Mam dość poczucia winy tylko dlatego, że nie zostałam matką. Nie chcę mieć dzieci, czy to czyni ze mnie niepełnowartościową kobietę?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
30 października 2017
Fot. iStock/olaser
Fot. iStock/olaser
 

„Nie chcę mieć dzieci” – wykrzyczałabym całemu światu, żeby nie słyszeć tych wszystkich pytań: „A wy kiedy?”, „Czy na was to już nie czas?”, „Bez dzieci chcecie żyć?”.

Czuję się jak trędowata, kiedy pojawia się temat dziecka, te spojrzenia, przemilczenia, ten oceniający mnie wzrok. Skoro nie chcę mieć dzieci, to nie mogę być pełnowartościową kobietą? Naprawdę tak trudno zrozumieć, że nie chcę być matką?

Nigdy nie usłyszałam: „Masz do tego prawo”, „Jak nie chcesz, nie musisz”. Co najwyżej padało pełne pogardy: „No dobra, to przecież twoja sprawa”, gdzie za tymi słowami brzęczało: „… ja tego nie rozumiem”, a jeszcze częściej: „nie akceptuję tego”. Tylko tak naprawdę co mnie obchodzi, że ktoś nie akceptuje mojej decyzji, ja od nikogo tego nie wymagam. Nie chcę mieć dzieci i czekać aż znajomi, przyjaciele czy rodzina przyklasną i powiedzą, że to moje życie i mogę z nim robić, co chcę.

Otóż nie mogę, bo każdy oczekuje, że dostosujemy się do ogółu, że jednak wpiszemy się w ściśle określone ramy i wymagania. Żona, kobieta pracująca i matka. Nawet, jak tak nie myślisz, to w końcu obudzi się w tobie głęboka pogarda dla kobiety, która decyduje inaczej.

Tak wiem, kim jestem. Już to słyszałam.

Jestem egoistką – bo jak można żyć na tym świecie nie dając życia kolejnym pokoleniom. Jestem egoistką, bo myślę tylko o sobie, bo dzieci to nie wygoda, jaką mam dzisiaj. Czasami się zastanawiam, ile matek, które to mówią, marzy, o tym, żeby jednak matkami nigdy nie zostać… Ile w nich zazdrości tej – tak przez nich zwanej – „wygody”, którą ja podobno stawiam ponad posiadanie dzieci. Skoro dla nich moje życie jest wygodą, to dlaczego one go nie wybrały? Przecież nikt nie ma prawa zmuszać nas do posiadania dzieci.  Każda z nas może powiedzieć: „Nie chcę”. Tymczasem, to niewłaściwe, kobieta nie ma prawa nawet tak myśleć, bo przecież po to chodzi po tej ziemi, żeby rodzić dzieci. Ciekawe, co na to mężczyźni wygłaszający takie teorie, które ja sama często słyszę. Co, gdyby okazało się, że oni też mogą zachodzić w ciążę, ilu z nich zdecydowałoby się na dzieci, uznałoby to za swój obowiązek, porzuciłoby swoje życie w imię tego, by zostać rodzicem? Tak im łatwo wyrażać swoje opinie, kiedy mówią: „o kobietach takich, jak ja”, w domyśle „tych złych, bo niepokornych”?

Mam znajome, które tuż przed 40-tką wpadły w panikę. Nagle pojawiła się akcja #muszęmiećdziecko. Kiedy jedną z nich pytałam: „Dlaczego?”, usłyszałam, że przecież to już ostatni dzwonek, że ktoś musi jej podać szklankę wody na starość, że no w końcu muszą wziąć odpowiedzialność za czyjeś życie. I nie chcą odpowiadać na pytania: „kiedy wy?”. Serio? To są powody, dla których warto posiadać dziecko? Mnie nie przekonują.

Nie jestem ignorantką. Długo szukałam w sobie chęci zostania mamą. Przez kilka lat po ślubie oszukiwałam siebie i innych, że tak, że już jestem gotowa i pewnie za kilka lat będziemy mieć dziecko. Mówiłam to głośno chcąc sama w te słowa uwierzyć i się do nich przekonać. Ta obsesyjna myśl, że muszę chcieć zostać matką, trzymała mnie w miejscu. Kilkanaście lat pracowałam w korporacji, bo słyszałam: „Jak zajść w ciążę, to lepiej pracując tutaj, bo wszystkie świadczenia będziesz miała i zawsze muszą cię przyjąć po macierzyńskim z powrotem”. Pozwalałam sobie to wmówić.  Myślałam: „No tak, nie mogę zmienić pracy, bo co jak zajdę w ciążę, jak się zdecyduję, jak jednak spróbujemy?”. I tkwiłam w firmie, w której się nie rozwijałam, a która miała zabezpieczyć mnie  i moje życie, gdybym zdecydowała się na dziecko. Jak jakiś cholerny dramat w trzech aktach. Rozwijałam swoje pasje, myślałam o własnym biznesie, ale nie, przecież dziecko, jeszcze nie możesz. Wiesz, jaka jest kolejność, znasz reguły: najpierw dziecko, później kariera i myślenie o sobie, jak jeszcze starczy ci na to siły.  Nie ma innej możliwości.

Słyszałam, że nie jestem prawdziwą kobietą, bo brak mi wrażliwości i empatii, bo jak inaczej wytłumaczyć brak chęci posiadanie dziecka? Pytano, czy pochodzę z rozbitej rodziny, że może moja niechęć do roli matki została we mnie zakorzeniona w dzieciństwie. Być może, ale jakie to znaczenie, czy wieloletnia terapia ma zmienić moje nastawianie, z którym jest mi dzisiaj dobrze?

Dlaczego nie mogę głośno mówić, że nie chcę mieć dzieci? Dlaczego tak bardzo innych to kłuje w oczy, obrusza? Przecież to mój wybór, moje życie. Inni są szczęśliwi z dziećmi – cudownie, ja jestem szczęśliwa bez nich. Lubię moje życie, lubię tę swobodę, którą mam, lubię to, że w końcu mogę się realizować. Że kiedy dopuściłam do siebie myśl, że nie chcę być mamą, rzuciłam pracę, zaczęłam rozwijać swoją pasję, pomyślałam w końcu bez strachu o własnym biznesie, bez tych ciągłych rozterek: „a co jak jednak będziesz chciała zajść w ciążę”. Nie chcę. Mam 38 lat i nie chcę być mamą. Dziś o tym wiem, wiele lat zagłuszałam to w sobie, ale taka jest prawda. Są kobiety, które nie myślą o własnych dzieciach.

Pamiętam czas, kiedy celowo odwiedzałam znajomych z małymi dziećmi mając nadzieję, że ten osławiony zapach noworodka wzbudzi we mnie macierzyńskie uczucia. Że może wzięcie na ręce takiego maluch sprawi, że poczuję jakieś ukłucie, cokolwiek, co pozwoli mi odetchnąć i stwierdzić, że jestem gotowa na to, czego inni ode mnie oczekują. Że wszystko jest ze mną w porządku, bo przecież niechęć do rodzicielstwa jest czymś poza normą, czymś co najmniej niewłaściwym.

Nie jestem gorszą od tych wszystkich kobiet, które mają dzieci. Tylko tym się od nich różnię, tymi dziećmi. Poza tym mam te same pragnienia i marzenia. Chcę spokoju, chcę realizować siebie, chcę podróżować, poznawać nowych ludzi, chcę wyjść na imprezę, chcę od czasu do czasu pospać dłużej, a innym razem wstać wcześniej i pójść pobiegać. Każda z nas tego chcę, z tą różnicą, że ja nie chcę mieć dzieci. Ja i wiele innych kobiet, które boją się do tego przyznać, które mają nadzieję, że urodzą i jakoś to będzie. Być może, pewnie tak, ale czy na pewno? Nie chcę ryzykować. Chcę zostawić tokobietom, które są pewne swojej decyzji, które czują, że nie, że powinny, tylko, że zwyczajnie chcą. To podobno naturalne, podobno wybrakowane są kobiety, które tego nie czują.

Ja nie czuję się wybrakowana. Wręcz przeciwnie, czuję spokój, że w końcu pozwoliłam sobie na „niechcenie” dzieci, że ściągnęłam z siebie presję otoczenia. Że zawalczyłam z poczuciem winy, w którym czułam się osamotniona, bo jak to mieć wyrzuty sumienia, że nie chce się być matką. „To zrób sobie dziecko i bądź”. Ale co jeśli ja nie chcę? Spróbujcie nie chcieć mieć dzieci. Tylko wtedy zrozumiecie, jak ogromna jest presja wywierana na bezdzietnych małżeństwach. „Tyle ludzi chce mieć dzieci i nie może, nawet nie wiecie, jak grzeszycie myśląc tylko o sobie”. To słyszą pary, kobiety bez dzieci.

W końcu pozwoliłam  sobie na to, by przestały mnie ranić te wszystkie egoistki, wygodnickie, bez serca. A kim jest matka, która nie pozwala swojemu dziecku na samodzielność, która nie chce wypuścić go w jego własne życie? Czy nie jest egoistką? Która z nas jest gorsza?

Chcę decydować i z pełną świadomością mówić „nie”, jeśli tak czuję i jestem tego pewna, a nie gdy ktoś inny próbuje na moim życiu i moich decyzjach dokonać gwałtu wmawiając, ze coś jest moim obowiązkiem, coś, na co nie ma we mnie zgody.

Nie potrzebuję waszych ocen, tłumaczeń, że nie wiem, jak to jest, że może to być pomyłką mojego życia, że może jednak warto pomyśleć, bo zegar tyka, a co jak kiedyś będę tej decyzji żałować. Dlaczego tak trudno zrozumieć, że ja nie chcę, że nie czyni mnie to gorszej i pomimo wielu prób udowadniania sobie, że być może jest inaczej, myślenia o sobie, że coś ze mną jest nie tak, dzisiaj daję sobie prawo do tego, by przed sobą i każdym, kto mnie o dzieci zapyta powiedzieć: „Nie chcę być mamą”. Po prostu. I nie chcę czuć się winna z tego powodu.

 


O miłości, małżeństwie, życiu i śmierci – mocno, ale z dystansem. 10 niezapomnianych myśli Marii Czubaszek

Redakcja
Redakcja
31 października 2017
Następny

Czy jest ktoś, kto przynajmniej nie słyszał o Marii Czubaszek? To chyba niemożliwe, bo nie sposób było ignorować jej obecności w mediach, tego co pisała i mówiła. A mówiła bardzo konkretnie, nie ubarwiała świata, bo nie widziała takiej potrzeby. Jej obserwacja rzeczywistości zawsze skutkowała celnymi uwagami. 

Miłość, małżeństwo, niechęć do posiadania dzieci, życie i śmierć — mówiła o tym mocno, ale z dystansem, który jednych oburzał, a w innych wzbudzał szacunek dla uczciwości i odwagi. Otwarcie przedstawiała własny punkt widzenia, mimo kontrowersji, jakie wywoływała, nie widziała powodu by milczeć. Była nietuzinkowa, choć sama o sobie tak nie myślała, a wręcz przeciwnie, ironizowała wiele ze swoich cech, choćby „mało nachalną” urodę. Pozostawiła po sobie pustkę, w której pobrzmiewa wiele z jej myśli, po które zawsze warto sięgać. I starać się postępować wg jej ulubionej maksymy „Żyj lekko, bez ciśnienia, nie stwarzaj problemów”. To jedna z wielu rzeczy o których mówiła, a dziś z sympatią przypominamy 10 innych, tak samo ważnych przemyśleń o życiu.

źródło: Wywiad dla ohme.pl, www.wyrwanezkontekstu.pl, www.styl.pl

„A przecież miałam być inna…”. Jak to się dzieje, że powielamy błędy naszych rodziców

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 października 2017
Fot. iStock/m-gucci
Fot. iStock/m-gucci
 

Ile razy zdarzyło wam się, po jakiejś kłótni z partnerem albo trudnej rozmowie z dorastającym dzieckiem, stanąć przed lustrem i pomyśleć: „Boże, jestem taka sama jak moja matka”? Ile razy złapaliście się na tym, że zaczynacie iść tą samą ścieżką co wasi rodzice, choć przecież baliście się tego panicznie od momentu dorastania?… Powtarzamy błędy rodziców, bo pewne schematy odcisnęły na nas zbyt mocno swoje piętno, weszły nam w krew. Powtarzamy je również dlatego, że tak bardzo się tego obawiamy…

Historia M. jest dość prosta. M. dorastała w tak zwanej „dobrej rodzinie”, z ojcem alkoholikiem, którego jej matka kryła przez kilkanaście lat picia. Właściwie kryła go cała rodzina – M. i jej młodszy brat również. Tylko dzięki mamie, która dwoiła się i troiła, żeby dom jakoś funkcjonował – dzieci miały zawsze co jeść i w co się ubrać, były zawsze przygotowane do szkoły. Tylko nie potrafiły zaufać, otworzyć się przed nikim.

I oczywiście, to nie prawda, że córka alkoholika wybierze sobie na męża faceta z problemem z uzależnieniami. Ale M. wybrała partnera, którego również musiała „kryć” przed całym światem. Klasyczny, toksyczny związek: on – domowy tyran, ona – milcząca ofiara, zapewniająca wszystkich wokół, że „wszystko jest w najlepszym porządku” . Od razu odnalazła się w tej roli. Jednocześnie nieszczęśliwa i pozornie „bezpieczna”. Nie może nikomu powiedzieć, bo „o tym” się nie mówi. Swoje brudy pierze się we własnych czterech ścianach. A poza tym, może ona na to zasłużyła?

M. jeszcze dojrzeje do odejścia. Zaczyna rozumieć, że jeśli tego nie zrobi, skończy jak jej matka: obudzi się w wieku 55 lat z przekonaniem, że przegrała swoje życie, spędziła je z kimś, kto jedynie ciągnie ją na dno. Że poświęciła swoje ambicje zawodowe, zaniedbała swój rozwój, a co najważniejsze – zdrowie emocjonalne swoich dzieci by ratować kogoś, kto nie chciał być uratowanym. Kto wybrał uzależnienie.

Albo historia K., która wychowuje samotnie dwoje dzieci. K. odeszła od męża, bo wydało jej się, że się zakochała. Tak naprawdę nie potrafi nikogo pokochać. Ciągle poszukuje tylko tej adrenaliny, która pojawia się, gdy poznaje jakiegoś mężczyznę i zakochuje się, całuje go pierwszy raz.

K.nie umie się dogadać ze swoją starszą córką. Z młodszą jest o tyle łatwiej, że to ona „dba” o tę relację. K. nie jest pewna, dlaczego, ale nie czuje tej bliskości, nie potrafi przełamać lodów. Nie rozumie tego, przecież dokładnie tak samo wyglądały jej relacje z matką, zimną, wymagającą. Matką, która nigdy jej nie przytuliła, nigdy nie zainteresowała się jej problemami, smutkami. Matką, której twarz kojarzy jako maskę – bez uczuć. Kiedy zaszła w ciążę, obiecała sobie, że ona będzie inna. Że każdego dnia da swoim dzieciom odczuć, jak bardzo są dla niej ważne, jak mocno je kocha. Ale kiedy pojawiły się na świecie jej dwie córki, przeraziła się, że nie umie ich pokochać, tak jak powinna. Od początku tworzyła dystans. Nie, nie zaniedbywała ich pielęgnacji, szkoły, była dobrą… „opiekunką”. Ale kiedy mogła, uciekała w romanse, bo męża nie kochała już dawno. Szukała tam bliskości i ciepła, spełnienia, bezpieczeństwa. I jeszcze go nie znalazła. Czy kiedyś znajdzie? Nie wie. Chciałaby być inna dla swoich dzieci. Ale tak bardzo boi się, że nigdy się tego nie nauczy. Ma poczucie winy i obwinia jednocześnie swoich rodziców za to, jaka jest.

Prawda jest jednak taka, że jako dorośli, mając świadomość swoich trudnych doświadczeń z dzieciństwa, mamy w ręku wszelkie narzędzia potrzebne do tego, żeby w porę zawrócić z utartych ścieżek, by wybrać inną drogę. Wygodnie jest wmówić sobie: „to wina rodziców, nic z tym nie zrobię”,  dużo ciężej podjąć pracę nad sobą, poświęcić czas i energię na to, by się zmienić. By zrozumieć, jaką rolę odgrywają w naszym życiu relacje z rodzicami, czy mamy szansę wreszcie wziąć odpowiedzialność za własne życie.


Zobacz także

Fot. iStock / csheezio

„Świat jest wspaniały… ale gdy go obserwuję dłużej, to mam w głowie jedno – ten świat się pomylił”. Akcja „Napisz nam swoją historię”

Fotomontaż istock / Pixabay CC0

Pamiętaj Kochany synku że ja w każdej chwili, jestem dla Ciebie wsparciem. Akcja „List do dziecka”

Fot. iStock

I wiesz, co najbardziej w święta doceniam? – CISZĘ. Akcja „A co ty byś sobie podarowała w prezencie”