Zatrzymaj się na chwilę

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 marca 2016
Fot. Facebook/Alon Gabby
 
Pędzimy gdzieś w ciągu dnia i często brakuje nam czasu na chwilę refleksji. Żeby usiąść, zastanowić się w jakim miejscu jestem i gdzie dążę.
Kiedy spotykamy takie rysunki opisujące rzeczywistość, musimy się zatrzymać. Choćby na chwilę. Czasami ta chwila może okazać się dla nas bezcenna, bo pozwoli nam dostrzec, gdzie właśnie jesteśmy i dokąd chcemy dojść.
Polecamy – chwilę refleksji dla was i dla innych.

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016


źrodło: Facebook


Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została „Po prostu najlepsza”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
6 marca 2016
Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została "Po prostu najlepsza"
Fot. Wikimedia / Fot. Flickr/Heinrich Klaffs / CC BY-SA
 

Kobieta, która się nie poddała. Poniżana i odzierana z poczucia wartości przez szesnaście długich lat, potrafiła wziąć sprawy w swoje ręce i odbić się od dna. Historia Tiny Turner dowodzi jej niezwykłej siły i odwagi. Gdy odchodziła od męża miała w kieszeni 36 centów. Dzięki determinacji i ciężkiej pracy stała się legendą i jedną z najbardziej rozpoznawalnych gwiazd muzyki rozrywkowej na świecie.

Dzieciństwo

Anna Mae Bullock urodziła się  26 listopada  1939 roku w maleńkim Nutbush. Szybko odkryła, że ma dobry głos. Miała też marzenia. Marzyła o świecie z kolorowych okładek pism, które coraz częściej docierały do jej miasteczka. Między rodzicami Anny było źle odkąd pamiętała. Kiedy po jednej z awantur matka przyszłej gwiazdy spakowała walizki i odeszła, dziewczynka została ze starszą siostrą Alline i ojcem, który wkrótce ożenił się ponownie. Dziewczynki oddano na wychowanie krewnym, ale niedługo potem zdecydowały, że chcą ponownie zamieszkać z matką,  w St Luoius. To tu Alline stała się bywalczynią jednego z najsłynniejszych muzycznych klubów. To tu także Anna skończyła szkołę i to tu wreszcie zadecydował się jej los.

Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została "Po prostu najlepsza"

Fot. Wikimedia/ United Artists Records-publicity release by McFadden, Strauss, Irwin. / CC0 Public Domain

Ike

Na krótko przed jej 17- tymi urodzinami, Alline zabrała siostrę do klubu Manhattan. W ten sobotni wieczór siedziały na jednym ze stolików uderzając rytmicznie nogami o podłogę. Na scenę weszli Kings of Rhythm,  a  kilka minut później pojawił się ich wokalista. Nazywał się Ike Turner. Był rok 1956, on Miał 24 lata, ona 16. Nigdy wcześniej  nie słyszała podobnej muzyki. Zafascynowana zaczęła przychodzić słuchać Ike’a i jego zespołu coraz częściej.– Chciałabym wystąpić na scenie – zwierzyła mu się pewnego razu. – Wkrótce będziesz miała taką szansę –  odpowiedział. Gdy kilka tygodni później ktoś poprosił siostrę Anny by zaśpiewała, odmówiła. Wtedy Anna zaczęła śpiewać. Zaśpiewała tak, że zachwycony Ike zeskoczył ze sceny i poderwał ją z ziemi. W ten sposób Anna Mae została jedną z wokalistek The Kings of Rhythm. Od tej pory Ike nazywał ją „mała Anią” i zaczął kupować jej ubrania i biżuterię. Siedemnastolatka była w siódmym niebie, a przynajmniej tak jej się wówczas wydawało.

Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została "Po prostu najlepsza"

Fot. Wikimedia / Fot. Flickr/Heinrich Klaffs / CC BY-SA

Z obawy przed reakcją matki, Anna nie powiedziała jej, że pracuje dla Kings of Rhythm. Cała sprawa wydała się, gdy jeden z kolegów z zespołu odwiedził ją w domu i zapytał czy Anna nie mogłaby poćwiczyć z nim nowych utworów. Matka i córka popadły w konflikt, a Anna dostała całkowity zakaz odwiedzania klubów muzycznych. Wtedy właśnie zainterweniował Ike. Podjechał po ich dom różowym Cadilaciem. Długo rozmawiał z Zelmą (matka Tiny -przyp.red.) i obiecał, że będzie opiekował się jej córką jak starszy brat. Przekonywał, że Anna będzie pewnego dnia wielką gwiazdą. Zelma zaufała.

Kariera i… rodzina

Rok później, za namową Ike’a, Anna Mae stała się Tiną. Wybór imienia nie był oryginalny, miał przypominać imię królowej dżungli z jakiegoś telewizyjnego serialu. W ciągu dnia Tina pracowała w szpitalu, nocami śpiewała. W owym czasie przyszedł na świat Craig, jej syn, którego ojcem był lider zespołu.

Nadeszły pierwsze sukcesy, a głos Tiny stawał się rozpoznawalny. Z tego powodu Ike zmienił nazwę zespołu na The Ike & Tina Turner Revue. A jego prawdziwa natura i chciwość zaczęły brać górę nad rozsądkiem. Ike musiał mieć wszystko i wszystkich pod kontrolą. Stał się apodyktyczny, nie znosił sprzeciwu. Jako jedyny decydował o  wyborze piosenek, muzyków i klubów, w których grali.  Z  Tiną wiązał go jeszcze mocniej fakt, że  urodziła mu syna.  Zaczęła również matkować  jego dwóm synom z poprzedniego małżeństwa. Charyzmatyczny lider wiedział jak wielkim skarbem jest Tina i nie chciał wypuścić jej z rąk. Pragnął sławy i pieniędzy. I zawojowania tych cholernych „białych” list przebojów. Tylko ona  mogła mu to umożliwić.  Chcąc mieć nad nią całkowitą kontrolę, zaproponował Tinie małżeństwo. Jak wiele lat później wyznała , zgodziła się ze strachu. Pobrali się  w 1962 roku po przeprowadzce do Kalifornii.

Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została "Po prostu najlepsza"

Fot. Wikimedia / fattkatt / CC BY-SA

Marząc o wolności…

W połowie lat  60-tych Ike & Tina Turner stali się jedną z najpopularniejszych grup R&B w Stanach. Marząc o szerszej publiczności wyruszyli w trasę. Przez 270 dni w roku przebywali w drodze, koncertując w całym kraju.  Między małżonkami było coraz gorzej. Kiedy w styczniu 1966 roku producent  Phil Spector zaproponował Tinie  kontrakt opiewający na sumę $20,000 dolarów,  nie zgodził się na udział Ike’a w produkcji utworu. To wtedy właśnie Tina pierwszy raz pomyślała, że jest w stanie odnieść sukces sama. Piosenka River Deep, Mountain High, która wtedy nagrała nie odniosła wówczas sukcesu, ale przez  krytyków uznawana jest za jedną z najlepszych piosenek wszechczasów. Tymczasem Kariera Ike’a i Tiny nabierała tempa: w Europie byli postrzegani jako gwiazdy. U boku The Rolling Stones wystąpili w londyńskim Royal Albert Hall. Dwadzieścia lat później Tina powie, że wtedy zrozumiała, że jej prawdziwy dom jest w Europie.

Przebudzenie

Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została "Po prostu najlepsza"

Fot. Wikimedia / InSapphoWeTrust / CC BY-SA

Lata 70 przyniosły pełny sukces duetu w Stanach Zjednoczonych. Ike i Tina przeprowadzili się do pięknego domu w bogatej dzielnicy Los Angeles. Olbrzymia kuchnia, wodospad w salonie, stolik do kawy w kształcie gitary… Złota klatka Tiny.  Ike przejął całkowicie inicjatywę, ona nie protestowała. Zastraszona, obawiając się jego niespodziewanych napadów złości, starała się jedynie jak najlepiej zajmować chłopcami i nie denerwować męża. Gdy wybudował własne studio nagrań, była zachwycona, że wreszcie pozbędzie się go z domu. Ale wtedy zaczęło się prawdziwe piekło. Wydzwaniał do niej nocą, że ma natychmiast przyjechać. Spędzał tam coraz więcej uzależniając się od kokainy: potrzebował czegoś, co pozwoli mu tworzyć bez przerwy. Czasem pracował pięć dni bez odpoczynku. Miał obsesję na punkcie list przebojów. Kiedy jednak piosenka „Proud Mary” zawojowała amerykańskie notowania, wszyscy zwrócili uwagę na Tinę, nie na niego. Ike wpadł w szał.

Następne dwa lata przyniosły duetowi kolejne sukcesy i olbrzymie pieniądze. A także jeszcze więcej przemocy ze strony Ike’a. Bił ją dosłownie za wszystko.  Ale czara goryczy przelała się. Tina zaczęła odczuwać gniew. Napięcie i strach, które skrywała przez lata teraz zaczęła przekuwać w swoją siłę. To był okres, w którym kobiety w Stanach głośno żądały niezależności i szacunku. Inspiracją dla Tiny było także rozstanie Cher  z mężem Sonny w 1974 roku. Cher zawodowo poradziła sobie po rozwodzie świetnie. Dlaczego więc ona miałaby sobie nie poradzić? Tina Zaczęła mówić mężowi, że potrzebuje więcej swobody. Ale nie słuchał. Muzycznie i życiowo tkwił ciagle w latach 50, podczas gdy ona wybiegała na spotkanie  z przyszłością.  Przełomem był rok 1974 roku, kiedy Ike pozwolił Tinie ( ze względu na olbrzymią gażę) wystąpić w rockowym musicalu. Wyleciała do Londynu na zdjęcia i wystąpiła u boku Erica Claptona, Eltona Johna, Jacka Nicholsona oraz Ann-Margret,  z która serdecznie się zaprzyjaźniła.  Do domu wróciła już całkiem odmieniona.

Koniec koszmaru

Byli w drodze do Dallas, kiedy zaproponował jej czekoladkę. Odmówiła, wymierzył jej policzek. Wtedy, pierwszy raz w życiu, oddała. „To koniec” – pomyślała. Bili się całą drogę na lotnisko, a  nawet w samolocie. W drodze z lotniska do hotelu wykrzyczała, co o nim myśli. Obnażyła wszystkie skrywane żale i krzywdy.  Nie mógł w to uwierzyć. – Nigdy tak do mnie nie mówiłaś – powtarzał.  W hotelu powiedział , że krew na ich ubraniach to ślady po wypadku.

Ten moment pozostanie w jej pamięci na zawsze. Opowiedziała o nim wiele razy. Jest późna noc. W milczeniu kładą się obok siebie w ogromnym łóżku. Tina czeka, aż mąż zaśnie. Potem po cichutku wstaje, jej ręce drżą, kiedy otwiera drzwi łazienki. Patrzy na swoje odbicie w lustrze i zakrwawioną twarz. Musi działać szybko. Myje się, zakłada ciemne okulary. Serce bije jej szybciutko. W kieszeni narzuconego na siebie na prędce płaszcza ma tylko 36 centów. Odchodzi. Ucieka z hotelu w Dallas, dokąd przyjechali, by zagrać wspólnie koncert. – Uciekłam od męża – mówi menadżerowi innego hotelu. – Teraz nie mam pieniędzy, ale na pewno wkrótce zapłacę za pokój – obiecuje pokazując posiniaczone ciało. Jeszcze przez kilka miesięcy ukrywa się przed mężem. Mieszka u przyjaciół, w zamian za dach nad głową pomaga im sprzątać dom. Kupuje broń. Gdy pewnego dnia Ike zjawia się pod jej drzwiami, Tina dzwoni na policję i mówi: Jestem Tina Turner. To jest Ike. Odeszłam od niego i już nie wrócę.

Olbrzymia presja, stres nie złamały Tiny. Przez następne kilka lat ciężko pracuje na swój sukces. Nadszedł w 1983 roku. A wraz z nim, zupełnie inny, nowy rozdział w życiu Anny Mae.


Słowa moc mają i słowa ciałem się stają… Staliśmy się dla samych siebie nieistotni

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
5 marca 2016
Słowa moc mają
Fot. iStock / Marjan_Apostolovic

Słowa. Niby tylko pełne dźwięku myśli, a jednak. Miewają moc. Potrafią nożem wbić się w serce, albo roztrzepotać motyle w brzuchu. Dla utalentowanych mówców są narzędziem nieocenionym. Gorzej z tymi,którzy nie potrafią wyrazić siebie w mowie. Jako gatunek, bez słów żyć nie umiemy. Słowo w piśmie, słowo w mowie, takie czy siakie, słowo ma to do siebie, że prędzej czy później ciałem się staje. Czasem całkowicie ku mówcy zaskoczeniu. Bo z reguły ten, który mówi nie myśli wcale, że słowo z myśli zamienić się może w jak najbardziej rzeczywisty świat.

W dwie strony przy tym słowo potrafi zadziałać. Na zewnątrz, gdy mówimy do ludzi i do wewnątrz, gdy mówimy do siebie. Jeden i drugi kierunek ma taki sam potencjał jeśli chodzi o skutek jaki słowo wywrzeć może.

Dobrze jest gdy słowa jakich używamy mają piękną energię, która w magiczny sposób umacnia odbiorcę. Takie słowa są inspiracją, która w mig kreuje lepszy świat. Z jakiegoś powodu jednak, to z takim rodzajem słowa, człowiek znacznie bardziej się zmaga. Zanim powie komuś, że kogoś kocha rozważy tysiąc możliwości. Zanim pochwali, najpierw dobrze sobie przemyśli czy przypadkiem miejsca gdzieś na naganę nie powinien znaleźć. Zaprogramowaliśmy te nasze modele społeczne ale chyba w jakiś nie do końca właściwy sposób skoro z trudem przychodzi nam powiedzenie drugiemu człowiekowi jakim wspaniałym jest człowiekiem. Z drugiej strony problemu wcale nie mamy z brawurowym wręcz umniejszaniem przeciwnika w tej wojnie, na której słowo, służy nam za pocisk. I bez znaczenia jest dla nas w takim momencie czy ten człowiek-przeciwnik, którego tak zamaszyście i z pasją słownym batem okładamy, to nasz partner, dziecko, rodzic czy może sąsiad z klatki obok. Jak się pastwić zaczynamy to w słowach z reguły nie przebieramy. Jak obłąkani wykrzykujemy, wywrzaskujemy, wypluwamy z siebie słowa w akcie niekontrolowanej mowy.

Ot ludzka natura. Wybuchowa, wyartykułowana, prawie zawsze wspierana przez emocję, prawie nigdy przez rozum. Bywają rzecz jasna także i słowa, których rodowód czysto jest intelektualny. Te, jak mają zranić, to z reguły równych sobie nie mają. Wyszyte perfidią jak chusteczka haftowana, tną powietrze na strzępy, aż wióry idą. Przemyślane, wyrachowane, dopieszczone w braku litości, wypowiadane są z reguły z zimną krwią i pokerową twarzą. Adresata, takie słowa, zamieniają w rozedrgane żyjątko. Kruche, zapłakane, emocjonalnie poszatkowane.

Bo słowa mają moc. Raz wypowiedziane wibrują sobie energią,  która wwierca się w duszę i w serca jak ześwirowana śrubka jakaś. Wsącza się w mózg i zaprasza kogo tylko tam nie spotka do Mózgo-Kina, w którym wyświetla co? Nasze nowe status quo. Tak właśnie słowo transformuje z cudzej myśli w myśl całkowicie naszą własną. I dawaj! Zaczynamy wierzyć, że głupi jesteśmy, że nic nie warci, bezduszni, leniwi, wredni tak bardzo, że z naszego powodu dobrzy ludzie cierpią i płaczą nieustannie. Co byśmy bolesnego nie usłyszeli, a każdy przy tym swoje własne słowne ciosy zbiera, to prędzej czy później słowa tak wypowiedziane odczepią się od autora i staną się naszą rzeczywistością. Bo słowo choć myślą jest zaledwie, to wypuszczone z głowy tworzy całe światy. Realne, namacalne, prawdziwe światy, światy, w które wierzymy niczym w samego Boga.

Czasami niestety, nawet osoby z zewnątrz nam nie potrzeba by za pomocą słowa życie sobie skutecznie zrujnować. W tym akurat scenariuszu, własnego słowa przeciwko samym sobie w jakimś samobójczym akcie używamy. Straszna to metoda, okaleczania własnej duszy,którą niestety powszechnie stosujemy. Głupia jestem – mówimy. Nie poradzę z tym sobie – myślimy. Za wysokie progi – dodajemy, a w ogóle to należy mi się, nie powinnam się stawiać, wszyscy widzą, że jestem zupełnie do kitu….. Tak sobie w głowie pleciemy. A słowa, moc mają i słowa ciałem się stają.

Oglądam w tej mojej Ameryce wiele różnych programów. Ludzie występują w nich niejednokrotnie w zadziwiających rolach i okolicznościach. Każdy, gdzie by się nie pojawił, rzecz jasna wiele ma do powiedzenia. Wiadomo. Telewizor fajna sprawa, warto się w nim zaprezentować. Słucham więc, co takiego mówią owe gwiazdy szklanego ekranu. Słucham i nadziwić się nie mogę. Bo czy piękne czy brzydkie, czy mądre czy nie do końca, wszystkie te gwiazdy w swoim temacie, poza superlatywami naprawdę nie mają nic więcej do powiedzenia! Czy mają talent czy nie, świetne są i już. Czasami aż bywa to nieznośne. Częściej, po prostu humorystyczne. Prawda jednak jest taka, że tutaj ludzie mówią i myślą dobrze o sobie. A im częściej powtarzają na swój temat dobre rzeczy, tym większa ich pewność, że są nie do zastąpienia. Powinie im się noga? Z konkursu odpadną? Nie ma problemu, mówią. Doświadczenie mięli cudowne, nauczyli się jakże wiele, teraz to już nic ich nie powstrzyma przed realizacją marzenia. Ameryka Panie i Panowie. Ameryka po prostu.

My Polacy, uczeni byliśmy inaczej. Kazano nam być cichym, skromnym, jednakowym. To u wielu z nas spowodowało, że w zasadzie nie istnieliśmy za bardzo. A jeżeli już, to całkiem niewyraźnie. Byliśmy jakby niedomalowani, bez wyraźnie zarysowanych konturów, bez kolorów o mocnych nazwach. Ten model wychowania spowodował, że staliśmy się dla samych siebie nieistotni. Dlatego bez większego problemu używaliśmy sobie na sobie przy każdej nadarzającej się okazji. Także słownie. Tym sposobem wzmacnialiśmy nasz polski model, który bez zarzutu produkował nowe niewidzialne i całkowicie nieistotne ludzkie istoty. Polska Panie! Polska po prostu.

Mamy na szczęście XXI wiek. W Polsce czy w Ameryce, mamy dostęp do wiedzy. Możemy jak nigdy wcześniej pracować nad własnym rozwojem, uczyć się, rozumieć i poznawać różne mechnizmy. Mamy możliwość decyzji jak nigdy przedtem. Możemy wreszcie wybrać siebie najpierw zanim gotowi będziemy wybrać innego człowieka. Świat, w którym dzisiaj żyjemy daje nam wszytkie narzędzia niezbędne do tego byśmy mogli być szczęśliwi. Zacząć jednak musimy od siebie. Od tego jak traktujemy siebie zależy bowiem nasze powodzenie na drodze do szczęśliwego życia. Niech więc słowa, które kierujemy do samych siebie będą mądre, ciepłe i dobre. Zwracajmy się do siebie z miłością. Z czułością. Z szacunkiem. Używajmy łagodnych, dobrych i pozytywnych słów, podczas tych wszystkich wewnętrznych dialogów, które prowadzimy nieustannie. A kiedy przyjdzie nam mówić o sobie w głos, komentować czy wyrażać opinie, niech to będą owe superlatywy żywcem wyjęte z amerykańksiego reality show. Taki niech będzie nasz pierwszy krok. Reszta wiadomo…. zadzieje się sama.


Zobacz także

5 najmodniejszych trendów w manicure na zimę i karnawał 2017

Po co nam weekend, czyli dziś i jutro nie pracujemy

Jesteś już dorosła, miej to w głębokim poważaniu! 10 rzeczy, którym czas pokazać środkowy palec