„Żałoba to cena, którą płacimy za miłość”. Dziś na cmentarzu, jak nigdy przedtem szukam intymności

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
1 listopada 2017
Fot. iStock / falkovskyy
Fot. iStock / falkovskyy
 

Kiedy byłam dzieckiem bardzo lubiłam Wszystkich Świętych. To święto nie było wtedy dla mnie śmiercią czy stratą. To był dzień, kiedy często spadał pierwszy śnieg. Kiedy tata pozwalał czasem nam zapalić samodzielnie świeczkę. Mama miała naszykowane zimowe czapki i rękawiczki. Jeździliśmy razem łaciatą od rdzy Syreną po cmentarzach. Nie znałam nikogo z lokatorów tych dumnych pomników. Często spotykaliśmy innych, tak odległą rodzinę, że czas w samochodzie upływał na rozwikływaniu zagadek rodzinnego drzewa genealogicznego. Ale ja zawsze czekałam na wieczór. Wtedy było magicznie.

Pamiętam, że zawsze była bardzo zimno – mróz i wiatr aż podgryzały przez odświętne chińskie rajstopy i nałożone na nie spodnie od kombinezonu. Ale ta magia, gdy robiło się ciemno, była warta wszystkiego. Śnieg odbijał tysiące światełek. Cmentarze pojawiały się w ciemnościach pełne ciepła, bliskich sobie ludzi. Można było policzyć w myślach te wszystkie dusze, a jasna łuna na niebie była widoczna na długo przed przekroczeniem bramy. Zawsze potem spotykaliśmy się u mojej prababci. Całą rodziną. To ona dodawała temu świętu  jeszcze więcej blasku. Gdy umarła, po raz pierwszy 1 listopada stał się dniem smutku. Z grobem, który ma już swoją twarz i bez herbaty przy kaflowym piecu.

„Żałoba to cena, którą płacimy za miłość”* w tych słowach mieści się tak wiele. Dziś większość z nas spłaci swoją roczną ratę. Ja na moją odkładam od jakiegoś czasu. Nie lubię już tego święta. Ani światełek. I nie chcę już spotkań gdzieś między posągami. Dziś na cmentarzu, jak nigdy przedtem szukam intymności. A każda wizyta jest dla mnie jak przebiegnięcie maratonu. Pomniki stały się innym symbolem, nie tyle pamięci, co nieodwracalności. Imię i nazwisko wyryte w granicie, to tylko pewność, że tak już pozostanie.

Mówi się o tym, że każda żałoba ma swoje etapy – to prawda, ale ten ostatni etap nigdy się nie kończy. Jest po prostu życiem „po”. Każdy sam musi nauczyć się je oswajać, każdy inaczej.

Z każdą śmiercią, którą spotykamy, stajemy się coraz bardziej dorośli i dziecinni zarazem. Dorosłość sama się narzuca. Musimy skonfrontować się nieuchronnością, bezsilnością, z cyklem życia. Bez żadnej magii, religii i życzeń. Bo po śmierci tego kogoś świat się nie zatrzymuje. Tylko my zawieszamy się na chwilę, żeby zrozumieć. Czy nam się to udaje? To chyba udać się do końca nie może, ale uczymy się też, jak na dorosłych przystało, że życie niesie ze sobą bardzo wiele, a jedyne, co od nas (na szczęście) zależy, to to, co zrobimy dalej. Cała trudność polega na tym, że wraz z tą dorosłością, zaczynamy odczuwać strach. Jak dzieci. Potrzebujemy tego kogoś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chcemy, żeby przeprowadził nas za rękę do miejsca, w którym będzie już bezpiecznie.

Dzisiejszy dzień ma tak wiele znaczeń, jak wiele świeczek na grobach. Jedni przychodzą się przywitać, Inni zapalają je z powodu tradycji, poczucia obowiązku. Czasem zmuszamy się, żeby iść na cmentarz – bo po stracie nie chcemy po raz kolejny upewniać się w nieodwracalnym, tak bardzo próbujemy odgonić od siebie myśli o tym, co się wydarzyło. Ale chyba jedno nas łączy – to dzień bardzo dostojny, spokojny, taki, w którym nawet zupę gotujemy bez pośpiechu, jakby bardziej starannie.

Dla mnie dzisiejszy dzień to przede wszystkim nie wspomnienia, nie rozważania co by było gdyby. Dziś zastanawiam się nad życiem. Nie wiem, ile grobów przyjdzie mi odwiedzić za rok, ale wiem, że nie chciałabym wtedy czegoś żałować.

Będę dziś bardzo długo gotować zupę.


 

Źródło: *”Żałoba jest podróżą. Jak zmagać się ze stratą”, Kenneth Doka

 


Nie tylko szyja i nadgarstki. Gdzie aplikować perfumy, żeby zapach utrzymywał się cały dzień?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
1 listopada 2017
Fot. iStock/DmitriyTitov
Fot. iStock/DmitriyTitov
 

„To, jak długo zapach perfum będzie utrzymywał się na skórze, zależy od jakości produktu”. Tak, to prawda. Znaczenie ma jednak nie tylko to, czy używamy perfum z najwyższej półki, ale także w jaki sposób i w jakie miejsca je aplikujemy. Niewiele osób ma bowiem pojęcie o tym, że odrobina wazeliny na skórze w miejscu, które spryskujemy wodą toaletową znacznie przedłuża trwałość zapachu. Sprawdź, które miejsca perfumować, żeby efekt utrzymywał się przez cały dzień.

Włosy

Usłyszałaś kiedyś, że twoje włosy pięknie pachną szamponem? A wprost przeciwnie, że śmierdzą dymem papierosowym? Nic dziwnego – włosy bardzo szybko przechodzą różnymi zapachami. Dlatego też warto aplikować na nie perfumy, by przy każdym ruchu uwalniały piękny zapach. Jedna uwaga! Alkohol wysusza i osłabia włosy, dlatego perfumy najlepiej aplikować na szczotkę.

Okolice lędźwi

Perfumy, nałożone w tym miejscu na ciele, uwalniają się bardzo powoli. Szczególnie, gdy jesteśmy dość grubo ubrani. Aplikacja w tym miejscu gwarantuje, że zapach będzie nam towarzyszył przez cały dzień.

Zgięcia kolan i łokci

W tych dwóch miejscach skóra jest bardzo ciepła, dlatego perfumy mają intensywniejsze działanie. Poza tym warto pamiętać, że zapach zawsze unosi się do góry, roztaczając wokół nas pewną aurę.

Kark i miejsca za uszami

I tu temperatura jest nieco podwyższona, dlatego skóra będzie w tych miejscach intensywniej uwalniała zapach.

Wokół pępka

To sposób aktorki, Liv Tyler. Choć brzmi absurdalnie, naprawdę działa. To dlatego, że pępek jest jednym z cieplejszych punktów na ciele. Zapach będzie unosił się cały dzień, jeśli wetrzesz opuszkami palców odrobinę perfum wokół pępka.

Niezależnie od tego, które miejsce na skórze wybierzesz, ogranicz się do kilku „psiknięć”. Wylanie na siebie połowy flaku powoduje efekt odwrotny od zamierzonego…


 

Źródło: Genialne


Dobra, przyznaję – ja też nie byłam idealną żoną. Odeszłam, dzisiaj rozumiem i biorę odpowiedzialność za swoje błędy

Listy do redakcji
Listy do redakcji
31 października 2017
Fot. iStock/grinvalds
Fot. iStock/grinvalds
 

Czytam blog Sziti Męża i mam ochotę przyklasnąć wszystkiemu, co pisze. Tak, faceci potrafią być gównianymi mężami. Potrafią być nie do wytrzymania w tym swoim zapatrzeniu w siebie, z przerośniętym ego, traktując swoje żony jako rzecz nabytą, jakby obrączka dawała im gwarancję przynależności aż do śmierci. Stwierdzają, że jesteśmy emocjonalnie i hormonalnie rozedrgane, więc nie ma sensu słuchać naszych (dla nich) absurdalnych próśb, a tym bardziej przejmować się fochami. Wszystko się zgadza. Ale – chwilunia. Czy przypadkiem nie działa to w dwie strony? Czy i my nie bywamy gównianymi żonami?  Wiem, nie brzmi to może zbyt miło zachęcająco do dalszego czytania, ale cóż? Czy tak nie jest?

Możesz protestować, argumentować, mówić co ci ślina na język przyniesie nie zgadzając się z moją opinią. Możesz. Ale możesz też przeczytać, co mam do powiedzenia i skonfrontować się z tym. Zobaczcie – wszystkie szukamy silnych mężczyzn. Zgadza się? Marzymy, że pokochamy tego, który przyjedzie na białym koniu w lśniącej zbroi, zabije smoka i uwolni nas z wieży. Szukamy faceta, który będzie podobny do naszego ojca – silny, szanowany, opiekuńczy, kochający innych ludzi. Chcemy, by był w nas na zabój zakochany, żeby okazał się fantastycznym ojcem, świetnie gotował i wiedział, że porządek sam się w domu nie zrobi.

Tyle tylko, że później uczymy się jak stać się niezależnymi, silnymi kobietami znającymi swoją wartość. Tak, musimy być świadome, co my wnosimy do związku, z czym zasiadamy do wspólnego stołu.

Kochałam mojego męża. Byłam dla niego wsparciem. Kiedy on chciał robić karierę, ja siedziałam z dziećmi w domu. Gotowała, sprzątałam, robiłam wszystko, czego oczekiwałaby ode mnie moja babcia. Według niej miejsce kobiety zawsze było w domu przy dzieciach i garach. Byłam żoną idealną. Kiedy mój mąż wracał z pracy, czekał już na niego gotowy obiad, zimne piwo w lodówce… A kiedy on stracił pracę, wówczas ja zaczęłam pracować i piąć się po drabinie awansów, to ja wtedy płaciłam rachunki.

Tak, na zewnątrz byłam perfekcyjną żoną. I szczerze mówiąc – w pewnym sensie tak było naprawdę. Tyle tylko, że to nie byłam ja. Straciłam siebie, kiedy wyszłam za mąż, zaczęłam być kimś zupełnie innym niż dotychczas. Nie byłam już tą samą dziewczyną, w której on się zakochał. Rzadko spotykałam się z przyjaciółmi, wychodziłam na imprezy. Przestałam nawet chodzić do kina, czy wychodzić na spacer po parku. Liczyłam, że skoro ja jestem w domu, on też ze mną będzie. W dodatku kiedy pojawiły się dzieci, stało się to moim wewnętrznym oczekiwaniem. Skoro ja siedzę w domu, to on też powinien. Ale on wychodził, pracował, co budziło moją coraz większą frustrację i było przyczynkiem wielu kłótni i walki. Tak, miałam bardzo wysokie oczekiwania wobec mojego męża, ale nigdy nie określiłam swoich wymagań. Nigdy mu o tym nie powiedziałam. Myślałam, że dla niego to powinno być zupełnie naturalne.

My – kobiety, czujemy się fantastycznie w żonglowaniu naszymi światami. Stajemy się wybitnymi znawcami piłki nożnej, pouczamy trenerów,  którzy mają zajęcia z naszymi dziećmi, płacimy rachunki, umawiamy wizyty lekarskiej, gotujemy, pracujemy… Jesteśmy niczym superwoman. Tyle tylko, że stajemy się do niczego, jako żony.

Doskonale wiemy, co kręci naszych mężów, co sprawia, że odzyskują radość życia, ale nie chcemy w tym uczestniczyć. Jeśli on lubi sport, chodzi na mecze, gra w koszykówkę z kolegami, dlaczego tak trudno zaplanować nam czas, żeby mieć możliwość od czasu do czasu pójść z nim, pokibicować? Dlaczego tak rzadko wychodzimy naprzeciw temu, co on lubi? Najczęściej widzimy jednak czubek własnego nosa.

Nim poznałaś swojego męża, miałaś jakieś swoje hobby, zainteresowania, prawda? Miałaś jakieś życie poza nim, poza waszym związkiem? Daję sobie rękę odciąć, że to właśnie przyciągnęło twojego męża, ta tajemnica, co robisz, czym się interesujesz, to dzięki temu on się tobą zafascynował, a później i zakochał. I on jest taki sam. Też miał swoje sprawy, swoje rzeczy, nim ciebie poznał, nim zaczął się z tobą spotykać.  Teraz oczekujesz, że on odpuści? Że zrezygnuje z tego, co lubi robić od lat? Przestanie jeździć na ryby, wychodzić z kumplami na turniej darta? Że będzie tylko siedział z tobą i dziećmi w domu? Jaka wtedy będzie jakość waszego życia? Jak sądzisz? Czas spędzany na domowych obowiązkach, które dla ciebie są rutyną i założę się, że nie wykonujesz ich w jakiś zabawny czy wyjątkowy sposób, ma być twoim sposobem na wasze wspólne życie? A może się zaplątałaś w tej rutynie, zapomniałaś, że on chce się starać na SWÓJ sposób, by wasze wspólne życie było lepsze? Słuchasz go, dajesz mu dojść do głosu?

Jasne, że nie wszystkie małżeństwa żyją w taki właśnie sposób. Gdyby tak było, to tylko siąść i płakać. Podobnie, jak nie wszystkie żony, są tymi do kitu, tak i mężowie. Zdarzają się chlubne wyjątki.

Jednak najczęściej bywa tak, że oczekujemy wiele od naszych mężów, tyle tylko, że im o tym nie mówimy. Smutny standard. My znajdujemy czas na to, co lubimy – masaż, fryzjer, kosmetyczka. A przecież mogłybyśmy być bardziej introwertyczne – lubić pisać, czytać czy malować. Jednak nie – mamy swoje rzeczy, dzięki którym ładujemy akumulatory, poprawiamy sobie nastrój. Możemy o nich nawet nie mówić naszym mężom, po prostu je robimy, znajdujemy na nie czas. A czy w ten sam sposób traktujemy wszystko to, co lubi robić nasz mąż? Na co on znajduje czas i wyrywa się z domu? Szczerze wątpię. My mamy prawo do naszych przyjemności, cóż – on najczęściej naszego zrozumienia nie znajduje.

Komunikacja, kompromis i równość – te trzy rzeczy powinniśmy mieć na względzie w każdym związku. Wszystko, co uwierało mnie w moim małżeństwie, powiedziałabym mojemu mężowi, ale nie chciałam go martwić swoją osobą.  Przez ostatnie trzy lata swojego małżeństwa utknęłam w koleinie rutyny i codzienności. Nic nie mówiłam. Zapadałam się w sobie. Straciłam radość życia. I w końcu odeszłam. Załamał się, kiedy to zrobiłam… W naszym małżeństwie on popełnił wiele błędów, za które nie wziął odpowiedzialności. Ale ja mogę wziąć odpowiedzialność za swoje błędy.

Dzisiaj mogę przyznać, że nie szanowałam swojego męża, że brałam więcej do siebie,  a jemu dawałam mało zrozumienia. Nie mówiłam, na czym mi zależy, nie komunikowałam czego potrzebuję, co mnie boli, co chciałabym zmienić. Za nic miałam jego pasje, zajęcia, które uważałam za stratę czasu, sama dbając o to, by zawsze mieć czas spotkać się z przyjaciółkami, wyjście do fryzjera czy na paznokcie.

Teraz codziennie pracuję nad sobą dbając o relację z ludźmi, których kocham. I nawet, jeśli mam ochotę schować głowę w piasek, to dbam o to, żeby widzieć w tej relacji każdą ze stron, nie tylko swoje racje, swoje potrzeby i swoje problemy. To niesamowite, jak poprawił się mój kontakt z najbliższymi. Daję. Nie oczekuję niczego w zamian. Planuję swoje życie, żyję swoim życiem poszukując własnego ja i sposobu na własne szczęście. Widzę, jak zmiany, które zachodzą we mnie, wpływają na wszystko, co mnie otacza. Wyciągnęłam wnioski ze swojego rozwodu. Zrozumiałam, gdzie to ja popełniałam błędy. Teraz, kiedy doświadczam tego, jak powinien wyglądać zdrowy i dobry związek, staram się widzieć więcej. Nie znam wszystkich odpowiedzi i już nie dramatyzuję, że ich nie znam.

Możesz wziąć coś z mojej historii, przyjrzeć się sobie w twoim związku, zobaczyć, czy nie utknęłaś podobnie jak ja kiedyś w tej koleinie. Dzisiaj jeszcze możesz coś zrobić.

 


Zobacz także

Fot. Materiały prasowe

O tym jak pasja staje się pracą i sposobem na życie. To naprawdę jest możliwe

Fot. iStock

Konkurs „Czuję się piękna, gdy…”

Fot, iStock/AntonioGuillem

Zawsze byłeś taki łagodny i silny. Pamiętam jak słuchałeś, bo ty zawsze słuchałeś nas w wyjątkowy sposób