Nie zagwarantujesz mi, że kiedy się wyleczysz ze swoich ran, nadal ze mną będziesz. O mężczyźnie, który nie wiedział na czym polega miłość

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 lipca 2018
Fot. iStock/yacobchuk
 

Ty i twoje sekrety… Widzisz, dziś przyszedł dzień, kiedy nareszcie zrozumiałam: nie umiem ci pomóc, ale umiem pomóc sobie. To znaczy, umiem cię uratować – raz, drugi, trzeci. Umiem być wsparciem, umiem się poświęcać, zapewniać cię o swojej miłości i opowiadać, jak będzie pięknie, kiedy pojedziemy razem na Mazury. Ale nie uratuję cię. Sam musisz sobie poradzić ze swoimi problemami. Jedyne, co mogę teraz zrobić, to uratować siebie przed tobą. Bo nie dostaję od ciebie nic w zamian. Bo cierpię, gdy raz po raz otwierasz się przede mną, by za chwilę wycofać się z przepraszającym uśmiechem.

Umiem tworzyć wizję naszego szczęścia, naszego domu, naszego „razem”. Tylko dla kogo? Dla siebie samej? Pamiętam, kiedy raz jeden jedyny, otworzyłeś się przede mną. A może wcale się nie otworzyłeś, tylko chciałeś mnie jeszcze mocniej ze sobą związać. Powiedziałeś wtedy: „marzę o domu nad jeziorem. I o tobie, bo tylko przy tobie mogę być sobą.” Wiesz, żyłam tymi słowami przez całe tygodnie. Przecież ty nie mówisz o uczuciach. Twoje „kocham cię” to wydarzenie. Taka deklaracja  wtoich ustach musi znaczyć, że jestem dla ciebie ważna.

Minęło kilka tygodni. To był koniec wspólnego weekendu. Cudownego, wspólnego weekendu. Przypomniałam ci o domu nad jeziorem. O mnie. Trzymałeś mi głowę na kolanach, kiedy oświadczyłeś nagle:  „Mówiłem, że nie wyobrażam, sobie przyszłości bez ciebie? Ale wiesz, to było w żartach. Ja nie wiem, czego tak naprawdę chcę. Ale Cię kocham”.

Zabolało, znowu. Nie wiem, co przeżyłeś w innych związkach, czego się boisz w naszym związku. Nie mówisz mi o tym. Wiem tylko, że twoje uczucia do mnie przypominają wahadło. Wychylasz się, by się do mnie zbliżyć, sięgnąć po bliskość i to, czego potrzebujesz, a potem wracasz do siebie, zamykasz w sobie na nowo. I jeszcze to, że ja sięgnąć po twoją bliskość, tę emocjonalną, nie mogę. Zbywasz mnie, gdy proszę o słowo wsparcia. „Poradzisz sobie” – słyszę.

Dziś znowu to się stało. Napisałeś kilka zdań, że się boisz, że nie spałeś całą noc. Idziesz na jakieś spotkanie ze znajomymi, ktoś się żeni, zaproszono cię. Że boli cię brzuch z nerwów, bo będziesz widział osoby,  z którymi dawno nie rozmawiałeś. Myślę rozsądnie: normalny człowiek tak nie reaguje. Tu musi być „drugie dno”. Pytam. Wprost. Nie odpowiadasz, albo mówisz wymijająco: „to nic takiego, niz niezwykłego”. I jeszcze „nie łatwo mi o tym mówić”. Nie wiem, co się dzieje.

Boję się, coraz bardziej. Nie tak powinien wyglądać związek dwóch kochających się osób. Nie zagwarantujesz mi, że kiedy się wyleczysz ze swoich ran, nadal ze mną będziesz.

Tyle w tobie tajemnic. I nie chcesz się nimi dzielić. Rozumiem to i szanuję. Tylko zobacz, za każdym razem, gdy jest ci źle, bo coś do ciebie „wraca”, jakaś nieuporządkowana sprawa, jakieś emocje związane z wydarzeniami twojego życia, o których nigdy nie powiedziałeś mi nic konkretnego, wysyłasz mi krótkie sygnały: „cierpię, nie radzę sobie, potrzebuję cię”. Angażujesz mnie w swoje emocje, nie dając wiele w zamian i nie tłumacząc, co się z tobą dzieje.

Kochanie, zrób porządek ze swoją przeszłością. Zakończ swoje historie, które tego wymagają. Nie chcę być nagrodą pocieszenia, chwilowym plasterkiem na twoje rany. Nie chcę się domyślać i biec do ciebie „na sygnale”, wymyślać pokrzepiających SMS-ów i zapewniać cię o mojej miłości wiedząc, że i tak nic mi nie opowiesz.

Zasługuję na prawdę, na zaufanie, na szczerość. Na to, by wiedzieć. By móc robić plany.

Kochanie, skończ z przeszłością. Jeśli to zrobisz i poczujesz, że mnie kochasz, wróć. A jeśli uwolnisz się z sukcesem od ran, które ci zadano i zrozumiesz, że byłam w twoim życiu tylko po to, by ci w tym pomóc, bądź szczęśliwy. Dla mnie to o wiele za mało. Ja nie chcę być jedynie „pocieszycielką”.

 


Kiedy boli cię szczęście drugiej osoby. Twój partner nie jest twoim lustrzanym odbiciem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
3 lipca 2018
Fot. iStock / Constantinis
 

To, że ten drugi jest szczęśliwy, zazwyczaj nie jest dla nas bolesne. Z reguły (co jest zdrowe) sukces i szczęście naszego partnera czy przyjaciela napawa nas ogromna dumą i daje nam satysfakcję. Jest to wówczas wspaniałe uczucie, które pozytywnie wpływa na związek, umacnia go. Nierzadko jednak cieniem na naszej relacji kładzie się zazdrość o szczęście drugiej osoby, co może prowadzić do końca miłości. Dlaczego zazdrościmy tym, których kochamy?

Przede wszystkim, wszyscy jesteśmy aż i jedynie istotami ludzkimi, zdolnymi do doświadczania wszelkiego rodzaju uczuć, dobrych i złych, czasem bardzo złożonych. Naszej zazdrości często towarzyszy poczucie winy w stosunku do ukochanej osoby. Z drugiej strony… Być może my również ciężko pracowaliśmy, by osiągnąć sukces, ale nam się nie udało.

Cierpimy, gdy druga osoba jest szczęśliwa, kiedy sami nie czujemy się dobrze. Wierzymy w jej sukces, ale nie możemy zapomnieć o naszym niespełnionym pragnieniu. Nieumyślnie porównujemy jej szczęście z naszym smutkiem i stwierdzamy, że coś jest nie tak. To coś, co czujemy bardzo często, ale nie myślimy o tym zbyt wiele.

Wszystko to dzieje się z nami, gdy widzimy naszego partnera jako nasze lustrzane odbicie. Pomijamy kontekst, w którym nastąpiło jego spełnienie. Koncentrujemy się tylko na wyniku, który osiągnął i wyniku, o którym marzyliśmy dla siebie. Tworzymy narcystyczną projekcję, a nasze ego zostaje zranione i cierpimy, bo on jest szczęśliwy, a my nie. Sekretem jest poszerzenie tej perspektywy. Nie popatrz tylko na to, twój partner zdobył, ale na to wszystko, co musiał zrobić w tym celu, i na to, czego nam brakuje, aby osiągnąć to samo. W ten sposób łatwiej ci będzie dostrzec różnicę między wami.

Uczucie zazdrości o kogoś, kogo kochamy, jest normalne. Nie czyni z nas złej osoby. Tym, czego powinieneś unikać, jest pozwolenie, aby to uczucie rosło i karmiło twój związek podejrzliwością lub urazą.

Czas dorosnąć. Są rzeczy, których pragniemy i których nigdy nie otrzymamy. Rzeczy, o których marzymy, ale otrzymujemy je tylko bardzo się o to starając.

Zazdrości można usunąć, identyfikując ją i akceptując. Miłość powinna zwyciężyć.

 


Dla rodziców wakacje z dziećmi są bardziej stresujące niż praca zawodowa – mówią wyniki badań

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 lipca 2018
Fot. iStock/Geber86

Rodzice pracujący zawodowo woleliby sprostać stresowi związanemu z obowiązkami zawodowymi niż perspektywie wakacji rodzinnych, mówią badania. Aż dwie trzecie rodziców przyznało, że uważają wyjazd na wakacje z dziećmi za przedsięwzięcie o wiele bardziej stresujące niż codzienne wyjście do biura, nawet jeśli mają wymagającego szefa.

Około 65 procent rodziców twierdzi, że tygodniowe wakacje z dziećmi odbijają się na ich systemie nerwowym o wiele bardziej negatywnie niż praca w pełnym wymiarze godzin, a prawie połowa  przyznaje, że (nauczona złym doświadczeniem) raczej nie planuje rodzinnych urlopów.

Gdzie leży problem? W ciągu roku dzieci są zajęte – chodzą do szkoły, na dodatkowe zajęcia, korepetycje, ich czas jest zorganizowany. Dzień mija niepostrzeżenie. Gdy „odpada” nam szkoła i dzieci przebywają w domu, organizacja zajęć spada na rodziców. I tu pojawiają się kłopoty. Po pierwsze okazuje się, że nie potrafimy być z własnymi dziećmi, a wspólne spędzanie czasu sprowadza sie do godzenia kłócącego się rodzeństwa i wymyślaniu gier i zabaw. Po drugie,  nie chcemy jechać na wakacje bo aż 60% z nas tak bardzo boi się tego, z czym będziemy musieli się zmierzyć po powrocie do pracy (zaległe zadania, e-maila na które musimy odpowiedzieć, niedokończone projekty), że popadamy we frustrację. W rezultacie po powrocie z wyjazdu jeszcze bardziej potrzebujemy odpoczynku…

Jaka jest na to rada? Odpuścić i „oswoić’ rodzinne wyjazdy. Nie dążyć do tego, by były perfekcyjnie zorganizowane, pozwolić sobie na spontaniczność. I nie być tak bardzo „serio”…


Na podstawie: www.dailymail.co.uk

 


Zobacz także

Pewność siebie ratuje życie. Potrafisz dać swojemu dziecku taką supermoc?

Dobro wraca, nie tylko w Święta! Obejrzyj niesamowity bajkowy filmik

3 błędy, które popełniamy pracując nad płaskim brzuchem