Co rodzice najczęściej słyszą od osób BEZDZIETNYCH?

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
22 listopada 2016
angry-woman

Do tego wpisu zainspirowała mnie Mumandthecity.pl , swoim artykułem „Grr… 7 rzeczy, które na bank usłyszysz od bezdzietnych!”. Postanowiłam pociągnąć temat i dopisać kilka rzeczy oraz uzupełnić te, które już się pojawiły.

Część na własnym przykładzie, a część na Waszych doświadczeniach. Przypominam, że niektóre rzeczy są JESZCZE dla mnie obce, ponieważ moja córka ma dopiero 4,5 miesiąca, więc wiele fantastycznych komentarzy dopiero przede mną. No to jedziemy:

  1. PODEŚLIJ MI TO W WOLNEJ CHWILI/ MOŻESZ PRZESŁAĆ MI TO DZISIAJ? / OD WCZORAJ CZEKAM NA ODPOWIEDŹ OD CIEBIE… itd. Nie, nie mam wolnej chwili. Nie mam pojęcia co to jest wolna chwila i nie jestem w stanie zrobić wielu rzeczy teraz/ już/ natychmiast/ dzisiaj . Pisanie artykułów to dla mnie wyzwanie, ponieważ staram się to robić podczas drzemek córki, które często są bardzo krótkie. Wiele rzeczy robię przy pomocy smartfona, bo umożliwia mi to robotę „z dzieckiem na rękach”, ale nie zawsze jest to możliwe. Przypomnijmy, że poza opieką nad dzieckiem, karmieniem, zmianą pieluch, matka stara się zadbać też o dom. Sprzątanie, pranie, prasowanie i (o zgrozo) gotowanie. Między te czynności wplata próbę krótkiej drzemki (chociaż to już odpuściłam) i nadzieję, że przeczyta chociaż ze dwie strony książki nad którymi i tak zaśnie… Więc nie. Nie da się czasem zrobić tego dzisiaj/ zaraz/ teraz/ natychmiast.
  2. SPOTKAJMY SIĘ O 16.00 NA OBIEDZIE W CENTRUM HANDLOWYM. CO ZA PROBLEM?A no problem taki, że z niemowlakiem do centrów handlowych się nie chodzi. Nie jest to rozrywka dla takiego malucha. Dużo bodźców, zarazów, grzyby w klimatyzacji. Nie, nie przesadzam. Tak jest i już. (Czytajcie TU). Poza tym, nawet jeśli zrobi się wyjątek, to wyjście na konkretną godzinę graniczy z cudem. Nakarm, ubierz, a teraz usnęło, zapakuj pół mieszkania, wózek, fotelik, zabawki, pieluchy, zapakuj wszystko do samochodu. Uff, dojechaliśmy. 16.40. Ale jesteśmy. Siadamy, rozmawiamy. Za 5 minut marudzenie. Trzeba nakarmić, więc szukanie gdzie tego cycka wystawić, żeby było w miarę dyskretnie. A teraz pielucha… dobra szukamy przewijaka. „Zaraz wracam” i jestem po 20 minutach, bo po drodze jeszcze dorobiła w pieluchę. A teraz chce spać, więc trzeba pobujać, ale muzyka przeszkadza. Dobra, kelner przyniósł jedzenie, ale dziecko jest niespokojne, więc trzymamy na rękach/na kolanach i jemy na zmianę. Albo jedną ręką jemy a drugą trzymamy dziecko, albo jedno z nas je, a drugie zajmuje się dzieckiem, a potem zamiana. Tylko pytanie kto będzie chciał jeść zimne? Więc tak: obiad ze znajomymi w centrum handlowym jest problemem. Zapraszamy na obiad do nas. Dziecko pobawi się na macie, a my porozmawiamy.
  3. JESTEŚ ZMĘCZONA? NORMALKA. JA TEŻ. Tylko rodzicielskie zmęczenie, to co innego niż zmęczenie pracą czy nieprzespaną nocą po imprezie. Matka nie ma kiedy tak naprawdę odpocząć. 24h na pełnych obrotach. Nawet w nocy jak dziecko śpi, matka się budzi jak tylko usłyszy, że maluch się kręci. Często to jest pobudka kilka razy w nocy, mimo snu dziecka. Nie wspomnę już o nocnym karmieniu i zmianie pieluchy jeśli jest taka konieczność. Potem nastaje dzień. Nakarm, zajmij się, pobaw, ponoś, pogadaj do dziecka. A jak uśnie to zajmij się domem, swoją pracą itd. Wypadałoby jeszcze iść na spacer, bo pogoda ładna. Zapakuj malucha do wózka, zejdź z tym całym majdanem i spaceruj godzinę, dwie, trzy… Niby dla zdrowia, ale to męczące. Po drodze szybkie zakupy w osiedlowym sklepiku, żeby coś na obiad zrobić. A jeszcze rachunki są do zapłacenia i wypadałoby zadzwonić do babci porozmawiać trochę. Przychodzi chwila spokoju… Siadasz na kanapie, chcesz się zdrzemnąć i przypominasz sobie wtedy, że jutro wpadają teściowie, więc trzeba na szybko odkurzyć mieszkanie. A potem dziecko się budzi i cała zabawa od początku. Więc nie, Wasze zmęczenie jest inne niż nasze!
  4. CO ROBICIE WIECZOREM? MOŻE WPADNĘ?Nie, nie wpadniesz. Wieczorem się do nas nie wpada. Kąpiemy malucha, a potem usypiamy. Dziecko ma mieć ciszę i spokój, bo dopiero od niedawna rozróżnia dzień od nocy. I wie, że w nocy gości nie ma. Gdy już cudem uda się ją uśpić (a usypia dopiero koło 22…) to chcemy ten czas spędzić we dwoje. Sami. Jak mąż z żoną. Gości zapraszamy w weekendy jak jesteśmy w komplecie albo w ciągu dnia jak jestem sama. Towarzystwo zawsze mi się wtedy przyda. Poza tym wieczorne przesiadywanie z gośćmi to jest jakiś horror. Oboje ledwo patrzymy na oczy. Ja po maratonie z dzieckiem, mąż po maratonie w pracy. Próby obejrzenia razem filmu kończą się na chrapaniu i komentarzu: „dobra, dokończymy jednak jutro”.
  5. JEDZIEMY NA FERIE W GÓRY. JEDŹCIE Z NAMI! CO ZA PROBLEM?Taaaa, zaapakuj kilkumiesięczne niemowlę w samochód i jedź 600 km, przy temperaturze -10, a potem najlepiej załóż narty na te mikrostopki i pobawmy się na stoku. A jak nie będzie chciało jeździć na nartach to zawsze może ulepić bałwana. A jak nie będzie chciało siedzieć na stoku cały dzień, to tam jest taka karczma z grzanym winem. Posiedzicie sobie i będzie fajnie. Taaa, fajnie. Ciekawe dla kogo… Ubieraj w te kombinezony, potem rozbieraj, idź nakarmić cycem, a potem zmień pieluchę. Ewentualnie spędzisz cały dzień w pensjonacie z dzieckiem, podczas gdy całe towarzystwo będzie się świetnie bawić. Nie, nie pojedziemy na ferie w góry. Nie w tym roku.
  6. CZEMU NIE WPADNIECIE DO DZIADKÓW NA WEEKEND? PRZECIEŻ ONA MA JUŻ 2 TYGODNIE!Właśnie dlatego. Bo ona ma JUŻ 2 tygodnie to nie wpadniemy na weekend. Bo jest za mała. I nie, nie ma JUŻ 2 tygodni, tylko DOPIERO. Noworodek czy niemowlak to nie dorosły człowiek. Nie można traktować go tak samo. Pomijając całą logistykę wycieczki – zabieranie pół mieszkania, zatrzymywanie się co chwile (2 tygodniowe dzieci robią kupę co chwile i są co chwile głodne), niewygodny fotelik (takie maluchy nie powinny zbyt wiele czasu spędzać w foteliku), to na weekendowe odwiedziny przyjdzie jeszcze czas. Za kilka miesięcy…albo lat.
  7. NAPIJ SIĘ WINKA. KARMISZ? OJ TAM, ODCIĄGNIESZ. Nie, nie muszę pić wina. Nie chcę odciągać pokarmu i czekać kilku godzin, żeby znowu móc nakarmić piersią i stresować się, że może odczekałam zbyt krótko i dziecko dostało mleko z procentem. Karmię piersią – nie piję alkoholu. Proste. Nie mam też potrzeby picia alkoholu, po prostu nie chcę i już. Chcę zachować czujność i ostrożność przy dziecku. Uszanuj to.
  8. CZYM TY JESTEŚ ZMĘCZONA? PRZECIEŻ TYLKO SIEDZISZ W DOMU Z DZIECKIEM!Tego chyba nawet nie skomentuję. Właśnie tym. Jestem zmęczona tym, że TYLKO siedzię w domu z dzieckiem. Bo to siedzenie w domu z dzieckiem jest cholernie męczące.
  9. A CO ZA PROBLEM PODRZUCIĆ DO DZIADKÓW? Ano taki problem, że nie zawsze dziadkowie chcą, żeby im podrzucać dziecko. Czasami dziecko nie chce być podrzucone do dziadków. A czasami rodzice nie chcą zostawiać dziecka u dziadków z różnych powodów. Czasami logistyka nie pozwala, czasami inne tematy. Poza tym nie zawsze jest to takie proste. Zostawiasz dziecko a po godzinie jest telefon, że płacz i chce do mamy. Nie wspomnę już o dzieciach malutkich. Noworodkach i niemowlakach. One po prostu potrzebują rodziców. Ich nie powinno się od tak „podrzucać”.
  10. A NIE MOŻESZ ZABRAĆ JEJ/JEGO ZE SOBĄ? Nie, nie mogę. Nie wszędzie dziecko można zabrać. Zatłoczone, zadymione knajpy to zły pomysł. Tłumne imprezy też. Spędzanie czasu u znajomych gdy dziecko ma skok rozwojowy/kolkę/jest zmęczone/rozdrażnione to nie jest szczyt marzeń rodzica. Przebywanie w miejscach gdzie trudno zmienić pieluchę czy nakarmić nie jest zbyt komfortowe dla nikogo. Więc nie, nie mogę jej/jego zabrać ze sobą.
  11. WPADNIEMY DO WAS NA NOC, OK? POSIEDZIMY, POGADAMY… Nie. Nie posiedzimy i nie pogadamy. Nocowanie dla rozrywki nie jest dla nikogo przy małym dziecku fajne. Zwłaszcza jeśli mieszkanie jest małe, ciasne, jedna łazienka i kilkoro dorosłych kręcących się po mieszkaniu. Wszyscy chcą się wykąpać, zrobić kupę, umalować się, pogadać, zjeść śniadanie, wejść, wyjść, odebrać telefon, umyć ręce itd. A przy tym wszystkim gdzie dziecko? Znajomi robią stypę jak za studenckich czasów, nie wiedząc jakie to jest upierdliwie przy małym dziecku. Nie widzą problemu. Najlepiej zaprosić jeszcze ze dwie parki do 2-pokojowego mieszkania i kupić wódeczkę. Fajnie będzie. Uśpisz dziecko i pobalujemy do rana. A jak nie, to wy idźcie spać, a my w końcu zajmiemy się sobą. Dawno nie baraszkowaliśmy, bo nie mieszkamy razem, a u kogoś zawsze fajniej. Więc przenocujemy, ok?
  12. ZOBACZYSZ CO BĘDZIE JAK BĘDZIE STARSZEA Ty skąd wiesz? Masz swoje? Nie? Mhm. Aaaa widziałeś dzieci sąsiadów… To wiele by wyjaśniało. Dzięki za wskazówki.
  13. PRZESZKADZA CI BRZUSZEK? JA CODZIENNIE ĆWICZĘ Z MEL-B. SPRÓBUJ!Mogę już zwymiotować? Ja codziennie noszę 8 kg na rękach, przez kilka godzin. I schodzę z tymi 8 kg z czwartego piętra po schodach a potem w drugą stronę. Myśląc o rozłożeniu maty do ćwiczeń, już zastanawiam się w jakiej pozycji ułożyć się, żeby było mi wygodnie spać…
  14. WIDZIAŁAM SUPER SUKIENKĘ DLA CIEBIE! TAKA DOPASOWANA, Z SUWAKIEM Z TYŁU… NIE PRZESADZAJ! CZASEM LICZY SIĘ WYGLĄD A NIE WYGODA!Dopasowane sukienki, z suwakiem z tyłu to to co matki karmiące lubią najbardziej. Żeby wyjąć tego cyca, trzeba zdjąć całą sukienkę. Rewelacja. Do tego nie można chodzić w niej, a co dopiero kucać i schylać się do dziecka. Marzenie każdej matki.
  15. OGLĄDAŁAŚ WCZORAJ TEN FILM? O 22.00 NA TVN. REWELACJA!– Chciałam. Naprawdę chciałam. Ale dziecko się obudziło tuż przed filmem, a potem sama poszłam spać.
    – Serio? Poszłaś spać o 22.00? O tej godzinie się nie śpi jeszcze!
    – …..
  16. WPADNIJ DO MNIE NA NOC! MĄŻ SOBIE PORADZI W DOMU Z DZIEĆMI!
    Pozostaje się tylko uśmiechnąć :)

Dodalibyście coś? 


Nosisz pod sercem kilka tygodni, miesięcy… A potem zostaje pustka. Nie słychać płaczu ani śmiechu. Nikt już o tym nie rozmawia…

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
25 listopada 2016
sad_pregnant_woman

Od kilku lat prowadzę na Facebooku grupy wsparcia dla osób chorujących na insulinooporność. Sama też choruję. Insulinooporność, PCOS, Hashimoto, celiakia… Wśród naszych czterech grup jest również grupa Insulinooporność – ciąża i rodzice. I to właśnie tam poznałam historie wielu kobiet, których chyba nie chciałam nigdy poznać… Nie chciałam dlatego, że są to historie, które nie powinny nigdy się wydarzyć. Myślę o nich każdego dnia. Myślę o kobietach, które przeszły tak wiele i które nigdy nie pogodzą się ze stratą. 

Nosiłam swoją córkę 9 miesięcy pod sercem. Czułam jej ruchy a ona słyszała bicie mojego serca, szum przepływającej krwi w żyłach, słyszała mój głos i muzykę. A później usłyszałam ją. Gdy pierwszy raz zapłakała. Mogłyśmy poczuć się nawzajem, mogłam ją zobaczyć jak wystraszona szuka schronienia w moich ramionach. Nie widziała mnie wyraźnie, ale wiedziała na pewno, że jest ze mną, mogła poczuć moje ciepło, oddech, zapach. Nie każdej matce jest to pisane. Niestety…

„To był dla mnie cios. Byłam w ciąży dwa razy. Niestety – pierwsza córka zmarła w 24 tygodniu. Po trzech rzucawkach. Drugi raz – synek. W 26 tygodniu stan przedrzucawkowy. Kilka lat próbowałam się pozbierać. Psycholog, terapie… Boję się kolejnej ciąży, ale bardzo bym chciała spróbować. Marzymy o dziecku od dawna (…).”

„Straciłam dziecko w 7 miesiącu ciąży. Chorowałam na cukrzycę ciężarnych, niestety bardzo źle kontrolowaną. Gdy cukier spadł do poziomu 35 i straciłam przytomność… Moja córka zmarła. Nigdy sobie tego nie wybaczę.”

„Poroniłam trzy razy. Pierwszy raz w 7 tygodniu ciąży. Miałam niewyregulowaną tarczycę, okazało się, że mam Hashimoto. Za drugim razem to był 12 tydzień. Przyczyna nieznana, a za trzecim to był wypadek. Jechaliśmy samochodem gdy nagle z prawej strony wyjechał bus. Nam nic się nie stało, ale Amelka, która miała urodzić się za 2 miesiące zmarła… Sprawa trafiła do sądu, odszkodowanie itd. Ale co dadzą nam pieniądze?? Nie chcemy ich! Chcemy naszą córkę! W szpitalu odbyło się cesarskie cięcie. Widziałam ją, dotknęłam. Nie oddychała, serduszko nie biło. Nic nie dało się zrobić. Poprosiliśmy, żebyśmy mogli ją pożegnać i pochować. Umożliwiono nam to. Dziękuję lekarzom za tak cudowne podejście do nas- rodziców dziecka, które zmarło zanim zdążyło się urodzić. Wsparcie psychologów, personelu i naszych bliskich jest nieocenione. Jednak to nie przywróci nam życia naszej córki. Musimy z tym żyć. Nie wiem czy zdecydujemy się na kolejne dziecko. Nie z tym lękiem, które w nas drzemie…”

„Szykowaliśmy się do ciąży kilka lat. W końcu stwierdziliśmy: TERAZ. JESTEŚMY GOTOWI! Starania nie trwały długo. Po 2 miesiącach zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym. Byłam w euforii! Pierwszy miesiąc – bez problemu. Później pojawiło się serduszko! Rewelacja! Teraz już z górki… Ziarenko rosło, betaHCG też. Bałam się poronienia przez moją insulinooporność, ale wszystko szło w dobrym kierunku. Do 14 tygodnia. Moja morfologia od początku nie była rewelacyjna, ale nagle zaczęła dramatycznie się pogarszać. Zaczęły się badania i szukanie przyczyny. Podczas USG przypadkiem zauważono niewielki guzek na nerce. Trzeba było sprawdzić. Niestety potwierdziło się. To nowotwór złośliwy. A ja głupia bałam się insulinooporności… Zaczęła się walka o życie dziecka i moje. Nie łudziłam się, że lekarze będą namawiali mnie do wytrwania do końca ciąży. Lekarze mówili, że chemioterapia jest konieczna, ale na pytanie co z dzieckiem nikt już nie chciał odpowiedzieć… Głupia nie jestem. Wiedziałam z czym to się wiąże. Pytałam co jeśli odłoże chemioterapie na po porodzie. Lekarze mówili, że jest to duże ryzyko, bo stan może się z dnia na dzień mocno pogorszyć, że mogę nie przeżyć porodu, do porodu albo że po porodzie nie będzie można mi już niczym pomóc. I wiecie co wybrałam? Swoje życie. Poddałam się chemioterapii. Poroniłam z świadomością, że to się wydarzy. Pamiętam historię Agaty Mróz. Nie zrobiłabym tego mojemu mężowi… Chciałam wyzdrowieć a później starać się ponownie o ciąże. Nie sądziłam jednak, że to będzie taki koszmarny ból, że będę żyła z takim poczuciem winy. Nie wiem czy dobrze zrobiłam. Ale co by było gdybym zmarła ja i dziecko? Mąż zostałby sam. Nie chcę myśleć co on by wtedy czuł… Teraz jesteśmy razem. Przechodzimy to razem, ból, stratę. Nie życzę nikomu, żeby znalazł się w takiej sytuacji jak my, żeby musiał dokonać takiego wyboru. A wiesz co mnie boli najbardziej? Spojrzenia ludzi, którzy wiedzą, że zdecydowałam się na chemię wiedząc, że zabije to moje dziecko. Ich zdaniem zachowałam się jak egoistka, myśląca tylko o sobie. Ich zdaniem powinnam poświęcić swoje życie dla życia dziecka, które nie wiadomo i tak czy by przeżyło… To mnie boli jeszcze bardziej. Gdybyśmy żyli w średniowieczu spaliliby mnie stosie.”

Takich historii jest całe mnóstwo. Gdy tylko próbuję sobie je przypomnieć od razu łzy napływają mi do oczu. Niektórzy mówią: „Jeśli poroniłaś, to znaczy, że płód był za słaby! Natura wymyśliła tą naturalną selekcje!”. Czy to ma być pocieszenie dla cierpiących rodziców? Dla matki, która nosiła w sobie życie, które się skończyło? Czy można mówić, że „płód był za słaby” gdy w grę wchodzą problemy zdrowotne matki? A może mogł żyć gdyby zdrowie matki na to pozwoliło?

Bardzo często spotykam się z tym, że kobiety skarżą się, że planując zajście w ciąże lekarze nie zlecają podstawowych badań. Morfologia, mocz, glukoza, TSH, hormony płciowe… Przecież tak nie wiele trzeba, żeby uchronić się przed cierpieniem i często traumą na całe życie! Czy naprawdę psychika jest nam tak obojętna? Jeden lekarz kiedyś powiedział: „Jeśli chce Pani zajść w ciąże to proszę się starać. Jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli Pani np. poroni, będziemy szukać przyczyny. Na ten moment proszę się rozluźnić i próbować.” Serio? I tyle? A gdzie wcześniejsze przygotowanie do ciąży, edukacja, suplementacja, badania, dieta, walka z nadwagą? Wiecie jak bardzo ważne jest dożywienie organizmu, uzupełnienie mikroelementów i witamin oraz zdrowe odżywianie? Aktywność fizyczna i walka z nadwagą? Żeby zajść w ciąże trzeba przygotować na to organizm. Gdy jest za słaby, nie poradzi się z tak gigantycznym obciążeniem jakim jest ciąża i poród. 

Tylko kto powinien ponosić za to odpowiedzialność? Lekarz przygotowujący kobietę do ciąży, czy to kobieta powinna samodzielnie się edukować? Myślę, że jedno i drugie. Lekarz powinien pokazać kierunek, zaopiekować się, a kobieta uzupełnić tę wiedzę we własnym zakresie. Oczywiście badania, suplementacja powinna być wyłącznie po stronie lekarza. Niestety nie wszystkie kobiety mają to szczęście, żeby trafić pod skrzydła specjalisty, który zajmie się nimi jeszcze przed zajściem w ciąże. I później dochodzi do poronienia. I kto się tymi kobietami zajmie? Kto okaże im wsparcie i pomoc po stracie wymarzonego dziecka? Lekarz mówi: „niestety traciła Pani dziecko. Za 3 miesiące może Pani spróbować ponownie.” Naprawdę? Czy kobieta i jej ciało to maszyna do produkcji dzieci? Raz się trafi uszkodzony egzemplarz, to zaraz zrobi się lepszą wersje? 

Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, (nie, nie planowałam jej) mimo radości, pojawił się ogromny lęk. I nie lęk przed macierzyństwem. Tego się nie bałam. Lęk przed stratą. Wiele lat słyszałam od lekarzy: „nie będzie mogła mieć Pani dzieci.” A tu nagle pojawiła się ciąża. Mając wbitę do głowy, że jestem WADLIWA, liczyłam się z tym, że szansa donoszenia tej ciąży jest niewielka. Nie po tym co przeszłam. Kilka lat bez okresu, niedoczynność jajników, tarczycy, problemy z nadnerczami, zanikające endomentrium, niedobór progesteronu, estradiolu, galopujące PCOS, wysoki poziom insuliny, narastające niedobory pokarmowe i ciągnąca się depresja. Dopiero co udało się jakoś to wszystko unormować i poustawiać a już zaszłam w ciąże. Bałam się, że mój organizm tego nie dźwignie. 

Mijał dzień za dniem. Tydzień za tygodniem. Od badania do badania… Po drodze częste infekcje, leki, antybiotyki. Do tego przewlekły stres wynikający z dość trudnej sytuacji i okoliczności, które miały wtedy miejsce. Im dalej tym ryzyko poronienia spadało. Tak mówili. A im dalej tym bałam się tego coraz bardziej. Wiedziałam, że ryzyko maleje, ale wiedziałam, że i tak ono jest. A im ciąża starsza, im moja córka była większa, tym czułam się z nią coraz bardziej związana. Myślę, że poronienie na każdym etapie ciąży byłoby dla mnie tragedią, ale poronienie w późniejszym okresie chyba byłoby dla mnie trudniejsze do zniesienia. Wiedząc, że jest to płód, który przypomina już człowieka, malutką istotkę, którą mogłabym tulić na rękach. Nie wyobrażam sobie również donoszenia ciąży do końca i urodzenia martwego dziecka, co miało miejsce niedawno u mojej koleżanki Ani. Wada serduszka. Dziecko zmarło przy porodzie.

Niedawno również widziałam film zamieszczony przez Fundacje Gajusz na którym ojciec tuli swoje nowonarodzone dziecko. Niestety również ze względu na wadę serduszka dziecko żyło jedynie 3 godziny. To były 3 godziny, które rodzice mogli jednocześnie witać swoje dziecko oraz je żegnać. Nie wyobrażam sobie przeżyć tak traumatycznego wydarzenia. Szanuję i doceniam takich rodziców. Wiem, że dla nich to ogromne szczęście widzieć swoje dziecko choćby przez te 3 godziny! Przez te 3 godziny mogli okazać mu ogromną miłość i pokazać, że jest dla nich wszystkim.

Gdy urodziła się moja córka, również usłyszałam: „Szmer na serduszku.” Zamarłam. Pomyślałam sobie: „Udało mi się przetrwać ciąże, dziecko miało być zdrowe. Nikt nic nie mówił o wadzie serduszka!”. Wypuścili nas ze szpitala, a ja każdego dnia sprawdzałam czy oddycha. Oddychała. I oddycha cały czas. Od prawie 5 miesięcy. Po 3 miesiącach kardiolog potwierdził wadę serduszka, na szczęście na tym etapie rozwoju nie groźną. Później pojawiły się inne problemy – CMV wrodzone. Na szczęście na razie przebieg bezobjawowy. Jesteśmy czujni, ale na razie spokojni.

Od początku ciąży czułam, że to będzie cud. Przy moich problemach zdrowotnych oraz okolicznościach, które w żaden sposób nie dawały szans na zajście w ciąże, ona się pojawiła. Przy problemach w trakcie ciąży, ona była silna i radziła sobie. Po porodzie pojawiły się kolejne problemy, a nasza córka jest na tyle silna, że z wszystkim na razie sobie świetnie radzi. Jej zdrowie jest pod kontrolą. Jestem szczęśliwa, że jest z nami, że przyszła na świat. Każda chwila spędzona z nią jest dla nas cudem i ogromną radością. 

Dlatego mocno wspieram Kobiety, które straciły swoje dzieci. Które muszą dźwigać ten ciężar często przez całe życie. Jeśli znacie Kobiety, które poroniły, otoczcie je proszę szczególnym wsparciem! One tego potrzebują! Mimo, że mijają miesiące i lata, wydawałoby się, że uporały się już z tym problemem, one nie okazując tego, dalej czują ból po stracie. To nie minie. Matczyna miłość nigdy nie mija. Żadna matka nigdy nie zapomni o tym małym ziarenku, które nosiła pod sercem, nawet jeśli było to tylko kilka dni czy tygodni… 

Drogie Przyszłe Mamy! Jeśli planujecie ciąże, zróbcie wszystko, żeby uniknąć tego strasznego wydarzenia jakim jest poronienie. Na niektóre rzeczy wpływu nie mamy, ale na kontrolę swojego zdrowia oraz profilaktykę na pewno. Szukajcie dobrych lekarzy, chętnych do zlecania badań, do rozmowy, do edukacji. Korzystajcie z pomocy wykwalifikowanych dietetyków, którzy wiedzą jak przygotować Wasz organizm do ciąży, jak Was odżywić i zadbać o prawidłową wagę. Nie bójcie się pytać, rozmawiać, szukać informacji. Porozmawiajcie z położnymi i doradcami laktacyjnymi. Tak, jeszcze przed ciążą. Im większa wiedza na temat Waszego zdrowia, tym większa szansa na to, że usłyszycie pierwszy płacz swojego dziecka. I będziecie ten płacz słyszeć bardzo często. Ale również zobaczycie uśmiech. 

Życzę Wam, żebyście mogły cieszyć się z tego, że możecie tulić i głaskać delikatne ciałko swoich dzieci. Obserwować jak rosną, dorastają, dojrzewają i usamodzielniają się. To ogromne szczęście dla rodziców móc w tym uczestniczyć! 

Pamiętajcie, zdrowie jest tylko jedno! 


Model 1+1. Czyli Zrozum Matkę… samotną.

Zrozum Matkę
Zrozum Matkę
15 listopada 2016
postpartum-depression

Widać je w sklepach, przychodniach, na spacerach i placach zabaw. Zawsze same z dzieckiem. Niektórzy pomyślą, że mąż w pracy a ona na macierzyńskim i dlatego. I nikt nie zwraca wtedy na to uwagi. Chyba, że jest weekend.

Idzie z wózkiem i mija szczęśliwe małżeństwa z małymi dziećmi. Bo w weekendy większość mężów ma wolne i wychodzi ze swoją rodziną na spacer. A ona idzie sama z wózkiem.

Chyba, że to pierwsze wizyty u pediatry po porodzie, szczepienia. Wtedy przeważnie rodzice idą razem. A ona sama z dzieckiem. Niby nie wygląda to źle, bo przecież mąż może być w pracy… ale większość ojców w te pierwsze dni i tygodnie jednak częściej jest przy niej i dziecku. Jak naprawdę nie może, to zwykle jest babcia, ciocia, dziadek, koleżanka… A tu nic. Ona sama. I niby nikt się krzywo nie patrzy, ale jednak jakieś przyglądanie się ze strony otoczenia jest, bo wszyscy sparowani.

W pewnym momencie sąsiedzi zaczynają zauważać, że tego ojca nigdy nie widać. Zaczynają się podejrzenia czy on w ogóle istnieje, bo ona ciągle sama. I trochę głupio jej się robi, bo mimo wszystko gdzieś ten ojciec powinien być. A tu zonk. Brak. Czasami delikatnie dopytują czy ktoś jej pomaga, sugerując czy mieszka sama czy z kimś. Głupio wychodzi, bo ona mówi, że „mama, siostra, kuzynka, koleżanka…” i nikt nie zadaje pytania „Co z ojcem?” chociaż wszyscy wiedzą, że prędzej czy później padnie. A ojca nie ma. Odszedł.

Odszedł zanim dowiedział się, że będzie ojcem. Stwierdził, że to koniec, że jej nie kocha. A ona chciała mu właśnie powiedzieć, że będą mieli potomka… Wyszeptała jedynie „Rozumiem. Jasne. Ok. Nie ma o czym mówić”. I odeszła. Wiedziała jak to będzie wyglądało. Samotna matka. Koleżanki mówiły: „Może usuń…”, ale ona nie chciała. Bo krzywdy swojemu dziecku by nigdy nie zrobiła. To nie jego wina, że ojciec odszedł. Bo odszedł na dobre do innej. Albo innego. Kto tam go wie.

Postanowiła przejść przez to sama. Nie szukała zastępcy, nie logowała się na Sympatii. Miała to w dupie. Liczyła się tylko ona i dziecko. Ciąża minęła znośnie. Bardziej dokuczała jej świadomość, że na porodówce będzie sama, mimo tej całej mody na rodzinne porody. Zgłosiła się do szpitala gdy nadszedł czas. Na porodówce widziała ich – zestresowanych ojców czekających na swoje potomstwo. A inne matki pytały czy rodzi sama czy z mężem. Mówiła, że sama. Że nie chce stresować męża, że dogadała się ze swoją położną, która będzie ją bardzo wspierać. Oczywiście ściema. Drżało jej gardło, bo zazdrościła innym matkom, które mogą ściskać swojego faceta za ręką podczas parcia. Zazdrościła momentu w którym ojciec przecina pępowinę. Ale powiedziała, że będzie twarda, że w dupie z nimi.

Urodziła. Nie było źle. Tylko zabrakło tego kogoś do kogo można się uśmiechnąć po pierwszym buziaku dziecka. Kogoś kto ją przytuli i powie, że była dzielna, że dała radę, że urodziła cudne dziecko.

Wróciła do domu. Przyjechali jej rodzice na kilka dni, bo mieszkają za granicą. Pogadali, pośmiali się, ale temat Jego nie był poruszany, mimo napiętej atmosfery. W końcu wykrzyczała, że On nic nie wie i się nie dowie. To nie jego sprawa. On nie chciał z nią być, więc tym bardziej nie będą razem ze względu na dziecko. Ona tego nie chce.

Z czasem emocje się uspokoiły. Pogodziła się z tym, że wszyscy będą ją obserwować i komentować, że jest samotną matką. Ale ona daje radę. Jest dzielna. Kocha swoje dziecko i zawsze tak będzie. Wszystkie wspaniałe chwile dzieli ze swoim Maleństwem. Gorsze chwile też. Pomagają jej sąsiedzi, bo ona potem musi iść do pracy i ktoś musi się zająć dzieckiem. Trochę ciotka, trochę koleżanka i trochę ona, bo po części udaje się pracować zdalnie. Jednak gorzej jak dziecko choruje. Bo dzieci chorują! Trzeba brać wolne za każdym razem. W pracy się czepiają, bo ile można. Mijają miesiące, w końcu lata.

Dziecko zaczyna pytać „Gdzie jest tata?” bo koledzy w przedszkolu mają takiego kogoś kogo nazywają Tatą. I pojawia się dylemat. Umarł? Odszedł? Nie istnieje? Jest w więzieniu? Wojsku? w kosmosie? pracuje w NASA i wróci za 150 lat? 

Mówi wprost: „Tata nie kochał mamusi, więc odszedł”.

Syn odpowiada: „W takim razie ja nigdy nikogo nie pokocham, bo nie chcę być smutny jak Ty, Mamo”.

// Historia Angeliki – mamy 5 letniego Wojtka. Dzięki za Twoją historię. Piszcie na zrozummatke@wp.pl . O czym chcecie. O tym co Was boli, czego doświadczacie, co cieszy i o czym myślicie.//