„Mam wrażenie, że rodzice na mnie narzygali, a dyrektor zakłada mi śmietnik na głowę”. Współczuję nauczycielom, wyścig o dobre oceny trwa

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
5 czerwca 2018
fot. iStock / Kikovic
 

– Mam wrażenie, że rodzice właśnie na mnie narzygali, a dyrektor zakłada śmietnik na głowę – dzwoni przyjaciółka na skraju wytrzymałości przed końcem roku szkolnego. Nauczycielka. – Nienawidzę rodziców, to jakaś potworna farsa.

Pracuje cały rok, 10 miesięcy siedząc w szkole. Przygotowuje się do każdej lekcji, w przeciwieństwie do części uczniów, którzy w dupie mają jej zajęcia, a ją samą jeszcze głębiej. Sprawdzian jeden, drugi. Zadania domowe, prace dodatkowe. Miło, gdy wśród uczniów są ci, którzy się zaangażują, którym też coś się jeszcze chce. Docenia tych, dla których jej przedmiot nie jest ulubionym, ale nie rzucają jej ignorancją w twarz i nie powtarzają: „Mój tata jest lekarzem, nigdy nie przeczytał żadnej lektury”. – I co takiemu zrobić? – pyta mnie, skoro wie, że pod koniec roku ów tatuś zjawi się w szkole wykładając część kasy na zorganizowanie szkolnego dnia sportu, dnia dziecka czy jakiegoś inne pseudo święta, dzięki któremu rodzice będą mogli wejść w dupę dyrektorowi, a ten wpłynie na nauczycieli, by wyciągnęli oceny dzieci wyżej, powstawiali „jakieś dodatkowe oceny za aktywność”, „docenili frekwencje”, i „nie szukali problemu tam gdzie go nie ma, w końcu dziecko z dobrego domu”. I już po sprawie.

Nauczyciele co roku obserwują ten wyścig rodziców po oceny. „To już standard” – powtarzają, w przeciwieństwie do czasów, kiedy to my kończyliśmy szkołę i z drżeniem serca wręczaliśmy świadectwo rodzicom, zwłaszcza, gdy brakowało na nim czerwonego paska – a zwłaszcza, gdy było do niego bardzo daleko. Nikt nie podważał autorytetu nauczyciela, nikt się z nim nie sprzeczał, nikt nie szantażował mówiąc, że ma znajomych w kuratorium i tylko czeka na najmniejsze potknięcie. – Pięć razy się zastanawiam nim coś powiem na lekcji – mówi przyjaciółka. – Ostatnio palnęłam, że kiedyś to przynajmniej nauczyciel mógł linijką ucznia po łapach zdzielić i powiem ci szczerze, że czekam, kiedy dyrektor mnie wezwie na dywanik, bo dzieci powtórzą, a jakiś rodzic podłapie, że nauczycielka ze skłonnościami do agresji. Pie*dolę to – rzuca mi na koniec, w końcu nauczyciel też człowiek. I wiecie co,  wcale jej się nie dziwię. 17 lat pracuje w szkole, dostaje jakieś 2200 na rękę, ostatni długi weekend spędza nie nad jeziorem, nie jedzie z nami na rowery, bo ma 130 prac do sprawdzenia. Bo jednym się przypomniało, że coś trzeba poprawić, innym, że przecież jeszcze nie pisali, plus te sprawdziany, co ma na bieżąco. Zawsze powtarzała, że lubi dzieci, że dla nich pracuje, dla nich się stara, ale z roku na rok widzę, jak traci serce do tej roboty. Zresztą jak inne moje koleżanki – nauczycielki, a mam ich sporo. Nie, one nie narzekają na kasę, na warunki, na dzieci. Tym, co ich mierzi najbardziej, co doprowadza do szału, jest wtykanie nosa przez rodziców w sprawy, w które nigdy mieszać się nie powinni i wywieranie presji na coraz to mniej czujących się pewnie na swoich posadach dyrektorach.

Mam dzieci w wieku szkolnym. Po pierwszych zadaniach domowych, gdzie uczyli się pisać rysować szlaczki, dodawać i odejmować, zapowiedziałam, że ja z nimi nad lekcjami siedzieć nie będę. Nie mam też zamiaru codziennie sprawdzać im zeszytów i wymagać dukania definicji od matmy po muzykę. Wbiłam sobie do łba, że nikt nie może być ze wszystkiego najlepszy i że moje dzieci mają same sobie znaleźć to, w czym czują się dobrze i w tym kierunku się rozwijać. A jeśli coś zawalą, poniosą tego konsekwencje – koniec kropka. Bo co to znaczy, że uczeń ma na świadectwie szóstki z matmy, plastyki, muzyki, polskiego, chemii i historii? Znam wybitnie zdolnych – to pojedyncze przypadki, ale znam też tych, którzy oceny na świadectwie nie zawdzięczają wcale swojej pracy, ale liczbom kroków wychodzonych przez rodziców i godzin, które spędzili za dzieci klejąc prace, robiąc prezentacje w komputerze i bóg wie, co jeszcze. I okej, ich sprawa. Pytanie tylko, kto tu ma problem?

Nauczyciel, który chce być sprawiedliwy wobec klasy, stawia warunki i każe uczniom ponosić konsekwencje swoich zachowań? Czy może rodzic – który swoje ambicje chce spełnić rękami dziecka, dla którego liczy się opinia innych zarówno w jego ocenie, jak i w ocenie jego dziecka. Bo co powie znajomym? Że jego syn nie miał świadectwa z paskiem? Podczas gdy ojciec dyrektor, biznesmen, lekarz czy prawnik? Dzieckiem trzeba się chwalić, a jak się nie ma czym, to trzeba pomóc trochę losowi. Tu podsunąć koszulki dla reprezentacji szkoły, to dofinansować szkolną bibliotekę albo kupić sprzęt na halę sportową. Prawda? Jakie to łatwe? I już dyrekcja skacze, jak mu taki rodzic zagra i stawia do pionu nauczycieli, którym to nie odpowiada, którzy chcą dyskutować, którzy mówią o tym, że w ten sposób wychowujemy bandę egoistów i roszczeniowców, którzy nigdy za nic nie będą chcieli wziąć odpowiedzialności, bo też nikt im nigdy na to nie pozwolił, chroniąc ich tyłki przez zderzeniem się z twardą rzeczywistością.

Znam te mamuśki biegające z ciastami, czekoladkami i kawami, które drżą na myśl, że ich syn mógłby mieć dostateczny na świadectwie. Znam te, które sprawdzają, czy inne dzieci z klasy mają tyle samo ocen wystawionych, za te same zadania, porównują zeszyty, ćwiczenia, a później z pretensją bieganą mówiąc: „No wie Pani, Karolina napisała tyle samo co mój Wojtek, ale on dostał niższą ocenę”. Nie liczy się jakość, ważna jest ilość, wszystko to, czego można się złapać, żeby ukochane najdroższe dziecko nie miało spie*dolonych wakacji jakąś mierną czy tróją. Ba – by nie mieli ich rodzice, którzy z dumą będą mówić: „No nasz Piotruś w tym roku, to się wybił”. Ch*j z tym, że pod wpływem nacisków rodziców i presji rankingów dyrektorzy każą nauczycielom podciągać oceny, żeby tylko dobrze wypaść w statystykach i w efekcie nie jest oceniana praca i zaangażowanie uczniów, ale to, czy wstawienie piątki czy szóstki z religii wpłynie na ogólny wizerunek szkoły.

Ja pie*dolę. To jest jakiś chory system, w którym coraz mniej normalności. Współczuję nauczycielom. Serio. Zjawiają się w drzwiach ich klas, piszą wiadomości na e-dziennik – rodzice, którzy tak naprawdę za nic mają dobro swojego dziecka, którzy drżą o własną dupę i swój wizerunek wśród innych. Rodzice, którzy tak jak sami są tchórzami, którzy boją się wziąć odpowiedzialność za to jak wychowują swoje dziecko, tak wychowują swoje dzieci na tchórzy, które nigdy nie zmierzą się z tym, kim są naprawdę i co sobą reprezentują. Przecież rodzic załatwi, rodzic da, rodzic naprawi. To takie proste, prawda. Powodzenia!


Kobieta po 40-tce jest dojrzała, świadoma i interesująca. Pie*dolę to, chcę być młoda! W dupie mam tę niby „lepszą jakość”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
14 czerwca 2018
Fot. iStock/Anchiy
 

No dobra, niby starzeć powinno się z godnością. Ileż to ja ostatnio tekstów nie przeczytałam, że życie kobiety dopiero zaczyna się po 40-tce, że wszystko co najlepsze właśnie wtedy nas czeka. Ba, moja mama idzie jeszcze dalej mówiąc, że po 50-tce to jest dopiero haj. Patrząc na nią, to chyba po 60-tce jeszcze się nie kończy.

Niedużo do zakończenia tej czwartej dekady i mi zostało, więc łaknę takich tekstów jak kania dżdżu (właśnie kania – grzyb, czy kania – ptak? wolałabym być ptakiem). Myślę sobie: „co tam 40-tka, życie dopiero się przede mną otwiera, w końcu wiem, czego chcę, a już na pewno czego nie chcę”. I tak karmię się tym, ba – szczerze w to wierzę, bo też tak się czuję. Tylko niezmiennie dopada mnie zdziwienie, kiedy ktoś, kto wygląda na jakąś 30-tkę, zwraca się do mnie per pani. Trochę jakbym w pysk dostała, bo przecież ja się duchem dużo młodsza od niego czuję. I w ogóle kumpela jestem, a nie jakaś tam pani. Pani to może być ktoś po 70-tce (matko, jak ta granica się przesuwa). No dobra, pamiętam, jak dawno temu myślałam, że na przełomie wieków będę kończyć 21 lat. Rety – jakie ja wtedy wyobrażenie na swój temat miałam, że stara będę, dorosła, poważna. Cóż, do dzisiaj niczego takiego nie czuję. Ale uwaga – dzwoni przyjaciółka. „Nie chcę być stara” – słyszę i myślę: „Przecież jest w moim wieku”. Trochę się boję tej rozmowy, bo nie wiem, w jaki kierunku pójdzie i może okaże się, że my już położyć się powinnyśmy i na śmierć czekać cierpliwie i spokojnie, a nie jeszcze fiu-bździu jakieś w głowie.

Ale od początku. Przyjaciółka jechała pociągiem z inną przyjaciółką, która dopiero trzecią dekadę co wykreśliła na swoim kalendarzu. Ale przecież wiek nie jest ważny, prawda?. Wracają ze służbowego spotkania, a w wagonie restauracyjnym zaczepia ich facet. „Fajny, starszy od nas” – opowiada przyjaciółka. Dyskusja mocno schodzi na tematy matrymonialne, bo ta młodsza po kilkuletnim związku szuka faceta na życie. Ma farta, bo idealnym kandydatem okazuje się być inny gość, który włącza się do ich rozmowy. Ba – umawiają się na kolejny weekend. Brawo!

Co do tego ma 40-tka? Otóż to, że nagle się okazało, że ona jest za stara, żeby się z nią umówić, że przyjemniaczek – ten starszy, owszem byłby zainteresowany, ale ma dziewczynę – młodszą od nas. Młodszą! Młodszą?!? Auć! Gość po 40-tce ma młodszą laskę od nas? Przy czym ostatnio usłyszałam, że znajomy po 50-tce nigdy nie umówił się z dziewczyną, która miała więcej niż 34 lata! Nożesz ku*wa.

I jakbyśmy się nie broniły, jakbyśmy dobrze nie mówiły o tej dekadzie życia, to – uwaga (!) kobieta po 40-tce jest:

– dojrzała

– świadoma

– interesująca.

Ale nijak nie jest obiektem zainteresowania ciut starszych kolegów, bo jednak umawiać się z 40-tką to obciach! Bo lepiej pokazać się z młodszą, niż dojrzałą, świadomą i interesującą? Aaaa jeszcze coś – kobieta po 40-tce to jednak inna, lepsza jakość – możecie usłyszeć. A ja pierdolę tę inną jakość! Mam PRAWIE 40 lat, jestem fajną babką, jak wiele moich koleżanek. Zdecydowanie lepszą niż jeszcze 5 lat temu. Jestem jak wino – im starsze tym lepsze, lepiej pachnące, lepiej smakujące, bardziej upojne.

Czas zderzyć się z bolesną prawdą. Otóż, na rynku matrymonialnym 40-tki nie mają szans. Ryczące 30-tki i owszem, ale my zostajemy zepchnięte na margines męskiego zainteresowania. Choć jesteśmy: dojrzałe, świadome i interesujące (sic!). Tylko brakuje facetów, którzy by stawili temu czoło? Nie rozumiem. A nie chwila… może i rozumiem. Może faceci wolą – głupsze, mniej świadome i pełne zachwytu nad ich męstwem niż te rozumiejące, czego od życia chcą? (z całym szacunkiem do wszystkich kobiet, ja też byłam głupia i mniej świadoma – taki etap życia i rozwoju). Faceci dojrzewają później, a po 40-tce są jak mali chłopcy, którzy potrzebują być podziwianymi. Oni wtedy mają:

– kasę

– wypasione auto

– kasę.

I myślą, że to wystarczy na te młodsze, które dają im poczucie, że się nie starzeją. Ha – ale starzeją się, mają obwisłe jajka, obwisłe tyłki jak nie ćwiczą, a brzuch ozdabiają coraz to liczniejsze – mniejsze lub większe oponki, nie mówiąc o zakolach i siwiźnie – choć ta, przyznam, jest dość seksowna. I choć budzi w nich temperament ta młodsza, to z coraz większym trudem sobie z nim radzą. Ale mają kasę, więc w inny sposób wynagradzają swoje braki.

Ale wiecie, trochę im zazdroszczę, bo oni z obiegu nie wypadają, wręcz przeciwnie – korzystają, ile wlezie i czują, że ich życie koło 50-tki w pełni rozkwita.

A ja? Ze swoją dojrzałością, samoświadomością i byciem interesującą? Ku*wa czuję się jak staruszka, która to zaraz usiądzie w fotelu i będzie prawić swoje mądrości młodszym, którzy i będą się nią zachwycać, ale nie w taki jakby chciała sposób. Pie*dolę. Nie chcę być stara. Nie chcę, by ktoś miarą mojego peselu mierzył moją atrakcyjność i zamykał w jakiś szufladkach. Chcę być młoda, chcę, by inni tak mnie postrzegali, żeby widzieli, że duchem mam jakieś 26 lat i jestem młodsza od większości młodszych lasek od mnie! Nie chcę być dojrzała, świadoma i interesująca. Chcę być atrakcyjna, zabawna, seksowna, kobieca! Bo tak do jasnej cholery się czuję!

Kurde, dochodzę do wniosku, że życie koło 40-tki pełne jest sprzeczności. Bo z jednej strony zajebista jest ta akceptacja siebie, tfu – niech będzie – dojrzałość i świadomość, a z drugiej strony – no ku*wa to jakby nie patrzeć 40 lat. 20 więcej niż 20 lat temu i 10 więcej niż dekadę. Jakby tak zacisnąć zęby i pośladki i spojrzeć na siebie oczami tych 25-latków? Bilans wypada słabo. A gdyby tak przyjąć punkt widzenia 45 – latków… No ch*j jesteśmy stare w każdą stronę. Bolesna prawda, z którą za diabła nie chcę się pogodzić. Dobrze, że mój syn już nie pyta: „Mamo, a jak ty się urodziłaś, to była jeszcze wojna?”.

Cudownie jest być 40-tką wśród innych 40-letnich kobiet, ale lepiej nie rozglądać się zbyt bardzo, bo spojrzenia innych mogą od czasu do czasu skutecznie popsuć nasze dobre samopoczucie. A w sumie, w dupie – niech wiedzą, co tracą, jeszcze będą żałować.

To ja – 40-latka, która przez chwilę poczuła się staro. (pewnie jak czasami każda z was)


Dlaczego ciągle wierzymy, że KOBIETY głosu nie mają? No ku*wa mają. Może czas najwyższy w końcu go użyć

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 maja 2018
Fot. iStock/andreonegin

Czytam od kilku dni doniesienia a propos Morgana Freemana, klikam, przerzucam strony, sprawdzam komentarze. Znajoma mówi: „No nie, nawet Freeman, faceci jednak są beznadziejni”.

Dla tych, którzy nie wiedzą o czym mowa: Morgan Freeman został oskarżony o molestowanie seksualne przez osiem kobiet, osiem kolejnych osób było świadkami jego wątpliwie moralnego zachowania. I szczerze – mam mieszane uczucia. Zresztą takie miałam przy akcji #metoo, kompletnie nie podważając jej potrzeby. Bo cała lawina, która ruszyła była zdecydowanie czymś dobrym, otworzyła kobiety na mówienie o swoich doświadczeniach, a społeczeństwu dała sygnał: „Uważajcie, żarty się skończyły”.

I żeby było jasne – żadnej kobiecie nie odbieram prawa do mówienia o tym, co ona sama uważa za molestowanie. Świetnie, że #metoo dało taką możliwość.

Ale czytam o Morganie, który ma 80 lat i tłumaczy się ze swoich – jak to nazywa – żartów. A to, że dziennikarka mogłaby nie trzymać nogi na nogę, skoro ma taką krótką spódniczkę, a to, że ślini się na widok innej dziennikarki, pyta czy umawia się ze starszymi facetami. Nagle na Morgana Freemana wylało się wiadro pomyj, a on sam zaskoczony tym faktem przeprasza wszystkich, którzy mogli się poczuć dotknięci jego zachowaniem.

No dobra. Ktoś powie – nie zgwałcił, nie zmuszał do seksu, pracy ze seks nikomu nie obiecywał. Starszy pan po prostu rzucił kilkoma niewybrednymi żartami, a tu takie wielkie halo. Przy skali doświadczeń kobiet molestowanych seksualnie, faktycznie skala zachowania znanego i uznanego aktora jest kroplą w morzu seksualnej przemocy. Z drugiej strony – jeśli kobiety nie życzą sobie takich żartów, mężczyźni powinni je sobie odpuścić, uszanować ich zdanie.

I tu jest, śmierdzący jak jasna cholera, pies pogrzebany. „Nie życzą sobie” – ale czy któraś z kobiet powiedziała, że się jej nie podoba, że nie chce, by tak do niej mówiono? Nie bronie Freemana, ale na litość boską, baby – my mamy prawo do głosu, do mówienia, co nam nie pasuje, do komunikowania: „Stary, wypie*dalaj z tymi tekstami”. Kobiety na planie filmu zaczęły się inaczej ubierać, żeby uciec od żartów aktora. Serio? Naprawdę tak trudno otworzyć buzię i powiedzieć: „Nie życzę sobie! Nie chcę! Nie podoba mi się to!”.

Wiecie, ja nie uważam facetów za półmózgie istoty. Wręcz przeciwnie – uwielbiam ich. I chociaż to dla kobiet jestem w stanie zrobić wszystko, to jednak, mając wybór, szybciej zdecyduję się na męskie towarzystwo w weekendowy wieczór. Moi koledzy, znajomi, przyjaciele nie stronią od żartów w stylu Freemana, co mi w ogóle nie przeszkadza, bo nijak we mnie nie uderza. Nie czuję się niekomfortowo, nie mam poczucia, że każdy z nich, gdyby tylko mógł, dopadłby mnie w ciemny zaułku i zgwałcił. Dlaczego? Bo ich znam, wiem, kim są, jakie mają poglądy, jak potrafią się zachować wobec swoich żon, partnerek czy koleżanek. Mówiąc: „Zajebiście wyglądasz” nie proponują seks randki nocą w parku. Ale to ja. Może tak zostałam wychowana, że nawet zbereźne dowcipy mnie nie ruszają, wręcz przeciwnie – śmieszą najbardziej. Może dlatego, że moja mama zawsze miała luźny stosunek do seksu i jak byłam nastolatką nie raz słyszałam dyskusje wśród jej koleżanek: „Połykać czy nie połykać” po zrobieniu facetowi loda. Może mam do siebie i świata wystarczający dystans. Ale mam znajomą, która nie życzy sobie, by jej mąż klepał ją w tyłek wśród dobrych znajomych i rzucał jakimś tekstem z seksualnym podtekstem w jej stronę, na zasadzie: „Dobra, zbieramy się, bo jeszcze bzykanie w domu”. Ona mówi temu stanowcze nie – co więcej, powiedziała o tym swojemu mężowi i on to szanuje, ba – nawet znajomi faceci wystrzegają się seksistowiskich żartów w jej kierunku. I wszystko jest okej. Wszyscy mają się dobrze. Ale dlaczego? Bo ona o tym POWIEDZIAŁA. Nie strzelała focha, nie unikała towarzystwa, tylko dała znać: „Stary, mnie to krępuje, nie życzę sobie”. Można? Można.

Ba – trzeba dać po pysku szefowi, nawet jakbyś miała za to wylecieć z pracy. No ku*wa, jeśli my będziemy robić dobre miny do w ch*j fatalnej dla nas gry, to nic się nie zadzieje, nic się nie zmieni.

Akcja #metoo oprócz wielu ważnych kwestii, pokazała mi (zresztą po raz kolejny) jeszcze jedną: my, kobiety, jesteśmy cholernymi hipokrytkami. Niby tu się śmiejemy, żartujemy, nie mówimy broń boże, że coś nam nie pasuje, a potem BACH – z grubej rury wyrzucamy, że „Masz fajne cycki” – wcale nas nie rozśmieszyło, tylko zażenowało. A co gdybyście powiedziały: „A ty fajnego ch*ja”? Co strasznego by się zadziało, oprócz tego, że gość poczułby się lekko zdezorientowany? I obojętnie czy to jest Morgan Freeman, czy twój przełożony czy pan z warzywniaka – NIKT NIE MA PRAWA TAK DO CIEBIE MÓWIĆ, jeśli tego nie chcesz. Tyle tylko, że nie masz tego wyrytego na czole. To trzeba wyartykułować, postawić jasne – nieprzekraczalne przez nikogo granice. A nie siedzieć cicho jak mysz pod miotłą i zakładać golfy i długie spódnice do pracy, byleby tylko ustrzec się od debilnych tekstów.

Ile kobiet w życiu Freemana powiedziało mu: „Nie życzę sobie?”, a ile po prostu na jego żarty nie zwróciło uwagi, bo nijak ich nie dotykały? Nie bronię go, ani żadnego z mężczyzn, który w komentarzach do artykułów na ten temat piszą: „No teraz, to już strach nawet kobiecie powiedzieć: „Ładnie wyglądasz””. Skoro włączyłyśmy się w akcję #metoo bądźmy konsekwentne i tam, gdzie nam męskie zachowanie nie odpowiada – mówmy o tym. Moim zdaniem, dopiero wtedy zostaniemy potraktowane poważnie.