Drogi tato, który nie płacisz alimentów! Skoro jesteś taki dobry w liczeniu, powiedz proszę, kiedy ostatni raz zapłaciłeś w aptece za leki dla twojego dziecka? List otwarty

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 stycznia 2017
Fot. iStok/AleksandarNakic
Fot. iStok/AleksandarNakic

Drogi tato, który nie płaci alimentów,

Chcę tylko wiedzieć jedno – czy ty naprawdę wiesz, co robisz? Zadaj sobie proszę pytanie, oprócz pomocy finansowej, co właściwie należy do twoich obowiązków?Kiedy ostatni raz przycinałeś malutkie paznokcie? Czy budzisz się przed wschodem słońca, aby mieć pewność, że twoje dziecko zdąży do szkoły? Ile godzin tygodniowo spędzasz pomagając w odrabianiu prac domowych i czy ktoś ci za to płaci? Trzymasz to swoje dziecko za rękę podczas wizyt lekarskich i wydajesz potem kilkadziesiąt złotych w aptece na lekarstwa? Jesteś taki dobry w liczeniu, powiedz proszę, ile posiłków planowałbyś zrobić za około 200 zł tygodniowo? Czy wiesz, ile pieniędzy trzeba wydać w ciągu całego roku na pieluchy i mokre chusteczki? Ile kartonów mleka, ile bochenków chleba kupujesz tygodniowo ?

Ile razy w nocy budziłeś się, bo maluch miał właśnie najgorsze w swoim życiu, albo pierwsze, koszmary? Znasz imiona przyjaciół twojego dziecka? (…) Kiedy ostatni raz zrobiłeś w sobotnie przedpołudnie pięć prań, a potem jeszcze dwa w niedzielę, bo nadeszła katastrofa i ulubiony koc pokrył się wymiocinami i okruszkami z kanapek?

Ilu zleceń w pracy nie wziąłeś z powodu choroby twojego dziecka i braku wolnego czasu?… Ile prądu zużywasz skoro nie musisz w nocy zapalać światła, bo w twoim mieszkaniu nie kryją się potwory? Ile wynoszą twoje opłaty za wodę, skoro nie kąpiesz swojego dziecka i nie robisz co chwila prania? Kiedy ostatni raz zapłaciłeś za przedszkole, albo za szkolny obiad, czy komitet rodzicielski?

Ile wydajesz miesięcznie na papier toaletowy, szampon, pastę do zębów, czy płyn do kąpieli, który nie uczuli delikatnej skóry twojego dziecka?

Kiedy ostatni raz kupiłeś albo upiekłeś dla dziecka tort urodzinowy, kiedy zawinąłeś w piękny, kolorowy papier wszystkie prezenty i zapłaciłeś za nie w sklepie? Kiedy ostatni raz, półprzytomny, zmieniłeś cały zestaw pościeli o 4 nad ranem (słuchając płaczu twojego chorego dziecka), żeby miało czysto i wygodnie? Ile razu czuwałeś w nocy przy nim, kiedy miało gorączkę i męczący kaszel? Ile bajek wtedy opowiedziałeś, ile książeczek przeczytałeś?

Znasz nazwisko pediatry, do którego chodzi twoje dziecko? Numer sali, w której odbywają się klasowe zebrania i nazwisko nauczyciela? Czy wiesz jaki rozmiar butów nosi twoja córka, i czy zdajesz sobie sprawę z tego, że za chwilę te buty będą już za małe?

Z ilu możliwości rozwoju zrezygnowałeś, bo dobro dzieci i czas spędzony z nimi były dla ciebie najważniejsze? Gdzie jesteś, kiedy twoje dziecko zaczyna się buntować, nie chce sprzątać swojego pokoju, kiedy płacze i jest nieszczęśliwe?

Czy byłbyś w stanie zrobić to wszystko samodzielnie, mając do dyspozycji jedynie tę kwotę, którą teraz masz tylko dla siebie?…

To prawda, pracujesz ciężko. Mniejsza o to, że jesteś zatrudniony na „najniższą krajową”, aby móc powiedzieć, że nie możesz płacić alimentów, bo cię na to nie stać. Pracujesz ciężko, kiedy masz na to ochotę. I masz też przecież swoje potrzeby, opłaty. Rachunek za energię elektryczną, paliwo do samochodu, żywność, wakacje. Zasługujesz przecież na ten cholerny urlop.

A skoro tyle cię ogranicza, dlaczego miałbyś wysyłać jeszcze „swoje” pieniądze na „pomoc” matce swojego dziecka? To był jej wybór, że znalazła się w takiej sytuacji, prawda?  Może powinna pogodzić się z twoim brakiem odpowiedzialności, z uzależnieniami, zdradą, lub po prostu żyć dalej w tym nieszczęśliwym związku. Nie byłaby teraz samotną matką.

Być może w ciągu kilku tygodni lub miesięcy, jeśli nazbierasz trochę dodatkowej gotówki, wyślesz jej kilkaset złotych. Nie dlatego, że jesteś do tego prawnie zobowiązany, ale dlatego, że jesteś takim dobrym człowiekiem. Powinna być ci wdzięczna, prawda?

Mylisz się.

Kiedy jesteś w sklepie spożywczym, nie musisz tłumaczyć trzylatkowi, że nie możesz kupić mu gazetki z bohaterami ulubionej kreskówki. Nastoletniej córce nie musisz mówić, że nie stać cię w tym roku na zakup modniejszej kurtki. Nie płacisz za szkolne wycieczki, ani wyprawy do muzeum.  Nie czujesz lęku za każdym razem, gdy nie jesteś pewny, że „starczy wam do pierwszego”. Bo nie jesteś odpowiedzialny za kogoś jeszcze.

Bronisz się, odsuwasz to od siebie, albo wcale o tym nie myślisz. Sypiasz dobrze w nocy i wciąż uważasz, że spotyka cię olbrzymia niesprawiedliwość. Każdy wie, że jesteś cholernie dobrym ojcem. Wychowałbyś te swoje dzieci o wiele lepiej niż ona i to bez niczyjej pomocy. Lepiej, żeby i ona jej nie miała. I niech przypadkiem sobie kogoś nie znajdzie. Żaden obcy facet nie ma prawa zajmować się twoimi dziećmi.

Czy naprawdę wiesz, co robisz, gdy uciekasz przed płaceniem alimentów? Czy zdajesz sobie sprawę, jak to wpływa na jakość życia twojego dziecka, na samopoczucie jego matki? Czy masz świadomość, że bez względu na to, co wydarzyło się między tobą, a kobietą, którą kiedyś kochałeś, wciąż jesteś odpowiedzialny za sytuację materialną twojego dziecka i powinieneś wspierać osobę, która poświęca całe swoje życie, aby je wychować?

Nie, nie dlatego, że jesteś hojny, lub dlatego, że zostało ci trochę gotówki, albo dlatego, że sąd  tak nakazał. Dlatego ze jesteś odpowiedzialnym, przyzwoitym człowiekiem. I nie oczekuj pochwał. Kiedy ostatni raz powiedziałeś matce swojego dziecka „dziękuję” za wszystko, co robi dla niego, każdego dnia?

Wychowywanie dzieci nie jest nagrodą za dobre zachowanie. To jest męcząca, ciężka, praca. Przy tej pracy, twoje lody w weekend i kino raz na trzy miesiące są po prostu śmieszne. Może i „reszta świata” stoi po twojej stronie. Do perfekcji opanowałeś wizerunek świetnego ojca. Na Facebooku. Wśród znajomych. Szkoda, że oni nie znają prawdy.

Drogi tato, który nie płacisz alimentów, myślę, że wiesz, w głębi duszy, że popełniasz ogromny błąd. Pora go naprawić.


Zródło: josidenise.com

 


Skoro nie jesteś w stanie naprawić osób, które kochasz, skup się na naprawianiu siebie

Karolina Krause
Karolina Krause
4 stycznia 2017
Fot. iStock/courtneyk
Fot. iStock/courtneyk

„Faceta trzeba umieć sobie wychować” mówiły nasze matki i babki. I co? Udało im się? Jednym tak, drugim nie. Ale każda chyba przyzna, że była to droga przez męki. Choć staramy się wyciągać z tego nowe wnioski, owo dążenie do zmieniania innych wciąż wydaje się być głęboko w nas zakorzenione.

Psycholog Paul Coleman w swojej książce „Musimy pogadać. Trudne rozmowy z współmałżonkiem”, stara się wytłumaczyć dlaczego idea zmieniania naszych partnerów, przyjaciół, czy dorosłych dzieci, tak aby dostosowali się do naszych oczekiwań, jest dla nas niezwykle pociągająca. Jego zdaniem – „Ego utwierdza nas w przekonaniu o absolutnej słuszności naszego punktu widzenia, jednakże prawda wygląda tak, że na ogół próby wyprowadzenia kogoś z błędu odbijają się rykoszetem”.

„Zakładamy, że wiemy więcej, że posiedliśmy głębszą wiedzę o tym, co najlepsze” – dodaje Coleman. Gdy pozwalamy drugiej stronie odczuć, że tak właśnie myślimy, może ona to odebrać osobiście – poczuć się gorsza i przyjąć postawę obronną. Co automatycznie przełoży się na osłabienie więzi między wami i pogłębi dystans.

Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem, kiedy nie zgadzamy się w jakiejś kwestii z osobą, na której nam zależy, jest próba naprawienia sytuacji. Do tego potrzebna jest jednak akceptacja, którą trzeba ćwiczyć. Jeśli wiesz, że twój partner jest raczej typem domownika, może lepiej byłoby gdybyś poszła na kolejne przyjęcie bez niego. Unikniesz w ten sposób kolejnej awantury, a jemu zaoszczędzisz stresu wynikającego z przebywania w większym tłumie. Albo, gdy twoje dziecko informuje cię, że nie chce iść na studia. Spróbuj wesprzeć go w podjęciu decyzji dotyczącej pierwszej poważnej pracy. W końcu istnieją różne drogi osiągania tego samego celu.

W pewnych sprawach nigdy nie znajdziemy z daną osobą wspólnego języka, jednak zawsze powinniśmy starać się zaakceptować jej autonomię. Być może kiedyś zmieni swoją decyzję, a może nigdy tak nie będzie. Z całą pewnością jednak doceni twoje dobre intencje i okazany szacunek. To umocni waszą więź i pozwoli zachować pozytywne stosunki. Jak twierdzi Coleman – „Musisz po prostu przyznać, że istnieją trwałe różnice, ale trzeba się nauczyć z nimi żyć”.

Źródło: focus.pl


Starasz się resztkami sił, nie pozwolić jej wygrać… Bezsilność to potwór, który żyje dzięki cierpieniu drugiego człowieka

Anika Zadylak
Anika Zadylak
4 stycznia 2017
Fot. iStock / Marjan_Apostolovic
Fot. iStock / Marjan_Apostolovic

Wiesz czym jest bezsilność? To rozdzierający noc głos, który błaga o pomoc. Zrywa cię z łóżka i przewraca w przedpokoju. Podnosi ponownie i zaprowadza, do jego łóżka. Widzisz w nim wątłe, zmęczone chorobą i wyniszczone lekami ciało swojego dziecka. Słyszysz, jak się dusi, patrzysz na jego coraz bardziej siną twarz i i widzisz, jak macha rękoma. Usiłuje nimi złapać to co niewidzialne, a niezbędne, żeby żyć. Powietrze. Jeszcze jeden mały oddech, jeszcze jedna minuta.  Robisz co możesz, czyli niewiele. Podłączasz tlen i bezgłośnie modlisz się, żeby karetka tym razem jeszcze zdążyła. Bo przecież jeszcze tyle chciałabyś mu powiedzieć, przeprosić za te stany, gdy nie wytrzymywałaś i dławiłaś przy nim łzami. I zapewnić, że nigdy nie zapomnisz, że nigdy nie przestaniesz wierzyć.

I widzisz jak wbiegają do mieszkania, odpychają cię i zaczynają reanimacje. Siedzisz skulona pod ścianą, zagryzasz wargi do krwi i starasz się nie patrzeć, na zrezygnowany wzrok lekarza. Patrzysz tylko na punkt, który nadal powinien się miarowo unosić i opadać. Nie odrywasz od niego wzroku, jednocześnie obiecując duszę diabłu, za jego życie. Za jeszcze jeden dzień, jeszcze jedną rozmowę, gdzie tym razem powiesz mu już wszystko. I widzisz, że go zabierają, choć nadal nic nie mówią. Bo przecież nie są pewni, czy dowiozą go do szpitala żywego. A potem on śpi, podłączony do milionów rurek, do odstraszającej aparatury, a ty siedzisz obok. I starasz się resztkami sił,  nie pozwolić jej wygrać. Bo jeśli się jej poddasz, to już przegrałaś.

– Mój syn, umierał już kilka razy, przez swoje 18 lat życia. Życia w ciągłym strachu, bólu i dusznościach, które pozwalają na spokojny sen, bardzo rzadko. A nawet jeśli, to na siedząco, bo zalewająca płuca i oskrzela flegma, nie pozwala się normalnie położyć. Pierwszy raz przechodziłam przez to piekło, gdy miał trzy miesiące. Po prostu, kazali mi się z nim pożegnać a jedyne, o co mogłam prosić, to żeby się długo nie męczył. Co czuję matka, której odbiera się nadzieje? Nic. Jest odrętwiała z bólu i bezsilności. To największa zmora, to straszne uczucie, że choćbyś chciała, to nic nie możesz zrobić. Nie możesz tego zatrzymać, a jedynie liczyć, na ponowne odroczenie wyroku. I cieszyć się, że znowu zostało wam dane ze sobą pobyć. Ale nie  śmiejesz się za głośno, lepiej nie prowokować losu.  Bardzo szybko zapominasz, czym jest życie bez lęku. Przecież nie znasz innego uczucia, jak dławiący strach. Jest z tobą zawsze. Gdy otwierasz oczy nad ranem i nasłuchujesz, czy oddycha. I późnym wieczorem, gdy choć nie chcesz, to i tak nie umiesz przegonić natarczywej myśli.  O tym, co przyniesie noc i czy jutro, jeszcze będziesz matką. A może przyjdzie ci, wybierać kolor trumny i przepraszać Boga za to, że szczerze Go nienawidzisz.

Najgorsze są te dni, gdy on walczy w szpitalnym łóżku a ty, boisz się wejść, do jego pokoju. Bo wiesz, że cisza i pustka złamie cię w pół. Posadzi na dywanie i wręczy koszulkę, z jego zapachem. I pozwoli umierać ci ze strachu, obedrze ze złudzeń i rozbije twoje cierpienie na setki kawałków. Tylko po to, żeby każdy z nich, bolał z osobna.  I jedyne co ci pozostaje, to czekać. Ile razy już tak oczekiwałam, pod drzwiami lekarzy, pod szpitalną salą, pod kliniką, we własnym domu? Nie chcę tego liczyć i rozpamiętywać, żeby nie zwariować. I tak czasem, jestem zbyt bliska obłędu. Bo nie ma cierpienia gorszego ponad to, gdy codziennie patrzysz, jak choroba wyrywa z objęć, twoje ukochane dziecko. Któremu kiedyś dałaś życie, a teraz choć z całego serca chcesz, nie umiesz ocalić.

I te stany upokorzenia, krępującego wstydu, gdy kolejne drzwi do których pukasz o pomoc, zamykają się z hukiem. Gdzie po raz setny już słyszysz, że są gorsze przypadki, że może w przyszłym miesiącu, będą coś dla ciebie mieli. A ty wracasz i w myślach układasz plan, jaką ubrać maskę, jaką pozę przybrać, żeby nie zauważył. Żeby się nie domyślił, że jutro, nie będziesz miała za co kupić leków. I te same, wydeptane do granic ścieżki do lombardów i banków, gdzie już nawet nie kryją głupich uśmieszków, na twój widok. A ty choć doskonale wiesz, co usłyszysz i tak tam wracasz. Bo może tym razem się uda, może tym razem ktoś się nad tobą pochyli. I ten przerażający paraliż, gdy kobieta w markecie informuje cię, o braku środków na koncie. Ale ty nadal przesz przed siebie, w głowie składasz się w całość i wpadasz na jeszcze jeden pomysł. Jeszcze jest co sprzedać, jeszcze tym razem, jakoś to wszystko zorganizujesz. I choć kolejna klinika odmawia ci przyjęcia, kolejny szpital tłumaczy brakiem sprzętu, ty nie przestajesz szukać. Choć podła bezsilność, znowu śmieje ci się prosto w twarz.

Pozwalać sobie na zwątpienie, możesz rzadko. Bo jeśli ty się poddasz, on straci oparcie, a bez niego przegra każdą bitwę. Dlatego uśmiechasz się na przekór, dźwigasz kolejny dzień, bo wiesz, że warto.  Dla jeszcze jednego spaceru, dla jeszcze jednej sprzeczki, dla jeszcze jednego – kocham cię mamo. I nagle uświadamiasz sobie, że za wami kolejny miesiąc i rok. Że za chwilę matura a za oknem czeka, kolejna miłość. Ta już na zawsze, zanim nie przyjdzie kolejna. I odbierasz nasty telefon ze szkoły, słuchasz o wagarach i marszczysz brwi. I myślisz sobie po cichu, że przecież bywa normalnie. I skoro już tyle przeszliście, to pokonacie kolejną burzę. Bo jedyne co mogłoby was zniszczyć, to brak miłości. A patrząc w oczy swoje dziecka wiesz, że to niemożliwe. Bo choroba może wam zabrać wszystko, tylko nie siebie.

Bezsilność, to potwór, który żyje dzięki cierpieniu drugiego człowieka. Karmi się każdą, nieprzespaną nocą, poi łzami a swoją moc czerpie, z paraliżującego strachu. Nie można się jej pozbyć, ale można osłabić i zamienić w siłę. Przecież nie ma większej mocy, niż kochające serce matki. Nie istnieje broń, potężniejsza od wiary. Od nadziei, która podobno, odchodzi ostatnia.  Podobno.  Bo ta matczyna, nie umiera nigdy.


Zobacz także

Fot. Screen/You Tube

Pokaż ten film swoim rodzicom i dziadkom! 4,5 godziny to czas, który może uratować im życie

Fot. Materiały prasowe

Mercure Fashion Night by Dorota Goldpoit

7 grzechów głównych tych, którzy chcą cię uszczęśliwić za wszelką cenę

7 grzechów głównych tych, którzy chcą cię uszczęśliwić za wszelką cenę