Zawsze byłeś taki łagodny i silny. Pamiętam jak słuchałeś, bo ty zawsze słuchałeś nas w wyjątkowy sposób

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
31 sierpnia 2016
Fot, iStock/AntonioGuillem
 

Tato,

To takie dziwne, że dziś w tym jeszcze bardziej dorosłym życiu, chciałbym cię zawołać najgłośniej jak to możliwe, zupełnie tak, jakbyś mógł za chwilę przybiec do mnie, usiąść obok, być. Ale dziś jesteś już w innej podróży, takiej, z której nie da się zawrócić. My też zaczynamy inną podróż, podróż w nieznane.

Zawsze byłeś taki łagodny i silny. Pamiętam jak słuchałeś. To ważne, bo ty zawsze słuchałeś nas w wyjątkowy sposób. Uważnie i ciepło. Byłeś Tato naszym oparciem i stałością. Nawet, gdy nasze trudne rozmowy zamieniały się we wspólne milczenie. Bardzo żałuję, że już ich nie będzie. Że teraz cisza będzie już tylko smutkiem.

Tato, Tatusiu,

Tak bardzo chcę ci podziękować za to, co nam wszystkim ofiarowałeś. Tak bezinteresownie, na zawsze, tego nie da się odebrać. Dzięki temu już zawsze będziesz z nami.

Dziękuję ci za to, że pokazałeś nam razem z mamą, czym jest prawdziwa miłość. Choć tak trudno byłoby w tym Wam dorównać. To taka lekcja, której nikt oprócz was nie mógłby nam dać. Wyszłyśmy z domu, który był miłością. Miłością chciałoby się rzec doskonałą. Ciepłą, wyrozumiałą, czasem nieidealną – a jednak najważniejszą i najpewniejszą na całym świecie. Wiemy już, czego naprawdę warto szukać. I jeszcze bardziej lękamy się, bo wiemy jakie to trudne.

Dziękuję ci za to, że pokazałeś nam swoim życiem, że dobro istnieje – i że zawsze warto go bronić. Mieć swoje zasady, walczyć o nie. Dziękuję ci za każdy dzień, spacer, rozmowę. Za wspólne radości, za twoje ramię. I ten uśmiech. Bo kiedy Tato się śmiałeś, tak pięknie śmiały się twoje oczy, nawet gdy były zmęczone. I za tego czerwonego mercedesa, który tak mi się podobał w sklepie z zabawkami, gdy byłam mała. Pamiętam, gdy przyniosłeś go do domu i zrobiłeś z niego kabriolet. Specjalnie dla mnie.

Już zawsze będziemy wspominać z uśmiechem te wszystkie dobre chwile. Nasze małe i wielkie „szczęścia”. Momenty, gdy robiłeś rzeczy, które kochałeś. I łzy wzruszenia, gdy po raz pierwszy brałeś na ręce wnuki.

Mam nadzieję Tato, że w twoim niebie będzie to wszystko, co wypełniało twoje serce radością, nadzieją, wiarą. Głęboko wierzę, że znajdziesz tam wszystko, co było dla ciebie ważne.

Odszedłeś nagle, zbyt szybko. Mówimy, że nie byłyśmy na to gotowe, choć dziś wiem, że na śmierć ukochanej osoby być gotowym nie można. Zbyt wiele słów nie zostało jeszcze wypowiedzianych, zbyt wiele chwil nam skradziono. Tak wiele pustki zostało po tobie, pustki, którą próbujemy oswoić. A przecież mieliśmy jeszcze tyle razy do siebie zadzwonić, pośmiać się, powzdychać. Tak zwyczajnie, po ludzku popłakać nad rozlanym mlekiem i pospierać o politykę. A potem, a potem znów cieszyć się sobą nawzajem.

Dziś na każdym kroku czuję twój brak. Chcę cię o coś zapytać – bo przecież przez całe życie, to właśnie ty potrafiłeś na te wszystkie pytania odpowiedzieć, to właśnie ty na nie odpowiadać chciałeś. A gdy nie znałeś odpowiedzi, to nic nie szkodziło – przecież mogliśmy usiąść i poszukać. Nie było sytuacji, w której nie byłoby rozwiązania. Teraz, gdy tak rozpaczliwie szukamy nadziei, bez twojej rady jeszcze bardziej czujemy się bezradne.

Razem z tobą, trochę umarło nasze dzieciństwo. Na zawsze zmieniło się tak wiele, dla nas wszystkich. Przestał istnieć świat, który znałyśmy. Teraz musimy nauczyć się go na nowo.

Dziś z trudem cię żegnamy, a smutek i ból przeplatają się z niezrozumiałym dla nas spokojem. Wiemy, że tam gdzie się wybrałeś, ten spokój czeka na ciebie. I że kiedyś znów się spotkamy.

Nie ma w nas jeszcze zgody na twoje odejście, bo przecież zawsze będziesz z nami – w nas, w naszych dzieciach, w tych wszystkich drobiazgach, które zostały takie nieważne, do bólu zwykłe, wcześniej jakby niewidzialne. My zawsze będziemy pamiętać, a ty Tato, jeśli tylko możesz – bądź z nami w tym jeszcze bardziej dorosłym życiu i tak jak zawsze to robiłeś, pomóż nam w tym proszę, chociaż odrobinę.

Kochamy Cię,

P.S. Teraz Niemen, na pewno zagra dla Ciebie prywatny koncert.

 


Sięgnij po to co nowe. Najważniejsza lekcja w naszym życiu

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 września 2016
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Mój starszy syn mówi do mnie wczoraj: „Wiesz, mamo trochę się stresuję tym powrotem do szkoły” – to jednak czwarta klasa, nowi nauczyciele, nowy wychowawca, nowe przedmioty. Stres kompletnie na nowe zrozumiały. „Czego się boisz?” – spytałam i usłyszałam: „Bo czeka na mnie tyle nowego, ale wiesz bardzo jestem tego ciekawy”.

Jakoś w czasie wakacji często z moimi synami prowadziłam rozmowy o ich obawach, o strachu. O strachu przed obozem, na którym nikogo nie znają, o strachu przed wyjazdem, przed podjęciem decyzji, przed poznaniem nowych ludzi, czy miejsc.

Pytałam: „Ale wolisz się bać i przez ten strach nie spróbować? Czy może jednak zrobić krok do przodu, stwierdzić – było warto albo, że nie było, ale za to nigdy nie żałować, że czegoś nie zrobiłeś?

Myślę dziś o tym w kontekście nowego roku szkolnego, tego podenerwowania, które staje się także udziałem rodziców, tej rutyny, do której wracamy wyznaczanej przez plan zajęć naszych dzieci – jeśli są jeszcze szkolno – przedszkolne. Myślę, po jak wiele nowego my będąc dziećmi, czy nastolatkami sięgaliśmy, jak wiele nowego próbowaliśmy.

Nowe szkoły, przyjaźnie, miłości, wszystko było takie łatwe. Tymczasem dziś często siedzimy zakleszczeni własnymi ograniczeniami. A raczej strachem, który kiedyś był do przeskoczenia, a dziś stoi murem nie pozwalając nam iść dalej.

Bo nie podejmujemy nowej pracy.

Bo nie otwieramy się na nowe propozycje rozwoju.

Bo nie przefarbujemy, czy nie obetniemy włosów inaczej niż dotychczas.

Bo tkwimy w związku, który nic już nam nie daje.

Bo jedynie marzymy bojąc się realizować, któreś ze swoich marzeń.

Bo tylko przytakujemy, że tak, czas to zmienić, ale nie zmienia się nadal nic.

Bo mówimy, od jutra, od poniedziałku, od nowego roku dając sobie wieczne usprawiedliwienie.

Bo „tacy jesteśmy” – mówimy, gdy po raz kolejny ktoś wytyka nam brak konsekwencji.

Bo tylko mówimy, a nic robimy nic. Rozsnuwamy przed innymi, ale też samymi sobą wizję własnego życia, której nigdy nie zrealizujemy.

Chcielibyśmy być mądrzejsi, piękniejsi, bogatsi, szczuplejsi. Szczęśliwsi. Udaje się nam? Rzadko, niestety.

Ja wiem, że to banał, że wyświechtany frazes, ale kiedy ostatni raz spytałaś siebie: „Czego chcę w życiu?”. Czego tak naprawdę chcę? Kiedy usiadłaś sama ze sobą i powiedziałaś sobie, na czym ci zależy?

Pytamy nasze dzieci, czy dobrze się czują, czy to co robią, sprawia im frajdę, kim chcą być, o czym marzą. Kibicujemy im mówiąc: „bądź silny, bądź odważny, idź do przodu, porażkę przekuj na sukces”, sami tego zupełnie nie robiąc. Nie rozmawiając ze sobą w ten sposób.

Więc może czas, żebyśmy my też poszli do szkoły, o jakiej zawsze marzyliśmy, gdzie nikt nas nie będzie ograniczał, gdzie będziemy się rozwijać, iść za tym, co dla nas ważne. Taka szkoła – od dzisiaj, od teraz. Żebyśmy nauczyli się przezwyciężać wszystko to, co nas blokuje. Poczuli się trochę, jak te dzieci – z lekkim strachem, ale też ogromną ciekawością świata. One jeszcze nie wiedzą, że to jacy dziś są będzie determinować ich decyzje w przyszłości. My już to wiemy. I tu nie chodzi o żadną rewolucję, o nagłe wywracanie sobie życia do góry nogami. Chodzi o bycie szczerym ze sobą.

Rozejrzyj się szeroko otwartymi oczami. Zobacz, jak wiele jest tak naprawdę w zasięgu twojej ręki, wystarczy ją wyciągnąć i zrobić jeden mały krok do przodu, by to złapać. Pójść za tym, co ci w duszy gra, za głosem tego małego dziecka, które w białej koszuli, granatowej spódniczce boi się, ale jednak idzie do przodu. Zobacz, gdzie dzisiaj jest to dziecko.

Pamiętaj, że bycie szczerym ze sobą to też odwaga powiedzenia sobie: „Tu jest mi dobrze, nic zmienić nie chcę”. Bo nie musisz, bo masz prawo być tu, gdzie jesteś, pozostać w miejscu, w którym czujesz się może mało szczęśliwie, ale komfortowo. Tylko pamiętaj – to twoja własna decyzja, za nią ty bierzesz odpowiedzialność, a winą nie możesz obarczać innych. Ile razy w szkole słyszeliście lub czytaliście: „Jesteś panem swojego życia”? Może czas najwyższy tę najważniejszą lekcję odrobić.


8 sygnałów świadczących o braku bliskości w związku

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
31 sierpnia 2016
Fot. Unsplash / Chris Sardegna / CC0 Public Domain

Kiedy zaczynasz się z kimś umawiać, bardzo łatwo przychodzi stwierdzenie, że to ten jedyny, na całe życie. No i oczywiście, że idealnie do siebie pasujecie! Lubicie tę samą muzykę, oglądacie te same seriale, a w dzieciństwie oboje kochaliście Myszkę Miki. Czy mogłoby być lepiej? Mogłoby. Oznaką bliskości w związku wcale nie są wspólne zainteresowania, większe znaczenie ma to, jak partnerzy lubią być traktowani. Bo przecież można mieć zupełnie inne zainteresowania, a jednak ciągle być idealnym związkiem. Jakie zatem sygnały braku jedności możemy dostrzec?

Nie wiecie, jak się ze sobą kłócić

Kłótnie to chleb powszedni związków. Nawet tych idealnych. Spotkałam się nawet ze stwierdzeniem, że brak kłótni to znak, że coś jest nie tak. Po długim okresie spokoju faktycznie wystarczy mała iskierka, żeby rozpocząć wojnę. Kłótnie w dobrze dobranych związkach zazwyczaj kończą się szybko lub/i bezboleśnie. Dwoje ludzi potrafi się ze sobą dogadać i rozwiązać konflikt bez wyzywania i wrzeszczenia. To po prostu ostrzejsza wymiana zdań, która w końcu doprowadzi do ugody. Bez braku bliskości kłótnie przypominają raczej burzę albo tsunami. Jasne, po każdym wyładowaniu atmosferycznym przychodzi słońce, ale umówmy się – z czasem takie wydarzenia przestają mieć sens.

Nigdy nie stanie po twojej stronie

Wiecie, w związkach najpiękniejszy moment to ten, kiedy ci nie idzie, a partner i tak jest twoim największym fanem. W najnowszym hicie z Meryl Streep „Boska Florence” jest tego najlepszy przykład. Tytułowa Florance niekoniecznie potrafi śpiewać, ale jej mąż wspiera ją i dopinguję, bo wie, że daje jej to szczęście. Czy można chcieć czegoś więcej? A ukochany powinien być przecież partnerem zbrodni, najlepszym przyjacielem i motywatorem. Niestety, niektórzy nie mają tego szczęścia. Kiedy widzisz, że w twoim związku wcale to tak nie działa – uciekaj. To brak szacunku do twojej pracy, ale przede wszystkim dla ciebie samej.

Oboje jesteście bardzo nerwowi

Zobrazujmy to sobie. Dwa huragany zmierzają ku sobie. Kiedy się zetkną – bach! Następuje apokalipsa. Przecież nikt nie chce, żeby tak wyglądał jego związek. Osoby z bardzo stresującym trybem życia lub po prostu te, które z natury są nerwusami, potrzebują kogoś delikatnego i spokojnego. Kogoś, kto po ciężkim dniu zrobi masaż głowy i wysłucha. Przy okazji delikatnym głosem mówiąc, że przecież najważniejsze, że macie siebie. To naprawdę działa, a amerykańscy naukowcy mają na to dowody!

Bałaganiara i perfekcjonista

Przeciwności może i się przyciągają, ale w wypadku porządku, trudno o zrozumienie. Przyznajmy same, bałaganiary zawsze pozostaną bałaganiarami. Jasne, porządku można się nauczyć. Niby próg odporności na bałagan też da się powiększyć. Nie da się jednak ukryć, że zawsze będzie coś, co nie będzie grało. W pewnym momencie może wystarczyć skarpetka zostawiona w złej szufladzie, albo niewyprasowana koszulka. Niby to nic, ale narastająca frustracja w pewnym momencie wybucha niczym wulkan. A krajobraz po erupcji wulkanicznej nie jest za ciekawy.

Nie macie tego samego poczucia humoru

Świat jest okrutny, a czasy ciężkie. Pewnie mówiono tak w każdym wieku, ale czy nie jest to ciągle aktualne? Dlatego też warto mieć kogoś, kto będzie się z nami śmiał z tych samych rzeczy. A przy okazji nie obrazi się, kiedy rzucimy mu ironiczną uwagą. Taki partner to naprawdę ogromna wartość, z której nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Jedyne zagrożenie wynikające z tego samego poczucia humoru? W pewnym momencie, będąc w towarzystwie, możecie zacząć się śmiać z małego szczegółu. I może będzie to wyglądać dziwnie, ale przynajmniej zawsze będziesz miała przy sobie osobistego poprawiacza humoru!

Inaczej podchodzicie do tematu pieniędzy

Na początku nie ma to znaczenia. Wydajecie na randki, kwiatki, wspólne weekendy. I wszystko jest dobrze. Do momentu, w którym zaczniecie prowadzić swój związek na poważnie. Pieniądze to drażliwy temat w każdej ważnej dla nas relacji. Szczególnie, kiedy jedno z was zarabia mniej. Co w takim przypadku jest ważne? Zachowanie zdrowego rozsądku. Serio. Może to i brzmi dość banalnie, ale kiedy macie takie same priorytety lub przynajmniej rozumiecie swoje wzajemne potrzeby, będzie łatwiej.

Jedno z was zawsze się spóźnia

Zawsze byłam tą osobą, która się spóźniała. Na randkę, rodzinny obiad, do kina. Miałam to po tacie, on spóźnił się nawet na własny pogrzeb. No dobra, była to wina świateł, ale ja także zawsze na nie zwalam! Wszystko zmieniło się w momencie, kiedy zaczęłam umawiać się z moim obecnym facetem. On też się spóźnia. Jak szalony. Dlatego, kiedy umawiamy się na 17, dobrze wiemy, że spotkamy się najwcześniej o 17.15. Ale pewnie nie byłoby tak kolorowo, gdyby spóźniało się tylko jedno z nas. Bo teoretycznie spóźnić można się raz, ale cały czas to ponoć obraza majestatu…


 

 

źródło: Bustle.com


Zobacz także

„Od 5 lat nie przespałam ani jednej całej nocy. Mam dzieci. Poszukuję Niepi**dolu!”

Te znaki zodiaku nie pasują do siebie. Miłosne duety według astrologów

Przepis na domowe mleko migdałowe

Przepis na domowe mleko migdałowe