Kolejne dziecko tuż przed 40-tką? Nie, dziękuję, jest mi dobrze z tą wygodą, którą teraz mam

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 listopada 2017
Fot. iStock/miodrag ignjatovic
Fot. iStock/miodrag ignjatovic
 

Ostatnio dość często słyszę:  „Nie chcesz jeszcze dziecka? Na co czekacie, przecież jeszcze możecie”. Mam poczucie, że nagle jakieś ciśnienie się pojawiło w tej kwestii. Fakt, jestem przed czterdziestką, jeszcze byśmy mogli, pytanie czy chcemy, czy ja chcę?

Moje koleżanki – w podobnym wieku w ciągu ostatniego roku rodziły dzieci. W domu jedno lub dwoje starszych, mających około 10 lat i więcej i takie małe im się trafiało. Różnie – niektóre planowane, inne nie, choć ja uważam, że raczej trudno w tym wieku powiedzieć, że nie wiem, co to antykoncepcja, więc nie wierzę tu za bardzo w przypadek. Ale niech im będzie – wpadka zawsze brzmi lepiej, zwłaszcza jak już się ma dwójkę, a nawet trójkę dzieci. Bo kto o zdrowych zmysłach tuż przed 40-tką decyduje się na kolejne dziecko. Jak widać – tacy też są.

Mam dwójkę dzieci. Mają dziewięć i jedenaście lat. Świetne dzieciaki, a im starsze tym cudowniejsze. Doceniam dzisiaj, że same sobie kanapkę zrobią, mleko na płatki ugotują, ubiorą się, a starszy nawet  koszulkę czy spodnie wyprasuje. Jasne, że wkurzają, bo bałagan w pokoju, bo lekcje nieodrobione, bo pyskują i dyskutują, ale szczerze – nigdy bym już nie chciała wrócić do czasów, kiedy byli maluchami.

Dzwonię do przyjaciółki – w tle słyszę, jak jej trzyletni syn, co chwilę ją woła. Cierpliwie mu odpowiada, że za chwilę, że teraz rozmawia przez telefon, a ja mam wrażenie, że i tak mnie nie słucha i wyrzuty sumienia, że dupę jej zawracam. „Spokojnie, opowiadaj, słucham cię” – mówi, jakby czytała mi w myślach. Już kilka razy próbowałyśmy porozmawiać, ale jej zawsze coś wypada, a to zapalenie ucha, a to jelitówka, a to zasypia razem z dziećmi w pokoju i nawet z wieczornej rozmowy nici…

Z  inną umawiamy się w na popołudniową kawę w centrum handlowym. Ona mi płacze w słuchawkę, że chce do ludzi, że musi wyjść z domu. Wspólna kawa w otoczeniu wystaw sklepowych i ludzi jest dla niej gwiazdką z nieba. Czekam. Dziesięć minut, kwadrans. Tak wiem, jak to jest z małymi dziećmi, więc nie dzwonię, nie ponaglam, bo ona biedna tylko się zestresuje. W międzyczasie dzwoni syn, żebym się nie spieszyła, bo on z Bartkiem – kolegą i jego mamą wróci z treningu. Myślę sobie, jak to dobrze mieć większe dzieci. Po pół godzinie zdyszana, zmieszana wpada przyjaciółka, z młodym drącym się wniebogłosy. – Jeny, przepraszam cię. Nie wiem, chyba zęby mu idą, od rana jak opętany się drze, kupy co chwilę robi. Nie mogłam wyjść z domu, bo najpierw krzyczał, a później się zesrał. I teraz też muszę znaleźć przewijak. Kiwam ze zrozumieniem głową. Mam czas. Kiedy w końcu wspólnie siadamy, ona co chwilę przesuwa filiżankę, żeby mały jej nie ściągnął, skubie dla niego po kawałku ciasta, wyciera mu buzię, ręce i choć prosiła, żebyśmy tylko nie mówiły o dzieciach i tak kręcimy się w kółko wokół tego tematu. A to mleko, a to zupki, a to zęby, a to już siedzi, raczkuje. Super, kocham maluchy i kocham fakt, że już nie jestem mamą jednego z nich.

Tymczasem znowu słyszę: „A wy? Młodzi jeszcze jesteście, dzieci już duże, takie małe by się wam przydało”. Zawsze mam ochotę powiedzieć: „Jak taka mądra jesteś, to czemu sama sobie nie zrobiłaś?”. Jakoś tego pytania nie zadają mi mamy małych dzieci. Znajoma, moja rówieśniczka, mama fajnego dziesięciolatka i rocznej Zuzi powiedziała mi ostatnio: „Słuchaj, gdybym ja wiedziała, że to tyle sił będzie mnie kosztować, to w życiu bym się nie zdecydowała na drugie dziecko. Te nieprzespane noce, zmęczenie, cierpliwości mam mniej. Chciałabym usiąść w spokoju, a się nie da. Dobrze, że dzieci rosną szkoda, że tak wolno” – śmiałyśmy się, że na jakieś przechowanie można by było je oddawać i odbierać choćby takie czteroletnie, co już się komunikują i do przedszkola chodzą.

„Oszaleję, powinnam już wyjść z domu, a ten siedzi na nocniku i robi kupę, ale zamiast się skupić, to sobie śpiewa i klocki jeszcze układa” – pisze do mnie koleżanka. Spieszy się do przedszkola po starszą córkę, pies już nie raz zasikał jej przez  te opóźnienia podłogę. „Nic nie zrobisz, musisz poczekać” – śmieję się, bo już ją widzę w kurtce, czapce, butach, zgrzaną i spoconą, która wzrokiem chciałaby zmusić swoje dziecko do zrobienia kupy. Hipnoza, to by było dobre wyjście. Pamiętam, że moją przepustką do wolności było obiecanie sobie, że jak młodsze skończy pięć lat, nie będę już wycierać mu tyłka. Taka granica, za którą już coraz więcej miejsca dla mnie i dla ich samodzielności.

Przyjaciółka śle SMS-a „Szukam pomocy, odebrałabyś Igę ze żłobka i wzięła na godzinkę?”. To jej trzecie dziecko. Mówiła: „Muszę zajść w ciążę, żeby w końcu odpocząć”. Od kilku dobrych lat wpadła w taki wir pracy, że końca nie było widać. Cóż, dziecko jako pretekst do odpoczynku. Tyle tylko, że jak mała miała 3 tygodnie, ona już jechała na szkolenie. Z trzymiesięcznym dzieckiem pod pachą warsztaty, spotkania. „Nie boisz się, że ktoś doniesie, że na macierzyńskim pracujesz?” – spytałam kiedyś, gdy w przelocie u kolejnej koleżanki zostawiała dziecko. „A w nosie, nie myślę o tym” – odpowiedziała. Cenię fakt, że mogę dzisiaj w większym stopniu i bez wyrzutów sumienia poświęcić się pracy, mam poczucie, że to w końcu jest mój czas, że mogę się rozwijać i pomyśleć o sobie i robić to, o czym zawsze marzyłam.

Kocham moje dzieci. Były cudownymi maluchami, spały, nie miały kolek, zęby nie wiem, kiedy im wychodziły i… nie chorowały. To z dzisiejszej perspektywy matek, które kombinują, która babcia się zajmie, jak dziecko chore albo zostają w domu i próbują pracować zdalnie, było dla mnie najważniejsze. I jeszcze kilka lat temu myślałam o trzecim dziecku, jak byłam młodsza o jakieś cztery lata. Mój mąż mówi: „A trzeba było od razu trzecie, jedno po drugim, już byśmy nie pamiętali o pieluchach”. I przyznaję mu rację. Teraz już mi wygodnie. Dzieciaki w szkole, idą same, odprowadzać nie trzeba. Same się ubiorą, zjedzą. Pogadają. W weekend możemy wspólnie fajny film obejrzeć albo razem do kina wyskoczyć. My możemy wyjść i ich zostawić w domu na kilka godzin. Znajoma mówi: „Jak ja ci zazdroszczę, że oni idą spać do kolegów” – fakt, to też duży przywilej, a nam nie przeszkadza zupełnie, jak koledzy śpią u nich. I chociaż nadal jest co chwilę „mamaaa” – to się chyba nigdy nie zmienia, to jednak za pieluchy, butelki, kaszki, nocnikowanie i płacz, kiedy nie wiadomo, o co chodzi, serdecznie podziękuję.

Mam 38 lat i dobrze mi z tym, że mam starsze dzieci. I błagam nie mówicie mi: „500 plus byście jeszcze zgarnęli”, bo to akurat dla mnie żaden argument, a raczej żart z kategorii bardzo kiepskich.


Każdy potrzebuje kogoś do kochania. Cudowna więź skrzywdzonego psa z niemowlakiem. Zobaczcie piękne zdjęcia

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 listopada 2017
Fot. Screen z Instagrama /wellettas
Fot. Screen z Instagrama /wellettas
 

Co nas wzrusza najbardziej w internecie? Najczęściej są to zdjęcia dzieci i zwierząt. A co, gdy na jednym zdjęciu pojawia się niemowlę i pies. I gdy wiemy, że ten pies został straszliwie skrzywdzony? Trudno, żeby się nam cieplej wokół serca nie zrobiło, prawda?

Nora to suczka, którą potwornie traktował poprzedni właściciel, psina przeszła takie piekło, że boi się wszystkiego – nowych miejsc, ludzi, krzyków, gwałtownych ruchów. Przygarnięta została przez cudowną rodzinę, która wierzyła, że dając jej miłość i spokój Nora stanie się psem łagodnym, psem rodzinnym. I tak się faktycznie stało. Rodzina, która zaopiekowała się Norą, to oprócz małżeństwa jeszcze trójka dzieci i trzy psy ratunkowe, jednak suczka upatrzyła sobie najmłodszego członka rodziny. Archie – tak ma na imię niemowlak na krok nie jest odstępowany przez Norę, która go uwielbia. Elżbieta właścicielka psa i mama Archie’go opowiada, że nawet, kiedy kąpie synka, Nora leży na macie w łazience i czeka na  koniec kąpieli. Kiedy Elżbieta karmi chłopca, Nora też chce być na jej kolanach. To niesamowita więź i miłość, ta miłość, która być może uleczy zbolałą suczkę i rozgoni wszelkie złe wspomnienia.

Obejrzyjcie te zdjęcia, są cudowne.

 

True love in bloom ❤️ #tbt . #ArchietheAnimalWhisperer #rescuedog #adoptdontshop

Post udostępniony przez Elizabeth Spence (@wellettas)

Dear, sweet, tolerant Nora ❤️ . #rescuedog #adoptdontshop #archietheanimalwhisperer Post udostępniony przez Elizabeth Spence (@wellettas)

źródło: Instagram, Bored Panda


Masz chęć na romans? Szukasz wrażeń? Opowiem ci, co potem się z tobą stanie

Listy do redakcji
Listy do redakcji
14 listopada 2017
Fot. iStock/KatarzynaBialasiewicz
Fot. iStock/KatarzynaBialasiewicz
 

Jesteś tak cholernie nieszczęśliwa i rozżalona. Bo przecież inaczej sobie to wspólne życie wyobrażałaś. Wy mieliście nie popaść w rutynę. Jeszcze niedawno przecież świata poza sobą nie widzieliście. Planowaliście, świętowaliście, wychodziliście. Kochaliście się. Namiętnie. Przez całą noc. Wam miało się przecież udać. Ale on się zmienił, ty się zmieniłaś. Rzeczywistość się zmieniła. Problemy przytłaczają, niespełnione pragnienia dobijają. Znam to. Chcesz czegoś więcej od życia i jesteś o krok, by po to sięgnąć, ale wahasz się. Ja pomogę ci podjąć decyzję. Ja już swoje życie schrzaniłam.

U mnie zaczęło się to równie niewinnie. Miłość, ślub, dziecko, praca. Proza życia, zmęczenie, problemy finansowe, ciągłe niezadowolenie. Ja po urodzeniu dziecka nie czułam się już piękną kobietą, on zmęczony utrzymywaniem rodziny, wolał wieczorami grać i oglądać seriale. Często zasypiał na kanapie. Na początku przenosił się do sypialni, potem już rzadziej. Kłótnie o mój spadek libido, kłótnie o jego brudne skarpetki. Wiesz, o czym mówię, bo dobrze znasz te sprzeczki. On nie pomaga w domu i przy dziecku, ty w jego oczach stałaś się zimną suką, tudzież Matką Polką z uwieszonym przy nodze bachorem.

Któregoś dnia dociera do ciebie, że ty tak nie chcesz. Że nie tak to miało być. Że jesteś fajna, piękna i mądra. Że zasługujesz na adorację, prezenty, sprośne smsy i gorący seks. Nie jesteś przecież tylko matką. Jesteś kobietą! I to jaką kobietą! Wyzwoloną, pewną siebie, atrakcyjną. Ten frajer, z którym się związałaś, po prostu tego nie zauważa. Nie docenia, jaką kobietę ma u boku. Myśli, że jak raz zdobył, to już się nie musi starać. O nie, kochanieńki, tak nie będzie.

Nie wiem, czy już masz kogoś na oku. Ja miałam. Taki tam kolega, z którym czasem pisałam na Facebooku. Poznaliśmy się w poprzedniej pracy. Często żaliłam mu się, że jestem niezadowolona z małżeństwa i macierzyństwa. Zawsze miał czas, żeby mnie wysłuchać. Doradzał. Nigdy nie nastawiał mnie przeciwko mojemu mężowi, choć zawsze jakaś tam chemia między nami była. Któregoś dnia zaproponował kawę. Poszłam. Mąż wiedział z kim się spotykam i gdzie będę. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Wtedy jeszcze nie.

Pogadaliśmy. Było miło. Czułam się tak, jak kiedyś – atrakcyjna, zabawna, nieco tajemnicza. Nie, to nie była randka.

Po tym spotkaniu zaczęliśmy pisać częściej i byliśmy bardziej otwarci. To nie był żaden flirt. Rozmawialiśmy o programach telewizyjnych, o ciekawych książkach, o kuchni włoskiej, którą oboje uwielbialiśmy, o wysokich rachunkach za wodę, o różnicach między kobietami i mężczyznami. Bardzo lubiłam te nasze rozmowy.

A w domu? W domu dalej było to samo, choć już tak bardzo mnie to nie uwierało, bo miałam swoją odskocznię. Sekretny świat, w którym kogoś interesowało, jak minął mi dzień i co ciekawego dziś zrobiłam, przeczytałam czy usłyszałam.

Dwa miesiące później zaprosił mnie do siebie na obiad. Miał zrobić lasagne, którą tak uwielbiam. Mówił, że to jego popisowe danie. A co w tym złego? – pomyślałam. Zwykły obiad u znajomego. Powiedziałam mężowi z kim się umówiłam. Nie dodałam jednak, że to nie jest obiad na mieście.

Seks? Zdrada? Absolutnie. Co najwyżej delikatny flirt.

Ale ogoliłam nogi. Założyłam fajną bieliznę.

Lasagne nie jadłam. Zaczęliśmy się całować tuż za drzwiami. Pamiętam tylko, że co chwilę powtarzałam „przestań, nie mogę”, ale raczej nie brzmiałam wiarygodnie. Chyba chciałam oszukać samą siebie. Sądziłam, że moralnie zniosę to lepiej, jeśli będę się na pokaz opierać. Powtarzałam to wtedy, gdy brał mnie od tyłu przy stole i potem, gdy rzucił mnie na łóżko. Nawet wtedy, gdy na nim siedziałam, szeptałam „co my robimy”. Było naprawdę cudownie, choć nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Chwilę później poprosiłam, żeby mnie odwiózł.

W samochodzie milczałam. Byłam przerażona. On zaczął mówić, że mnie kocha. I to od dawna. A mi chciało się płakać. Bardzo się bałam, że wszystko wyjdzie na jaw, że mój mąż się zorientuje. Przecież czekał na mnie w domu. Nie było mnie raptem półtorej godziny. Ale… wokół ust miałam zaczerwienioną skórę od jego zarostu. I na pewno pachniałam innym facetem.

Zauważył zaczerwienienie, ale wytłumaczyłam się panującym mrozem (była wtedy ostra zima). Nie przywitałam się z nim, szybko poszłam do łazienki. Nie myłam się, bo to byłoby podejrzane. Poczekałam do wieczora. W wannie leżałam godzinę, długo myślałam. Czułam do siebie obrzydzenie. Ale jeszcze bardziej bałam się, że wszystko się wyda. Że może mój kochanek zrobił to dla żartu? Że może o wszystkim po prostu powie mojemu mężowi. Po co? Nie wiem. Strach mnie paraliżował. Jednego byłam pewna – to już nie może się powtórzyć.

Mój mąż wyczuł, że myślami jestem gdzieś daleko. Żeby sprowadzić mnie na ziemię, zaczął nalegać na seks. Zgodziłam się, żeby nie wzbudzać jeszcze większych podejrzeń. Dokładnie to pamiętam. Leżałam na plecach, a on rytmicznie we mnie wchodził. Tak jak zawsze. Tak jak przez ostatnie pięć lat to robił. A ja patrzyłam tępo w sufit. Czułam do siebie ogromne obrzydzenie. Do niego też. Bo cztery godziny wcześniej był we mnie inny facet. Miałam wrażenie, że mój mąż poczuł zagrożenie. Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, chciał mnie przelecieć, żeby upewnić mnie, że jestem jego. A ja tylko wpatrywałam się w sufit i nie mogłam uwierzyć, co zrobiłam. Potem znów dokładnie się umyłam.

To był jeden z naszych ostatnich seksów. Potem wszystko szybko się posypało. Nigdy nie dowiedział się, co zrobiłam, ale ja nie potrafiłam już spojrzeć mu w oczy. Były kłótnie, ciche dni. Tak minął rok. W tym czasie intensywnie próbował kontaktować się ze mną facet, z którym poszłam do łóżka. Wyjaśniłam mu, że żałuję tego, co się stało i nie chcę dalej utrzymywać tej znajomości. Mniej więcej rok po tym zdarzeniu mąż się wyprowadził.

Od czterech lat jestem po rozwodzie. Od dwóch na terapii.

Może należysz do tych kobiet, które potrafią zdradzić i przejść nad tym do porządku dziennego. Może będziesz to wspominać jako swoje najlepsze doświadczenie seksualne. Może sięgniesz po więcej. Może będziesz zdradzać już zawsze, niezależnie od tego, z kim się zwiążesz. Nie wiesz, dopóki nie spróbujesz.

Ale uważaj, bo może się okazać, że jesteś tak słaba psychicznie jak ja. Wyrzuty sumienia mogą cię zżerać latami. Może też skończyć się tak jak u mnie – brakiem zaufania w związku. To zabawne, że choć nikt mnie nigdy nie zdradził, boję się, że tak się stanie. Skoro ja zrobiłam coś złego, dlaczego ktoś inny nie miałby potraktować mnie podobnie? Jak zaufać? Przecież mi też ktoś ufał. Ja też obiecywałam miłość. Przysięgałam przed Bogiem.

Od czterech lat nie udało mi się zbudować żadnej, poważniejszej relacji, choć podejmowałam takie próby trzykrotnie.

Karma wraca i tego się boję.


Zobacz także

Fot. iStock/Tharakorn

Dziś mam 33 lata, dwoje dzieci, męża i na pozór szczęśliwe życie, ale z mojego dzieciństwa nie pamiętam niczego

Fot. Materiały prasowe

Jak najlepiej wykorzystać polskie grzyby? Dania z polskich grzybów

Fot. iStock/MilosStankovic

Masz obok siebie prawdziwych przyjaciół? Czym właściwie jest ta cała przyjaźń?