Jak być silną matką. 10 zasad, których warto nauczyć nasze córki

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
14 października 2016
Jak być silną matką. 10 zasad, których warto nauczyć nasze córki
Fot. iStock/Rohappy
 

Być matką w ogóle nie jest łatwo. Być silną matką, to bywa jeszcze trudniejsze. Ale warto, dla naszych córek, dla synów też. Jak to zrobić? Trzeba przestrzegać w tym swoim macierzyństwie zasad, które choć może na pierwszy rzut oka zdają się banalne, wprowadzone w życie sprawię, że mniej tu komplikacji, a więcej mocy i… prawdy.

Jak być dobrą, silną matką dla córki?

1. Naucz ją wartości jaką jest niezależność. Bądź niezależna

Niech wie, że nie potrzebujesz mężczyzny takiego jak disneyowski książę z bajki, który owszem, na samym początku waszej historii zdobywa i ratuje, a potem właściwie znika, by pojawiać się w domu na zasadzie bankomatu, ograniczając cię na każdym kroku. Ucz, że miłość to partnerstwo, wybór. Że kobieta jest w stanie wieść szczęśliwe życie bez mężczyzny u boku i jest wówczas tak samo wartościową osobą, jak ta z obrączką na palcu. Ucz, że mężczyzny nie błaga się o uczucie ani o pieniądze.

2. Naucz ją znaczenia bezwarunkowej miłości. Kochaj bezwarunkowo

Daj jej do zrozumienia, że akceptujesz ją taka jaka jest, i że jest wyjątkowa. Pokazuj czym jest wybaczanie, kompromis, chęć zrozumienia drugiej, bliskiej osoby i praca nad wspólną relacją. Mów, że kocha się nie „za coś”, ale po prostu.

3. Naucz ją by była dzielna. Bądź dzielna

Ty wiesz jak odejść, jak odłożyć na bok rzeczy, które do ciebie nie pasują, nie dotyczą. Wiesz jak iść dalej nawet wtedy, kiedy cały świat jest przeciw tobie. Ucz ją jak wierzyć w siebie nawet jeśli wszyscy w ciebie wątpią. I, że zawsze powinna trzymać się swoich zasad.

4. Naucz ją, że można być twardym i delikatnym jednocześnie. Bądź empatyczna.

Silne matki mają tendencję do tłumienia niektórych emocji, do ukrywania przed światem swojej wrażliwości. Płaczą wtedy, kiedy nikt nie widzi i z powodów, o których nikt nie wie. Zrób to też dla siebie, pokaż jej, że łzy nie są słabością, że ciepło, współczucie i życzliwość drugiej osoby bywają najlepszym lekiem na trudny moment.

5. Naucz ją, że nie jest łatwo być kobietą. Pokaż, że może być lepiej

Twój córka musi być świadoma, że żyjemy w świecie gdzie ciągle jeszcze zdarza się nam, kobietom, spotkać się z lekceważeniem, gdy wyrażamy swoje zdanie. Obudź w niej niezgodę na taki stan rzeczy. Spraw, by nigdy nie miała kompleksów z powodu, że urodziła się kobietą.

6. Naucz ją by przestała patrzeć w przeszłość. Żyj teraźniejszością.

Nie żałuj wszystkich „co by było gdyby”, nie roztrząsaj. Idź do przodu, koncentruj się na teraźniejszości. Przeszłość niech będzie dla ciebie tylko najlepszymi wspomnieniami. Patrząc na ciebie, ona zrozumie, w czym tkwi twoja siła: w umiejętności odpuszczania sobie samej własnych potknięć i błędów.

7. Naucz ją miłości własnej. Kochaj siebie samą

Twój córka musi wiedzieć, że i ty potrzebujesz odpoczynku, czasu dla siebie, przestrzeni na rozwój osobisty. W ten sposób nauczy się szanować siebie i swoje pragnienia oraz potrzeby.

8. Naucz ją, że sama kreuje swoje szczęście. Bądź szczęśliwa

Pokaż jej, że nawet wtedy, kiedy życie, czy inni ludzie rzucają nam kłody pod nogi, możemy być szczęśliwi. Szczęście to przecież nic innego niż umiejętność dostrzegania „jasnych punkcików”.

9. Naucz ją, że ciągle wiesz odrobinę więcej o miłości. Kochaj mądrze

Dbaj o swój związek, o swojego partnera. Jeśli jesteś samotną matką, wybieraj dobre znajomości, nie ryzykuj. Pokaż jej, że mężczyzna, który kocha, szanuje. I naprawdę jest w stanie zrobić dla niej o wiele więcej.

10. Naucz ją być dobrą matką. Bądź dobrą matką.

Wpisz tu, co chcesz. Każda z nas ma pewnie inną definicję „dobrego macierzyństwa”. Jedno jest niezmienne, najważniejszym do niego kluczem jest i będzie miłość. Nie ta ograniczająca, zaborcza, kontrolująca, ale ta, która ufa, daje wolność, ale wie, gdzie postawić granice.


Jak rozpoznać dobrze dobraną parę? Wystarczy odpowiedzieć sobie na trzy pytania

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
14 października 2016
Jak rozpoznać dobrze dobraną parę
Fot. iStock / Bulent Ince
 

Szczęśliwe i udane małżeństwo wraca do łask. Według naukowców, to najlepsze co można dla siebie zrobić, najlepsze co można zrobić dla własnego szczęścia… The New York Times pisze: Małżeństwo sprawia, że ludzie są szczęśliwsi i bardziej zadowoleni z życia niż ci, którzy żyją w pojedynkę. – Szczególnie w najbardziej stresujących okresach życia, takich,  jak kryzys wieku średniego. Ale czy to w dzisiejszych czasach jeszcze możliwe?

Żeby małżeństwo czy stały, poważny związek miały swoją wręcz magiczną moc i pozytywny wpływ na życie – zdecydowanie muszą się zaliczać do tych „udanych”, a tutaj wiele zależy od tego, czy dokonamy właściwych wyborów… Pojawia się więc najważniejsze pytanie, po czym poznać dobrze dobraną parę?

Peter Pearson, terapeuta par, współzałożyciel  Couples Institute w Menlo Park, w Kalifornii podpowiada…

Po pierwsze… chemia!

Peter Pearson
„Chemia to nie wszystko, ale jeśli jej brak, jeśli ten pociąg jest nierówny, to jest to sytuacja trudna do pokonania. Trudno zbudować pasję, jeśli już na początku jest dość niska. Jeśli udałoby mi się znaleźć sposób na to, aby rozbudzić taką pasję i emocje, mimo, że na początku nie było wielkiego wybuchu, byłbym bogatszy niż Bill Gates”.

Jednak chemia seksualna, to nie wszystko. Nie chodzi tylko o tę zgodność i dreszczyk prowadzący do łóżka, ale pociąg do tego by razem chcieć spędzać czas, wychodzić, być.  Możecie od czasu do czasu tłuc talerze na kuchennej podłodze, ale pod koniec dnia spojrzeć na swoją drugą połówkę i pomyśleć: chcę się z nim/nią zestarzeć…

Po drugie… dwie połówki czy ogień i woda?

Bardzo wiele zależy od tego w jakie role wchodzimy w związku. Według Erica Berne’a, twórcy analizy transakcyjnej wyróżnić można 3 stany „ego”, czyli trzy wzory postępowania:

Dziecko – Co czułeś

Rodzic – Czego nas uczono

Dorosły – Czego się nauczyłeś

„Dziecko” – reprezentuje nasze najbardziej egoistyczne potrzeby, skupione na „ja”, nie na innych, zewnętrznych oczekiwaniach. Stan dziecka – odwołuje się do typowo dziecięcych cech, czyli emocji i zabawy. „Rodzic” – to to, co wynieśliśmy z domu. Wartości, które zostały nam przekazane, obrazy, które w sobie nosimy – również te dotyczące związków. Wzory, które będziemy prawdopodobnie powielać w swoim życiu. „Dorosły” natomiast – to stan oparty na racjonalności, dający nam zdolność chłodnej i obiektywnej oceny sytuacji.

Biorąc po uwagę te trzy stany ego, Peter Pearson proponuje nam mały sprawdzian związkowej zgodności. Wystarczy zadać sobie trzy pytania – odwołujące się do naszych stanów ego, żeby sprawdzić, czy jesteśmy zgodną (tzw. „udaną”) parą:

Rodzic: Czy macie podobne wartości i przekonania o świecie?

Dziecko: Czy potraficie się wspólnie bawić? Czy jesteście spontaniczni? Czy uważasz, swojego partnera za „gorącego”? Lubicie podróżować razem?

Osoba dorosła: Czy to co myślicie, mówicie, jest jasne dla drugiej osoby? Czy potraficie rozwiązywać razem problemy?

Jeśli, odpowiedzi są pozytywne – nie musicie się dłużej zastanawiać, jesteście zgrani, dobrani, dopasowani itepe, itede. Symetria idealna. Wyważenie w związku i w każdym z partnerów z osobna. Ale to zdarza się niezwykle rzadko. Jak więc w prawdziwym niedoskonałym świecie pasować do siebie mimo tylu różnić? To proste.

Mówimy, że przeciwieństwa się przyciągają, i choć nie jest to najszczęśliwsze połączenie w długotrwałym związku, naprawdę wiele można osiągnąć. Wszystko zależy od tego, czy w tych (czasem nawet skrajnych) różnicach nawzajem się uzupełniamy – i czy obu stronom taka „gra” odpowiada.

Związki ludzi o skrajnie odmiennych charakterach, zainteresowaniach często są zaprzeczeniem partnerstwa, jednak mogą być udane. Trwa to tak długo, jak długo każdej ze stron nie przeszkadza niezrównoważony podział obowiązków, zobowiązań czy odpowiedzialności. W sytuacji, w której jedna osoba zawsze pełni rolę rodzica, a druga dziecka, w powietrzu wisi co najwyżej katastrofa a nie wspólna przyszłość. Bo prędzej czy później następuje moment, w którym ktoś wykrzyczy „mam dość!!!”.

a po trzecie… 

… nawet jeśli coś przestaje działać, zawsze możecie nad sobą i nad związkiem pracować. Bo te naprawdę udane, rzadko kiedy są darem od losu, tylko ciężka pracą dwóch kochających się osób… osób, którym zwyczajnie ciągle jeszcze się „chce” coś z tym zrobić!


Źródła: Business InsiderThe New York Times


Jest mi dziś cholernie wstyd. Jest mi wstyd za rodziców

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 października 2016
Fot. iStock / South_agency

Jest mi dziś cholernie wstyd. Jest mi wstyd za wszystkich tych rodziców, którzy wypisują komentarze pod tekstami o nauczycielach. Właściwie czego się spodziewaliśmy? Wiadomo było, że dzisiaj znowu zostaną wyciągnięte armaty nauczycielskich zarobków i dni wolnych.

Według naszego społeczeństwa, nauczyciele to darmozjady i nieroby. A ja się pytam: czego oczekujcie? Jakiego nauczyciela chcielibyście widzieć pod szyldem: IDEALNY? Tak łatwo jest osądzać i generalizować. Znam wielu cudownych nauczycieli. Nauczycieli, także tych młodych uczących moich synów, nauczycieli, którzy wiele z siebie dają choć nie muszą. Mogliby swoją pracę potraktować jak tę od 8-ej do 16-tej. Wyjść, otrzepać ręce i powiedzieć: „A resztę mam w dupie, tak jak i mnie mają”. Ale oni zabierają dzieci na wycieczki, na biwaki, pokazują im kawał naszego świata. Ktoś powie – taki ich zakichany obowiązek. A jak ty wypełniasz swoje obowiązki w pracy? Angażujesz się, wychylasz, chcesz więcej i lepiej? Chcesz tylko po to, by komuś sprawić przyjemność wykazać się w pracy, czy kalkulujesz, czy ci się to opłaci?

Szkoda mi nauczycieli. Naprawdę. Jesteśmy nimi rozczarowani. Jesteśmy rozczarowani wiedzą, jaką przekazują naszym dzieciom. Tą książkową byle na zaliczenie. Byle na jak najlepszą ocenę. Ale to ich praca ocenami naszych dzieci jest rozliczana. To ich pytają o wyniki, śledzone są rankingi szkół.

Tak się składa, że wiele moich przyjaciółek jest nauczycielkami, pedagogami, tymi które ze szkołą związane są od kilkunastu już lat. I jasne, że im zazdroszczę dwóch miesięcy wakacji. Ale gdy słucham, jak rozmawiają, o czym mówią, to powiem szczerze – nigdy bym się z nimi nie zamieniła. I już słyszę ten głos: „Nikt im pracować w szkole nie kazał”. Oczywiście, że nie kazał. To był ich wybór. I wiecie. One kochają swoją pracę, kochają te dzieciaki. Mają poczucie misji, znają wartość swojej pracy, wiedzą, że ciąży na nich ogromna odpowiedzialność za przyszłość naszych dzieci. Ale mają też świadomość związanych rąk, ograniczeń systemu, dyrekcji, władzy. Nie uważam, że należą im się specjalne przywileje, bo to zawód jak każdy inny, przez te a nie inne osoby wybrany.

Ale jest coś wyjątkowego, a raczej było, w byciu nauczycielem. Przyjaciółka powiedziała mi wczoraj: „Kiedyś nauczycieli szanowano, teraz traktuje się nas jak zło konieczne”. Bo za dużo wymaga, bo wymaga za mało, bo źle ocenia, bo egzekwuje zapisane w szkole obowiązki ucznia, bo źle naucza – w końcu to rodzice są najlepszymi specjalistami od edukacji. Metodykę mają w małym palcu. To rodzice wiedzą, ile ich dziecko może danego dnia się nauczyć, a ile nie. To rodzice decydują, czy ich dziecko w danym dniu napisze sprawdzian, bo przecież jeśli nie zdążyło się nauczyć, to go do szkoły nie puści, usprawiedliwienie napisze. Nie może sobie dziecko średniej psuć własną nieudolnością, brakiem samodyscypliny. To rodzice wiedzą najlepiej jaka ocena się ich dziecku z zachowania należy. Bo to wszystkie inne są złe, a jego najlepsze. To rodzic wie, że jego dziecko zostało niesprawiedliwie ocenione, bo zapomniało, jak się koń po angielsku nazywa. W końcu zapomnieć może.

To w końcu rodzic wie, że ta nauczycielka jest głupia, a tamta to chyba zwariowała, że zadania są bez sensu i właściwie to można olać, a jak pani się przyczepi, to dziecko ma rodzicem postraszyć. Bo jak już rodzic do szkoły przyjdzie, to na pewno zrobi porządek. Pozamiata tak, że żadna nauczycielka nie odważy się do jego dziecka przyczepić. A jak się przyczepi, to papiery mu z poradni załatwi, że na wszystkie „dys” choruje i wtedy za przeproszeniem w tyłek go pocałować mogą. Ale w Dzień Nauczyciela dziecko z kwiatkiem wyśle, żeby nie było…

Kiedyś usłyszałam, że rodzice na nauczycieli swoich dzieci wylewają wszystkie żale i pretensje ze swojej szkoły wyniesione. Teraz już nie są dziećmi i nie pozwolą, by tak jak ich, traktowano ich własne dzieci.

A gdyby tak raz stanąć po tej samej stronie. Wbić sobie do głowy, że nauczyciel, tak jak rodzic chce dla dziecka jak najlepiej, choć pewnie różnymi metodami? Gdyby cały ten proces wychowania i nauczania uzupełniać a nie zwalczać się nawzajem? Gdyby tak usiąść choć raz na ich miejscu za biurkiem, gdzie cała gromada dzieci ma cię w d*pie, bo rodzice ich tego nauczyli. Gdzie dzieci myślą o sobie, że są lepszymi od tego nauczyciela?

Dla mnie miarą nauczyciela jest budowany przez niego autorytet. To sprawdzian, czy szanować go będą dzieci, rodzice, inni nauczyciele. Pytanie, czy nauczycielom chce się ten sprawdzian zdawać, a nam jego wynik zauważyć?

P.S. I tak, wiem. Tak jak wśród nauczycieli są ci cudowni, tak wśród rodziców – ci fantastyczni. Szkoda, że o nich tak rzadko.


Zobacz także

Grzybki, podchody i dwa ognie… a jednak przeżyliśmy. 10 symboli naszego dzieciństwa

Talent to droga do osobistego szczęścia. Pełna talentów wiosenna Akademia 5.10.15.

Rodzice opamiętajcie się! Nie widzicie, co robicie swojemu dziecku?