„Żywe i witalne”. Czy naprawdę rozumiemy probiotyki?

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
5 grudnia 2016
Fot. iStock / M_a_y_a
Fot. iStock / M_a_y_a
 

Temat probiotyków, ich zastosowań w terapiach i profilaktyce zdrowia, ich jakości oraz skuteczności działania jest aktualnie bardzo często przedstawiany na łamach prasy i w innych mediach.

Dostępne są coraz szersze informacje o celu ich zastosowań, jakości dostępnych preparatów oraz ich występowaniu w produktach spożywczych. Opisywane są właściwości wybranych szczepów bakterii probiotycznych, w odniesieniu do konkretnych jednostek chorobowych i dysfunkcji pracy naszych organizmów. Przytaczane są definicje i cechy probiotyków, opisywane są funkcje i budowa ekosystemu jelitowego oraz mechanizm działania probiotyków. Świetnie! Ta wiedza jest jeszcze stale za mało znana zarówno przeciętnemu Kowalskiemu, jak i jego „prozdrowotnym opiekunom”.

Jest jednak jeszcze jeden dość poważny problem – wiedza praktyczna w porównaniu z tą teoretyczną, nadal jest w powijakach.

Przekazywana wiedza jest niezmiernie rzadko poprzedzana kompleksowym zrozumieniem sedna istnienia bakterii probiotycznych w naszych organizmach. Z reguły bakterie te są traktowane przedmiotowo i albo te chorobotwórcze trzeba po prostu zniszczyć, albo te co mają nas wspomóc w zdrowiu lub restauracji zdrowia, traktujemy jako kolejny środek medyczny lub suplement diety.

Śledzę i z wielkim zainteresowaniem poznaję artykuły i prace różnych autorów zajmujących się tematem probiotyków. Należą do nich dietetycy, lekarze, dr. nauk medycznych i inni. Przytacza się w nich liczne badania dotyczące zastosowań różnych szczepów bakterii probiotycznych i wymienia bardzo liczną i cenną bibliografię. Jednak brakuje w tym jeszcze innego, niezwykle istotnego, dopełniającego zakresu wiedzy. Przedstawiane treści zawierają niejako „białe plamy” i często istotne nieścisłości wprowadzające w błąd konsumenta, czy pacjenta.

Widzę to tak, jakby zapytać dziecko skąd jest mleko, to odpowie, że ze sklepu lub z kartonika a wędliny są od rzeźnika. A jest tak, że mleko mleku nie jest równe, że „produkują” je krowy, że jego wartość odżywcza zależy od warunków ich życia, od sposobu i treści karmienia oraz od tego, w jakim stopniu zostanie przetworzone w przemysłowym procesie produkcji. Wędliny wykonywane są z mięsa zwierząt a ich jakość i wartość odżywcza również zależy od powyższych czynników. I tak o probiotykach wiemy, że są oferowane w kapsułkach lub saszetkach, a że w postaci liofilizowanej, to już mało kto wie, informuje się nas, że probiotyki znajdują się w jogurtach lub mleku acidofilnym, lub w kiszonej kapuście i w kiszonych ogórkach, albo w napojach sojowych, owocowych, czy warzywnych z dodatkiem probiotyków, itp., ale brak dostatecznej informacji o skuteczności ich stosowania.

Fot. iStock / jamesbenet

Fot. iStock / jamesbenet

Bakterie probiotyczne, to także żywe istnienia, które posiadają własne DNA. Dla porównania genom człowieka liczy około 30.000 genów, a flora bakteryjna w nas liczy około 4 milionów genów. Mikroorganizmy te posiadają swoje zachowania społeczne i zdolność komunikacji międzygatunkowej. Przy tym tak samo niezwykle istotne jest, jakie warunki do życia i rozwoju mają interesujące nas szczepy bakterii probiotycznych w środowisku jakim jest nasz organizm, ze szczególnym uwzględnieniem zespołu jelit, jak i to w jakich warunkach przemysłowych następuje hodowla bakterii probiotycznych, które są ostatecznie liofilizowane i dalej przetwarzane lub konfekcjonowane zgodnie z przeznaczeniem.

Ilu autorów przytaczanych tutaj publikacji posiada wiedzę na ten temat? Kto zastanawia się nad tym skąd biorą się i jak przebiega proces hodowli i produkcji bakterii probiotycznych, o których piszą, i które polecają? Posiadając taką wiedzę zwracam w tym miejscu uwagę na pewne istotne fakty dotyczące stosowania probiotyków zarówno w profilaktyce jak i w terapiach.

Probiotyki, jakich nie znaliśmy

Organizm człowieka nie może prawidłowo funkcjonować bez obecności w nim odpowiedniej ilości i rodzajowości gatunkowej bakterii probiotycznych. Jest tak, że organizm zdrowego człowieka a w nim jego mikrobiota charakteryzuje się obecnością w nim odpowiedniej ilości bakterii autochtonicznych w tym probiotycznych, które współpracując i współdziałając na zasadzie synergii zabezpieczają zdrowie swego gospodarza.

To nie pojedyncze bakterie stymulują nasz układ immunologiczny, tylko ich konsorcjum, nie jest tak, że tylko pojedyncze szczepy bakterii probiotycznych np.  typu Lactobacillus rhamnosus ATCC 53103 (LGG) czy Lactobacillus plantarum 299V, (jedne z najlepiej przebadanych szczepów bakterii probiotycznych), czy inne neutralizują lub łagodzą objawy dysfunkcji organizmów dziecięcych i osób dorosłych.

W organizmach zdrowych osób, zarówno dzieci jak i dorosłych te prozdrowotne funkcje wypełnia zespół, swoiste konsorcjum różnorodnych gatunkowo, probiotycznych mikroorganizmów składających się na autochtoniczny mikrobiotę każdego z nas. Obrazem zaburzenia jego równowagi mikrobiologicznej jest m. innymi dysbioza, zespół nieszczelnego jelita i dalsze konsekwencje. Pojedynczymi szczepami bakterii probiotycznych można zadziałać objawowo, ale nie doprowadzi się do równowagi mikrobiologicznej i nie rozwiąże problemu dysbiozy.

W licznych publikacjach podaje się, że jakość i skuteczność preparatu probiotycznego uzależniona jest od ilości bakterii w porcji preparatu, przy czym przyjęło się uważać, że wyjściowo ich minimalna ilość musi wynosić 10⁹ jtk/g (jeden miliard) bakterii probiotycznych. Wskazuję, że bardziej istotny jest parametr określający zdolność do ich przetrwania w ośrodkach stresowych takich jak kwasy żołądkowe i sole żółciowe i dalej do zasiedlania przestrzeni jelit. Zdolność ta uzależniona jest od witalności tych bakterii a ta uzależniona jest od sposobu i czasu prowadzenia ich hodowli. Dla przykładu liofilizowane preparaty probiotyczne o wyjściowej liczebności na poziomie od 10⁹ do 50×10⁹jtk/g bakterii probiotycznych (jeden miliard do pięćdziesięciu miliardów jednostek na gram) charakteryzują się zdolnością do przeżycia na poziomie od 100 do 1000 (10² do 10³ jtk/g). Przy tym preparaty probiotyczne JOY DAY zawierające żywe i witalne bakterie probiotyczne o wyjściowej liczebności na poziomie 2×10⁷ jtk/ml charakteryzują się zdolnością do przeżycia na poziomie minimum sto tysięcy jednostek na mililitr (10⁵ jtk/ml) preparatu.

Ta znaczna różnica wynika z faktu, że tradycyjne bakterie probiotyczne hodowane są przemysłowo jako pojedyncze szczepy w czasie około 72 godzin a następnie poddawane procesowi liofilizacji. Tak wyhodowane mikroorganizmy mają ograniczoną witalność. Ponadto na uwagę zasługuje również to, że nawet gdy później producent łączy kilka szczepów tak wyhodowanych bakterii w jeden kompleks, to i tak każdy z nich hodowany jest osobno i zanim przystosuję się one do współpracy w organizmie, po ich uaktywnieniu do żywotności, to proces ten rozkłada się bardzo długo w czasie.

Natomiast szczepy bakterii wchodzące w skład preparatów probiotycznych JOY DAY hodowane są zespołowo w kaskadowym procesie hodowli, która trwa kilka tygodni. W tym czasie nabywają one swej naturalnej witalności, doświadczają synergicznego współdziałania i produkują cenne, prozdrowotne metabolity.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

W tym świetle godne polecenia są właśnie preparaty probiotyczne zawierające w swym składzie konsorcjum żywych i witalnych szczepów bakterii probiotycznych zdolnych do synergicznego, natychmiastowego  zasiedlania całej przestrzeni jelit bez dodatkowych zabezpieczeń typu kapsułki. Wskazane jest przy tym, by preparaty te zawierały w również prozdrowotne i antyseptyczne metabolity wytwarzane przez te dobroczynne mikroorganizmy. W ich składzie powinny znajdować się również organiczne witaminy, enzymy, mikroelementy i antyoksydanty. Składniki metabolitów powinny charakteryzować się również skuteczną zdolnością niszczenia chorobotwórczych drobnoustrojów w tym Pseudomonas aureginosa, Listeria monocytogenes, Salmonela, Staphylococcus aureus, Escherichia coli, Clostridium difficile, Helicobacter pylori, czy drożdżaki z rodzaju Candida.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

linia 2px

O autorze:

Jędrzej Soporowski dietetyk, specjalista profilaktyki probiotycznej. Promotor ekologii życia oraz wpływu pozytywnych czynników, w tym probiotycznej flory bakteryjnej na witalność i zdrowie człowieka. Jest autorem receptur produktów probiotycznych JOY DAY zawierających w swym składzie żywe szczepy bakterii probiotycznych.

Artykuł powstał we współpracy z JOY DAY


Agata Komorowska: „Bóg zrobił sobie ze mnie jaja. Powinnam lepiej precyzować marzenia”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 grudnia 2016
Arch. prywatne/Agata Komorowska
Arch. prywatne/Agata Komorowska
 

Mając 29 lat została matką. Niezależna, pełna energii – rozkręcony biznes, własne mieszkanie, w końcu mąż i… dziecko. Perfekcjonistka w każdym szczególe. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. – W takiej rodzinie zostałam wychowana. Mój ojciec był perfekcjonistą, praca była jego całym życiem. I ten pracoholizm przejęłam po nim. Połowa lat 90-tych – specjalista od reklamy – to się wtedy nie mogło nie udać – mówi Agata Komorowska.

Gdyby ktoś wtedy jej opowiedział, jak potoczy się jej życie, pewnie uznałaby to za niezły żart. Bo jak to ona – kobieta sukcesu, zakochana, dopiero co po ślubie zostanie za kilka lat sama z… czwórką dzieci, z których ostatnie pojawiło się w jej domu na stałe kilka miesięcy temu i ma 15 lat, dokładnie tyle, ile pierwszy syn Agaty – Aleks.

Aleksander nauczył mnie, że umiejętności dostrzegania pozytywów w bardzo negatywnych sytuacjach

„Od piętnastu lat błądzę, a Ty jesteś moim przewodnikiem. Jesteś surowy i wymagający, trudny do zrozumienia i czasem czuję się przy Tobie bezradna, ale wtedy zawsze staje się cud, który sprawia, że zdaję kolejny egzamin, pokonuję kolejny etap podróży zwanej macierzyństwem”.*

 – To moje pierwsze macierzyństwo było pisane rozumem, a nie emocjami. Miałam listę zadań do wykonania, rozpisany cały plan na bycie mamą. Mamą idealną, która zapisuje i odwozi na zajęcia, która gotuje samą zdrową żywność, czyta odpowiednie bajki na dobranoc i przytula akurat tyle, ile się powinno – wspomina Agata. – Wtedy wydawało mi się, że tak właśnie musi być. Że tak powinno wyglądać moje życie, które dzieliło się na role matki, żony i pracownika roku, który rozwija własny biznes. Dzisiaj Aleks jest dla mnie największym macierzyńskim wyzwaniem. Ma 15 lat, nieustannie bada moje granice, a ja je sama poznaję i wyznaczam na nowo. Nasza relacja jest bardzo burzliwa. Pewnie wynika to z tego, że na początku byłam taką korpo-matką zadaniową, tak strasznie daleko od mojego serca, że nie bardzo mogłam to macierzyństwo sercem rozumieć. Aleks jest do mnie podobny. To dzieciak, a raczej już niemal facet o bardzo dobrym sercu, choć pewnie speszyłby się, gdyby to przy nim powiedziała. W tych naszych kłótniach, dyskusjach szukam w nim tego wszystkiego, co dobre. Cierpliwość – tak mogłoby się nazywać to moje macierzyństwo.

Krystian nauczył mnie pokory i dostrzegania cudu w nie perfekcji

„Wywróciłeś moje życie do góry nogami i samym swoim istnieniem pokazałeś, co jest najważniejsze. Przez pierwsze lata Twojego życia Twój dodatkowy chromosom był dla mnie krzyżem, który niosłam z pokorą, zaciskając zęby, aż upadłam. I wtedy dostałam drugie życie”.*

 Dziś ma 9 lat. O tym, że jest dzieckiem z zespołem Downa Agata dowiedziała się kilka chwil po porodzie, choć w czasie ciąży śnił się jej Krystian z diamencikami w oczach. – Pytałam lekarza, czy parametry są na pewno prawidłowe – te widziane na USG, a on powtarzał, że wszystko jest w porządku. Pochłonęły mnie dzieci i dom. I choroba Krystiana. Chciałam „uleczyć” Krystiana, pokazać światu, że wszystkie niedociągnięcia, jakie zafundowała mu natura, da się zniwelować. Jeździłam z nim na terapie, nieustannie pracowałam… Robiłam wszystko, by jego życie było „normalne” i by on był szczęśliwy. Tylko, czy o jego szczęście chodziło?

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Ada nauczyła mnie, że trzeba podążać za swoim przeznaczeniem

Z początku był to cichy szept szumiący gdzieś w sercu, który z każdym rokiem stawał się coraz bardziej wyraźny, coraz głośniejszy. Nie wiedziałam, kim jesteś ani kiedy się urodziłaś. Jak więc mogłam Cię odnaleźć?”.*

 Ada pojawiła się w moim życiu, a raczej w myślach i sercu, kiedy jeszcze wstawałam w nocy do malutkiego Aleksa. Myślałam wtedy: „Ja do niego wstaję, a na świecie jest tyle dzieci, do których ktoś nie podejdzie, nie przytuli, nie poprawi kołderki”. Już wtedy wiedziałam, że chcę adoptować dziecko. Mąż się zgodził, był jeden warunek – po drugim dziecku, liczył, że zapał mi minie. Ale tak się nie stało. Pomimo wymagającego wiele pracy macierzyństwa z Krystianem, decyzja o adopcji była już dawno podjęta. Tyle tylko, że Agata z mężem usłyszeli „nie”. Nie mogą adoptować dziecka skoro mają w domu dziecko z niepełnosprawnością. – Zagotowało się we mnie. Jestem typem, który jak wyrzucą go drzwiami, wejdzie oknem. Nie ten ośrodek adopcyjny, to inny. Myśleliśmy o dziecku od 0 do 6 roku życia, żeby nie było starsze od Aleksa, ale nie przypuszczaliśmy, że dostaniemy Adę – dwumiesięczne niemowlę, zwłaszcza, że kilka tygodni wcześniej wydałam wózek, łóżeczko, przewijak – wszystkie te niezbędne przy maluchu dzieci. Ale Ada była nasza od pierwszego spojrzenia. Miała sukienkę w tym samym kolorze co ja i trzymała podczas snu pieluszkę na twarzy – dokładnie tak samo, jak ja kiedy byłam mała.

Agata nauczyła się siebie słuchać

„Obecności Aniołów doświadczam od jakiegoś czasu. Od czasu kiedy przestałam obawiać się siebie samej, od czasu kiedy nie wstydzę się tego co czuję, od czasu kiedy ufam, bez potrzeby wyjaśniania, od czasu, kiedy mój Bóg wyprowadził się ze świątyń i zamieszkał ze mną na stałe”.

Wszystko ma swoje granice, a raczej wszyscy je mamy. Okazało się, że Agata również. Przeszła załamanie… – Przez 13 lat stawiałam potrzeby innych ponad swoje. Dochodziło do sytuacji, kiedy robiąc śniadanie dla wszystkich – przy czym dla każdego coś innego, zapominałam o sobie, bo ja nie istniałam. Nie da się być perfekcyjną, nie ma ideałów, choć ja za wszelką cenę próbowałam udowodnić, że jest inaczej pracując po 16 godzin, śpiąc dwie, w międzyczasie wycinając coś z Krystianem, wożąc Aleksa na aikido. Jechałam do pracy, później z Krystianem na rehabilitację, z powrotem do pracy, ocierając łzy wpadałam po Aleksa do przedszkola, gotowałam obiad – przy czym dla Krystiana to musiało być specjalne jedzenie, a kiedy dzieci szły spać, siadałam znowu do pracy. Chciałam sobie i innym udowodnić, że można, że wystarczy chcieć, spiąć pośladki i gnać do przodu… Ale się myliłam, i to bardzo. I musiałam moje życie wywrócić na drugą stronę, by to wszystko zrozumieć. Musiałam wylądować w szpitalu, zmierzyć się z depresją, z własnymi lękami, ograniczeniami i słabościami. Zobaczyć je wszystkie i zaakceptować. A to było niezwykle trudne.

Pamiętam, jak leżąc w szpitalu zobaczyłam starszą panią – widać było, że słaba i schorowana. Pod rękę do szpitala prowadziła ją jej córka – kobieta z zespołem Downa… To wtedy zrozumiałam, że Krystian jest tak nieprzewidywalny, że jego rozwoju nie da się zaplanować, że zamartwianie się tym, co będzie, jak ja umrę, kto się nim zajmie, nie ma najmniejszego sensu. Dotarło do mnie, że ta moja wręcz histeryczna rehabilitacja, chęć wyleczenia, go nie uszczęśliwi. To wtedy przyszła do mnie myśl, że może lepiej to pokochać, a nie pokonać, zauważyć w tej niepełnosprawności to, co jest piękne, wyjątkowe, niezwyczajne i na tym się skupić, na zachwycie nad tymi elementami i odpuścić mu to, co jest dla niego za trudne. I że to ja od niego powinnam się uczyć, a nie on ode mnie. Bo nikt nie umie żyć w tym modnym „tu i teraz” tak bardzo jak dzieciaki z zespołem Downa, one cieszą się chwilą, która jest w tym momencie.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

To był czas, kiedy Agata po raz drugi postawiła swoje życie do góry nogami. Pomyślała o sobie, rozwiodła się i jak sama mówi – stanęła na mocnych nogach. W końcu. – Pewne rzeczy stały się dla mnie kompletnie nieważne. Nauczyłam się odpuszczać. I przestałam bać się być sobą.

Michał nauczył mnie, że najlepszym planem na życie jest niezaplanowana zmiana planów, że trzeba być uważnym na to, co dzieje się wokół

Ty sam jesteś niezwykły. Życie Cię nie rozpieszczało. Straciłeś tatę, nie mogłeś mieszkać z mamą. Dzieci powinny być kochane, tulone i chronione od chwili poczęcia. Takie ich prawo, po to są. Zasługują na całe dobro tego świata tylko dlatego, że istnieją. Ty tego nie miałeś. Zachwycasz mnie swoim czystym sercem, dobrocią i wrażliwością. Ile siły musiałeś w sobie mieć, by to dobro zachować w złym świecie, w którym przyszło Ci żyć”.*

Została z trójką dzieci marząc o ponownym zbudowaniu pełnej rodziny. Życie jednak spłatało Agacie figla. – Pan Bóg zrobił sobie ze mnie jaja. Powinnam chyba doprecyzowywać swoje marzenia, bo okazało się, że do pełnej rodziny brakowało nam Michała. Michał był kolegą z klasy Aleksa. Przyjaźnili się, od czasu do czasu bywał u nas w domu sam mieszkając na stałe w domu dziecka. Okazało się, że w drugiej klasie gimnazjum chłopcy mieli problem z nawigacją, nie trafiali do szkoły. Woziłam ich obu i odprowadzałam pod klasę. W czasie drogi do szkoły rozmawialiśmy, poznawaliśmy się coraz lepiej. Michał częściej bywał z u nas, spędzał z nami weekendy. Znaczące dla mnie było, że Krystian, który unika obcych, Michała zaakceptował bardzo szybko. I tak sobie funkcjonowaliśmy, Michał właściwie do domu dziecka wracał tylko na noc. Na długi weekend maja, planowałam wyjazd, na który chciałam zabrać Michała, już wtedy traktowaliśmy go jak członka rodziny. Złożyłam dokumenty w domu dziecka o przyznanie statusu rodziny zaprzyjaźnionej, ale… otrzymałam odmowę. Siostra dyrektor zmieniła zdanie i okazało się, że absolutnie się nie zgadza, by Michał spędzał u nas czas. W ramach wyjaśnienia usłyszałam, że Aleks na terenie tej katolickiej placówki powiedział, że nie wierzy w Boga, nasze relacje były nieważne. I co dalej? Z Michałem mamy wrócić do kontaktów koleżeńskich? Obeszłam wszystkie urzędy i okazało się, że mimo iż jestem samotną matką trójki dzieci, z których jedno niepełnosprawne już raz okazało się problemem, to jednak mogę zostać rodziną zastępczą dla Michała. Nie zastanawiałam się długo. Ogromna pomoc i wsparcie jaką uzyskałam od urzędników, sprawiły, że dwa miesiące później – pod koniec lipca, sąd pozwolił Michałowi z nami zamieszkać, a było to w czasie, kiedy jeszcze trwała cała procedura, którą musiałam przejść zostając dla niego rodziną zastępczą.

I tak jestem mamą czwórki dzieci. I mam jeszcze pół syna – 18-letniego brata Michała, który spędza u nas dużo czasu. Michał ma jeszcze siostrę… młodszą.

To są Anioły Agaty. Oprócz Aleksa, Krystiana, Ady i Michała, jest jeszcze jeden – utracony, który nie miał szansy pojawić się po tej stronie świata. Do każdego ze swoich Aniołów Agata napisała list. Do Ady – próbując jej wytłumaczyć adopcję, później do Krystiana – gdy leżała w szpitalu i zrozumiała, że on jest ideałem, którego nie trzeba naprawiać. Do Aleksa – ten najtrudniejszy… Do Anioła Utraconego. I do tego, który pojawił się ostatnio w jej życiu kompletnie niezapowiedziany – Michała.

To dla nich wydała książkę – sama, bo nie chciała, by ktokolwiek zmieniał jej słowa. To w tej książce pisze o miłości, o wyjątkowości, o cudach, które każdego dnia nas spotykają.

Minęlibyście na ulicy dziewczynę – bo Agata wygląda jak dziewczyna z motylami na koszuli, trupią czaszką w klamrze paska i w życiu byście nie przypuszczali, że można tak kochać, tak wielkie dla miłości mieć serce. Dla tej miłości, której my tak często na próżno szukamy… A znaleźć ją można gdzie indziej, na wyciągnięcie ręki… Poszukajcie swoich Aniołów, odnajdźcie je na nowo – w sobie, w waszych najbliższych. To ważna lekcja – jaką daje nam Agata i jej Anioły.

baner1920x1080


Poczta zamiast maila. Czy rząd myśli, że na wsi czas się zatrzymał?

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
5 grudnia 2016
Poczta zamiast maila. Czy rząd myśli, że na wsi czas się zatrzymał?
Fot. iStock / lolostock
 

Zasypało moją wieś. Jest pięknie, zwłaszcza, gdy śnieżnym zaspom towarzyszy słońce wyżu syberyjskiego. Gdy myślę o tym, ile lat oglądałam miejską, zimowa breję, to jednak dochodzę do wniosku, że ta przeprowadzka na wieś głuchą była dobrym pomysłem.

Ale zima na wsi ma także swoje wady. Poza zimniejszym zimnem, zimniejszym wiatrem i tym, że wszędzie daleko i zimno, i w dodatku jak nie napalisz, to w domu też zimno, to problemem staje się życie towarzyskie.

Bo o ile goście chętnie i licznie odwiedzają wieś latem, to zimą ciągle nikt „nie ma czasu”. Sąsiedzkie życie towarzyskie także zamiera, bo o ile latem, to się pogada przy płocie podczas ogarniania ogródka, to zimą nikt wszak w śniegu nie grzebie. No dobra odśnieża się też, ale z uwagi na aurę każdy stara się to zrobić jak najszybciej.

Spotkania po domach? Wiem, moja babcia chodziła po wsi drzeć pierze, czasy z kądzielą dawno się już skończyły. Tak z 50 lat temu najmarniej. Zresztą skąd bym miała owo pierze wziąć, jak gęsi u nas jak na lekarstwo?

Na szczęście mamy rząd, co myśli o życiu towarzyskim mieszkańców wsi. Kilka dni temu ruszył program przywracania urzędów pocztowych do małych miejscowości. Premier Beata Szydło wspólnie z ministrem infrastruktury i budownictwa Andrzejem Adamczykiem otworzyła w Urzędzie Gminy w Goździe k. Radomia pierwszą tego typu placówkę pocztową.

– To jest wywiązanie się z naszych zobowiązań. Tym największym jest danie szansy, żeby lokalne społeczności, zwykli obywatele mieli poczucie bezpieczeństwa, stabilności, ażeby te instytucje, które są im potrzebne do normalnego, codziennego życia były blisko ich domów – mówiła podczas tej uroczystości szefowa rządu.

– Wszystko co się tutaj dzieje, jest potwierdzeniem tego, że wracamy do normalności, odbudowujemy znaczenie narodowego operatora, jakim jest Poczta Polska, odbudowujemy etos pocztowca, służby zaufania, zaangażowania, odpowiedzialności – wtórował swojej szefowej Andrzej Adamczyk.

Z całym szacunkiem Pani Premier, Panie Ministrze, czy Państwu się wydaje, że polska wieś nadal tkwi w czasach mojego ulubionego króla Ćwieczka? A poczta jest nam tak niezbędna, jak w XIX w. czy na początku XX?

Jeśli Państwo dawno na wsi nie byli, to informuję, że zarówno wieśniakom jak i wieśniarom rachunki przynosi nie listonosz, a dostarczane są pocztą elektroniczną. Dzieci w przedszkolu u mojego syna nie potrafiły odpowiedzieć na pytanie, kto roznosi listy. Nie wiedziały, kto przynosi rachunki. Zagadkę udało im się rozwiązać wtedy, gdy jeden z rodziców podpowiedział, że to jest ten sam pan, który przynosi babci emeryturę.

Poczta zamiast maila. Czy rząd myśli, że na wsi czas się zatrzymał?

Fot. iStock / stockar

Ale tych babć i dziadków, których odwiedza listonosz, także jest coraz mniej – z danych ZUS wynika, że zaledwie co trzeci emeryt w Polsce dostaje w taki sposób świadczenie. Wielu dzisiejszych emerytów woli przelewy na konta. Prosto i szybko. A w wiejskich sklepach też można płacić kartą.

Nie rozumiem więc, dlaczego pani premier uważa, że polska wieś będzie przez zaspy zasuwała na pocztę, nawet jeśli będzie ona teoretycznie blisko, czyli jak znam życie na końcu wsi. My naprawdę wolimy wysłać maila i zapłacić rachunki przez internet. I nawet nigdy nie widziałam, żeby ktoś płacił rachunki w pobliskim sklepie, chociaż teoretycznie jest tam taka możliwość.

Myślę, że dziś na wielu wsiach zdecydowanie bardziej potrzebne są dobre drogi, publiczna komunikacja (np. w województwie zachodniopomorskim aż 15.3 proc. zarejestrowanych bezrobotnych twierdzi, że nie pracuje, bo nie ma jak dojechać do pracy) czy wreszcie dobre, szybkie łącze internetowe. Takie, na które nawet ci biedniejsi będą mogli sobie pozwolić. Bo umówmy się, nie każdy może wydać sto złotych na abonament. A tańszych opcji na prowincji często nie ma.

Wreszcie potrzeba nam sprawnej e-administracji, by wizyty w urzędach mogły być coraz rzadsze. Nie każdy ma wiele godzin na stanie w kolejkach – czy to w urzędzie czy na poczcie. Może zamiast przywracania placówek pocztowych, zmniejszyć tak biurokrację pani premier?

Minister Adamczyk przekonując do pomysłu otwierania małych placówek pocztowych przekonywał, że to nie tylko działalność pocztowa, ale także kulturalna, bo poczta sprzedaje prasę i książki. Cud rzeczywiście. Na wsiach gazety są w większości sklepów spożywczych, a książki kupujemy przez internet wyszukując promocji. Jeśli chodzi o kulturę, to wolałabym chyba bibliotekę, kino czy ośrodek kultury ze sprawnymi animatorami, a nie by kultury kaganek niosła pani w okienku pocztowym.

I ostatnia sprawa: poczta ma być miejscem spotkań społeczności wiejskiej. Fakt, płacąc rachunki przez internet trudno mówić o kontakcie z drugim człowiekiem. Kiedyś, chyba z osiem lat temu, byłam w Zawadach Oleckich, wsi w województwie warmińsko-mazurskim. W okolicy funkcjonował tam sklep, w którym oprócz chleba i majtek, można było także załatwić sprawy na poczcie i napić się piwa z kija. W praktyce wyglądało to tak, że kobiety przychodziły z rana po zakupy, pogadać i na browar na miły początek dnia.

Można i tak. Chociaż ja bym wolała fajną kawiarnię z rana. A na piwo iść wieczorem do karczmy. Kiedyś w każdej wsi była. Ale czy jest sens tworzenia programu powrotu karczm do wsi? Chyba taki sam jak powrotu placówek pocztowych.


Zobacz także

Fot. iStock / MichelleMorrisonPhoto

Nie zmarnujcie ani minuty. Życie jest za krótkie na takie historie

Fot. iStock / Murat Deniz

Bridget Jones na deptaku… czyli jak wyjść na plażę z podniesioną głową. Akcja „7 dni dla siebie”, wyzwanie #4

Fot. iStock / darkbird77

8 koszmarnych typów ludzi, których nie potrzebujesz w swoim życiu