Całe życie w cieniu mojej matki… Żeby zawalczyć o siebie, musiałam to przeciąć

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
28 września 2016
Fot. iStock / Todor Tsvetkov
Fot. iStock / Todor Tsvetkov

Nie nazywam jej mamą. Nie przeszłoby mi przez głowę nawet słowo „matka”, które zawsze wydawało mi się takie smutne i pozbawione czułości. Nie potrafię powiedzieć, co w tej chwili do niej czuję. Myślę, że żadna inna osoba nie byłaby w stanie skrzywdzić mnie mocniej. Zabrała mi wszystko: godność, wiarę we własne siły i to, na czym mi zależało: mężczyznę, którego kochałam i i tak mizerną, miłość do siebie samej budowaną latami.

Bo Karolcia to taka jest…

Z dzieciństwem kojarzy mi się jedno: zapach jej perfum i kształt jej ust, kiedy wykrzywiała je niezadowolona, że znowu nie spełniłam jej oczekiwań. I może jeszcze to spojrzenie, bez emocji, bez zainteresowania. Dystans. Niezręczność sytuacji, kiedy zostawałyśmy same wieczorami.

Lubiłam chodzić do przedszkola. Wbiegałam tam z uśmiechem, z nadzieją w sercu, że za chwilę zobaczę panią Jolę, moją wychowawczynię. Ona brała mnie na ręce, przytulała mocno. Przy niej czułam się dobrze, bezpiecznie. Przy niej czułam się ważna. Ona wiedziała. Może jakąś mądrością, doświadczeniem wyczuwała, że miłość i ciepło są mi bardzo potrzebne. I że nie mam tego w domu.

Tata odszedł od nas, kiedy miałam trzy lata, nie pamiętam jak wyglądał. Mama wyrzuciła wszystkiego jego zdjęcia i nie pozwalała na nasze spotkania. Potem wyjechał i nie widziałam go kilkanaście lat. Byłam zatem pamiątką po nieudanym związku, czymś, co bardziej w życiu przeszkadza, niż jest źródłem szczęścia, radości i spełnienia. I dobrze to czułam.

Tak, była bardzo piękna. Pewnie wszystkie małe dziewczynki uważają swoje mamy za najpiękniejsze na świecie. Ale ona przyciągała spojrzenia i dobrze o tym wiedziała. Pewna siebie, kobieta sukcesu. Zdobywająca wszystko, o czym tylko zamarzyła. I wydarzyłam jej się ja. Przeszkoda. Odkąd pamiętam, czułam się przy niej brzydka, głupia, nieciekawa, niewystarczająca. Jej miłość sprowadzała się do poklepania po plecach, kiedy przeżywałam dziewczęce rozterki. Jej czułość do niecierpliwego: „No, nie płacz już”, kiedy spadając z trzepaka rozbiłam kolano.

Ależ nie, dbała o mnie! To znaczy, miałam piękne, drogie ubrania, wakacje nad morzem, albo za granicą i korepetycje z angielskiego i matematyki.

Gdyby tylko czas na to pozwalał, miałabym więcej korepetycji. Dla mojej mamy zawsze mogłabym umieć więcej, nigdy nie zaliczyłam klasówki na 100%. Zawsze mogłam coś zrobić lepiej. Nie miałam już pomysłów, co powinnam zrobić lepiej, żeby wygrać najważniejszą nagrodę: jej szczere zainteresowanie.

A najbardziej było mi wstyd, kiedy coś mi się w szkole nie udało, i nauczycielki prosiły o chwilę rozmowy z moją mamą. – „A, bo Karolcia to taka jest…” – mówiła przepraszającym tonem, jakby miała powiedzieć: Proszę mnie zrozumieć, tak mi ciężko, nie mam już siły do tego dziecka. Bardzo się za nią wstydzę”.

Potem zabierała mnie do domu. Szłyśmy milcząc całą drogę. W domu w tej głuchej ciszy milczeniu odgrzewała mi obiad. I mówiła: Idź zrób lekcje, potem sprawdzę. Do wieczora miała spokój, nie byłam absorbującym dzieckiem.

Jestem dla niego lepsza

W liceum wszystkie koleżanki uwielbiały moja mamę. Za jej modne ciuchy, luz, kiedy uroczym gestem dawała do zrozumienia mojemu wychowawcy, że nie ma za dużo czasu. Za burzę kasztanowych loków, piegi na zgrabnym nosie i zielone oczy.   – Nie rozumiem o co ci chodzi – mówiła moja przyjaciółka – Jest naprawdę świetna. Dla nich była świetna. Dla mnie była obca, perfekcyjna, doskonała, niedościgniona. To dla niej przychodziły do naszego domu, na „babskie wieczory”. To ona była gwiazdą.

Umiała to. Umiała udawać, że jesteśmy kochającą się rodziną, że jestem dla niej ważna. Kochała pozory. I kochała być „świetną matką” w oczach innych ludzi. Ale nie w moich.

Krzysztofa poznałam na studiach. Był trzy lata starszy, wysoki i bardzo przystojny. Inni niż wszyscy. Pokochał mnie, taką niezdarną, nieudaną, niekompletną. Nie – piękną. Byłam szczęśliwa. Kupiłam sobie szminkę, tusz do rzęs i nowe sukienki. Z niecierpliwością wydzierałam sobie każdy jego czuły gest, każde zdrobnienie jakim do mnie mówił, każde zapewnienie o jego uczuciu. Nawet moja mama zauważyła, że zaczynam się zmieniać.

Pewnego wieczora zaproponowała, żebym go zaprosiła do domu. Pomyślałam, że to może jakaś szansa, żebyśmy znalazły porozumienie? Nie wiem jak mogłam nie zauważyć błysku w jego oku kiedy na nią patrzył. I decyzji, która malowała się na jej twarzy, kiedy podawała mu rękę na przywitanie. I jeszcze tego, że to był ICH wieczór, nie nasz. Zupełnie jak na piżama party w liceum.

O tym, że są razem dowiedziałam się od niego. – Zakochałem się w twojej mamie – powiedział po prostu, pewnego dnia. Najpierw myślałam, że żartuje. Potem zrozumiałam, że nie.

Okazało się, że już wtedy spotykali się od miesiąca. Ja, mieszkając pod jednym dachem z moją mamą, nie zorientowałam się, że chodzi na randki z moim chłopakiem.

To był ten moment. Zabrałam jedną, małą walizkę i wyprowadziłam się do koleżanki. Mamie i Krzysztofowi wysłałam SMS- a. Coś o złamanym życiu, samobójstwie. Na to ostanie się nie zdecydowałam. Postanowiłam o siebie zawalczyć. Ale żeby do tego doszło, musiałam się najpierw od niej uwolnić.  „Jestem dla niego lepsza” – napisała mi mama. Pomyślałam, że nie, że to nie tak. Że to oni nie są wystarczająco dobrzy dla mnie.

Dziś dzieli nas prawie 300 kilometrów. To był mój wybór. Wyjechałam do Warszawy, zostawiając tamto życie w domu. Choć domem nazywam teraz moje wynajęte mieszkanie, a rodziną przyjaciół, których tu znalazłam. Powoli odbudowuję wszystko to, co waliło się od urodzenia.

Minęły cztery lata. O mamie wiem niewiele. Podobno nie jest już z Krzysztofem, podobno zmieniła pracę i przemeblowuje mieszkanie. W zeszłe święta dzwoniła do mnie z życzeniami.

Nie odebrałam. Nie jestem jeszcze na to gotowa.


Wysłuchała: Anna Frydrychewicz


„Od nas się tylko wymaga, żąda, straszy niepewną przyszłością”. O nastolatkach, których problemów nie chcemy zauważyć…

Anika Zadylak
Anika Zadylak
28 września 2016
Fot. iStock/AntonioGuillem
Fot. iStock/AntonioGuillem

Mówią o nich „naznaczeni”. Ślady swojej bezsilności, walki z lękami, z brakiem akceptacji zostawiają wszędzie. Na udach, na rękach, na brzuchu. Nie tylko się okaleczają i podcinają żyły, ale też biją, aż do pojawienia się krwiaków. Krzywdzą  się, żeby bólem fizycznym zagłuszyć ten gorszy, psychiczny, który atakuje dusze. Tną się, żeby choć na moment uciec od rzeczywistości, która ich przerasta i z którą sobie kompletnie nie radzą.

– Marysia zaczęła sobie „radzić” z tym, czego nie potrafiła powiedzieć głośno, ponad rok temu. W drugiej klasie gimnazjum. Uczyła się świetnie, nie sprawiała kłopotów, udzielała charytatywnie, była bardzo cicha. Zbyt cicha, jak się okazało, bo wszystko tłumiła w sobie. I dusiła w środku  do tego stopnia, że fizycznie nie mogła oddychać. Więc znalazła sobie sposób i zaczęła się ciąć. Wszędzie i wszystkim, bo te dzieciaki rzadko używają żyletek. Cięła się nożem, nożyczkami, połamaną płytą CD, ostrzem wyciągniętym ze szkolnej temperówki. Nic nie zauważyłam na początku, bo robiła to w mało widocznych miejscach, np. na podbrzuszu. Ręce zakrywała ubraniami lub dużą ilością bransoletek, a kiedy zdarzyło jej się pociąć uda nosiła dłuższe spodenki. Wydało się przypadkiem, gdy zemdlała i trafiła na pogotowie. Zawołał nas lekarz, pokazał blizny. Wie pani, co czuje matka, gdy widzi poranione ciało swojego ukochanego dziecka i wie, że ono samo sobie to zrobiło? Koszmar.  Skierowano nas do psychiatry i poradni psychologicznej. Początkowo nawet pomogło, ale nikt nie mógł ustalić jednoznacznej przyczyny. W domu było wszystko w porządku, nie rozwodziliśmy się z mężem, nawet nie kłóciliśmy. Na wszystko starczało, nie było chorób i innych większych problemów. Doszło do tego, że spaliśmy z mężem na zmianę, żeby w nocy kontrolować, czy córka  nic sobie nie robi. Tym bardziej, że zdarzały się szycia, zakładanie szwów,  bo rany były głębokie. Pomału wyszło, że to przez szkołę, przez grupę kolegów, którzy się z niej naśmiewali, zaczepiali, obrażali. Nikomu nie mówiła, wstydziła się a potem myślała, że odpuszczą.  I przez kilka miesięcy był względny spokój, nie zauważałam nowych śladów, nawet zaczęliśmy spać jak kiedyś.  Aż nastąpił nawrót.  Mam pretensje, bo jak ich nie mieć…?  Do szkoły, że nie zareagowali odpowiednio, zbyli temat. Do psychologa, że nie odesłał nas gdzie indziej, nie zasugerował szpitala czy innej pomocy. Do psychiatry, że zwlekał z przepisaniem leków. I do siebie, najwięcej żalu mamy do siebie, że nie zauważyliśmy, nie zdołaliśmy pomóc. I, że nie zdążyliśmy, kiedy pocięła się zbyt głęboko, ten ostatni raz.

Przeglądam adresy poradni psychologiczno-pedagogicznych, szukam szpitali psychiatrycznych dla dzieci i młodzieży, i pierwsze co zauważam, to zbyt mała liczba takich placówek.  Na ponad 30 tysięczne miasto znajduję jedno takie miejsce, plus jeden taki szpital na całe województwo. Podobnie jest w większych miastach. Za mało kadry zajmującej się nastolatkami, z problemami podobnymi do tych, które miała Marysia. Dlaczego to robią? Co ich pcha do tak drastycznych posunięć i dlaczego, w skali tak ogromnego zagrożenia, jest tak mało pomocy dla tych młodych, zagubionych ludzi. Od znajomego terapeuty słyszę, że problem jest bardzo złożony, że zazwyczaj niepotrzebnie wrzucany do jednego worka z napisem :  bunt, hormony i okres dojrzewania. Umawiam się więc na rozmowę z Przemkiem, czternastolatkiem zakwalifikowanym do leczenia w zamkniętym ośrodku.

– Wytykają nas palcami, mówią, że Emo jesteśmy (subkultura, charakteryzująca się m.in. okaleczeniami – przyp. autora), że jesteśmy nieprzystosowani. Mówili, że jestem rozpieszczony, bo ojciec ma dużą firmę, że pedał, bo książki lubię czytać i dlatego mi się w głowie poprzewracało. Nikt nas tak naprawdę nie pyta, o co nam właściwie chodzi. Od razu jest kwalifikacja, że albo w szkole coś albo w domu, ewentualnie problemy miłosne. Kiedy chodziłem wcześniej do pedagoga i takiej psycholog, to miałem wrażenie, że mnie nie bardzo słucha. Od razu narzucała mi kierunek problemu, ja to sobie tak nazwałem. Wypytywała o relacje rodziców i jedną ich kłótnię, o której wspomniałem, rozdmuchała do rangi patologii. A ja mam dobrych rodziców, normalnych, kłócą się czasem jak wszędzie i nie przez to się tnę. Podwija rękawy koszuli i odsłania nogawki spodni. To co tam widzę, jest jednym bolesnym krzykiem o ratunek, wołaniem, że dzieciak cierpi, że to co się z nim dzieje, pożera go od środka. – Mnie to po prostu wszystko przerosło, życie mnie przygniotło. Ktoś powie: „A co ten gówniarz bredzi, co on tam o życiu wie”. No mało wiem,  i więcej chyba, już nie chce. Każdy z tych krwawych śladów jakie pani widzi, to moje mówienie o tym, że nie chcę tu być. Od nas się tylko wymaga, żąda, straszy niepewną przyszłością. Posyłają do szkół pięcioletnie dzieci i tłuką im do głów, że to nie drugi człowiek, a wykształcenie jest najważniejsze. A potem wracamy i patrzymy na swoich bezrobotnych rodziców, którzy też są przecież po studiach. Każą nam się przystosować do ogółu, do obowiązujących norm, a sami ich często nie przestrzegają. My nie jesteśmy nastolatkami, które beztrosko bujają się na trzepaku, tylko małymi dorosłymi, którzy już w wieku 10 lat boją się, o swoją przyszłość. Będę się ciął, bo tylko wtedy o tym wszystkim nie myślę. Wolę ból od żyletki, niż ten, spowodowany istnieniem. I tak przecież nikt mi nie pomoże, nie przekona, że można żyć inaczej.

Znajomy terapeuta mówi jeszcze, że takich przypadków będzie więcej, bo czasy nie zmieniają się na lepsze. Nastolatkowie czują ciągłą presje, są obserwowani, manipulowani. Dramat jest jeszcze większy, kiedy odkrywają, że są innej orientacji seksualnej, mają inne zainteresowania niż rówieśnicy. Wtedy ich strach przed odrzuceniem, przed brakiem zrozumienia się pogłębia. I dodaje, że setki takich pacjentów, trafia do niego zbyt późno, już jako dorośli ludzie. Często po próbach samobójczych, z głęboką depresją, zespołem sanów lękowych. I bliznami.  Tymi najgłębszymi, nie do zakrycia czy usunięcia. Bliznami w psychice.


Bierze cię jesienne osłabienie? 5 rzeczy, których powinnaś się wystrzegać, by nie „przekichać” sobie zdrowia

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
28 września 2016
Fot. iStock / SrdjanPav
Fot. iStock / SrdjanPav

Zamy ten problem doskonale. Gdy tylko ciepłe, letnie miesiące stają się miłym wspomnieniem, nadciąga jesienna słota. Lato rozpieszczało nas wysokimi temperaturami i przyjemną pogodą, więc mało kto martwił się o swoją odporność.

Jesienna aura raczy nas jednego dnia pogodą charakterystyczną dla złotej polskiej jesieni, a innego opadami deszczu z nieprzyjemnym wiatrem. Często pojawia się kłopot, jak się ubrać na niepewną pogodę, która zdradliwe potrafi zmienić swoje oblicze. W efekcie czujemy się osłabieni, pozbawieni energii i częściej zaczynamy pociągać nosami. Nie ma co czekać na rozkręcenie choróbska i rachunek z apteki. Mądrzej jest działać, gdy tylko pojawią się pierwsze sygnały nadchodzącej zdrowotnej katastrofy.

Nie rób tego, a choroby będą trzymały się od ciebie z daleka

1. Nie biegnij od razu do apteki

Owszem, jak trzeba, to trzeba sięgać po farmaceutyki, w końcu nie sposób części z nich odmówić skutecznego działania. Jednak nie wszystko złoto, co się świeci i jednorazowe łyknięcie kilku różnych tabletek nie wzmocni twojego organizmu. Pamiętaj, że syntetyczne witaminy nie wchłaniają się tak sprawnie, jak te zawarte w jedzeniu. Powinny być one uzupełnieniem, a nie podstawą twojej diety, więc zamiast biec na zakupy do apteki, przyjrzyj się temu, co jesz. Zadbaj, by nie zabrakło w pożywieniu antyoksydantów, mikroelementów i witamin. Aż 80% odporności zawdzięczamy jelitom. Ich błona śluzowa jest główną barierą chroniącą organizm przed patogenami docierającymi z pożywieniem. Błona śluzowa wytwarza w dużej ilości limfocyty B i T, które wędrują dalej z krwią do wszystkich błon śluzowych w organizmie, pełniąc funkcje ochronne. Gdy nie będzie ich wystarczająco, czeka nas zwiększona podatność organizmu na różne infekcje.

2. Nie rezygnuj ze sportu

Zazwyczaj pierwsze chłody nie zachęcają do podejmowania aktywności fizycznej. Gdy tylko temperatura spada, część z miłośników letniego ruchu zamyka się w ciepłych domach. A przecież ruch jest ważny dla wzmocnienia organizmu przez cały rok. Co więcej, nawet przy lekkim katarze można nadal uprawiać sport, zamiast zalegać w domu na kanapie. Świeże powietrze i ruch usprawnia krążenie krwi, dotlenia i wzmacnia organizm. Chłodne powietrze obkurcza śluzówkę i górne drogi oddechowe, więc oddycha się lżej podczas kataru. Musisz pamiętać, że rodzaj ruchu powinien być dopasowany do możliwości, przy wykorzystaniu odpowiedniej, termoaktywnej odzieży.

3. Nie bój się bakterii i kwasów

Nie, nie namawiam do odrzucenia zasad higieny, ale zwrócenia uwagi na naturalne i zdrowe bakterie probiotyczne. Pamiętaj o fermentowanych produktach mlecznych zawierających żywe kultury bakterii probiotycznych (jogurty, kefiry). Duże znaczenie mają także kiszone warzywa (ogórki, kapusta, buraki). Pamiętaj również o działających przeciwzapalnie kwasów omega-3, znajdujących się w tłustych rybach morskich, tranie, a także tłoczonych na zimno olejach: lnianym, rzepakowym, oliwie z oliwek. Jedz warzywa i produkty z pełnego przemiału, które zawierają błonnik będący pożywką dla „dobrych” bakterii. Zapomnij natomiast o cukrach prostych, którymi żywią się chorobotwórcze drobnoustroje. Ogranicz słodycze, słodzone napoje, białe pieczywo, biały ryż oraz makarony produkowane z mąki oczyszczonej.

4. Nie poddawaj się używkom

Używki to zło, wiemy nie od dziś. Jednak coraz dłuższe i chłodniejsze wieczory, skłaniają do sięgania po niezdrowe przyzwyczajenia, czasem i z nudów. Papierosy, alkohol i nadmiar kawy niszczy potrzebne limfocytom witaminy i wypłukuje minerały. Co równie ważne, ale wcale nie łatwe — wystrzegaj się przewlekłego stresu. Niepokój i stałe napięcie psychiczne wpływa na większą produkcję kortyzolu, który osłabia funkcjonowanie układu odpornościowego.

5. Nie siedź pod kloszem

Nawet jeśli jesteś miłośniczką minimalizmu i nienagannej czystości, nie jest to dobre dla twojego organizmu. Sprzątając z myślą o sterylnej czystości, pozbywasz się z otoczenia drobnoustrojów, z którymi twój organizm nauczył sobie już radzić. Gdy brakuje styczności z mikrobami (np. zwierzętami, kurzem, bakteriami innych osób), częściej pojawiają się alergie. Układ odpornościowy nie ma się na czym ćwiczyć i spotkania z innymi patogenami poza domem mogą kończyć się różnymi infekcjami. Oczywiście, nie popadajmy w skrajność, braku higieny nikomu nie służy. Na co dzień, by chronić się przez chorobotwórczymi drobnoustrojami, wystarczy częste mycie rąk, unikanie dużych skupisk ludzkich. Gdy dręczy cię katar, używaj jednorazowych chusteczek i wyrzucaj je od razu do kosza, przy kaszlu zasłaniaj usta łokciem, nie dłonią. I pamiętaj, że każda przebyta infekcja, uczy twój układ odpornościowy lepszego reagowania na pojawiające się zagrożenie.


źródło: kobieta.wp.pl


Zobacz także

5 rad terapeuty które okazują się naprawdę pomocne w życiu

5 rad terapeuty, które okazują się naprawdę pomocne w życiu. „To” nie dzieje się teraz

#NoMakeUp challenge - jak mam wyjść z domu bez makijażu?

#NoMakeUp challenge – jak mam wyjść z domu bez makijażu?

Wszyscy chcielibyśmy być bardziej zdyscyplinowani. Badania pokazują, że osobom z wysoką samokontrolą częściej udaje się osiągać sukces w różnych dziedzinach życia.

Jak w zegarku. Czyli problem ze zbyt wysoką samokontrolą