„Wszystkich Muzułmanów należy wytłuc”. Dość tego, ksenofobii i głupoty należy się wstydzić, a nie się nią chwalić!

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
15 listopada 2015
Fot. iStock /  Michael Luhrenberg
Fot. iStock / Michael Luhrenberg
 

„Mamo, dlaczego K. mówi, że wszystkich Muzułmanów należy wytłuc? Tak powiedział mu tata” mówi mój 9-letni syn.

Zatyka mnie. Ale znam tatę K. Gdy spotykamy się prywatnie (przy okazji różnych uroczystości, które obchodzą dzieci) prawie zawsze kończy się na dyskusjach społeczno-politycznych. To znaczy on w tym kierunku „ciągnie” wszystkie tematy.

Wychodzę ledwo ciepła, bo poziom złości ojca K. na życie: milion procent.

Mam ochotę powiedzieć synowi, że K. gada głupoty, bo jego ojciec jest debilem. Potem myślę, że jeśli to powiem – nie będę się niczym różnić od ojca K. Nienawiść, to jest nienawiść niezależnie od tego, w którą skierowana jest stronę. „Myślę, że tata K. tak mówi, bo się boi”.

Od wczoraj czytam wiadomości w internecie, przeglądam portale internetowe. W komentarzach pod artykułami o zamachach w Paryżu – mnóstwo nienawiści. „Muzułmanie współczują Francji? To jakiś żart! 27 procent z nich popiera ataki ISIS”, „Jestem wdzięczna, że żyje w PIS-owskiej Polsce, imigranci to gówno i nie chcę ich w naszym kraju”.

Poziom niewiedzy jest porażający, ale z niewiedzy bierze się nienawiść czy strach, prawda?

O atakach w Paryżu dowiedziałam się siedząc na babskiej imprezie. Kilkanaście wspaniałych kobiet, które poznałam na jednym z forum. Przyjaźnimy się od lat. W styczniu, tuż po zamachach na redakcję Charlie Hebdo, byłyśmy w Paryżu. Wyjazd zaplanowałyśmy dużo wcześniej. Dyskutowałyśmy: „lecieć – nie lecieć? „. Kilka zrezygnowało – większość jednak poleciała.

Mieszkałyśmy wtedy blisko koszernego supermarketu „Hyper Cacher” przy Porte de Vincennes, gdzie doszło do strzelaniny 8 stycznia. Pełno kwiatów, zdjęcia ofiar, tłumy ludzi, wojsko.

Za każdym razem, gdy mijałyśmy ten sklep miałyśmy ciarki. Za każdym razem, gdy mijałyśmy większą grupę mężczyzn o śniadej karnacji miałyśmy ciarki. W naszym hotelu oddychałyśmy z ulgą.

Żadna z nas nie jest rasistką, daleko nam do ksenofobii – ten lęk, to był instynkt. W jakimś sensie był naturalny, ale czy słuszny? Nie.

Gdy miałam 18 lat przez kilka miesięcy mieszkałam w muzułmańskiej rodzinie. W Londynie opiekowałam się synkiem lekarzy z Syrii. Na początku byłam przestraszona. Dziewczyna z kraju, gdzie tak rzadko widzimy inność trafia do domu ludzi o innej kulturze. „Mamo, oni kilka razy przebierają się w dziwne ubrania, modlą się bijąc rękami o ziemię, klęczą” zwierzałam się mamie przez telefon. Po kilku tygodniach polubiłam ich, byłam w ich domu bezpieczna i szczęśliwa, poznałam ich tradycję – przestałam się bać.

Żyjemy w kraju gdzie wszystko co inne, jest podejrzane. Dziś są to Muzułmanie. „Mamy” powód – choć każdy wykształcony człowiek wie, że uchodźcy uciekają przed prześladowaniem i większość Muzułmanów nie popiera działań ISIS. Jutro to znów będzie in vitro, geje, czy cokolwiek innego. „Mądrość to czasem banie się,  a jednocześnie pogłębianie swojej wiedzy, która pozwala się nie bać inności” mawia moja przyjaciółka, filozof.

Gdybyśmy wszyscy się tego trzymali – nie byłoby tyle nienawiści. I durnych komentarzy w necie. Na ten czy inny temat.

Drogi Tato K. i inni mu podobni –  zastanówcie się czego uczycie dzieci. Głupotą, ksenofobią, brakiem otwartości naprawdę nie należy się chwalić. I nie należy nią zarażać innych.  


Chcieliśmy kochać nasze dzieci idealnie, za każdą obojętność naszych rodziców. Tak się hoduje egoistę?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
26 listopada 2015
Fot. iStock / ZoneCreative S.r.l.
Fot. iStock / ZoneCreative S.r.l.
 

Jestem dzieckiem lat 80-tych. Oboje rodzice pracowali, biegałam z kluczem do domu, a ze szkoły pierwszy raz wracałam, gdy miałam osiem lat (kilka przystanków autobusem, w Warszawie). Nikt nam nie tłumaczył dlaczego musimy się uczyć, nie pytał, gdzie chcemy spędzać wakacje, co jeść i jak się ubierać. „Dzieci i ryby głosu nie mają” powtarzał mój wujek, tata trójki dzieci. Był dobrym człowiekiem, ale w jego domu panowała żelazna dyscyplina.

Nasi ojcowie raczej domem się nie zajmowali, często bywali nieobecni (choćby emocjonalnie). Podział obowiązków w domu był tradycyjny. Słowo „żona” długo budziło mój wstręt. Bo wszystkie znane mi żony piekły ciasta, sprzątały, szorowały wanny i mówiły, że mężczyzna jest głową rodziny, a kobieta szyją. Niedobrze mi było od tych teorii, co kobieta powinna.

„Moje życie będzie inne” powtarzałam sobie. Podobne zdanie powtarzało wiele moich koleżanek (kolegów zresztą też). W domu często nie mieliśmy wsparcia, niektórzy dostawali lanie – i nawet do głowy nie przyszłoby im, żeby pomocy szukać u innych członków rodziny, a co dopiero na policji. Inni na wszystkie swoje argumenty słyszeli: „bo tak”.

Marzyliśmy,  żeby dorosnąć. Bo dorosłość równała się wolność. Od rodziców, którzy kochali, ale którym daleko było do ideału. I od przymusu.

Zrozumienia szukałam w psychologii. Jedne studia, kolejne, setki przeczytanych książek, terapia. Na życiowego partnera wybrałam mężczyznę odpowiedzialnego, mądrego i dobrego. Nie chciałam powtarzać scenariusza życia mojej mamy.

Matką też chciałam być inną. Podobnie jak inne kobiety w moim wieku wiedziałyśmy, że ponosimy konsekwencje za problemy swoich rodziców, ich walki, niezrozumienie siebie i nas. Nasze macierzyństwo zaczynało  się już w ciąży – gdy czytałyśmy książki o rozwoju płodu i kartkowałyśmy „Pierwszy rok z życia dziecka” i „Język niemowląt” Tracy Hogg biblię naszej idealności.

Moja mama podobno nie karmiła mnie piersią i odstawiała – choć płakałam – do łóżeczka. Bo wtedy mówiło się: „nic nie szkodzi, niech sobie popłacze”. Ja karmiłam ponad rok i reagowałam na każde jęknięcie dziecka. Świat przestał istnieć. Było tylko nasze mieszkanie, salon i kilkanaście kroków – od ściany do ściany, bo  dziecko kochało być noszone i czasem tylko tak zasypiało. No i, oczywiście, spacery. Kilkugodzinne. Niemowlę wystawione na balkon? Boże, groza. Mnie mama wystawiała do ogrodu. Czy to nie był dowód jej nieuwagi i egoizmu?

Chciałam być też dobrych pracownikiem, koleżanką, przyjaciółką, dorosłą córką, chciałam nauczyć się nowych języków i uprawiać regularnie sporty – bo przecież czytałam artykuły w kolorowej prasie i wszystkie matki mówiły, że to żaden problem robić wszystko. Że tylko organizacja.

Udawałam sama przed sobą, że mam nieograniczone zasoby – cierpliwość, spokój wewnętrzny, poświęcenie. Ale  im bardziej czułam się winna, że nie poświęcam dziecku odpowiedniej ilości czasu, że nie jestem matką idealną – tym częściej mu ustępowałam, tym więcej błędów popełniałam –  byłam niekonsekwentna,  nadopiekuńcza, chroniąca, wyręczająca i przede wszystkim chroniąca przed frustracją.  Chciałam, żeby moje dziecko miało inaczej niż miało moje pokolenie – żeby było wolne, szczęśliwe, bezpieczne.  Dużo moich koleżanek popełniało podobne błędy.

Mijały lata.

Ostatnio przeżyłam wstrząs.  Wizyta u jednej z takich koleżanek. Siedzimy i rozmawiamy. Właściwie próbujemy, bo jej syn (13 lat) wciąż przerywa, chce, by zawieźć go do sklepu. Po co do sklepu o 20.00, gdy wszystko w domu jest?„Zawieź mnieeeee” on ciśnie, dręczy przerywa tak długo, aż w końcu wsiadamy do auta (chociaż koleżanka wcześniej pięć razy powiedziała „nie”) i jedziemy do sklepu. A on chciał tylko …. hot doga. Ot, fanaberia piątkowego wieczoru. Ja pewnie postąpiłabym podobnie. Ale czy to naprawdę jest w porządku, że trzynastolatek przerywa matce spotkanie, bo chce kawałek – niezdrowej– bułki z parówką?

Inna scena, wyjazd, kilka rodzin. Dzieci mają pod nos podetknięte wszystko – śniadanie, obiad i kolacje – tylko dwie dziewczynki wynoszą po sobie naczynia do zlewu. „Ech, są wakacje” mówi jedna z matek. Jednocześnie dzieci rządzą wyjazdem. Gdzie pojedziemy, co zobaczymy. Tutaj tylko dzieci mają głos, bo ryby już nie.

I trzeci wstrząs. Niedawno spotkałam znajomą. Jej syn ma 16 lat, a historia, którą mi opowiedziała przypomina nieco „Balladę o Januszku”. Współczesną wersję. Z komputerem w tle. Z dopalaczami w tle – ale motyw podobny. Dziecko ma matkę gdzieś. Szukałam rozpaczliwie błędów tej matki. Nie była czuła? Była bardzo. Nie poświęciła czasu? Poświęciła mnóstwo. Nie kochała? Kochała, może aż za bardzo. Ona miała strasznego ojca – chciała, żeby jej dziecko nie doświadczyło nawet cienia przemocy i frustracji. Więc gdzie błąd? Miłość za bardzo, brak granic? Tak się hoduje egoistę?

Chcąc nie popełniać błędów rodziców – wielu z nas znalazło się po drugiej stronie skrajności. Nasze dzieci nie jeżdżą same autobusami, są często nadwrażliwe, delikatne, za to genialne w słowach: „chcę”, „potrzebuję”, „zrozum moje uczucia”. Mieliśmy dać im siłę – a w rezultacie je osłabiliśmy, bo nie wiedzą często co to cierpliwość, pokora, odraczanie swoich potrzeb i troska o innych.

Jak znaleźć złoty środek? Jak wychowywać mądrze? I czy w ogóle możemy jeszcze coś zmienić? My, matki nadopiekuńcze, które tak bardzo chciały być idealne?


Dojrzałość to rozsądek i rozwaga? Akurat!

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
6 listopada 2015
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Chciałam napisać tekst o tym, że im jesteśmy starsze tym mniej popełniamy błędów. Z dystansem patrzymy na „młodość”, która jest emocją, brakiem racjonalizmu. Miałam nawet taki początek: „Miejsce akcji: salon fryzjerski. Czas akcji: wczoraj wieczór. Matka (na oko koło 40-tki) do córki (jak się później okazało lat 17). „Nie płacz z powodu faceta, do diabła z nim jak nie chce. Ach, gdybym ja  była taka mądra w twoim wieku jak dziś” – wzdycha. Dwie klientki obok niej (w tym ja) wzdychają również. Jak dobrze, że mamy rozsądek, który ratuje przed rozpaczą zbyt teatralną, depresją zbyt spektakularną i błędami popełnianymi kiedyś”.

No cóż, uznałam wczoraj, że pisanie takich rzeczy to kpina.  A teraz krótko o tym dlaczego.

Aleksandra, czyli miłosne dylematy 35 – latki

A. pisze do mnie o trzeciej nad ranem. „Wyślę ci jego SMS, to powiesz mi, co myślisz, co?”. „Wyślij”, odpisuję. Przez pół godziny analizujemy, o co mogło mu chodzić, jakie są szanse, że w końcu coś zrobi, czy ona coś ma zrobić.

Oczywiście, można teraz prychnąć: „No doprawdy, mentalność 17–latki”. Tak, na pewno? Mądrzyć to się mogą mężatki (ja:)), kobiety w stałych związkach, względnie szczęśliwych. Rozstania, burze emocjonalne w zdecydowanej większości pchają nas w kierunku zachowań dziewczęcych. I chyba prawie każda z nas ma na sumieniu „szalony” epizod.

Aleksandra pracuje w jednej z największych firm consultingowych w Polsce. Obraca ogromnymi sumami pieniędzmi. W biznesie jest twarda, racjonalna i … bardzo dorosła.

Ewa, czyli urodowe dylematy mądrej i dojrzałej

„Jestem gruba” jęczy. Potrafi nie wyjść na spotkanie, bo wygląda: „beznadziejnie”. Zaczyna kolejną dietę, by za chwilę sunąć w stronę lodówki w poszukiwaniu małego, bardzo malutkiego kawałka sera. Mały kawałek nagle staje się wielkim kawałem, a wtedy…. Wtedy Ewa na diecie być przestaje.

I jak mam napisać tekst, że kobiety w pewnym wieku przestają zamartwiać się wyglądem? Wiedzą też wszystko o samokontroli?  Szczególnie, że takich Ew znam znacznie więcej. Jak nie o wagę chodzi to o zmarszczkę, wystające kolana, większość kobiet zawsze sobie coś wymyśli.

Ewa jest dziennikarką, zdobywa nagrody, dla innych jest autorytetem. No i jest piękna.

Magda, czyli duchowe dylematy  34– latki

„Moje życie jest beznadziejne, nie wiem kim jestem, gdzie chcę być. Nic nie osiągnęłam”, pisze. Przypomina mi się scena, gdy miałam 20 lat. Poszłam do mamy i spytałam czy kiedyś będę wszystkiego pewna. „Będą momenty, gdy będziesz pewna wszystkiego, a potem się okaże, że tylko ci się wydawało, albo to była prawda chwili”.

Jak więc mam napisać tekst o tym, że kobieta dojrzała nie zadaje sobie pytań o sens życia? Jeśli jest inteligentna, zadaje sobie ich mnóstwo– nawet nie wiem czy nie więcej niż wcześniej.

Magda ma troje dzieci, jest w związku z osobą, którą kocha. Jest mądra, a wykształcenia i wiedzy zazdrości jej niejedna znajoma.

Iza, czyli towarzyskie dylematy 36– latki

Kawiarnia, popołudnie. „Bo R. powiedziała, M. zrobiła…”. Uff. Rzecz o rywalizacji w pracy, podkładaniu sobie świń, itd., itp. Mam poczucie, że ten wątek grali już w naszym życiu kiedyś. O, wiem, w podstawówce, i w liceum. Wszystkie wiemy, jak wyglądają wtedy relacje między koleżankami.

I przysięgam Iza nie jest zaburzoną psychicznie niedojrzałą wariatką. Po prostu ma aktualnie problemy w pracy. Przez inne kobiety.

No i jeszcze K, która wczoraj stwierdziła, że jest beznadziejną matką. Nie ogarnia lekcji syna, jego wiecznego „nie”, focha i internetu, w którym znika. A ja napisałam kiedyś tekst o tym, jak to starsze matki są taaaaakie mądre, pewne. Zupełnie inne niż te, co dopiero urodziły i po forach nerwowo szukają porad. Uff, jak dobrze, że to poza mną…. Oczywiście, oczywiście.

My oczywiście, BYWAMY, mądrzejsze, spokojniejsze. BYWAMY bardziej racjonalne. Częściej spotykają nas trudne, przełomowe rzeczy. Wtedy, na jakiś czas, z dystansem patrzymy na dziewczynki w sobie czy w innych… Do czasu.

I powiedziałabym, że jest nawet błąd, którego młodość nie popełnia, a dojrzałość już często. Na stałe zamieszkuje w naszych głowach pani Komfort, pani Racjonalizacja i pani Udaje, że Wszystko Jest Dobrze. Te trzy panie sprawiają, że:

– częściej udajemy (jezu, nikomu nie pokażę, że jestem słaba)

– mniej okazujemy prawdziwe uczucia (złość, żal, smutek)

– rzadziej ryzykujemy  (hmm, czy ja naprawdę powinnam się rozwieść? On nie jest taki zły… Że martwy związek, ojej, to naturalne. Praca zła? Ojej, taki kryzys na rynku).

Nie pouczajmy więc (w duchu) młodych dziewczyn, nie czujmy się od nich wiele mądrzejsze. Raczej przypomnijmy sobie boskie słowo: „spontaniczność”. I podkradnijmy im jej trochę:)