Kiedy kobiety zostając matkami dostaną realne wsparcie na rynku pracy? Przestaną pracować na kontraktach, śmieciówkach i nikt ich nie zwolni na etacie?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
30 czerwca 2017
Fot. iStock/Geber86
Fot. iStock/Geber86
 

Przeczytałam ostatnio o stewardesach pracujących na kontraktach, które muszą wybierać między pracą a macierzyństwem (przeczytacie TUTAJ). A właściwie tego wyboru nie mają, bo albo dziecko, albo praca. Nie ma niczego pośrodku. Żadnych świadczeń na kontrakcie, czekania, aż kobieta po porodzie wróci do pracy. Oczywiście, że pojawiły się głosy – przecież wie, na co się pisze, więc skąd nagle to zdziwienie. Każdy wie, jaki rodzaj umowy o pracę podpisuje. Tyle, że nie słychać głosów – a jaki kobieta ma wybór?

No więc po raz kolejny krew mnie zalała, bo od dawna obserwuję kobiety na rynku pracy, które za cholerę nie mają łatwo. Wszystko zaczyna się, kiedy już szukają pracy. Znam historie z pytaniami, czy planuje pani dzieci, kiedy i ile… Gdzie w efekcie facet z gorszym wykształceniem, słabymi kompetencjami dostawał pracę zamiast kobiety, bo tak. I nie są to odosobnione przypadki. Później zaczyna się kalkulowanie, czy to już odpowiedni czas na dziecko, czy wszystkie sprawy pozamykam, czy szef nie stwierdzi, że skoro nie ma mnie przez rok macierzyńskiego, a on sobie radzi, to właściwie do czego jestem mu potrzebna?

Moja przyjaciółka 10 lat przepracowała w sklepie z biżuterią. Urodziła pierwsze dziecko i wtedy jeszcze po 16 tygodniowym macierzyńskim wracała do pracy. Dziecko chorowało – do niani, w sobotę trzeba było być – leciała. Była na każde zawołanie. Ktoś powie – sama sobie tak zrobiła. Okej, ale w miejscowości niedużej, gdzie o pracę nie jest łatwo i w ofertach przebierać nie można, trzyma się kobieta każdej pracy. I nie nam to oceniać. Wszystko było super, dopóki nie urodziła drugiego dziecka. Oczywiście z rosnącym brzuchem pracowała, aż lekarz kazał jej się w domu położyć. A kiedy kończył się jej macierzyński dostała pismo, że owszem może wrócić, ale już na pewno nie na swoich warunkach. Trzy miesiące pracy na starych zasadach, a później pół etatu, z pracą w weekendy. Ja myślałam, że mnie krew zaleje, jak o tym usłyszałam! Jasne, za jedno 500 plus może siedzieć w domu, iść na zasiłek, tylko sama mówi, że już głowę dostaje spędzając 24 godziny z dzieckiem. No kurde i ja ją w 100% rozumiem. Jaki ma wybór?

I to sytuacja z umową o pracę, która powinna dawać kobiecie odpowiednie zabezpieczenie. A i tak nie daje. Historia stewardes z LOT-u nie jest odosobnioną sytuacją kobiet. Ile z was będąc w ciąży siedziało przy komputerze, odbierało telefony, wracało jednak szybciej do pracy, bo działy się tam jakieś niepokojące ruchy? Stajemy na głowie, żeby się wykazać, żeby choć przez chwilę nikomu nie dać odczuć, że jesteśmy niepotrzebne. A przecież wiadomo, że nie da się połączyć macierzyństwa z pracą. Choćby mnie ćwiartowano zdania nie zmienię! Nie da się, bo nie możemy dawać z siebie 100% w pracy i drugie 100% dziecku. Przecież nie jesteśmy cyborgami, których możliwości wynoszą 200% normy. W sytuacji, kiedy zostajemy matkami, nie dostajemy dodatkowych mocy, sił i energii super matki. Nie. Musimy podzielić to, co mamy, więc co nam zostaje, jeśli w pracy chcemy dać z siebie 100%. Zawsze gdzieś coś ucierpi i koniec kropka.

Moglibyśmy tylko szczęśliwie myśleć, że praca na etacie chroni kobiety, które chcą mieć dzieci i które po macierzyńskim do pracy wracają. Stewardesy z LOT-u mogłyby sobie pracę na etacie znaleźć, ale co, jeśli jej nie ma. Jeśli z zewnątrz dostajemy informację: własna działalność albo „śmieciówka”? Za własną działalność to ja już podziękuję. Sama tak pracowałam – pracodawca nie chciał mieć zobowiązań, więc wystawiałam mu co miesiąc fakturę, płacąc samej ZUS i podatki. Kiedy po pięciu latach policzyłam, że na ZUS wydałam 60 tysięcy złotych – zbladłam. Za te pieniądze, powiedzmy sobie szczerze, mogłabym mieć rok wolnego. A tymczasem harowałam jak wół oddając pieniądze państwu, płacąc dodatkowo za nianię, która zajmowała się dziećmi, gdy zamykano przedszkole, a ja musiałam jeszcze zostać w pracy,

A co powiedzą te kobiety, które pracują na „śmieciówkach”? Znajoma ostatnio urodziła drugie dziecko, cztery godziny po porodzie leżała z komputerem na kolanach, wysyłając tekst, na który miała zlecenie. Nie miała wyjścia, zleceniodawca czekał, ona się zobowiązała. „Nie stać mnie na opłacenie ubezpieczenia, czy założenia własnej działalności, zresztą dlaczego za swoją pracę jeszcze mam płacić państwu? Nic nie dostaję – nie mam bezpłatnego żłobka, nie mam preferencyjnych warunków będąc na działalności, nikt nie wpadł na to, żeby obniżyć składkę ZUS, żeby zabezpieczyć kobiety w trakcie ciąży, gdy nie mogą pracować lub gdy są po porodzie. Masz swoją działalność – płać państwu bez znaczenia w jakiej sytuacji się znajdujesz”. Wiele kobiet, które znam, a które decydują się na pracę na umowach nie dających im zabezpieczenia, woli ciężej popracować przez kilka tygodni, odłożyć swoje własne pieniądze, niż się nimi dzielić. I wiecie co, ja się im nie dziwię, bo nic nie mają w zamian. Oprócz przyznawanego 500 plus nie są w żaden sposób wspierane.

Myślę, o tych stewardesach, które na kontrakcie wcale kroci nie zarabiają, muszą być właściwie na każde wezwanie, a ciąża jest dla nich równoznaczna ze stratą pracy. Dla ilu kobiet ta sytuacja jest znana? Podobna? Co takiego musi się zadziać, żeby to się zmieniło? Żeby sytuacja kobiet na rynku pracy, które chcą zostać matkami stała się bezpieczna, stabilna i przede wszystkim wspierająca nie tylko głośnymi hasłami rzuconymi w społeczeństwo, ale faktycznymi działaniami…


Nadmorski koszmar turystyczny? Rodzina z dwójką dzieci, z dmuchanym krokodylem, parawanem i podręczną lodówką

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
4 lipca 2017
Fot. iStock/katatonia82
Fot. iStock/katatonia82
 

„Looooody, loooooody dla ochłody”

„Gotowaanaaaa kukuryyyydzaaa”

„Orzeeeeeeeeszkiiiiiiiii w karmeluuuuuuuuu”

I się zaczęło. Sznur aut podążających na wakacje nad nasze polskie morze, a wszyscy jadą tak, jakby ktoś ich gonił. W bagażnikach widać leżaki, dmuchane rękawki, koła, materace, kapelusze słomkowe. Każdy wypakowany po brzegi, bo jeszcze warto gdzieś kalosze upchnąć, wiadomo – pogoda zmienną jest.

Mieszkałam w nadmorskiej miejscowości kilka lat, która turystyką stała. Kiedy się wyprowadzałam z początkiem kolejnych wakacji znajoma powiedziała: „Zwariowałaś? Lato, a ty uciekasz znad morza”. A ja byłam najszczęśliwsza na świecie wiedząc, że już nie otrze się o mnie żaden cuchnący piwem i spocony turysta, że nie oberwę parawanem w bok i że nikt mi nad głową na dzieci wrzeszczeć nie będzie.

Wiecie jak wygląda nadmorski koszmar?

Rodzinka z dwójką dzieci. Ranek, pogoda trudna do przewidzenia, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo skoro zapłacili dwa i pół tysiąca za tydzień mieszkania w apartamencie na czwartym piętrze z widokiem na morze, to na plażę wyjść muszą. Czwarte piętro nie jest tu bez znaczenia – skutecznie uniemożliwia wyjście na 20-metrowy reklamowany w ofercie taras, bo zawsze wieje tak, że łeb urywa, ale zdjęcie zdążą sobie zrobić, co by inni widzieli i co niektórzy jednak zazdrościli.

No więc co ranek wypakowują ze swojego apartamentu dwa leżaki, jeden wielki parawan, parasol, dwa koce, cztery ręczniki kąpielowe, dwa słomkowe kapelusze, dwie czapeczki z daszkiem i stroje kąpielowe na zmianę. Jeszcze nadmuchane krokodyle, których nie wiedzieć czemu nie można na plaży nadmuchać i namiot, który rozkłada się w dwie sekundy, ale składa w dwie godziny. Przez chwilę trwa kłótnia, kto będzie niósł piłkę i paletki do plażowych zabaw, ale ostatecznie dzieci z nosem na kwintę, ciągną za sobą te zabawki, wśród których nie może zabraknąć łopatek do piasku – dwóch i wiaderek.

On obowiązkowo w skarpetkach do klapek, jakby memy internetowe o modzie nadmorskiej go omijały, chyba że nie rozumie ironii. Ale wiadomo wygoda ważniejsza od wizerunku. I on w tych klapkach, krótkich spodenkach, koszulce na ramiączkach, która skutecznie opięta na brzuchu podkreśla jego kształty. Na głowie kapelusz, pod jedną pachą parawan, namiot, pod drugą dwa leżaki, w ręce podręczna lodówka, krokodyl dmuchany. Ona – najczęściej już w stroju ukrytym pod zwiewną chustką, jakby za chwilę miało prażyć na miarę słonecznych Złotych Piasków Bułgarii. Z wielką kolorową torbę wypełnioną jedzeniem w ręce, z kocem i ręcznikami pod pachą. I ta dwójka dzieci – do wyboru: albo ciągnąca się smętnie za rodzicami, albo szczebiocząca, o tym, jak jest cudownie, czego to nie wybudują z piasku z tysiącem pytań: „Mamo, a myślisz, że woda ciepła?”, „A będzie tak samo słona, jak w zeszłym roku?”, „A kiedy pójdziemy na gofry?”, „A co zjemy na obiad?”. Widać, że są pierwszy dzień, bo mama cierpliwie odpowiada na pytania. Wraz z upływem urlopowych dni jej cierpliwość się kończy, zwłaszcza, gdy po raz kolejny rano podążają znanym sobie rytuałem w stronę plaży, łudząc się, że może jednak choć na krótką chwilę nasze morze uraczy ich cudowną pogoda na miarę Wysp Kanaryjskich.

Wchodzą na plażę, lokują się jak najbliżej wody, nieważne, że z głośników co jakiś czas płynie prośba, by przy samej wodzie zostawić pas dla przejazdu karetki w razie wypadku. Najpierw w ruch idzie parawan, z którym wcale nie chodzi o osłonięcie się od wiatru, bo choć wieje od morza, właśnie z tej strony zostaje otwarty, co by dzieci widzieć. Ważne, aby odciąć się od sąsiedztwa innych wścibskich turystów. Zawsze mnie zastanawia, co takiego oni chcą za tym parawanem robić, że tak się odgradzają… Odgłos młotków na zmianę z soczystymi przekleństwami mielonymi pod nosem roznosi się nad plażą. Ona nerwowo zerka w niebo, dzieci już strojach moczą nogi radośnie przeskakując falę, on rozkłada koce, ręczniki, leżaki, po czym z torby wyciąga browara i z głębokim westchnięciem opada na jeden z leżaków. I już nic go nie interesuje. Ona nieśmiało wystawia się w stronę nieba, które co jakieś pół godziny na dwie minuty się przejaśnia, a nawet jak stanie błękitem, to wieje tak, że na jej ciele z daleka widać gęsią skórkę. No ale opalić się trzeba, w końcu upragniony urlop. Dzieci biegają wokół sypiąc piaskiem, maluchy sąsiadów sikają do morza, inne wyrzucają tam gdzie stoją papierki od kolejnych batoników, lodów kupionych za osiem zeta, które w ich przyosiedlowym sklepie kosztują niecałe dwa. Wiadomo, te prosto z plaży jak już droższe, to też pewnie lepsze. On próbuje z dziećmi pograć w paletki, ale po kolejnym browarze trudno mu już trafić w lotkę, czy piłeczkę i jeszcze w konflikt wchodzi z ratownikiem, który próbuje wytłumaczyć, że kąpiel w jego stanie z dziećmi nie jest wskazana.

W końcu głód wygania ich z plaży. I znowu – skarpetki, klapki, leżaki, parawan, ręczniki, koc, torba, piłka, jedno wiaderko, bo drugie się już zgubiło i namiot, który co niektórzy niosą jednak rozłożony, bo złożyć się nie dało. Minąć się z takimi w wąskim zejściu na plażę nie jest niczym miłym, wiem z autopsji, nie raz kończyłam z obitymi piszczelami, podrapanymi udami, rozerwaną sukienką. Oczywiście rzeczony jegomość machający na prawo i lewo parawanem czy leżakami niczego nie zauważył, bo akurat obracając się wołał za kolegą, co by z nim na kolejne piwo się umówić. I ciach mnie po nogach całym swoim ekwipunkiem. Z czasem nauczyłam się w porę odskakiwać.

Wracają do swojego apartamentu, przebierają się – ona tym razem w sukienkę, on pozostaje w nieśmiertelnych klapkach, co by piasek mu nóg nie obtarł. Dzieci dostają nowy zestaw ubrań i czas ruszyć na podbój miejscowych atrakcji. Najpierw ryba na obiad, za cenę której rodzina mogłaby wyżywić się co najmniej przez tydzień. Później gofry, lody, kule, w które zamyka się dzieci,co by jak chomiki w małym baseniku się pokulały. Oczywiście jeszcze skakanie na trampolinie w szelkach, gdzie z pół godziny odstać trzeba w kolejce, bo pogoda jednak nie sprzyja plażowaniu i wszyscy wylegli na przyplażowe promenady. Oj jeszcze cudowne pluszowe zwierzaki, na których można się przemieszczać wykonując ruchy rodem z rodeo lub filmu erotycznego, co wywołuje nie wiedzieć czemu uśmiech na twarzach rodziców, choć na konikach, kucykach, nosorożcach, żyrafach zazwyczaj jeżdżą dzieci. Są oczywiście dmuchane zamki, piszczące i tańczące między nogami turystów zabawki, które można kupić za jedynie 20 złotych i jak dziecku odmówić? W efekcie jednego wieczoru znika tygodniowy budżet domowy nie widzieć za bardzo na co. I jeszcze zachód słońca, wśród śmieci pozostawionych przez turystów, w towarzystwie przepełnionych śmietników, z których wysypują się puste puszki, opakowania po czipsach i orzeszkach w karmelu. Większą niż zachód słońca atrakcją okazuje się być zgraja podpitych facetów, którzy postanawiają pokazać swoje gołe tyłki w świetle zachodzącego słońca kąpiąc się w morzu. Niektórzy nie są w stanie dobiec do wody, bo nogi odmawiają im posłuszeństwa, a raczej błędnik upojony alkoholem płata im figle, co niezmiennie ich bawi.

Mija pierwszy dzień. Tuż przed snem, ona jeszcze sprawdza pogodę, podczas gdy on już chrapie na łóżku. Z kąta apartamentu zerka dmuchany krokodyl, który nie wiadomo, czy ujrzy słońce następnego dnia. Blady strach padnie na rodzinę, jeśli lać będzie, bo to znaczy wędrówkę od knajpy do knajpy, od budy z lodami, do budy z goframi. Czy oni to przeżyją? Na pewno. A po tygodniu będą gnać w stronę domu, jakby uciekali przed kpiącym z nich wzrokiem Neptuna.


Największa zakupowa trauma – przymierzalnie. Spróbuj stanąć przed lustrem i poczuć się dobrze. Nie ma szans

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
27 czerwca 2017
Fot. iStock / stock_colors
Fot. iStock / stock_colors

Wybrałam się na zakupy. I oczywiście nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ja nie cierpię zakupów. Nienawidzę kupować sobie ubrań, jestem cała chora, kiedy już się wybiorę do jakiejś galerii i przeglądam i oglądam i nigdy nic mi się nie podoba. A tak ładnie te ciuchy wyglądają gdzieś na zdjęciach. Macie tak? Że widzicie gdzieś w reklamie super sukienkę i myślicie: „o to, to jest, czego chcę”, a później wchodzicie do sklepu i nie wierzycie, że to jest właśnie to, po co przybiegłyście.

A jak już jest ktoś tak niewymiarowy jak ja, kto na siebie spodni kupić nie może, bo jak już na udach jakoś leżą, to w pasie i tyłku tak szerokie, że w sumie spadają same. Albo za krótkie, albo za obcisłe. A do diabła z tym. Najgorsze jest, gdy widzicie fajny ciuch i zapala się lampka: „o to, będzie nam mnie leżeć jak ulał”. Celowo wybieracie rozmiar o numer większy, bo jednak milej stwierdzić, że coś jest za duże niż za małe, wchodzicie do przymierzalni i zonk. To, co na manekinie wygląda fantastycznie na was – jakiś koszmar. A przecież kolor taki piękny i krój jak na was przygotowany. Niestety, mam wrażenie, że w sklepach dopada nas jakieś złudzenie optyczne. Podziwiam kobiety, które wchodzą, ściągają z wieszaków pewnym ruchem ręki czy to bluzkę, sukienkę, czy spodnie, właściwie bez potrzeby kierują się do przymierzalni i z całym naręczem ubrań w fantastycznej wyprzedażowej cenie stają w kolejce do kasy. Zielenieję wtedy z zazdrości i UWAGA, mierzę się z największą moją zakupową traumą – przymierzalniami.

Naprawdę ciuch musi mi się bardzo podobać, żebym zmusiła się do przymierzenia go w sklepie. Mam tylko nadzieję, że nie jestem w tym odosobniona. Bo jak chciałabym sobie popsuć humor, to wystarczy zamknąć się w przymierzalni. Zresztą mam koleżanki, które przechodzą tę samą traumę. Przecież to jest jakiś koszmar. Bo po pierwsze – idziesz z drżącym sercem, czy wymarzony ciuch będzie na ciebie pasował, czy może jednak tylko na manekinie wygląda cudownie i na kobietach w rozmiarze 34. Po drugie wchodzisz do tej przymierzalni, patrzysz w lustro i twój nastrój leci na łeb na szyję, bo nagle widzisz siebie w jakiś takich wyświechtanych ciuchach z podkrążonymi oczami. Matko – czyżbym aż tak była ślepa, na to jak wyglądam? Przecież, kiedy wychodziłam z domu rzucając ostatnie spojrzenie w lustro pomyślałam, że kurczę całkiem fajnie wyglądam. Kolorowa, uśmiechnięta, z lekkim makijażem. A tymczasem w przymierzalni przybieram postać żywego trupa. Patrzę i nie dowierzam. Czy to naprawdę ja? Czy tak bardzo moje postrzeganie siebie samej jest tak złudne i nazbyt pozytywne?

To jeszcze nic. Prawdziwy koszmar zaczyna się, kiedy trzeba coś naprawdę przymierzyć… Ściągasz szybko spodnie, czy spódnicę, zadowolona, bo przecież przed wakacjami schudłaś trochę i jednak efekty pracy na siłowni są widoczne, ale wiadomo stojąc w samych majtkach zerkasz w stronę lustra i uwaga… Co to żesz ku*wa jest? Że to niby ja? Tak wyglądam? Jakaś blada, z żyłkami na wierzchu, z jakimś plamami i celullitem, o którym przecież już dawno zapomniałam. Nieeee, to niemożliwe!!! Wciskam się w nowe ciuchy, chcąc jak najszybciej zapomnieć widok, który przed chwilą miałam przed oczami. I… znowu ZONK. Przecież wzięłam numer większe, a ta bluzka jednak wydawała się dłuższa, myślałam, że w tym kolorze będzie mi naprawdę do twarzy, a tymczasem twarz to jedne wielkie sińce pod oczami, jakby mi ktoś tusz rozmazał, zamiast rzęsy pomalować. Ale to nie tusz, to ja tak wyglądam. Uciekłabym najchętniej jak najszybciej. Patrzę, a na wieszaku jeszcze dwie bluzki, spodnie i jedna sukienka do przymiarki… Mierzyć, czy dać sobie spokój. Przecież na taką szarą, brzydką i grubą babę nic pasować nie będzie.

A już w ogóle najgorzej to stanąć w przymierzalni w samej bieliźnie… Zmierzenie się z tym widokiem jest prawdziwym wyzwaniem. I to pytanie co się we łbie kołacze: które odbicie jest prawdziwe – czy to w domu, gdzie wyglądam naprawdę dobrze, czy to koszmarne z przymierzalni, które prawdę o mnie samej chce powiedzieć?

Ostatecznie uciekam nie kupując kompletnie nic i nie mając najmniejszej ochoty na dalsze przebieranki. Znajoma mi tłumaczy: „Nie przejmuj się, to wina tego koszmarnego zimnego światła, które świeci z góry i wyłuszcza wszystkie niedoskonałości”. Tylko, że ja w tym świetle jestem jedną wielką niedoskonałością. Myślę sobie, że przecież w tych sklepach pracują kobiety, wystarczyłoby szepnąć słówko, żeby klientki czuły się bardziej komfortowo. Dać ciepło światło wzdłuż lustra, oświetlić inaczej naszą sylwetkę i o ile chętniej chodziłybyśmy na zakupy zadowolone ze swojego wyglądu. Tak niewiele potrzeba. Na mnie na pewno by to podziałało.

Na szczęście są teraz oversize’y, które workowo pasują na każdego i nawet przymierzać ich nie trzeba. Stałam się mistrzynią wyszukiwania takich ubrań. Koszule, bluzki, sukienki – od koloru do wyboru, byleby tylko uniknąć koszmaru pod hasłem: „przymierzalnia”. Myślę sobie, że musiał je wymyślić facet kompletnie nieświadomy tego, jaką krzywdę robi każdej rozbierającej się w przymierzalni kobiecie. No cóż, faceci jednak myślą o sobie dobrze, a nam trupie światło przymierzalni przypomina o wszystkich naszych kompleksach. A przecież szłyśmy na zakupy, by poczuć się piękniej… Wolę chyba jednak fryzjera na poprawę humoru.