Karuzela, piekarnia, skorupa. Czyli nasz osobisty folklor

Kreską Asi
Kreską Asi
29 października 2015
 

toaletowy_4-16

Rowerem do pracy. To już wiecie. Póki co się nie poddaję.

Choć 4 stopnie na plusie mi w twarz o siódmej rano.

Ale nie o tym.

Na początku trasy wpadam po ciepłe bułeczki. Do piekarni. Niczym francuska Amelia. Ale ja Asia. I piekarnia daleka od francuskiej. Bo popeerelowska.

I w niej się dziś zatrzymamy.

Parkuję rower przed piekarnią. Już nozdrza tańczą, jak u disneyowskiego Pluto. Pachnie obłędnie, po francusku. Zabezpieczam rower łańcuchem – bo Polska. Francja-elegancja: sztuczne zakurzone kwiatki w witrynie. Oprócz zapachu – nic nie wskazuje na pyszności. Zimne, metalowe, odrapane drzwi – należy pchnąć mocniej w celu ich otwarcia: Skrzypnięcie. Skrzypnięcie 2: to Pani ekspedientka (zdaje się Założycielka owej piekarenki – wiekowa) pyta: Słuuucham??

A ty potrzebujesz dłuższej chwili na zastanowienie. Bo jedno oko łapie ukradkiem zastygły tutaj czas. Czerstwe pieczywo, jako dekoracja (tylko raz mi się zdarzyło takie faux pas, że chciałam je kupić). Gustowne, kwieciste serwetki uwypuklają jego walory smakowe: żadne, bo przecież zęby byś sobie połamał. Ominąwszy te rekwizyty docierasz w końcu do lady. Ona z pewnością pamięta czasy Peerelu. Odrapana przez wszystkich przewijających się tu przez lata klientów.

I kropka nad i: przebarwiona czasem i potem gąbeczka przyklejona na stałe – Pani Ekspedientka przecież musi wytrzeć palce po każdym użyciu banknotów. Szczęście, że bardziej z francuska podaje pieczywo – przez foliową rękawiczkę. Jestem przy ladzie, ale nadal nie mogę się skupić na asortymencie. Wzrok mój, teraz już niemal bezczelnie, jest wlepiony w osobę Ekspedientki.

Oto Sześćdziesięciolatka z rekwizytami nowoczesności: Nienaganne tipsy na mocno pomarszczonych dłoniach. Dwukolorowa kompozycja lakieru do paznokci – ostatni krzyk mody. Blond pukle przymocowane złotymi spinkami – nieco chaotycznie. Za każdym razem zastanawiam się czy to peruka. Cały make up jakby przeklejony od dwudziestolatki.

Na mocno zaorana zmarszczkami skórę. A na nosie fikuśne, ornamentem zdobione, okulary.

Zestawienie całości, neonowych kolorów na skórze i paznokciach, jest karykaturalne. Niczym gipsowa kukła pomalowana przez gimnazjalistów. Skorupa. I taka ksywa już do niej przylgnęła. ( Mówimy rodzinnie: Idę do Skorupy po bułki ). Pobyt w piekarni jest jak wehikuł czasu. Albo wybitna scenografia jednego z polskich kultowych filmów. Sentymentalne doznania potęguję muzyka płynąca z trzeszczącego radioodbiornika: „..Karuzela, karuzela, świątek, piątek i niedziela…”. Z głębokiego zamyślenia wyrywa mnie ponowne, dobitniej powiedziane:

„Tak, słucham??!”. I wybieram cośtam pysznego na śniadanie. I to jest ostatnia chwila na krótką eksplorację piekarenki. Wzrok dopada na w połowie puste regały. I dostrzegam tą w połowie pełną: zapełnioną krzyżówkami Pani Ekspedientki, nadgryzioną kanapką, szklanką w wiklinowej owijce – z pieczątką ust Pani Ekspedientki na rancie. I dostrzegłabym dużo więcej Skarbów, ale Pani wręcza mi już rachunek i tytkę z pieczywem. Francja – nowoczesność. „Niech Pani siatkę niesie otwartą, bo chleb świeżutki i się sparuje!” – Polska.

I powiedzcie mi, kto z Was, na tych nowoczesnych, pozamykanych, monitorowanych osiedlach ma takie cudo?

Zapraszam Was do Skorupy.

Smacznego.

CZYTAJ WIĘCEJ NA BLOGU: Kreską Asi


Kreską Asi
Kreską Asi
20 listopada 2015
 

JA_2-03

Marudziłam jakiś czas temu, że gorąco. Już nie pamiętam.

Teraz mi zimno. I ciemno. Słońca nie widzę – schowane w chmurach.

A ja schowana w pracy dzień cały. Bo przed pracą i po – ciemno.

Wolałabym się schować w koc, w książkę i sen. Jeszcze roweruję

i to jedynie mi otwiera oczy. Chyba ten wiatr, który hula mi pod powiekami.

Gorzej z deszczem – kapuśniak przeżyję, ale ulewa mnie unieruchamia

i przenosi do śmierdzącego autobusu. I tam to już w ogóle sen i apatia.

Przepraszam Cię Gorąco, że mówiłam, że Cię nie lubię. Wróć słońce!

Na trochę dłużej niż te kilka godzin w pracy (i tak Cię nie widzę

znad komputera). I jeszcze na porannym rowerze mam jakieś ambicje

na wieczór: zrobię to, to i to. Ale z powrotem język na brodzie, plany

i siły gubię na skrzyżowaniu. Wracam z jednym okiem otwartym.

Nie wiem jak to możliwe, że potrafię spać od 22.30 do 5.30

i być niewyspaną Marudą. Na szczęście moje dziecko mnie rozumie

i śpi grzecznie (nie licząc okresu jak jest chora i jak coś tam jej

w brzuszku zaświdruje w nocy). I tak sobie wegetuje ostatnio,

wstyd mi za to Nicnierobienie. Zapadam w sen zimowy.

Coś tam skrobnę, narysuje, ale plan jest wykonany w 1%.

To mało.

Zima idzie.

Jestem misiem.

Nie chce mi się!

 

czytaj więcej na blogu:

kreskaasi.blogspot.com


Ukradłam wigwam dla Zosi

Kreską Asi
Kreską Asi
27 października 2015
toaletowy_4-14

Weszłam. Wzięłam sobie. I wyszłam. Bezczelnie, bezszelestnie, bez komentarza.

Ukradłam wigwam od Martyny Gie. Pomysł na wigwam znaczy się.

I trochę go skompresowałam co by do naszego m2 wszedł. I wlazł.

Jest.

Oto przepis:

SKŁADNIKI:

– dwa koce lub dwa plażowe ręczniki

– klamerki do bielizny

– poduszkę

– lalkę

– Zosię (zamiennie może być inny kochany Berbeć – bo ja swojego NIE DAM!)

– i kwintesencja: suszarka na pranie: ale taka która nie krzyżuje nóżek

 

PRZEPIS:

toaletowy_4-15

PLUSY:

– suszarka jako wigwam –  2 w 1; oszczędność miejsca

– wzbudza emocje – rozkładana sporadycznie za każdym razem podobnie cieszy,

wigwam stoi cały czas i może się znudzić

– orginalny design

– większa niż wigwam – nawet ja się w nim mieszczę i Arek

MINUSY:

– Jest brzydki, klamotny

– Więcej wad nie dostrzegam

Więc Zosia wraz z rodzicami zaprasza do środka swojego świata!

Mama tu!

Przejdź na bloga