Dla rodziców wakacje z dziećmi są bardziej stresujące niż praca zawodowa – mówią wyniki badań

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 lipca 2018
Fot. iStock/Geber86
 

Rodzice pracujący zawodowo woleliby sprostać stresowi związanemu z obowiązkami zawodowymi niż perspektywie wakacji rodzinnych, mówią badania. Aż dwie trzecie rodziców przyznało, że uważają wyjazd na wakacje z dziećmi za przedsięwzięcie o wiele bardziej stresujące niż codzienne wyjście do biura, nawet jeśli mają wymagającego szefa.

Około 65 procent rodziców twierdzi, że tygodniowe wakacje z dziećmi odbijają się na ich systemie nerwowym o wiele bardziej negatywnie niż praca w pełnym wymiarze godzin, a prawie połowa  przyznaje, że (nauczona złym doświadczeniem) raczej nie planuje rodzinnych urlopów.

Gdzie leży problem? W ciągu roku dzieci są zajęte – chodzą do szkoły, na dodatkowe zajęcia, korepetycje, ich czas jest zorganizowany. Dzień mija niepostrzeżenie. Gdy „odpada” nam szkoła i dzieci przebywają w domu, organizacja zajęć spada na rodziców. I tu pojawiają się kłopoty. Po pierwsze okazuje się, że nie potrafimy być z własnymi dziećmi, a wspólne spędzanie czasu sprowadza sie do godzenia kłócącego się rodzeństwa i wymyślaniu gier i zabaw. Po drugie,  nie chcemy jechać na wakacje bo aż 60% z nas tak bardzo boi się tego, z czym będziemy musieli się zmierzyć po powrocie do pracy (zaległe zadania, e-maila na które musimy odpowiedzieć, niedokończone projekty), że popadamy we frustrację. W rezultacie po powrocie z wyjazdu jeszcze bardziej potrzebujemy odpoczynku…

Jaka jest na to rada? Odpuścić i „oswoić’ rodzinne wyjazdy. Nie dążyć do tego, by były perfekcyjnie zorganizowane, pozwolić sobie na spontaniczność. I nie być tak bardzo „serio”…


Na podstawie: www.dailymail.co.uk

 


Nie zagwarantujesz mi, że kiedy się wyleczysz ze swoich ran, nadal ze mną będziesz. O mężczyźnie, który nie wiedział na czym polega miłość

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 lipca 2018
Fot. iStock/yacobchuk
 

Ty i twoje sekrety… Widzisz, dziś przyszedł dzień, kiedy nareszcie zrozumiałam: nie umiem ci pomóc, ale umiem pomóc sobie. To znaczy, umiem cię uratować – raz, drugi, trzeci. Umiem być wsparciem, umiem się poświęcać, zapewniać cię o swojej miłości i opowiadać, jak będzie pięknie, kiedy pojedziemy razem na Mazury. Ale nie uratuję cię. Sam musisz sobie poradzić ze swoimi problemami. Jedyne, co mogę teraz zrobić, to uratować siebie przed tobą. Bo nie dostaję od ciebie nic w zamian. Bo cierpię, gdy raz po raz otwierasz się przede mną, by za chwilę wycofać się z przepraszającym uśmiechem.

Umiem tworzyć wizję naszego szczęścia, naszego domu, naszego „razem”. Tylko dla kogo? Dla siebie samej? Pamiętam, kiedy raz jeden jedyny, otworzyłeś się przede mną. A może wcale się nie otworzyłeś, tylko chciałeś mnie jeszcze mocniej ze sobą związać. Powiedziałeś wtedy: „marzę o domu nad jeziorem. I o tobie, bo tylko przy tobie mogę być sobą.” Wiesz, żyłam tymi słowami przez całe tygodnie. Przecież ty nie mówisz o uczuciach. Twoje „kocham cię” to wydarzenie. Taka deklaracja  wtoich ustach musi znaczyć, że jestem dla ciebie ważna.

Minęło kilka tygodni. To był koniec wspólnego weekendu. Cudownego, wspólnego weekendu. Przypomniałam ci o domu nad jeziorem. O mnie. Trzymałeś mi głowę na kolanach, kiedy oświadczyłeś nagle:  „Mówiłem, że nie wyobrażam, sobie przyszłości bez ciebie? Ale wiesz, to było w żartach. Ja nie wiem, czego tak naprawdę chcę. Ale Cię kocham”.

Zabolało, znowu. Nie wiem, co przeżyłeś w innych związkach, czego się boisz w naszym związku. Nie mówisz mi o tym. Wiem tylko, że twoje uczucia do mnie przypominają wahadło. Wychylasz się, by się do mnie zbliżyć, sięgnąć po bliskość i to, czego potrzebujesz, a potem wracasz do siebie, zamykasz w sobie na nowo. I jeszcze to, że ja sięgnąć po twoją bliskość, tę emocjonalną, nie mogę. Zbywasz mnie, gdy proszę o słowo wsparcia. „Poradzisz sobie” – słyszę.

Dziś znowu to się stało. Napisałeś kilka zdań, że się boisz, że nie spałeś całą noc. Idziesz na jakieś spotkanie ze znajomymi, ktoś się żeni, zaproszono cię. Że boli cię brzuch z nerwów, bo będziesz widział osoby,  z którymi dawno nie rozmawiałeś. Myślę rozsądnie: normalny człowiek tak nie reaguje. Tu musi być „drugie dno”. Pytam. Wprost. Nie odpowiadasz, albo mówisz wymijająco: „to nic takiego, niz niezwykłego”. I jeszcze „nie łatwo mi o tym mówić”. Nie wiem, co się dzieje.

Boję się, coraz bardziej. Nie tak powinien wyglądać związek dwóch kochających się osób. Nie zagwarantujesz mi, że kiedy się wyleczysz ze swoich ran, nadal ze mną będziesz.

Tyle w tobie tajemnic. I nie chcesz się nimi dzielić. Rozumiem to i szanuję. Tylko zobacz, za każdym razem, gdy jest ci źle, bo coś do ciebie „wraca”, jakaś nieuporządkowana sprawa, jakieś emocje związane z wydarzeniami twojego życia, o których nigdy nie powiedziałeś mi nic konkretnego, wysyłasz mi krótkie sygnały: „cierpię, nie radzę sobie, potrzebuję cię”. Angażujesz mnie w swoje emocje, nie dając wiele w zamian i nie tłumacząc, co się z tobą dzieje.

Kochanie, zrób porządek ze swoją przeszłością. Zakończ swoje historie, które tego wymagają. Nie chcę być nagrodą pocieszenia, chwilowym plasterkiem na twoje rany. Nie chcę się domyślać i biec do ciebie „na sygnale”, wymyślać pokrzepiających SMS-ów i zapewniać cię o mojej miłości wiedząc, że i tak nic mi nie opowiesz.

Zasługuję na prawdę, na zaufanie, na szczerość. Na to, by wiedzieć. By móc robić plany.

Kochanie, skończ z przeszłością. Jeśli to zrobisz i poczujesz, że mnie kochasz, wróć. A jeśli uwolnisz się z sukcesem od ran, które ci zadano i zrozumiesz, że byłam w twoim życiu tylko po to, by ci w tym pomóc, bądź szczęśliwy. Dla mnie to o wiele za mało. Ja nie chcę być jedynie „pocieszycielką”.

 


104-letni doktor dzieli się sekretem długiego i szczęśliwego życia

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 lipca 2018
Fot. iStock

Jaki jest sekret długiego, zdrowego i satysfakcjonującego życia? Prawdopodobnie odpowiesz zaraz, że by je osiągnąć, powinniśmy odpowiednio się odżywiać i korzystać z badań kontrolnych.  Jest jednak taka osoba, która twierdzi, że sprawa polega zgoła na czymś innym. Poznajcie doktora Shigeaki Hinohara, Japończyka, który skończył 104 lata.

Tak, właśnie – ma 104 lata i mimo wszystko nadal żyje zdrowym, szczęśliwym i aktywnym życiem w Japonii. Co więcej, napisał o tym ponad 150 poradników. Można powiedzieć, że stanowi „żywy dowód” na poparcie swoich tez . Zdaniem doktora, aby żyć długo i szczęśliwie, trzeba żyć pełnią życia i po prostu się nie martwić. I choć nie jest dokładnie tak, że im bardziej się martwisz, tym krócej będziesz żyć, istnieje pewna korelacja między poziomem smutku a długowiecznością.

Dr Hinohara nadal pracuje 18 godzin dziennie, ale nigdy nie brał udziału w wyścigu szczurów, nigdy nie rywalizował o bogactwo ani sukcesy zawodowe.

Oczywiście, miło jest mieć pieniądze, ale nie musisz marnować życia, zarabiając milion. Znacznie lepiej jest zrobić coś, co absolutnie kochasz, a co przynosi ci dokładnie tyle pieniędzy, ile potrzebujesz, ani mniej ani więcej.

W parze z tą kluczową dr Hinohara daje nam inną: przestańcie się tak bardzo martwić. Oczywiście, łatwiej powiedzieć, niż zrobić, ale według dr. Hinohary życie jest nieprzewidywalnym łańcuchem zdarzeń, a martwienie się o to, co się wydarzy, a co nie, spowoduje stres, który może wywołać depresję i inne problemy. O wiele lepiej jest pozostać pozytywnym.

Poza tym, powinniśmy pozostać aktywni fizycznie: wybierz schody zamiast windy, kontroluj zdrowie swojego mózgu i planuj wszystko z wyprzedzeniem. Dr Hinohara już zarezerwował sobie bilety na Igrzyska Olimpijskie w 2020 roku w Japonii.

Ważne jest, aby pozostać zmotywowanym – zawsze szukaj inspiracji. Nie martw się, bądź szczęśliwy.


Na podstawie: ladbible.com

 


Zobacz także

Ludzie przychodzą i odchodzą

Ludzie przychodzą i odchodzą. Lubię myśleć, że wszyscy oni przychodzą do nas po coś

Jak unikać negatywnej energii? Zrób to w 9 krokach

„Chcę mieć dziecko”. Ona przejmuje kontrolę, a on gubi odpowiedzialność. Pragnienie, które buduje lub niszczy