Czy jak zamówię pierogi, a uszka kupię mrożone, to Święta w tym roku nie nadejdą?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
18 grudnia 2017
Fot. iStock/gpointstudio
 

„Dobrze, że nigdzie nie jedziesz, bo tyle jest roboty” – rzuciła moja mama, kiedy jej powiedziałam, że turniej mojego syna w sobotę (na tydzień przed Świętami) jest odwołany. Krew mi zawrzała, ale myślę – spokojnie, spokojnie, tylko spokój cię uratuje.

„Jakiej roboty?” – pytam, choć w oczach czuję już te mordercze iskierki. I się zaczęło, że sprzątanie… I że… sprzątanie. I sprzątanie. Pomijam, że moja mama mieszka sama, kota ani psa nie posiada, ale co najmniej raz na dwa tygodnie robi generalne trwające dwa dni porządki. Cóż, z chęcią widziałaby i mnie w takim zaangażowaniu. Tyle, że ja już stara baba jestem i nie dam się wkręcić w pucowanie kryształów przed świętami i pranie firanek – po prostu jednego i drugiego zwyczajnie nie posiadam.

No ale okna, tyle, że dla mnie mycie okien, to żadne wielkie wydarzenie, po prostu od czasu do czasu jak sprzątam i widzę, że już ledwo słońce przez nie przebija, to biorę ręczniki, płyn i myję. I tyle. Wszystko trwa może z 10 minut, na jedno okno. Tyle, co odkurzanie albo wieszanie prania. No, ale idą Święta i wszyscy mają tyyleee roboty. A więc ja postanowiłam jak co roku przejrzeć na szybko ciuchy, co by te za małe po moich synach i te, za ciasne już na mnie (jak to się dzieje, nie wiem), zawieść jak co roku do domu samotnej matki. I przy okazji wyskoczyć z moimi chłopakami na nowe „Gwiezdne wojny”. O, tak właśnie byłam zarobiona przez cały weekend.

I tak siedząc w kinie, zabijając czas ciągnących się reklam, myślałam, że kurde serio mam w nosie całą tę tak zwaną „robotę”. Nie zapomnę tej nerwówki, chaosu, tej wścieklizny świątecznej, kiedy choć na koniec cały dom pachniał pastą do podłogi, to jednak potrzeba było dłuższej chwili przy stole, by każdemu nerw minął. Bo obrus nie tak, bo podłoga jeszcze ufajdana, a stroik może by jednak inny, i czemu tata z tą choinką tak późno, a w ogóle to czemu Wigilia tak późno, im szybciej, tym lepiej, zjeść, posprzątać i odpocząć, bo jak człowiek ostatnie dni zapie*dalał, to on ma jeszcze ochotę świętować?

A ja mam ochotę i zamierzam świętować, i nie mam zamiaru unurać się po same pachy tą tak zwaną i bliżej nieokreśloną robotą. Bo czy jak zamówię pierogi, a uszka kupię mrożone, to Święta w tym roku nie nadejdą? Jak pościel wyprałam tydzień wcześniej, a nie przed samymi Świętami, to nie poczuję ich magii? Czy dostanę rózgę pod choinkę, bo zamiast szorować podłogi, umażę ją jeszcze lukrami i groszkami do przystrajania pierników?

Kurde, no ja wolę iść z moim chłopakami na łyżwy, niż ślęczeć nad rybą w galarecie, której nikt nawet nie posmakuje, a w drugi dzień Świąt zje ją tylko wujek Zdzisiek, za którym nie przepadam. Zresztą jak za rybą w galarecie. Za to może w końcu nauczę się hamować na tych cholernych łyżwach, zamiast odbijać się rok rocznie od bandy.

I czy naprawdę w Święta chodzi o to, żeby się urobić? Żeby ślęczeć do późna w nocy nad garami? Dla zasady? Dla tradycji? Naprawdę tradycją Świąt ma pozostać ta chora gorączka, która każe lepić pierogi, które później w zamrażarce tkwią do kolejnych świąt? Tradycją jest robienie ośmiu kilogramów ryby w różnych odsłonach, chociaż twoje dzieci i tak zjedzą tę w occie, a śledzi po kaszubsku nawet ty nie lubisz? No ale tradycja.

Więc u nas tradycja jest taka, że mój mąż mąką zasypuje całą kuchnię, kiedy robi swojski makaron do klusek z makiem. Robi go bardzo dużo, bo my uwielbiamy, a mi ani w głowie zwracać mu uwagę, że przecież jutro Święta już brudzić w kuchnie nie powinien, podłogę zawsze można umyć, to chwila. U nas tradycja, to wyciąganie z szaf starych ubrań i szukanie przebrania, bo po kolacji chodzimy jako kolędnicy po sąsiadach, znajomych i przyjaciołach, każdemu uroczyście odśpiewując jedną z kolęd. Ja oczywiście już swoje skrzydła anioła i aureolę wytargałam, czekają na świąteczny wieczór, chociaż raz w roku mogę być aniołem, co mnie bardzo cieszy. I to, że moje dzieciaki nadal wierzą w świętego Mikołaja, więc prezenty mamy pochowane w przeróżnych skrytkach i później ich szukamy nie pamiętając, gdzie co schowaliśmy. I choinka – żywa, to nic, że nabrudzi, że igły i w ogóle jak ją później rozebrać. Phi, kto o tym myśli wnosząc choinkę do domu. Ma pachnieć, ma być piękna, niekoniecznie stylowo w najmodniejszych kolorach przystrojona, ale pełna tych tak brzydkich, że aż pięknych ozdób z masy solnej, krzywych łańcuchów robionych dzień wcześniej. Tylko waty nie pozwalam kłaść, brrr, co to – to nie.

I choć się zarzekamy, że w tym roku to już koniec, już spokój, na pewno nie dam się wciągnąć w tę nerwówkę, to i tak w ostatniej chwili męża wysyłam po rajstopy, co by teściowa się nie czepiała, że ty znowu w spodniach. Synowi wyrzucasz ulubioną koszulę i każesz ubrać tę, która twojej mamie się podoba, a mężowi wyjątkowo zawiązujesz krawat, choć on do cholery nie nosi krawatów. Ale ten jeden dostał od teściowej rok temu, wypada założyć, co by chociaż pozory, że miło zachować, albo dać powód, żeby milej było niż rok temu, kiedy twoje dzieci pluły przesolonym przez matkę barszczem.

No więc im bliżej Świąt, tym bliżej mi do zen. Barszcz ugotuję, bigos zrobię, bo lubię, pierogi i uszka kupię, karpia usmażę i kluskami z makiem się objemy wszyscy. Ale wszystko w poczuciu, że nie robię niczego wbrew sobie, że nie gwałcę swojego czasu i czasu z najbliższymi spinając tyłek w jakiś kompletnie irracjonalny sposób. Czego i wam życzę.

P.S. Właśnie zadzwoniła moja mama, że czwarty raz okna umyła… Serio? Te okna w Święta są największym wyzwaniem?


Pie*dolę noworoczne postanowienia, od lat mam listę, czego zrobić nie zamierzam i trzymam się jej nogami i rękami

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 grudnia 2017
Fot. iStock / golubovy
 

Mój syn wprowadził w naszym domu pewną tradycję – otóż na koniec roku każdy z nas ma opowiedzieć o tym, co mu się udało przez ostatnie dwanaście miesięcy.

Mądra bestia – nie skupia się na tym, co nie wyszło, nie rozpacza, że znowu z historii miał cztery a nie pięć, tylko mówi o tym, w czym był świetny. I bardzo dobrze. Ta świecka tradycja przyjęła się i od kilku lat zbieramy sobie informacje o naszych większych i mniejszych sukcesach. Klaszczemy sobie nawzajem i śmiejemy się opowiadając różne historie.

Precz ze smętnym końcem grudnia, kiedy to większość nachodzą czarne myśli w postaci: „Jaka jestem beznadziejna, znowu mi się nie udało”. Uf, ale na szczęście nowy rok już blisko, można pogrzebać wszystkie porażki – bo jak myśleć o zwycięstwach, kiedy tyle klęsk na koncie, i zacząć wszystko od nowa.

Nowy rok jest jak oczyszczenie, jak nowa karta, jak kolejna wielka szansa – teraz to już zepnę tyłek i wykorzystam ją na pewno. Tacy jesteśmy pełni wiary, że „kurde, już nie ma bata, musi się udać”. Bo skoro nie udało się przez pięć ostatnich lat, to może czas wyciągnąć wnioski. Ale zaraz zaraz, czy nie to brzęczało mi w uszach ostatnim razem?

Słuchajcie, a może my po prostu podejmujemy złe postanowienia, może źle do tego podchodzimy, może zamiast robić jakieś ambitne plany, lepiej skupić się zupełnie na czymś innym. W końcu chcecie za rok być szczęśliwi czy znowu myśleć o sobie, jakim to nieudacznikiem jestem?

Ja tam rok w rok mam te same postanowienia i tych zamierzam się trzymać.

Nie mam zamiaru schudnąć

W dupie mam te trzy czy pięć kilogramów więcej – zresztą dosłownie. Gdyby moje życie kręciło się wokół wagi, która sobie skacze rytmem ustalonym przez pory roku, to w grudniu powinnam przywdziać worek pokutny i bić się w pierś, że kolejny raz jestem w czarnej d…, zwłaszcza po Świętach. Nie mam zamiaru psuć sobie nastroju kilkoma kilogramami, serio. Wolę zaakceptować siebie taką jaką jestem, dbać o siebie, ale na miłość boską – bez przesady, są rzeczy, których przeskoczyć się nie da i po prostu trzeba je przyjąć zamiast z nimi walczyć. Czy tak nie jest przyjemniej? Przecież życie nie ma być dietetyczną udręką.

Nie mam zamiaru z nikim się ścigać

Za stara jestem na oglądanie się za siebie i zastanawianie się, kto mi depcze po piętach, czy komu co mam udowodnić, żeby zrozumiał, że nie jestem tym, kim myśli. A w dupie z tym. Najważniejsze, że ja wiem, kim jestem, czego chcę. Mam swój ustalony rytm, w którym mi najlepiej i nie chcę go zmieniać, żeby się komuś przypodobać. Moja mama zawsze miała tendencje do porównań: „Bo ona ma ładną sukienkę, a ty w tych porach”, „A sąsiedzi kupili nowe auto”, „A Zosia nowe firanki ma w oknach”. Naprawdę? A nie lepiej zobaczyć, co fajnego wy macie, co lubicie, bez wiecznej dyskusji o tym, dlaczego inni mają lepiej? Ty masz dobrze, a jeśli nie rusz w końcu dupę, żeby to zmienić, a nie tylko narzekać i gnić z zawiści i zazdrości.

Nie mam zamiaru przejmować się tym, co inni powiedzą

Od dawna wprowadzone w życie i za każdym razem powtarzane, co bym przypadkiem nie zapomniała. Nie ma większej wolności od tej, kiedy pozwalasz sobie żyć swoim własnym życiem. To brzmi jak powtarzana do wyrzygania formułka, ale serio tak jest. Próbowaliście kiedyś? Odcięliście się od tego, co powinniście, co musicie, co wypada, a co nie, tylko dlatego, że inni tak myślą? Szczerze polecam – nie ma lepszego antidotum na poczucie bezsilności w naszym życiu niż porzucenie usilnego dostosowania się do ogółu. Ja pie*dolę, jeśli nie lubisz pomidorówki, to jej po prostu nie jedz, a nie wmawiaj sobie, że zrobisz przykrość teściowej. Jeśli nie masz ochoty na czerwone wino tylko na białe – choć wszyscy wokół wychwalają to krwiste, nie zmuszaj się. Jeśli uważasz, że czas na zmiany – mniejsze bądź większe – dawaj do przodu. Naprawdę twoje życie ma opierać się na opinii innych? Tego w szkole nie uczą, ale najwyższy czas zakuć raz na zawsze jedną rzecz – każdy z nas ma jedno życie – jedno – nikt go za nas nie przeżyje, a drugiej szansy nigdy nie będzie. Warto sobie przykleić na lodówkę.

Nie mam zamiaru stać w miejscu

Wiecie, jakie pytanie tak naprawdę warto sobie zadać na koniec roku? Właśnie to: „gdzie chcę być za kolejne dwanaście miesięcy? W jakim miejscu? Jak sobie wyobrażam siebie, moje życie, czego chcę”. Weźcie, zamknijcie na chwilę oczy i zobaczcie, gdzie chcecie być. Zobaczcie to miejsce. Tak wiem, część z was pewnie nie ma zielonego pojęcia, ale to nieprawda, to strach zasłania wam wszystko, wasze przekonania, nawyki, lęki nie pozwalają wam dostrzec tego, do czego naprawdę byście chcieli dążyć. Serio, to jest te pięć kilogramów mniej? Serio, to zapuszczenie włosów. I po raz kolejny nierealna zmiana pracy, która nigdy nie dochodzi do skutku. Czemu nie wychodzą nam noworoczne plany? Bo postanawiamy coś, na czym nam tak naprawdę nie zależy.

Mi zależy na tym, żeby być szczęśliwą i żeby szczęśliwi byli ci, których kocham. I tego będę się trzymać rękami i nogami, choćby chcieli mnie pokroić i wmówić, że na nic nie mam wpływu. Mam – to moje wybory, moje decyzje i moje plany. I mam jedno mocne postanowienie – za rok, po raz kolejny powiedzieć głośno, co mi wyszło, co osiągnęłam i w czym byłam dobra. Bez żadnej ściemy i korygowania się. Wam też to polecam.


Kiedy słyszę: „Pieniądze nie są w życiu najważniejsze”, to ku*wica mnie strzela. Bo najczęściej mówią to ci, którzy tę kasę mają!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
22 listopada 2017
Fot. iStock/Kikovic

Nic nie wkurza mnie tak, jak pieniądze. Każdy temat z nimi związany powoduje u mnie białą gorączkę. Najchętniej udawałabym, że pieniędzy nie ma, że ich nie potrzebuję i z pewnością do szczęścia nie są mi potrzebne.

Ale ku*wa są. Są chwile, kiedy marzę, żeby zamieszkać na jakiś Karaibach, pracować w knajpie przy plaży, zarabiać z 10 dolarów miesięcznie ze świadomością, że więcej nie potrzebuję. Bo i tak cały rok łazi się w stroju kąpielowym, dzieciaki żyją beztrosko bez potrzeby butów na zimę, kurtek, książek i zajęć, bo ja mam czas z nimi usiąść, pogadać, a codzienność dostarcza im tylu wrażeń i lekcji, których nigdy nie dałaby im szkoła. Tak – to idealny, sielankowy obraz mojego życia. Zdecydowanie urodziłam się nie w tej szerokości geograficznej, gdzie trzeba liczyć kasę, żeby żyć godnie i przeżyć. Co to w ogóle za konstrukcja świata, w którym za wszystko musimy płacić, a nasze życie sprowadza się do tego, żeby pracować, by mieć. I nie mówię tu o jakiś wypasionych wakacjach, markowych ciuchach, ale o pieprzonym prądzie, wodzie i ogrzewaniu.

I przecież pracuję, nie lenię się, nie siedzę z dupą na kanapie i nie czekam, aż mi manna raczy spaść z nieba. Oboje zapieprzamy, pracujemy, a i tak zawsze pojawi się rozterka – czy aby na pewno nas na coś stać. Na to, by właśnie teraz pomalować dzieciom pokój, pojechać do kina, wysłać dzieciory na wycieczkę i co kupić pod choinkę, żeby nie wydać głupio pieniędzy, ale też sprawić radość tym, którzy zwyczajnie na to zasługują. Tak, już słyszę te głosy – przecież nie o materialne rzeczy chodzi. Pie*dolenie. Zawsze chodzi o materialne. Nawet jak upieczesz najbliższym w prezencie pierniki, to i tak chodzi o tę cholerną kasę. Bo za coś więcej produktów kupić musisz i rzeczy, którymi te pierniki przystroisz.

Rozmawiam ostatnio ze znajomą o innej znajomej, zeszło na temat pieniędzy. – Wiesz, ona ma na koncie tyle kasy zaoszczędzonej, że ja w życiu takiej nie widziałam – mówi znajoma. Fajnie, myślę, zazdroszczę. – Ale wiesz, mówi, że w dupie ma te pieniądze, bo są rzeczy ważniejsze.

Nożeż ja pie*dole. Krew mnie zalała, bo jak to łatwo mówić tym, co mają w ch*j kasy na koncie, że pieniądze są be i właściwie to nic nie znaczą. Ciekawe, co by mówili, gdyby tych pieniędzy nie mieli, gdyby z tych oszczędności nie mogli korzystać? Tak łatwo by im przychodziło powiedzieć, że kasa nie ma znaczenia. No ku*wa ma i nikt mi nie powie, że jest inaczej. Znam masę małżeństw, które z powodu pieniędzy się kłócą – brak wspólnych kont, niejasna sytuacja, strata pracy, bezradność, brak możliwości dorobienia – wszystko się kręci wokół kasy, szczerze, to ja się czasami zastanawiam czy, gdyby tak zajrzeć głębiej, to nie okazałoby się, że każdy kryzys w związku kasą nie jest podszyty.

Podobnie jak dyskusja o wygranej w toto lotka. „Całą wygraną przeznaczyłbym na cele charytatywne, bo na swoje potrzeby sam zarobię”. I raz dwa po mordzie wszystkim tym, którzy zaczęli mówić o swoich marzeniach, co by z taką kasą zrobili. No sorry, cudownie mieć takie podejście i dzielić się kasą z innymi, ale czy ktoś nie rozumie, że tym samym dopie*dolił wszystkim tym, którzy choć na chwilę chcieliby się uwolnić z tych finansowo zależnych kajdan. Poza tym pewnie znowu piszą tak ci, którzy na co dzień nie mają problemów z pieniędzmi. Jasne, że sobie to wypracowali, że sobie ustawili życie tak, że ich stać. I świetnie, ale nie wszystkim tak się udaje. Poznałam ludzi, którzy rzucili wszystko w cholerę, żeby utrzymywać się ze swojej pasji. Myślicie, że jest im łatwo? Jasne, decydując się na taki krok, chociaż ściągnęli z siebie poczucie zapieprzania tylko dla kasy, której i tak zawsze było za mało i która im szczęścia wcale nie dawała. Jasne, są teraz spokojniejsi, szczęśliwsi, ale czy bogatsi, w większości przypadku uwierzcie, że wcale nie. I każdy z nich taką wygraną w totka by przytulił i z pewnością część oddał na pomoc potrzebującym.

To tak jak komentarze w stylu: „Daj, spokój, to tylko stówę kosztuje” albo „A wzięłam to zlecenie, chociaż na waciki będzie”. Tyle, że dla jednego to będzie „tylko”, a dla drugiego „aż” stówa, czy trzy stówy za zlecenie. My mamy taki problem z tym, żeby powiedzieć: „Stary, to dla mnie w pi*du kasy, nie mogę tyle wydać albo chciałbym tyle zarobić”. Niee, my zęby w ścianę i choć boli nas to okrutnie, to dajemy się zaprosić na kawę z ciastkiem, za którą co najmniej z trzy dychy zapłacić musimy. Byleby nikt nie zauważył, że nas nie stać.

A co mają powiedzieć ci, którzy pracują, a kasy nie dostają, bo „firma ma problemy”, bo „czekamy na płatności”, bo „mamy dłużników, musicie zrozumieć”. Każdy z nas ma inne umiejętności, jedni mają smykałkę do interesów, innym rodzice całe życie pomagają, jeszcze inni dziedziczą w spadku rzeczy, które ustawiają ich właściwie na całe życie. Ale jest szara masa, która zapie*dala i końca nie widzi. Nie ma tu momentu, że pewnego dnia, będę mieć tyle kasy, że zrobię sobie na miesiąc wakacji, wyjadę z rodziną i niczym się nie będę przejmować. A przecież każdy, kto ciężko pracuje zasługuje na coś takiego, to nawet nie jest przywilej, to powinno być każdego chrzanione prawo!

Kasa daje wolność. Wolność, kiedy nie jesteś od nikogo uzależniony, kiedy możesz decydować o sobie, o swoim życiu, podejmować decyzje bez oglądania się, czy ci starczy na kolejny miesiąc.

Mój wku*w bierze się z tego, że nie dostajemy sprawiedliwego wynagrodzenia za swoją pracę. Chociaż się angażujemy, siedzimy po nocach, staramy się to i tak jeden ch*j, kasy zawsze na coś będzie brakować i nie ma tu złotego środka, który odwróciłby sytuację.

Staram się na co dzień o tym nie myśleć, żeby się nie wkurzać, ale przychodzą takie momenty, takie rozmowy, takie rzucone „Co ty, pieniądze nie są w życiu najważniejsze”, że piany dostaję i muszę całą wściekłość z siebie wyrzucić.

Tak i oczywiście są wyższe wartości, musimy cenić inne rzeczy niż kasę. Ja cenię, ale czasami marzę o tym, żeby pożyć bez przymusu posiadania pieniędzy. Tak mam. I wku*wia mnie, że jest to niemożliwe.