Czego rodzic NIE POWINIEN robić z dzieckiem? – krótka lista naszych grzechów.

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
17 grudnia 2016
13966480422_20aa820591_b
 

Nie pisałam dość długo, ponieważ ostatni tydzień spędziłam z dzieckiem w szpitalu. Byłam wycięta z życiorysu. Poza diagnozą wyszłyśmy z infekcją. Obie zakatarzone leczymy się w domu. (Pozdrawiam dziadka z gruźliczym kaszlem który przyszedł do szpitala odwiedzić 2-miesięcznego wnuka, który był tylko jeden dzień na badaniach. Cały pokój zarażony, mama i chory dziadek zabrali dziecko i poszli sobie szybciej niż przyszli).

Tak czy siak pobyt w szpitalu nie jest niczym miłym. Codziennie pobrania krwi, badania, ważenie, tłum ludzi, lekarze, pielęgniarki, studenci, płacz innych dzieci 24h, noszenie dziecka na rękach cały czas, zmęczenie, brak snu (mojego, bo wiadomo…). Rodzice – różni. Jedni super inni nie, więc zawsze trafi się ktoś kto zacznie wkurzać i ktoś z kim można było mimo porozmawiać.

Jakie wnioski? Rodzice dzieci, którzy spędzają w szpitalu tygodnie czy miesiące to herosi! Podziwiam naprawdę! Widząc matkę, która już czwarty raz odprowadza swoją 8-miesięczną córkę na blok operacyjny nie dało się rozbeczeć w szpitalnej toalecie, albo rodziców dziecka, które ma 3-miesiące waży ledwie 3 kg i traci cały czas na masie albo chłopiec z galaktozemią, który prawie zmarł zanim otrzymał diagnozę.

Natomiast nie byłabym sobą gdybym nie przyczepiła się do kilku rzeczy, które nie są obojętne dla zdrowia naszych dzieci, czyli czego NIE POWINNI RODZICE ROBIĆ z dziećmi:

  1. ŚLINIENIE SMOCZKA
    Przyszła do naszego pokoju mama z kilkumiesięczną dziewczynką z pretensją do personelu, że dziecko złapało pleśniawki. W tej chwili dziecku wypadł z buzi smoczek i upadł na podłogę. Mama od razu go podniosła, wsadziła sobie do buzi, oblizała i wsadziła dziecku. Następnie dalej kontynuowała jak to jest źle w szpitalu, że dzieci pleśniawki łapią… Kochani Rodzice! Wiecie ile macie bakterii w swoich ustach? Masę! A wiecie, że wiele z nich jest niebezpieczne dla niemowląt? Właśnie w ten sposób dzieci łapią pleśniawki, afty, zarażają się pruchnicą… To, że Droga Mamo, dziecko wyszło z Twojej pochwy i pije mleko z Twojej piersi, nie oznacza, że wszystkie Twoje zarazy są dla dziecka w porządku! Bo nie są! NIE LIŻEMY smoczków czy butelek dziecka, nie jemy tą samą łyżką, nie pijemy z tego samego kubka czy butelki, nie całujemy w usta. Jak smoczek upadnie, trzeba go umyć a najlepiej wyparzyć. 
  2. CIUCIANIE I PLOSIENIE
    Byłam w pokoju z matką, która nie wymawiała dobrze „R”. Nie była to duża wada, jak się postarała to mówiła ładnie. Natomiast do swojego 3-miesięcznego synka mówiła ciągle: „Mój Ty looobacckuuu kochanyy! Taaak?? to jest lowelek? Moje ty ciuciu misiocku!” . Potem owa pani opowiadała, że problemy z „R” ma od dziecka i zawsze dzieci się z niej śmiały. Pytam więc grzecznie, czy nie uważa więc, że nie powinno się „ciuciać” do dziecka, bo uczy się w ten sposób mówić nieprawidłowo i czy nie lepiej mówić normalnie oczywiście na tyle ile sama Pani jest w stanie wymawiać „R”? Odpowiedź: „Gdzie tam! moja mama też tak do mnie mówiła i jest dobrze!” No to już wiemy skąd Pani Mama nie mówi „R” i skąd jej syn prawdopodobnie też nie będzie mówił „R”. Ponoć dwoje starszych dzieci też mają z tym duży problem, więc mama uznała, że to wada genetyczna :). Oczywiście wady wymowy, zgryzu się zdarzają, ale do dzieci trzeba mówić NORMALNIE, żeby tego uniknąć. Bez „plosienia” i „lowelku” czy „smoćka”.
  3. PCHANIE SMOCZNA NA SIŁE
    Druga mama z którą byłam w pokoju uważała, że smoczek jest ratunkiem na wszystko. Dziecko wypluwa, mama na siłe wpycha smoczek do buzi, dziecko płacze, głodne, zmęczone – mama pcha smoczek do buzi. I jeszcze się żali, że mąż zapytał „po co wkładasz mu ten smoczek skoro on teraz nie chce?” a ona: „no bo MUSI SIĘ NAUCZYĆ I ZAŁAPAĆ PO CO ON JEST!”. No chłopiec ewidentnie wiedział do czego służy smoczek i czasami faktycznie ssanie go sprawiało mu przyjemność i zapewniało spokój, ale w wielu sytuacjach miałam wrażenie, że go jeszcze bardziej wkurzał i wywoływał stres i nerwy. W efekcie dziecko płakało 24h. Jedyny moment podczas którego nie płakało to był sen. Budziło się – płacz, jadło – płacz, zmiana pieluchy – płacz, moczek w buzi – płacz i tak w kółko. Jak płakał i buzie miał otwartą to mama przytrzymywała smoczek na siłe, żeby nie wypadł. Dziecko płakało ze smokiem w buzi. Rodzice! Dziecko samo powinno zdecydować kiedy ma ochotę na smoczka! Nie zmuszajmy dzieci do tego czego nie chcą! To tortura :(
  4. TELEWIZOR
    Wspomniana wyżej mama żaliła się, że dziecko jest płaczliwe i niespokojne, ale nie było takie od początku… pierwsze tygodnie były ok, a potem „im starszy tym bardziej wrzeszczący i marudny”. Zapytałam czy cokolwiek pomaga mu się uspokoić. Odpowiedź mamy: „no pewnie! Siadamy przez telewizorem i on od razu się uspokaja! I z jakim zaciekawieniem patrzy na zmieniajace się obrazy!” (Dodam, że dziecko ma obecnie 3-miesiące). NIE NIE NIE I JESZCZE RAZ NIE! Dzieci do 2 roku życia nie powinny oglądać telewizji w ogóle! Pomijając, że psuje im to jeszcze nie wykształcony wzrok to powoduje nadwrażliwość układu neurologicznego (jest jeszcze sporo innych argumentów na NIE – poczytajcie o tym dlaczego nie pozwalać takim maluchom oglądać TV), który cały czas się rozwija. A my w ten sposób ten rozwój zaburzamy. Dzieci są rozdrażnione, płaczące i tylko możemy im zaszkodzić. Wspomniana mama ma też córkę, 5-letnią. Stwierdziła, że córka ma ADHD. Na szczęście usłyszała to szpitalna psycholog i pociągnęła temat. Wyszło, że córka (raczej) nie ma ADHD, tylko cały dzień ogląda TV, jednocześnie bawiąc się, rysując itd. W ten sposób dziecko nie potrafi się skupić, jest pobudzone, rozdrażnione. Po prostu tak się nie powinno robić. Na koniec dodam, że mama była zaskoczona, że w sali dla niemowląt nie ma telewizora 😉
  5. DOPAJANIE CUKREM
    Myślałam, że już się od tego odeszło, ale jednak nie. Jedna pani stwierdziła, że woda dla jej 4-miesięcznej córki jest niesmaczna, bo ona sama woli wody smakowe, więc postanowiła swojemu dziecku dawać do picia wodę… z cukrem. Jak to usłyszała pielęgniarka oddziałowa i dietetyczka dziecięca to mama miała dłuuuugi wykład na temat zdrowotności takich zachowań a raczej ich braku (m.in. sprawy związane z otyłością, pruchnicą, wprowadzanie złych nawyków żywieniowych itd)
  6. CHODZIKI I INNE
    Z jedną mamą wdałam się w dyskusje na tematy ortopedyczne. Mama się żali, że 6-letni syn ma problemy z bioderkami, koślawi nóżki, ma płaskostopie, a jej 2-letniej córce robi się to samo. Mówi, że rehabilitacja, korektywa, ćwiczenia blablabla… Rzuciłam coś, że współczuję i że teraz trzeba uważać, bo czasami rodzice za szybko zmuszają dzieci do siadania/chodzenia/wsadzają w chodziki itd. Mama mówi: „no u nas chodziki to była podstawa! Jak tylko jedno i drugie usiadło to od razu wsadziłam w chodzik, żeby nauczyło się chodzić!”. No więc już wiadomo skąd te problemy ortopedyczne… Dzieci jak będą gotowe wstać to same wstaną! Nie przyspieszajmy ich rozwoju na siłę! Chyba, że faktycznie są opóźnienia, ale to zdecyduje o tym tylko i wyłącznie lekarz.
  7. PANIKA I HIPOCHONDRIA
    Wiadomo, że wszyscy martwimy się o nasze dzieci, ale nie wszystko jest oznaką choroby. Mama, która była z nami w pokoju (ta od „lowelku” i „smoćka”) była straszną panikarą. Dziecko lekko zakrztusiło się mlekiem to ona zamiast przełożyć go przez ramię i poklepać, zaczęła drzeć się na cały oddział do dziecka „ODDYCHAJ! ODDYCHAJ! POMÓŻCIE!” zrywając na nogi cały personel medyczny. W efekcie dziecko miało „odruch MORO”, a mama uznała, że to bezdech, bo on się krztusi a potem robi się sztywny :) (i w sumie z tym „dziwnym atakiem” trafili do szpitala, co później okazało się zwykłym zakrztuszeniem i odruchem moro. Ale dalej…). Uznała, że 3-miesięczne dziecko, które od czasu do czasu zakrztusi się mlekiem, bo za szybko pije, to patologia i choroba. Potem jak dziecko zaczęło puszczać bąki to biegła do lekarza, że on ma wzdęcia i trzeba dać mu Espumisan, potem zdarzyło mu się ulać troszkę, to stwierdziła, że on ma refluks (inna sprawa, że jak widziałam jak go klepie po jedzeniu do odbicia to nie dziwne, że ulewał…). Może byłabym to w stanie zrozumieć, gdyby to było jej pierwsze dziecko. Ale to już trzecie!
  8. KARMIENIE NA LEŻĄCO I BEZ KONTROLI
    Inna mama nauczyła swojego 2-miesięcznego malucha pić z butelki na leżąco. Pomijam ryzyko zakrztuszenia, ale załóżmy, że łóżeczko jest trochę wyżej, więc nie jest to zupełnie na płasko. Mama kładła butelkę na dziecku, tak, że ssał smoka bez pomocy mamy. Wyglądało to uroczo, ale było dość niebezpieczne. A najbardziej niebezpieczne było to, że mama zostawiała dziecku tą butelkę i wychodziła np. zrobić sobie herbatę. Jak zapytałam czy nie boi się go tak zostawiać to stwierdziła „on i tak usypia jedząc”. Więc tym bardziej ryzyko zadławienia się jest wysokie. Jak to zobaczyła pielęgniarka oddziałowa to szybko i dość wyraźnie wyjaśniła mamie, że robi bardzo niebezpieczną rzecz, bo taki maluch nie weźmie butelki w rączki, nie odłoży na bok, a jak się zadławi to reszta mleka spływa do gardła dalej. Może dojść naprawdę do tragedii.

To chyba tyle. Nikt nie jest idealny, wiem, że sama popełniam dużo błędów. Przede wszystkim drodzy Rodzice powinniśmy zadbać o zdrowie naszych dzieci i ich bezpieczeństwo.
Ja wiem, że jak dziecko ciągle płacze a mama chce w spokoju napić się ciepłej herbaty to wygodnie jest posadzić dziecko przez TV, żeby mieć godzinę dla siebie, albo zamiast biec wyparzać smoczek to szybciej (ale nie zdrowiej) jest samemu go oblizać, ale dla własnego dziecka czasem warto troszkę się przemęczyć.

/ Zapraszam na fanpage Zrozum Matkę :) /


Jesteś zmęczona? Przecież Ty TYLKO siedzisz w domu z dzieckiem!

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
22 grudnia 2016
130227095837-working-mother-story-top
 

Znasz to? Urodziłaś. Mija okres połogu. Rodzina pomagała Ci przy dziecku przez pierwsze tygodnie. Poznałaś już tą matczyną rutynę: rano karmienie, pielucha, zabawa, usypianie. Potem znowu karmienie, pielucha, zabawa, usypianie. Wieczorem karmienie, pielucha, kąpiel, usypianie, karmienie, usypianie, pielucha, karmienie, usypianie i znowu „Dzień Dobry! Nastał nowy dzień!” i od początku…

Mijają tygodnie i miesiące. Dziecko rośnie, staje się silne, można z nim robić już coś więcej niż tylko przekładać z łóżka na kocyk czy nosić na rękach cały dzień. samo potrafi się już sobą zająć. Nie potrzebujesz już tak bardzo pomocy bliskich. Sama doskonale radzisz sobie z dzieckiem, potrafisz pogodzić obowiązki matki, gospodyni domowej i nawet jesteś w stanie trochę pracować zawodowo w domowym już-nie-zaciszu.

Mija poporodowe zmęczenie, masz trochę więcej sił i energii. Przywykłaś do wstawania w nocy i potrafisz już w ten sposób funkcjonować. Ale z czasem pojawia się nowe zmęczenie, zupełnie inne niż to co było na początku. Niby masz energie, ale mimo to coś jest nie tak. Mimo, że dziecko już przesypia całe noce, albo przynajmniej znaczną ich część, Ty nadal jesteś niewyspana. Mimo, że czasem możesz w spokoju wypić kawę, to i tak nie odpoczywasz. Możesz wziąć wieczorem prysznic, podczas gdy mąż zajmuje się dzieckiem, a mimo to nie masz wcale więcej energii.

A żeby tego było mało, zaczynasz słyszeć: „jesteś ZMĘCZONA? Przecież Ty TYLKO zajmujesz się dzieckiem!

Ania – mama 7-miesięcznej Agi napisała mi tak:

„O 6.00 pobudka. Pielucha, 30 min karmienia, przebrać, wyciszyć (może jeszcze zaśnie…), nosić na rękach (tylko cicho, bo mąż wstaje o 7.00 do pracy, musi się wyspać), znowu pielucha, bo nie dorobiła, śniadanie, umyć podłogę po śniadaniu (uczymy się jeść…ech tak tak BLW), pozmywać naczynia z wczoraj, 7.00. Zdążyłam!
Krzysiek wstaje do pracy, nawet go nie obudziłam. Uff. Czekam aż się ogarnie i wyjdzie do pracy. W międzyczasie z Agą na rękach robie mu szybko śniadanie, wypijam łyk kawy, podgryzam jego kanapki. Wychodzi ok. 7.40. Poszedł. Agę szybko do łóżeczka, może się chwilę sobą zajmie, a ja szybko pod prysznic! Mam jakieś 2 minuty. O nie… płacz! No dobra, do krzesełka Agę i wstawiam ją do łazienki. Niech patrzy jak biorę prysznic. Zawsze to trochę atrakcji a i ja mam na nią oko. 2 minuty prysznica i wychodzę. Aga już marudzi. Chyba nie dojadła, no to do cyca na chwilę. Może uśnie. Nic z tego. Trzeba wyczyścić nos, bo coś przeszkadza. Znowu cyc, usypiamy. Płacz. Ech, bujamy, lulamy, znowu cyc. Usnęła! Mam 30 minut dla siebie. Wyrzucam śmieci, myję kuchnie, kończę robić pranie i prasować. Jeszcze śpi! Biorę do ręki gazetę i kawę. Chwila dla mnie! W końcu. Minęły 2 minuty, obudziła się. To sobie poczytałam… Idziemy się bawić. Książeczka? nie, misiek? nie, lalka? nie, grzechotka? nie, tamburyn? Na moje nieszczęście… tak. Bawimy się tamburynem. Uszy mi wysiadają, ale sąsiad jeszcze nie puka do nas :) . Po chwili nuda. Jednak lalka. Bawimy się. Ok. Czas na jedzonko. Idziemy po brokuła. Tylko go szybko podgotuję. 30 minut zabawy jedzeniem i rzucaniem nim gdzie się da. Staram się na bieząco sprzątać jedzenie ze ścian i podłogi. Zjadła. Potem znowu cyc. Pielucha. Dobra czas na spacer, może znowu uśnie. Pakuję torbę. Szykujemy się. Jest marudzenie i płacz, bo przecież czapka wkurza. Coś mokro… taaa osikała się. Pielucha przeciekła. Przebieramy i od nowa. Po 25 minutach zbierania się, udało się wyszłyśmy! Spacer ok 1,5 godziny. Usnęła, więc zrobiłam szybkie zakupy na bazarku, zdążyłam zjeść jakąś drożdżówkę i wracamy.
W domu ona do kojca, a ja umyłam podłogę, łazienkę, zapłaciłam rachunki, zadzwoniłam do dostawcy tv, że coś z kanałami jest nie tak… potem szybko ugotować obiad, dziecko płacze, więc do chusty i gotujemy.
18.00 mąż wraca z pracy zmęczony. Daję mu dziecko, ale on chce najpierw zjeść. Je ten mój wyśmienity obiad. Daję mu dziecko, ale on musi zadzwonić, bo kurier miał przyjechać. Daję mu dziecko, ale on musi na chwilę wyskoczyć do sklepu, bo zapomniał kupić śrubokręt a by przykręcił drzwiczki od szafki. Ok. Znowu same. Jedzenie, pielucha, zaczyna ziewać. O nie! Nie usypiaj jeszcze! Zaczyna się płacz i marudzenie. Wraca mąż. Uff wziął ją! Idę na spokojnie do łazienki. Nie chce mi się wprawdzie, ale udaję, że siedzę na kiblu, bo w końcu mogę poczytać gazetę…
3 minuty – pukanie: „Długo jeszcze? bo Aga chyba jest głodna”. Grrr dopiero co jadła! „Nie jest głodna! jest zmęczona! Daj mi jeszcze chwilę!”. Słyszę tylko, żebym się pospieszyła, bo marudzi. No dobra… doczytam jutro. Kąpiel. Chlapanie, zabawa, jest fajnie. Wszystko w wodzie, ktoś to musi posprzątać. Ciekawe kto… Wycieram podłogę i ściany. Aga gotowa do spania. Pielucha, cyc i czytamy bajeczkę. Kręci się, wierci, usnąć nie może. Lulamy, bujamy, książeczka. 30 minut – usnęła.
Czas dla siebie… Może film obejrzymy? „Kochanie, uprasujesz mi koszule na jutro?” Grrr! Chyba oszalał! „Sam sobie uprasuj”. Błagał, błagał i wybłagał. Obiecuję, że od jutra będę bardziej asertywna. Obiecuję tak od 4 lat… Uprasowałam. „Obejrzymy coś?” – pytam. „No nie wiem… mecz jest”. Ok, niech będzie mecz. Siadam obok i przysypiam. Idę się jednak wykąpać. Wracam i widzę, że jest jakiś pochmurny. Pytam co się stało. „No bo miałaś oglądać ze mną mecz i sobie poszłaś”. Tłumaczę, że jestem zmęczona i chciałam się odświeżyć. I wtedy usłyszałam: „Czym Ty jesteś zmęczona? Przecież Ty tylko siedzisz w domu z dzieckiem. JA za to cały dzień w pracy jestem a Ty masz do mnie pretensje, że proszę Cię o uprasowanie koszuli!”

Matek, które TYLKO siedzą  w domu z dzieckiem jest mnóstwo. Przecież to są wakacje, prawda? Jesteś rok na urlopie macierzyńskim (już sama nazwa URLOP – brzmi odpoczynkowo), do tego dostajesz pieniądze – żyć nie umierać! Normalnie Hawaje! Tylko gdzie te drinki z palemką? 

Większość matek zajmuje się dzieckiem, domem, jednocześnie kontroluje sprawy „administracyjne domu”, czyli mówiąc po ludzku – płaci rachunki, kontroluje domowe wydatki, pomaga mężom w pracy, księgowości i Bóg wie czym. Niektóre jednocześnie prowadzą swoje biznesy lub pracują zdalnie.

Jednak same nie biorą teczki do ręki i nie wychodzą z domu, żeby spędzić 8 godzin w biurze i 2 godziny w korkach, tylko SIEDZĄ W DOMU. A jak siedzą w domu, to znaczy, że nic nie robią. Leżą i pachną. Do tego zawsze to zaskoczenie, że już nie są takie spontaniczne i nie chcą bzykać się co noc, bo wiedzą, że za 3 godziny mały ssak obudzi się na jedzenie.

Gdyby tylko zamienić się rolami… Ciekawe czy nadal to siedzenie w domu byłoby takim NIC-NIE-ROBIENIEM? 

 

 


„Musisz wychodzić z domu, bo oszalejesz!” – Po porodzie najczęściej to słyszałam

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
30 listopada 2016
466267688
 

„Nie siedź ciągle w domu, bo wpadniesz w depresję”,
„Nie siedź w domu, bo oszalejesz”,
„Pamiętaj, żeby wychodzić regularnie z domu bez dziecka, bo się załamiesz”.

Po porodzie najczęściej to słyszałam. Czułam, że muszę wychodzić, że jest to jakaś społecznie przyjęta konieczność. A jak wychodziłam to czułam niepokój, zmęczenie i niechęć. Snułam się wokół bloku i wmawiałam sobie, że to mi pomaga.

Próbowałam z mężem ustalać dni i godziny wyjść, ale ciągle zastanawiałam się gdzie ja właściwie pójdę? Zakupy? Czemu nie? Ale ile razy będę chodziła na zakupy? Przecież przy moim macierzyńskim na wiele nie będę mogła sobie pozwolić.

W końcu moje wyjścia kończyły się na ustaleniach, że „gdzieś na pewno wyjdę”. I na tym koniec. Ewentualnie wychodziłam wyrzucić śmieci, chociaż i to bardzo rzadko, bo pokonywanie czterech pięter po schodach góra-dół po porodzie nie należało do najbardziej komfortowych czynności na świecie.
Po 6 tygodniach od porodu wyszłam pierwszy raz sama – na badania. Pierwsze dłuższe wyjście (30 minut. Szaleństwo). Czułam się bardziej zestresowana niż kiedykolwiek. Co chwilę myślałam czy wszystko ok,  czy mała nie chce cycka, czy nie płacze… Nie chodziło o to, że nie ufałam mężowi, bo ufałam i ufam. Może przesadzałam, może histeria, ale myślę, że wynikało to z tego, że nie znałam jeszcze swojego dziecka na tyle, żeby wyjść z domu bez stresu. Nie wiedziałam czego mogę się po niej spodziewać.

Poza tym nie odczuwałam potrzeby, żeby koniecznie spędzać czas bez niej. Nie miałam też co robić poza domem. W Poznaniu mieszkam od niedawna i nie mam tutaj zbyt wielu znajomych i rodziny. Koleżanki, które tu mieszkają jak na złość tez urodziły w podobnym terminie co ja.

Chciałam nacieszyć się córką, wiec nie rozumiałam czemu tak koniecznie musze wychodzić z domu. Byłam zmęczona, nie chciało mi się chodzić samej… Siedząc z córką odpoczywałam. Gdy ona szła spać, ja kładłam się obok niej, gdy ona się bawiła, ja siedziałam i piłam herbatę, a gdy płakała tuliłam i kołysałam na rękach.

Mimo ustaleń z mężem, że w każdą sobotę wychodzę na 3 godziny a on zostaje z dzieckiem, nie dało się tego realizować. On dużo pracuje, więc jak jest w domu, chcemy też czas spędzić razem – we troje. Gdybym miała wybrać: iść sama na spacer, czy zostać z nimi w domu, wolę to drugie. Chętniej zostawiam męża z córką w drugim pokoju, podczas gdy ja mogę się zająć swoimi sprawami, popracować. Zdecydowanie to mi bardziej odpowiada. Oni integrują się razem a ja mam czas dla siebie – w domu.

Mija 5 miesięcy od porodu. I chyba dopiero teraz czuję, że mogę spokojnie wyjść z domu bez córki i bez stresu. Dopiero teraz poczułam, że jestem na to gotowa i nie muszę się do tego zmuszać. Poznałam swoją córkę, wiem czego mogę się po niej spodziewać, wiem czego i kiedy potrzebuje. Ufam też sobie, więcej zrozumiałam, mam też inne potrzeby, inny poziom zmęczenia niż kilka miesięcy temu.

Jasper Juul w jednej ze swoich książek napisał, że jak dziecko skończy 6 miesięcy ojciec powinien spędzać z nim więcej czasu sam na sam. I chyba już rozumiem dlaczego.

W ciągu 6 miesięcy opieki nad niemowlakiem, matka zdąży się zarówno nacieszyć dzieckiem jak i dobrze je poznać. Zamiast lęku przed każdą czynnością pielęgnacyjną, pojawia się pewna rutyna i brutalnie mówiąc znieczulica na płacz. Nie chodzi o to, że jest on nam obojętny, ale że nie każdy płacz oznacza, że dziecku dzieje się krzywda. Pamiętam jak przeżywałam jak córka płakała podczas czyszczenia noska czy wycierania oczu. Teraz widzę, że marudzi, bo nie lubi tego. Ale co z tego? Robię to najdelikatniej jak potrafię, ale muszę to zrobić. Nawet jeśli muszę jej przytrzymać rączki kiedy próbuje mi wyrywać aspirator z ręki.

Ten czas jest potrzebny też dla nas – rodziców. Żebyśmy mogli poznać się w nowych rolach, zaufać sobie. Chociaż siłą rzeczy ojcowie zmuszeni są szybciej zaufać nam – matkom, ponieważ przeważnie to my zostajemy z dzieckiem w domu i się nim opiekujemy podczas gdy oni idą do pracy. My – matki, mamy też tą przewagę, że kierują nami hormony, więc niektóre czynności, budowanie więzi z dzieckiem oraz rozpoznawanie potrzeb malucha przychodzi nam łatwiej i szybciej niż facetom. Oni muszą się tego nauczyć, dlatego często przeżywamy jak musimy ich zostawić sam na sam z dzieckiem. Ale jest to jedyny i najlepszy sposób, żeby poznali się i zżyli się ze sobą. 

Dlatego zgadzam się z tym co słyszałam zaraz po porodzie. Musimy wychodzić z domu bez dziecka, musimy dawać spędzać ojcom czas z dzieckiem sam na sam, ale musimy też wszyscy być na to gotowi. Czasami jest tak, że ojciec potrzebuje więcej czasu, żeby oswoić się z nową rolą, czasami matka potrzebuje więcej czasu, żeby móc samotnie wyjść z domu. Czy zawsze musimy się do wszystkiego zmuszać tylko dlatego, że ktoś powiedział, że TAK TRZEBA?