Zamiast mówić o tym, co złe, powiedz… Dobro wraca do ciebie. Dlaczego nie uczymy tego naszych dzieci?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
12 października 2017
Fot. iStock
Fot. iStock
 

„Karma wraca…”, „To ty możesz zmienić swoje i czyjeś życie”, „Róbmy dobro…” – lubimy te hasła. Pięknie prezentują się na naszych facebookowych tablicach, dodają nam skrzydeł, motywują. A jak często używamy tych narzędzi, by pokazać naszym dzieciom, co dane światu dobro może zdziałać? Zbyt rzadko…

Ile razy opisując rzeczywistość czy próbując rozwiązań konflikt między dziećmi, sami zapominaliśmy o tej prostej i jakże ważnej zasadzie? Przykładów nie trzeba daleko szukać…

Zamiast mówić o tym co złe, powiedz… dobro wraca do ciebie

To my uczymy nasze dzieci tego, jak oswajać świat. Pokazujemy, każdym swoim zachowaniem, czy opłaca się być dobrym – tak zwyczajnie, bezinteresownie. I choć wolelibyśmy pewnie myśleć, że coroczna zbiórka karmy dla schroniska albo „piątka” w WOŚP-owej skarbonce wystarczy, jest inaczej… Dzieci nasiąkają tym, co otacza je codziennie.

Zamiast omijać szerokim łukiem bezdomnego, zainteresuj się nim…

Mamy taką tendencję, że gdy idziemy z dzieckiem i mijamy bezdomnego, żebraka, a nawet staruszka, zaczynamy obierać jak najdalsze trajektoria. „Może nie zauważy…”. Jakby szarość tego świata mogła nas zarazić albo nie istniała tak długo, jak długo nie musimy z bliska jej oglądać.

A przecież warto pomagać. Nie mów, że na pewno wszystko przepije – nie musisz dawać pieniędzy, czasem wystarczy, że taka osoba przestanie być niewidzialna, że poślesz jej uśmiech, powiesz dzień dobry, zapytasz, czy nie potrzebuje pomocy, jedzenia, szklanki wody.

A co, jeśli nie będzie uprzejmy i nie odwzajemni dobra? Cóż, w życiu i tak bywa, ale czy nasza niechęć, zamieni taki świat na lepszy?

Zamiast mówić „on/ona jest zły”, spróbuj pomóc…

Ile razy zdarzyło nam się skwitować, że inne dziecko jest: złe, niegrzeczne, niewychowane itd.? Szczególnie, gdy mowa o sytuacjach kryzysowych. Bronimy jak lwy naszych dzieci. Róbmy to dalej, ale pamiętajmy o tym, że świat nie jest czarno-biały.

Rozmawiajcie z dzieckiem, tłumaczcie i pytajcie. Tak, on/a zrobił/a źle. Ale pomyślmy, dlaczego tak się stało. Uczmy asertywności, żeby nasze dzieci potrafiły się przed agresją bronić… ale uczmy też empatii. Być może ktoś w ten sposób woła o pomoc?

Zamiast piętnować czyjąś biedę, wyciągnij rękę…

Dzielimy. Nie celowo, a podświadomie. Są w klasach naszych dzieci, ci inni – dzieci, które „nie pasują”, te których się boimy, czasem myślimy „ta patologia” i nawet wstydzimy się tych myśli, ale instynktownie  staramy się trzymać z daleka. A przecież tak dobrze wiemy, że nie wybieramy sobie życia… i że niektóre dzieci, już na starcie zepchnięte na margines nigdy nie otrzymają swojej szansy. Nikt nie zaprosi ich po południu do domu, nie kupi im książki, nie powie: „ale piękny obrazek”. A może jedno takie popołudnie było najwspanialszym prezentem od losu? Tym momentem, który zmieni wszystko w ich życiu?

Zamiast mówić „przyjaciele się na ciebie wypną, musisz dbać o siebie”, powiedz: „każdy z nas potrzebuje kogoś bliskiego”

Jeśli nauczysz dziecko, że ludzie i świat są źli, że może liczyć tylko na siebie, załadujesz mu na plecy bagaż, którego bardzo trudno się pozbyć. Bagaż, który trudno jest udźwignąć.  To jak definiujemy świat, w dużej mierze zależy od nastawienia.

Nie, nie kłam i nie udawaj, że życie jest różowe jak puchata chmurka. Mów o tym, że ludzie nas zawodzą, ale to nie znaczy, że nie warto w nich wierzyć. Każdy może się zmienić, każdy zasługuje na swoją szansę. Przecież to ty, ja – tworzymy ten świat.

Zamiast mówić „sam świata nie zmienisz”, powiedz „spróbuj, czasem drobiazg może odmienić czyjeś całe życie”…

Ile razy nasz dorosły cynizm i sceptycyzm zabijał dziecięcy zapał do pomagania? Nie, skarbie, to nic zmieni – mówimy chcąc zaoszczędzić naszym dzieciom rozczarowań, czasu… To prawda, że jedno dziecko ma niewielkie narzędzia do poprawiania świata, ale gdy sami się do tego dołączymy, to już znacznie więcej, prawda?

Zamiast głowić się, jak to zrobić – poczytaj z dzieckiem książkę!

A najlepiej taką, która w prosty i zarazem piękny sposób mówi o życiu. O tym, że nie wszyscy mamy na starcie równe szanse, że życie czasem bardzo nas obciąża… i o tym, że czasem wystarczy przypadkowo znaleźć małego anioła, który zmienia świat…

11 października ukaże się „Opowieść o Angelinie Brownie” wydana nakładem Wydawnictwa Zielona Sowa. Genialna książka, pokazująca w bardzo namacalny sposób, że warto „robić” dobro. Że taki mały anioł znaleziony w kieszonce, może sprawić, że nagle zrobi się ciepło, promienne, lepiej. I że takim metaforycznym aniołem może być najdrobniejszy dobry gest i wyciągniecie do kogoś ręki…

Opowieść o Angelinie Brownie

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Wydawnictwo: Zielona Sowa
Wiek: 9+
Liczba stron: 272


Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Zielona Sowa


On nie pije i nie bije, więc nikt nie rozumie, dlaczego chcesz odejść

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
12 października 2017
Fot. iStock/alien185
Fot. iStock/alien185
 

Mówi się, że w obecnych czasach łatwo rezygnujemy ze związków. Gdy tylko pojawiają się przeszkody, wolimy odpuścić i szukać nowego partnera, zamiast naprawiać to, co w relacji szwankuje. Oczywiście, że lepiej pracować nad związkiem, rozmawiać i wspólnie pielęgnować uczucie. Czasem jednak dzieją się rzeczy, których mimo szczerych chęci, nie potrafimy wyprostować. 

Kiedy Anka ogłosiła rodzicom, że rozważa odejście od Krzyśka, aż zaniemówili. „Jak to? A co ci w nim nie pasuje? Przecież cię nie bije, przynosi pieniądze do domu. Nie mówiłaś też, żeby cię zdradził” – atakowali. No bo jak to tak odchodzić, kiedy on ani nie pije, ani nie bije.

Zakończenie związku nigdy nie jest proste. Szczególnie, gdy nie wydarzyło się nic tak dramatycznego, by inni ludzie mogli z pełnym zrozumieniem wam przyklasnąć. Jeśli jednak coraz częściej rozważasz rozstanie, to znak, że dzieje się naprawdę źle. Na ogół najpierw zastanawiamy się przecież, jak poradzić sobie z problemem, a nie jak się rozejść. Twoje rozterki mogą wynikać z kilku, najczęstszych powodów:

Jesteś nieszczęśliwa…

…i właściwie nie umiesz nawet powiedzieć dlaczego. Widzą to także inni ludzie, ponieważ stałaś się smutna i przygaszona. A może jeszcze inaczej – jesteś nieszczęśliwa tylko przy nim. W gronie znajomych potrafisz dobrze się bawić, rozluźnić i zrelaksować. Nostalgia ogarnia cię dopiero, gdy wracasz do domu, w którym czeka na ciebie on. Zastanów się, czy możesz przy nim po prostu być sobą. Jeśli nie, coś tu nie gra.

Twoje potrzeby nie są realizowane

Gdy musisz się wygadać, on nie ma czasu cię wysłuchać. Gdy chcesz się przytulić, on ogląda akurat ważny program. Gdy jesteś zmęczona i potrzebujesz się wyspać, on proponuje ci gorący seks. Zadaj sobie pytanie, dlaczego jesteś w związku, w którym nie możesz realizować swoich potrzeb?

Brakuje partnerstwa

Wszystko jest na twojej głowie – sprzątanie, gotowanie, prasowanie, zakupy, dzieci, wywiadówki, lekcje, rachunki. W dodatku to ty organizujesz romantyczne wieczory tylko we dwoje, inicjujesz seks i prawisz mu komplementy. Nie ma się co dziwić, że masz po prostu dość.

Straciłaś zaufanie

To chyba najgorsze, co może być. Po prostu nie da się budować związku, w którym brakuje zaufania (utraconego z różnych powodów, ale to zupełnie inna kwestia). Jeżeli ciągle obserwujesz każdy jego ruch i czekasz na potknięcie lub z góry zakładasz, że jego intencje na pewno nie są dobre, ten związek nie ma szans na przeżycie.

Wasze drogi się rozchodzą

Mieliście jakiś wspólny plan na życie, jakąś wizję przyszłości, a nagle jedno z was wywraca wszystko do góry nogami, ponieważ zamarzyło o prowadzeniu urokliwej knajpki w niewielkiej miejscowości 3000 km stąd. Można próbować się dogadać, ale czy to się uda?

Wyznajecie inne wartości

Owszem, przeciwieństwa się przyciągają, ale wegetarianka raczej nie będzie czuła się komfortowo w towarzystwie myśliwego, a kobieta z silnym instynktem macierzyńskim raczej nie zrealizuje swoich potrzeb z partnerem, który nienawidzi dzieci. To ważne, byście zgadzali się w podstawowych aspektach życia.

Wszystko w nim zaczyna cię denerwować

Idealnie obrazuje to pewien MEM, który co i rusz pojawia się w sieci. Na zdjęciu widać pokłóconą parę. Oboje siedzą do siebie tyłem. Kobieta mówi: „Czy możesz mrugać CISZEJ?”. Jeżeli wkurza cię w nim dosłownie wszystko (sposób chodzenia, trzymania kubka, zakładania bluzki, drapania się po głowie), zastanów się, z czego wynika ta niechęć i złość.

Spędzacie razem coraz mniej czasu

Na początku znajomości pewnie nie mogliście się od siebie odkleić, a teraz spędzacie ze sobą coraz mniej czasu. To normalne, pod warunkiem, że mimo wszystko częściej wychodzicie na miasto we dwójkę niż oddzielnie. A co z seksem? Jesteś zadowolona z tej sfery waszego życia? A może częściej masz okres, niż orgazm? Seks jest naprawdę ważny i każdy z nas ma prawo spełniać swoje potrzeby.

Rozglądacie się

Nie zawsze jest tak, że to faceci zaczynają rozglądać się za innymi kobietami. Jeżeli zauważyłaś, że coraz częściej zwracasz uwagę na innych mężczyzn, patrzysz czy noszą obrączkę, albo zazdrościsz koleżankom ich partnerów, ewidentnie jesteś nieszczęśliwa. W powiedzeniu „Nie widzę poza tobą świata” naprawdę coś jest.

Anka mówi, że odeszła, bo po prostu nie była szczęśliwa.

Tylko i aż.


 

Na podstawie: Love Panky


Przestałam tworzyć iluzje. Odeszłam, dziś uczę się akceptować błędy z przeszłości

Listy do redakcji
Listy do redakcji
11 października 2017
Fot. iStock/JTSorrell
Fot. iStock/JTSorrell
 

Odchodziłam dwa razy. To o jeden za dużo. Powinnam odejść od razu i nie oglądać się za siebie, nie dawać nawet tej jednej, dodatkowej szansy. Nie zabierać sobie czasu, bo przecież i tak już wiele straciłam. Ale nie udało się, trudno. Muszę nauczyć się z tym żyć. Nauczyć się akceptować swoje błędy, wybaczać je sobie. To nie jest łatwe. Trudne jest to całe odchodzenie. Bo na spakowaniu walizek i zmianie adresu sprawa się nie kończy. Odchodzenie to proces emocjonalny, podczas którego musisz sprawić, że ważna dotąd część ciebie musi umrzeć. Po to, żebyś ty mogła żyć.

Nigdy nie byłam zbyt pewna siebie – tego, że zasługuję na miłość. Na dobrą miłość, wspaniałe życie, na szczęście po prostu. Jasne, że tego chciałam, marzyłam o tym. Kiedy pojawił się on, miałam już dziecko z pierwszego związku. Nie zraziło go to – zakochał się we mnie, syna zaakceptował z radością. To było dla mnie najważniejsze. Poddałam się uczuciu, uwierzyłam w nie, zakochałam się. Stworzyliśmy rodzinę, we trójkę. Taką, o jakiej marzyłam, jakiej pragnęło moje dziecko. Pełną rodzinę. I iluzję związku opartego na miłości, szacunku, partnerstwie. Małżeństwem nie byliśmy długo. Szybko okazało się, że twoja miłość jest bardzo zaborcza i bardzo… trudna. Dlaczego nie zorientowałam się wcześniej? Nie wiem. Za pierwszym razem, gdy stałam po drugiej stronie drzwi własnego mieszkania, bez butów, w cienkiej koszuli błagając cię, żebyś wpuścił mnie do środka i modląc się, żebyś nie zrobił krzywdy naszemu synowi, usprawiedliwiałam cię każdą myślą. Tak trudno było mi zrozumieć, że ktoś kto kocha tak mocno jak ty, kto wielkimi gestami udowadnia mi swoją miłość, może być zdolny do okrucieństwa, przemocy, do najgorszego. Uciekłam, ale szybko wróciłam. Płakałeś, obiecywałeś, że się zmienisz. Chciałam, żeby bajka, którą wymyśliłam i którą opowiadałam o nas wszystkim wokół, była rzeczywistością. Za drugim razem, zmądrzałam. Przestałam zakrywać siniaki, przestałam okłamywać bliskich. Przestałam tworzyć iluzje i zaprzeczać temu, że nasz związek w niczym nie przypomina kolorowych zdjęć przedstawiających dwoje, bardzo szczęśliwych ludzi. Odeszłam naprawdę.

Jestem sama. Nie, to wcale nie jest łatwe. Jasne, że jest teraz lepiej – spokojnie, bezpiecznie, dobrze. Otaczają mnie ludzie, którzy mnie wspierają i kochają. Utwierdzają mnie w przekonaniu, że podjęłam najlepszą decyzję. Wracam do równowagi. Choć, czy to na pewno już ten etap? Dużo płaczę, wydawałoby się, bez powodu. Ale ja płaczę, bo przeżywam żałobę po moim niedanym związku. Mocno wrosłam w tę moją bajkę, w iluzję, którą wspólnie tworzyliśmy. I w swoją rolę. Rozstanie boli, bo pozbywam się właśnie sporej części mojego dotychczasowego „ja”. Uzależniłam się trochę od swojej roli ofiary. Poddawałam się jej biernie, pozwałam mojemu mężowi kierować moim życiem, uwierzyłam, że słowa, którymi mnie określał, rzeczywiście mnie definiują. Że zasłużyłam na wszystko, co mi się przytrafiło. Dziś, odzyskana wolność przeraża mnie trochę. Oczywiście – oddycham, nikt mnie nie obraża, nie zabrania mi wrócić do własnego domu, nie straszy, że mnie „zniszczy”. Ale boję się, czy znajdę w sobie siły, by znów być sobą – niczego nie udawać, cieszyć się moim spokojem, doceniać to, kim jestem.

I tak, ciągle jeszcze zdarza mi się za NIM tęsknić. Mimo wszystko. Denerwuje mnie to, martwi, boli głęboko w środku. I to również uczę się akceptować – emocje, których nie wolałabym nie odczuwać. To część mojej terapii, niezbędnego elementu mojej nowej rzeczywistości.

Nie, nie zawrócę z mojej drogi, jestem już „po drugiej stronie”. Przeżyłam złą miłość, zapamiętam ją, ale już do niej nie wrócę, bo poznałam tę destrukcyjną moc. Czasem bardzo boję się momentu, w którym znów kogoś pokocham. Boję się marzyć o dobrej miłości. Boję się pomylić, ale nie chcę też myśleć, że nic pięknego już mi się nigdy nie przydarzy. Jestem w „zawieszeniu” między tym, co się wydarzyło, a nadzieją na to, że mogę być jeszcze prawdziwie szczęśliwa. Ta niepewność samej siebie jest chyba najtrudniejsza. Ale jeśli uda mi się ją pokonać, jeśli uwierzę, że zasługuję na to, co najlepsze, będę w stanie w końcu pokochać właściwą osobę.


Zobacz także

Po raz kolejny powielamy schemat poprzedniego pokolenia, kiedy to mężczyzna jest najmądrzejszy i on ma prawo głosu

Po raz kolejny powielamy schemat poprzedniego pokolenia, kiedy to mężczyzna jest najmądrzejszy i on ma prawo głosu

Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Mężczyzna nie jest gruboskórny. STOP – mitom i stereotypom. Dobrze przytulić się do miękkiego faceta

Fot. iStock

Dom dziecka, choroba psychiczna mamy – historia mojego życia