zostawiając kogoś z poczuciem winy, że nie zdążył. To tak, jak z tym obsesyjnym wyznawaniem tobie i siostrze miłości (śmiech). Śmierci boi się każdy, tylko mi jest cholernie was żal. Martwi mnie to, czy sobie poradzicie, to że same zostaniecie. Martwi mnie to, czy zdążę ze wszystkim, czy uda mi się odwiedzić jeszcze kilka miejsc, zaliczyć jeszcze kilka koncertów o których marzę”.

Patryk nie wiedział, że na tą chorobę się umiera. W szpitalu z kolegami jeździli na stojakach do kroplówek, podkradali doktorowi cukierki z gabinetu, chowali się pielęgniarkom do szaf. Ktoś pluł krwią, ktoś się szybko męczył. Ale to nie były dramaty – to była codzienność.  W Rabce poznaliśmy Oskara i jego mamę. Poznaliśmy też Kamila. To po ich śmierci mój syn zrozumiał, że na „muko” się umiera. Oskar miał 11 lat. Kamil podobnie. Nie wiedziałam jak mu powiedzieć o śmierci. Ponad dwie godziny prowadziłam wewnętrzne monologi. Ale w końcu po prostu powiedziałam. Był zły, wściekły, płakał. Potem długo nie chciał do tej Rabki jeździć.

Jednocześnie tam spotykaliśmy najwspanialszych ludzi. Mądrych, głębokich, wrażliwych. I obdartych ze złudzeń.

Mój syn powiedział: takie wspomnienia sprawiają, że mam siłę o siebie walczyć. Co z tego, że tak wiele z mojego życia to ból.

Słuchaj, napisz, że skoro my możemy być szczęśliwi, to chyba każdy może, prawda?

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

P.S Bohaterką tekstu jest Anika Zadylak i jej syn, Patryk. Fragmenty wypowiedzi Patryka pochodzą z wywiadu Aniki z synem dla pisma „Oddech życia. Mukowiscydoza”.


Dlaczego kobiety kochają drani?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 kwietnia 2016
Dlaczego kobiety kochają drani?
 

Dzwoni dawno niesłyszana przyjaciółka. Zakochała się (po raz kolejny ) i zniknęła (po raz kolejny). „Dlaczego ja zawsze trafiam na drani?”, płacze do słuchawki. Umawiamy się na butelkę (a najlepiej dwie) wina wieczorem.

Schemat do bólu powtarzalny. Ona się zakochuje, wpada jak śliwka w kompot, nic się nie liczy oprócz niego. Po burzliwym początku, pełnym namiętności, szaleństwa (którego czasami jej zazdroszczę) przychodzą kłopoty. Bo nagle okazuje się, że on:

– właściwie to ma żonę, tylko zapomniał jej o tym powiedzieć – były łzy, ale też czekanie na to, że może jednaka to ją kocha najbardziej na świecie; przez pół roku pozwalała mu jeszcze przyjeżdżać właściwie tylko po to, by on mógł zaspokoić swoje seksualne potrzeby, ona go mało interesowała, w końcu wymieniła zamki, ale łatwo nie było

– kolejny okazał się zapatrzonym w siebie bucem, któremu ego przysłaniało cały świat, w tym i moją przyjaciółkę. Bo przecież, jak ktoś tak wielbi siebie, to właściwie drugiej osoby potrzebuje tylko po to, by podkreślić swoją wyjątkowość. I ona owszem na początku czuła się wyjątkowa, a później lekko odstawiona na boczny tor, a na koniec została z poczuciem własnej wartości, która sięgnęła bruku, bo przecież on ten chodzący ideał… ona nawet na niego nie zasłużyła, co sobie myślała, była rozpacz, a on znalazł sobie po prostu kolejną do kolekcji, gdy ta mu się opatrzyła

– aaa był jeszcze jeden, domator. „To już na pewno to”, zapewniała. On roztaczał przed nią wizję wspólnego życia, w domku na wsi, z trójką dzieci. Gdy zaczęła protestować, że jaka wieś, że ona ma pracę, robi karierę i że owszem dzieci tak, ale maksymalnie dwoje i że ona nie ma zamiaru siedzieć w domu, choć dotychczas prała mu skarpetki, które do niej przynosił, gotowała i przynosiła mu piwo podczas meczu, to on się zdenerwował, wyzwał od nazifeministek i się wyniósł – na całe jej szczęście, co ona przypłaciła dość sporą depresją.

– był jeszcze incydent z typem, który uwielbiał być zdobywany. Daleko mu było do zasady, że to on mógłby się postarać o względy i miłość kobiety. Czekał, aż ona z ciastem do niego przyjedzie, umawiał się tylko wtedy, gdy jemu było wygodnie. Pamiętam, jak kiedyś dzwoniła do mnie i rozmawiałyśmy przez dwie godziny, bo czekała pod jego mieszkaniem, a on zapomniał, że umówił się z nią na 19:00 a nie 21:00. W końcu przestał odbierać od niej telefony, powiedział, że nic z tego nie będzie i takie tam dyrdymały.

– ostatni przystojny aż nieprzyzwoicie i tak samo nieprzyzwoicie wiedzący, jak działa na kobiety. Nic dobrego to nie wróżyło, zwłaszcza, że bez żadnych skrupułów dał mi swój numer telefonu, gdy się poznaliśmy na jednej imprezie. Zdradzał ją, a może z nią inną, w sumie trudno zliczyć. „Wyobrażasz sobie, że on mnie i tej jednej kupił nawet psa z tej samej hodowli?”. Słowem – dramat.

Jak już usiadłyśmy przy tym winie, kiedy wysłuchałam całej opowieści o tym, jak on był wspaniały, jak się w nim zakochała, a jakim okazałam się draniem/gówniarzem/burakiem i bucem/zadufanym w sobie gnojem, zaczęłyśmy analizować, skąd właściwie u niej to wieczne pakowanie się w podobne historie. Już dawno namawiałam ją na terapię: „Idź babo, nikt tam cię siłą trzymać nie będzie, ale może coś przeanalizujesz,  wyciągniesz wnioski”. Nie zdążyła iść, bo… oczywiście się zakochała. I pewnie dlatego siedzimy teraz właśnie w kuchni z kolejnym porzuceniem, rozpaczą i jej poczuciem, jak mało jest warta.

„A pamiętasz, jak poznałaś Tomka. To był fajny gość”, próbuję pocieszyć. „I co z tego, facet skarb, zasługiwał na kogoś lepszego niż ja, byłam dla niego straszna” – słyszę w odpowiedzi i nie trudno przyznać jej rację. Wywoływanie awantur, czepianie się tego, jak postawił buty, wyśmiewanie się z jego skarpetek. My czuliśmy się czasami niezręcznie, więc nie dziwne, że on tego nie wytrzymał i ją zostawił.

Dlaczego kobiety kochają drani?

No więc dlaczego kochamy drani? Dlaczego takich typów często do siebie przyciągamy? Dlaczego z zazdrością patrzymy na związki koleżanek – w których jest spokojnie, bezpiecznie i czule? A my tak nie potrafimy. Dlaczego dla kobiet kochających dupków, szowinistów, narcyzów związek to nieustanne przypływy i odpływy, to z jednej strony odpychanie i przyciąganie, porzucanie i powroty. Nieustanna huśtawka emocji, nastrojów, podszyta niepewnością, jak będzie wyglądał kolejny dzień? Odpowiedź jest prostsza, nim nam się wydaje. Nie ma tu ukrytych jakiś wielkich tajemnic. Każdy znajdzie to, czego szuka.

Nie potrafisz zrozumieć, dlaczego zawsze pakujesz się nieszczęśliwe związki? Dlaczego mężczyźni nieustannie cię ranią, a ty nie potrafisz stworzyć bezpiecznej i spokojnej relacji? Może warto odpowiedzieć sobie na kilka pytań:

Czy uważasz, że na miłość trzeba zasłużyć?

Że nie jest ona bezwarunkowa. Musiałaś w dzieciństwie nieustannie zabiegać o miłość swoich rodziców, udowadniać im, że jesteś jej warta, dopiero po staraniach otrzymywałaś ich czułość i uwagę? Podobnie jest w relacji z mężczyznami – zawsze w nieskończoność będziesz się o nich starać, a oni będą cię odrzucać. Twoje staranie jest dla ciebie miarą miłości. Jeśli nie kocha, to znaczy, że za mało się starasz.

Wychowywałaś się bez ojca?

On był wiecznie nieobecny, bo albo odszedł od matki, albo był zapracowany, nie miał czasu zwracać na ciebie uwagi? Czasami takie kobiety są wychowywane przez silnych ojców. To jaki ojciec stworzył nam wzorzec mężczyzny, jaki my go wyidealizowałyśmy w naszej wyobraźni może pokutować przez całe życie na naszych relacjach z mężczyznami.

Rodzice nie wspierali cię?

Nie mówili, że są z ciebie dumni, że ty powinnaś być z siebie dumna. Nie nagradzali za wykładany wysiłek, ba – czasami nawet go nie dostrzegali? Porównywali cię z innymi i zawsze wypadałaś gorzej od tych najlepszych? Twoje niskie poczucie wartości sprawia, że wydaje ci się, że nie zasługujesz na uwagę mężczyzny. Dlatego przy tobie świetnie czują się narcystyczni szowiniści, a ty przy nich, oni na krótko traktują cię jako swoją ozdobę, żeby za chwilę porzucić. Swojej wartości szukasz w oczach mężczyzny.

Byłaś niewystarczająco kochana?

I tej miłości zawsze ci brakowało? Bo tata był alkoholikiem? Bo twoi rodzice nie potrafili stworzyć ciepłego i bezpiecznego domu. Ich małżeństwo to była nieustanna walka? Takie relacje tylko znasz i wydaje ci się, że im bardziej burzliwie, tym bardziej ktoś kocha. Co (jak pewnie nie raz się przekonałaś) nie jest prawdą.

Czy mówiono ci jak jesteś wspaniała?

Jak wyjątkowa i piękna? Czy powtarzano ci, że szczęście i miłość to spokój i stabilizacja? A może byłaś wiecznie odpychana komunikatami: „Nie teraz”, „Później”, „Daj mi spokój”? I takie traktowanie uważasz za przejaw miłości, ona tak tobie (nie)była okazywana. I takiej oczekujesz od mężczyzny.

Dlaczego kochamy drani? Bo wynieśliśmy deficyty miłości, czułości, bezpieczeństwa z naszych rodzinnych domów. Zabiegamy o tę miłość, którą znamy, która została w nas zakorzeniona. Kochamy mężczyzn tak bardzo podobnych, albo tak bardzo różnych od naszych ojców. Pozwalamy się ranić, bo miłość jest dla nas synonimem cierpienia.

Ale jest nadzieja. Jak zobaczymy i poznamy mechanizm, który pcha nas w ramiona skończonego dupka, który zdaje się być uroczym wariatem na początku, to może zastanowimy się, czy warto po raz kolejny? Może kolejnym razem nie pozwolimy się zranić?


9 bardzo złych sposobów na smutki

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
5 kwietnia 2016
Fot. iStock / Martin Dimitrov

No już się nie martw, weź tę czekoladkę. Albo całą tabliczkę. No zjedz, napij się winka. Rozluźnisz się. Poznaj kogoś, znajdź faceta, zrobi ci się lepiej. Potrzebujesz tego… Znasz? Nasze sposoby na smutki i smuteczki to najczęściej folgowanie słabościom. Na chandrę – czekolada, a na zranione serce – nowa znajomość. Czy to tak źle? Poznajcie najczęstsze błędy, które popełniamy, gdy jesteśmy smutni.

1. Nowy partner (na chwilę) na stary ból albo stary partner na nowy ból

„Poprawię sobie nastrój” –  myślisz. Na pewno? Jesteś w stanie tak szybko zapomnieć o dopiero co zakończonym związku? A seks na smutek? „Przynajmniej moje ciało poczuje się lepiej” – mówisz sobie. Może przez chwilę i wcale nie zawsze. Nie wiesz o tym, że niektórych ludzi zbyt mocne napięcie erotyczne prowadzi do emocjonalnego załamania, które może trwać do 6 godzin?

Przytulaj się. Przytulanie nie ma efektów ubocznych (np. wyrzuty sumienia) i wspomaga wydzielanie oksytocyny.

2. Nie ma jak piżama. Albo dres.

Wygodne, luźne spodnie to świetny pomysł na relaks po 8-10 godzinnym dniu w pracy, w której obowiązuje cię oficjalny strój. Ale taki ubiór nie zmotywuje cię do działania, do wzięcia się w garść kiedy masz chandrę. Nie zainspiruje do wyjścia z domu i pokonania smutku. Spojrzysz w lustro, zobaczysz w nim kupkę nieszczęścia poszerzoną w biodrach o te parę centymetrów grubszego materiału wokół i… katastrofa gotowa. Nie wiesz, że czasem takie małe rzeczy, jak dobry wygląd mogą pomóc ci dojść do siebie?

3. Wyżalanie się (Bogu ducha winnym) znajomym. Gdzie popadnie, ale najczęściej…

Siedzisz przed komputerem i zwierzasz się znajomym ze swojego nieszczęścia. Wszystkim, którzy są właśnie online. Tym offline zostawiasz pełne rozgoryczenia i żalu wiadomości. Przeglądasz na Facebooku ich profile i dobija cię już na całego ta seria radosnych zdjęć przedstawiających SZCZĘŚLIWYCH ludzi. Napisz jeszcze jeden niepokojący post, coś w rodzaju: „Dłużej już tego nie zniosę”. Zainteresowanie gwarantowane. Lajki też.

4. Wyżywanie się na kim popadnie

Czyli na współlokatorce, sąsiadce z która jedziesz windą, panu z pieskiem, mężu, partnerze. No bo skoro tobie jest źle, to dlaczego im ma być dobrze? Niech już przynajmniej będzie po równo!

Weź głęboki oddech, pomyśl: oni na to naprawdę nie zasługują. Dorośli ludzie próbują radzić sobie ze swoimi problemami, a nie zarażać swoim złym nastrojem wszystkich w swoim zasięgu…

5. Porównywanie

Rzecz jasna swojego nieudanego życia do życia innych. Kiedy jest nam smutno, zdołujmy się jeszcze bardziej. Poczujmy się gorsi od znajomych, mniej zdolni od przyjaciół, słabsi od swoich wrogów… Jest tyle do pozazdroszczenia!

6. Katowanie się przygnębiającą muzyką i smutnymi filmami

Jak katharsis to na całego. Włącz sobie łzawy melodramat i wylej te resztki łez. Na pewno rano z przyjemnością spojrzysz w lustro na swoją zapuchniętą, różową twarz.  Oglądanie, słuchanie lub czytanie negatywnych treści w takiej chwili tylko „doładuje” twoje nieszczęście. Spróbuj zrobić mu na przekór i włącz sobie komedię!

7. Jedzenie. Nie, pożeranie!

Smutno ci? Zjedz czekoladkę. I jeszcze jedną, no przecież zasłużyłaś. Taka jesteś nieszczęśliwa. Jedzenie rozwiąże wszystkie twoje problemy. Zwłaszcza jeśli głównym z nich jest brak za małych ubrań w szafie.

8. Zakupy

To przecież tak relaksuje (do tego momentu, kiedy zdajesz sobie sprawę ILE wydałeś). Jeśli kupujesz kompulsywnie, żeby zapomnieć o smutkach, masz problem. Lepiej nad nim solidnie popracować, jeśli nie chcesz obudzić się pewnego dnia z mocno nadwyrężonym stanem konta.

9. Rozpamiętywanie przeszłości

I idealizowanie. Jak to kiedyś było cudownie. Jak teraz jest źle.  Żeby to stare mogło wrócić, przecież wszystko byłoby wówczas inaczej. Pięknie by było…

No, daj już spokój, czas nie stoi w miejscu, ty nie jesteś tą samą osobą co wtedy. Nie łap się kurczowo przeszłości tyko dlatego, że ją dobrze znasz. Popatrz raczej w przyszłość, zachwyć się tym, że ciągle jest ona niewiadomą.

Wszyscy mamy czasem gorsze dni i różne na nie sposoby. Bywa jednak, że te nasze „lekarstwa” na smutki sprowadzają na nas… nowe nieszczęście.


Zobacz także

Każde dziecko potrzebuje tych czterech rzeczy!

Akcja #rodzINKA

Rodzina to nie więzy krwi, to znacznie silniejsze więzy. To dobro, które budujemy sami, z miłości. Akcja #rodzINKA

„Chcę mieć dziecko”. Ona przejmuje kontrolę, a on gubi odpowiedzialność. Pragnienie, które buduje lub niszczy