Jeśli nie chcemy czegoś zrobić lub nie możemy spełnić prośby, to nie obiecujmy, że jutro, później, zaraz…

MamaM&M
MamaM&M
27 grudnia 2016
marek_boze_narodzenie

Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak często nie dotrzymujemy obietnic danych dzieciom. One patrzą i uczą się, że słowa można rzucać na prawo i lewo i nie trzeba się przejmować, że nie mają one nic wspólnego z rzeczywistością.

Dla mnie symbolem dotrzymywania obietnic będzie tegoroczne, świąteczne lepienie bałwana. Nie sądziłam, że moje dziecko ma taką pamięć, kiedy mówiłam mu jakiś czas temu, że będą święta, że będzie choinka i Mikołaj z prezentami, że ulepimy w święta bałwana. Kiedy w piątek powiedziałam: „jutro jest święto, nie pójdziesz do żłobka i będziemy wszyscy razem siedzieć przy stole”, Marek odpowiedział: „i ulepimy bałwana”. Bo przecież choinka stoi, Mikołaj w żłobku był i przyniósł prezenty. Brakuje bałwana…

Wszystko byłoby super, gdyby był śnieg. Ubralibyśmy śniegowce, kurtki, rękawiczki i czapki i zapewne w świetnych nastrojach konstruowalibyśmy białego okrągłego przyjaciela na podwórku. Niestety w zachodniej Polsce śnieg nie spadł, a ja nie powiedziałam: „ulepimy bałwana, jak spadnie śnieg”, ale „jak będą święta, ulepimy bałwana”. Moje dziecko wie, jak wygląda bałwan, ale ma dopiero dwa lata, więc nie pamięta, co to jest śnieg i nie wie, że to ze śniegu robi się bałwana. Miałam więc pole do popisu. Wyguglałam sobie szybko, że bałwana można zrobić z białych plastikowych kubków. Nasza rozmowa odbyła się w piątkowy wieczór, więc pozostało mi złożenie ofiary z dziewicy i modły o otwarty jakikolwiek sklep, w którym w wigilijny poranek kupię plastikowe kubki w ilości około 400-500 sztuk.

Na szczęście pamiętałam o tym zakupie, wracając z cmentarza, a i sklep był jeszcze otwarty. Wróciłam więc do domu z czterema paczkami plastikowych chińskich kubeczków i pudełkiem zszywek, mówiąc tryumfalnie: „ulepimy bałwana”. Konstrukcja okazała się na tyle stabilna, że można nawet turlać te kule po podłodze, co sprawiło mojemu synowi ogromną frajdę.

Nie żałuję czasu poświęconego na zszywanie kubków w „śnieżne” kule, ale te kilka godzin nauczyło mnie, że trzeba mądrze formułować obietnice i że warto ich dotrzymywać. Cieszę się najbardziej z tego, że nie powiedziałam: „jak będą święta, to będziemy jeździć na sankach”, bo nie wiem, kto przymocowałby nam kółka do sanek…

Staram się. Nie, nieprawda, nie staram się, po prostu nie okłamuję mojego dziecka. Nie mówię, że za chwilę wrócę, jeśli wiem, że nie będzie mnie kilka godzin, ale tłumaczę, dokąd wychodzę i dlaczego. Oczywiście mówię tyle, ile potrzebuje wiedzieć dwulatek, czyli prawdę, ale nie skupiam się na szczegółach. Zdarza się, że słyszę płacz, gdy już zamknę za sobą drzwi mieszkania. Zdarza się, że płacz zaczyna się już w momencie rozmowy, ale nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby skłamać. Nawet lubię to, jak mój syn okazuje emocje, bo wiem, że nie jest mu obojętne, czy matka jest w domu, czy nie. Zdarzało mi się też wracać spod domu do sklepu, bo obiecałam, że jak wrócę, to przyniosę bułkę, a że pamięć krótka, to muszę robić dodatkowe kilometry po mieście.

Nie będę przytaczać dosłownych przykładów, bo pół rodziny i część „dzieciatych” znajomych się na mnie obrazi, ale dostaję konwulsji, gdy słyszę, jak rodzice kombinują, żeby wywinąć się ze złożonej obietnicy. Często wspólne imprezowanie sprawia, że to, co miało się wydarzyć wieczorem, nie wydarza się, ponieważ rodzicom nie chce się wstać od stołu. Obietnice nie są też dotrzymywane, bo dziecko coś przeskrobało, choć nie było klauzuli wykonalności związanej z zachowaniem dziecka.

Wiem, że jesteśmy postrzegani jako terroryści, bo uparcie stoimy przy tym, na co się z synem umówiliśmy. Dwie bajki „Masza i niedźwiedź” przed snem, a nie wtedy, kiedy dziecko chce i nie dziesięć, choćby zanosiło się płaczem, czekolada po przedpołudniowej drzemce, a nie przed. Jak obiecuję, że poczytamy książkę po obiedzie, to idę poczytać książkę z synem. Jak mówię, że zjemy cukierka po powrocie ze żłobka, to daję cukierka. Mój syn pamięta, kiedy obiecujemy mu, że kuzynostwo przyjedzie do niego w odwiedziny, kiedy wstanie po przedpołudniowej drzemce. I zaraz po przebudzeniu pada pytanie, dlaczego Mikołaja i Maksa nie ma, skoro mieli być. Marek pamięta, że tata obiecał po powrocie ze żłobka ściągnąć gitarę i się upomina. I my już się nie wykręcamy, bo wiemy, że to byłoby nie w porządku. Jeśli nie chcemy czegoś zrobić, lub nie możemy spełnić prośby, to nie obiecujemy, że jutro, później, zaraz, ale tłumaczymy, że nie ma czegoś i nie będzie w tej chwili, co nie zamyka furtki na przyszłość, ale też nie daje dziecku sygnału, że będzie na pewno.

Chcemy, żeby nasi synowie wiedzieli, że nie wolno rzucać słów na wiatr i wiemy, że tego mogą się nauczyć tylko od nas. Pewnie nie raz, nie dwa i nie pięć zdarzy nam się wpadka, ale umiemy przepraszać, tłumaczyć i będziemy naszych synów przepraszać.

Cieszę się, że nasze małe zło umie okazywać emocje, że uczy się negocjować i walczyć o swoje. Nie zabraniam mu płakać i złościć się. Ma do tego pełne prawo. Ja też okazuję rozczarowanie, kiedy coś idzie nie po mojej myśli, jednak umiem w życiu nie tylko wygrywać, ale też przegrywać, co nie zmienia faktu, że ten gorzki smak porażki staram się odczuwać jak najrzadziej.

Przeczytałeś/łaś? Zapraszam na mój profil na Facebooku


Patriotyzm wg MamyM&M

MamaM&M
MamaM&M
28 grudnia 2016
S6304885

Zdrowia i spełnienia marzeń – święta i moje imieniny w pakiecie powodują, że takie słowa w ostatnich dniach słyszałam wielokrotnie. Zdrowie jest na pierwszym miejscu, zwłaszcza mojego męża i dzieciaków. Na drugim marzenia, a dla mnie marzenia to podróże.

Trochę zazdroszczę znajomym, którzy wrzucają na portale społecznościowe zdjęcia z wakacji pod palmami. Zaraz potem oglądam oferty biur podróży, czytam blogi i sprawdzam, gdzie najlepiej pojechać na urlop. Szybko jednak zapala się lampka, a głos z tyłu głowy mówi: „jeszcze nie teraz”. Dlaczego muszę poczekać na wakacje pod palmami? Nie muszę. Chcę.
Na zagraniczne wakacje bez wątpienia nas stać. Oboje zarabiamy, ja mogę wziąć wolne w każdej chwili, poza tym pracuję głównie przez internet, a mąż ma elastyczny urlop, więc przedłużony weekend możliwy jest w każdym terminie. Teraz ograniczeniem są dzieci i to, czy są w danym momencie zdrowe. Dlaczego więc nie pojechać do kraju, w którym obecnie jest ciepło, skoro za oknem taka plucha, zimno, a wiatr urywa głowę razem z kręgosłupem? Dlatego że najpierw chcę spełnić swoje marzenia.
A moje marzenia niewiele mają wspólnego z wygrzewaniem tyłka na plaży lub co gorsza przy hotelowym basenie i all inclusive w Sharm El Sheikh, a na kilkutygodniowego Mauritiusa i dom na Maderze jeszcze sobie pozwolić nie możemy…

Teraz marzę o tym, żeby na weekend zostawić dzieci z babcią i móc całować się z mężem na rynku w Kazimierzu Dolnym, a potem pójść na długi spacer i zaraz po nim pojechać do Nałęczowa, aby spędzić noc w domku na drzewie… Chcę też pokazać mężowi, jak piękne są widoki z Połoniny Wetlińskiej i niebrzydsze z Caryńskiej. I chciałabym zobaczyć, jak dzieci biegają wokół nas, kiedy odpoczywamy po górskim maszerowaniu. Marzeniem jest pokazać im widok z Babiej Góry – najlepiej gdyby akurat nie padało. Chciałabym pokazać dzieciom Śnieżne Kotły, w których zakochałam się w ich tacie. Zamierzam pokazać im jak wygląda polska „highway to Hel”, zwłaszcza podczas ulewy, kiedy morze zalewa drogę i trzeba poczekać, żeby kontynuować podróż. Może podczas pobytu nad morzem uda nam się spędzić burzową noc w namiocie i przekonają się, jak to jest czuć każdy uderzający w ziemię piorun.

Liczę, że zobaczymy razem, że Gdańsk to miasto piękne i podczas upałów, i podczas deszczu, że na rynku w Krakowie czas się zatrzymuje, że Szczecin to urzekające miasto, które wcale nie leży nad morzem. Chcę im pokazać Warszawę i wytłumaczyć, dlaczego mieszkamy w małym mieście z dala od stolicy. Mam potrzebę zawieźć moją rodzinę do Puszczy Białowieskiej, póki jeszcze jest dokąd jechać i opowiedzieć, jak mój brat w wieku lat 3 spał na walizkach w korytarzu zatłoczonego pociągu jadącego do Białegostoku. Mazury, które poznaliśmy tylko w ułamku to miejsce, gdzie chcemy wrócić razem.

Intrygują mnie schody zamojskiego ratusza. Pragnę, aby moje dzieci, widząc na zdjęciach, w podręczniku, internecie lub telewizji: spichrze nad Brdą w Bydgoszczy, zamek w Malborku, molo w Sopocie, katedrę w Gnieźnie, Biskupin, bazylikę w Toruniu, tężnie w Inowrocławiu lub Ciechocinku, Jezioro Turkusowe i klify na Wolinie, zamek w Golubiu-Dobrzyniu, niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau, bazylikę w Licheniu, wieżę widokową i obrotowy most w Giżycku, latarnię morską w Kołobrzegu, kopalnię soli w Wieliczce czy zaporę wodną w Solinie, powiedziały: „byliśmy tam z rodzicami”. Chciałabym też zobaczyć wydmy w Łebie, Łódź, Zakopane, tę zaporę w Solinie i kopalnię w Wieliczce, a jak do tego jeszcze jeden raz będę mogła posiedzieć nad Wisłą w Grudziądzu, to wtedy może będzie mnie stać na tego Mauritiusa, a może już kredyt na mieszkanie będzie wspomnieniem i będę mogła wziąć pożyczkę na wakacje.

Czy jestem ciekawa innych kultur? Oczywiście. Najpierw jednak chcę pokazać dzieciom, skąd pochodzą i w jak pięknym kraju mieszkają. Jestem tak zakochana w pięknych polskich miastach, górach, plażach, że choć część tego zachwytu postaram się przekazać dzieciom. To jest mój pomysł na patriotyzm. Mam 30 lat (jeszcze…). Kolejne 10 będę pewnie podróżować z dziećmi i jestem na to gotowa. Moim marzeniem było pokazać im, jak wygląda morze zimą. Wyjeżdżamy niedługo. Czy będzie zima, to już nie zależy ode mnie… Góry jesienią już mężowi pokazałam. Był zachwycony tak, jak ja…

Życzcie mi więc jak najwięcej weekendów poza domem. Wtedy spełnią się moje marzenia…

Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu