Worki pod oczami to nie zawsze jedynie defekt kosmetyczny. Mogą być objawem poważnej choroby

Redakcja
Redakcja
25 września 2017
Fot. iStock/robertprzybysz
Fot. iStock/robertprzybysz
 

Dbając o skórę twarzy zazwyczaj przykładamy także wagę do wyglądu okolic wokół oczu. Codzienna pielęgnacja jest ważna, ponieważ zasinienia wokół oczu, przedwczesne zmarszczki czy worki pod oczami, nie tylko psują efekt makijażu ale i dodają nam lat. Co więcej, najczęściej bagatelizowane worki pod oczami mogą być sygnałem ze strony organizmu o istnieniu poważnej choroby.

Brzydko wyglądające worki pod oczami najczęściej zrzucamy na karb niedosypiania i przemęczenia, przyczyn ich powstawania jest jednak więcej. Z tych najbardziej błahych można wymienić niehigieniczny tryb życia, nadużywanie alkoholu, palenie papierosów, odwodnienie, nadmiar słońca oraz soli w diecie. Im więcej lat upływa, tym bardziej problem się uwidacznia. Opuchlizna pod oczami, która występuje rano, może wiązać się z gorszą pracą układu limfatycznego, który nie radzi sobie z szybkim usuwaniem wody i toksyn, szczególnie w pozycji leżącej. Worki pod oczami, którym często towarzyszom zasinienia skóry, są również wynikiem istnienia chorób innych, niż związanych bezpośrednio z oczami, których nie wolno bagatelizować.

4 medyczne przyczyny powstawania worków pod oczami

1. Problemy z nerkami

Podpuchnięcia pod oczami wynikają przede wszystkim z zatrzymania wody w organizmie. Dochodzi do tego w przypadku wielu  chorób nerek i nadnerczy, które rozwijają się po cichu, nie dając jasnych objawów. Gdy do tego dochodzi  obrzęk dłoni, stóp, ból w okolicy pleców lub pod żebrami, który nie nasila się podczas ruchu, uczucie ciągłego zmęczenia, podwyższone ciśnienie krwi, częste oddawanie moczu w nocy, zmiana jego koloru lub zapachu, należy sprawdzić stan nerek.

2. Problemy z sercem

Podpuchnięte oczy mogą świadczyć o zaburzeniach krążenia. Szczególnie powinny niepokoić, gdy towarzyszom im obrzęki dolnych części ciała.

3. Choroby tarczycy

Worki pod oczami mogą towarzyszyć niedoczynności tarczycy. Gdy dochodzi do tego przewlekłe zmęczenie, wahania masy ciała, sucha skóra, chandra, nieregularna praca serca, problemy trawienne, spadek libido, problemy z odczuwaniem zimna, warto wybrać się do endokrynologa. W chorobach tarczycy obrzęk może dotyczyć nie tylko okolicy oczu, ale całej twarzy.

4. AZS i alergie

Opuchnięte okolice oczu mogą pojawić się przy alergicznym kontaktowym zapaleniu skóry, przy alergicznych nieżytach nosa, a także przy atopowym zapalenie skóry (AZS). Jeśli workom pod oczami towarzyszy także świąt, dobrze jest umówić wizytę u alergologa.


 

źródła: zdrowie.gazeta.plwylecz.to


Portrety. Kornelia czeka, jeszcze nie wie na co. Może na tę ostatnią kroplę, która przepełni czarę goryczy.

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
25 września 2017
Fot. iStock/Martin Dimitrov
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Kornelia

Kolo trzydziestki, bardzo ładna, drobna, z rudymi lokami i piwnymi oczami. Niepewna siebie, od zawsze zakompleksiona, choć na zewnątrz pozornie pewna siebie. Bystra, wesoła, inteligentna. Ukończyła wymarzone studia. Poznała księcia z bajki. Wyszła za mąż. Pracuje w urzędzie, by mieć stałe godziny i móc poświęcić się rodzinie. Marzenia zawodowe odłożyła na potem. Dwójka dzieci, ślicznie bliźniaczki, rude jak ona. Do zjedzenia. Mąż przystojny, inteligentny, imponuje jej. Robi karierę. Trochę władczy. Dopiero z czasem będzie ją to uwierać. Nie przyzna się do tego. Będzie dzielnie trwać, bo kocha i wierzy, że się on zmieni, zmądrzeje, złagodnieje. Złudzenia znikają, gdy przypadkiem czyta męża maile. Pseudosłużbowe. Do podwładnej. Mdli ją od słodyczy. Wyznania lepkie, lukrowe oklejają ją całą. Wymiotuje w łazience. Trzęsie się jak w malignie. Mąż obiecuje skończyć romans. Ale Kornelia nie umie zapomnieć, wybaczyć. Przez kilkanaście miesięcy próbuje jakoś żyć. Działa jak maszyna. Dziewczynki trzymają ją w pionie. Pomagają przetrwać. Nadają życiu sens. Od męża boi się odejść. Nie ma siły. Jest kompletnie rozbita. Nie wierzy w siebie, nawet gdy obcy mężczyźni tak na ulicy po prostu mówią niewinny komplement czy proponują kawę. Mężowi nie ufa. Obawia się kolejnej zdrady. Jest zawieszona w próżni. Albo zastygła w lodzie. Nieruchomo. Czuje, że wybuchnie jeśli czegoś nie zrobi. Póki co czeka. Jeszcze nie wie na co. Może na tę ostatnią kroplę, która przepełni czarę goryczy.

Edyta

Bardzo energiczna, o lekko atletycznej, ale bardzo zgrabnej sylwetce. Prowadzi własną firmę. A dokładniej mówiąc żłobek i przedszkole. Rozważa jeszcze założenie klubiku z zajęciami dodatkowymi. Wygadana, odważna, szalona. Wcześniej zahukana, bo w domu było biednie. Ośmioro rodzeństwa, ojciec ciągle w pracy, matka w fartuchu zaharowana. W szkole wstydzi się ubóstwa. Ma świetne oceny, nadrabia miną, nikt by nie uwierzył, że nie ma w domu nawet łazienki. Idzie do technikum, by zdobyć zawód. Choć ambicje ma znacznie wyższe. Po maturze musi wybierać albo zostaje w domu i pracuje, albo wyprowadza się, pracuje i studiuje. Podejmuje ryzyko. Chce się wyrwać. Jedzie ze swojej wioski do Lublina. Uczy się samodzielności. By zarobić opiekuje się dziećmi. Zaocznie studiuje ekonomię, potem zaczyna pedagogikę, bo odkrywa pasję. Uwielbia dzieci i ma nosa do interesów. Zakłada żłobek. Świetnie prosperuje. Potem drugą filię. I jeszcze przedszkole, gdy maluchy są już większe, a rodzice błagają o kontynuację. Jest w swoim żywiole. Wychodzi za mąż za swojego pierwszego poważnego chłopaka. Kocha go. Z nim odkrywa miłość i zaczyna dorosłe życie. Jest bajkowo. Biorą kredyt, zachodzą w ciążę. Na świat przychodzi Anetka. Zdrowa i śliczna. Edyta mimo macierzyńskiego ma kontakt z pracą. Żłobki i przedszkole dobrze prosperują. Zakłada klubik z zajęciami sportowymi, muzycznymi i językowymi. Kolejny strzał w dziesiątkę. Życie się toczy. Wszystko gra. Do pracy przyjmuje trenera judo, by oferta placówek była atrakcyjna. Oczywiście jest. Trener też. Lubią się. Sporo czasu spędzają razem, bo trener jest też informatykiem i zaczyna prowadzić stronę internetową żłobków, przedszkola i klubiku. Administruje też Facebooka. W domu Edyty nic się nie dzieje. Mąż troskliwy, odpowiedzialny, kocha swoje kobiety i o nie dba. Robi zakupy, pomaga, daje kwiaty bez okazji, mówi komplementy, a w łóżku myśli najpierw o niej. Jednak Edycie czegoś brakuje. Jest za różowo, gładko, lukrowo. Życie ułożone w kosteczkę z kokardką na wierzchu. Z Adamem inaczej, intrygująco. Nigdy nie wiadomo co zrobi, powie, przyniesie. Jest flirt, wspólne kawy, śniadania, czasem obiad. Potem zebrania, kolacje służbowe z pracownikami. Ekipa jest mała, ale zgrana. Integracja pozwala im na coraz większą bliskość. Edyta nie wie czemu w to brnie. Ryzyko jest takie kuszące. On też ma rodzinę, mimo to romans trwa. Boją się, a z drugiej strony pragną. Nie chcą zostawiać swoich partnerów ani niszczyć dzieciom życia. Bawią się tymi zapałkami zapatrzeni w ogień i ciepło, jakie im dają. Wiedzą też, że poparzenie będzie bolesne, że pożar przez nie wywołany może zniszczyć wszystko i zostawić zgliszcza. Ktoś będzie musiał zdmuchnąć te zapałki. Pytanie czy zrobią to sami czy ktoś inny kiedy będzie za późno…

Justyna

Kobieta o bardzo miłej barwie głosu. Mogłaby pracować w przedszkolu. Urody przeciętnej choć nie brzydka. Trochę tuszu, błyszczyku i różu bardzo by pomogło. Jednak Justyna nie ma czasu na make up. Pracuje w supermarkecie. Tam nie musi być odstrzelona, ale skuteczna, szybka i profesjonalna. Lubi tę pracę. Awansuje. Ma fajnego męża i nastoletniego syna, z którym ma dobry kontakt. Jest stabilnie, bezpiecznie, trochę może sielsko. Zmieniają mieszkanie na większe, syn ma świetne oceny, mąż dostaje podwyżkę. Jedyny problem to to, że przytyła. Czuje się ciężko. Postanawia zacząć uprawiać sport, by odzyskać wigor. Trochę fitnessu w domu z Chodakowską. Myśli też o bieganiu. Pierwsze przebieżki trwają kwadrans. Treningi w domu trochę dłużej. Oj, słaba kondycja, słaba. Ćwiczy często. Może sobie pozwolić, bo syn duży, nie potrzebuje niańczenia. Tamtego wieczoru postawia pobiegać. Mąż dłużej w pracy, syn kuje do klasówki. Ma czas. Zakłada nowy dres, który dziś kupiła u konkurencji. Dziś chce pobiec na osiedle obok. Zrobić dłuższy dystans. Biegnie spokojnie, miarowo. Przemyka między blokami. Jest już ciemno. Z dala widzi parę. On ją całuje, przytula mocno. Ona znika pod jego płaszczem. Obraz jak z filmu. Zna te kontury. Justyna biegnie. Coraz szybciej. Jakby chciała uciec. Ale ona nie ucieka. Zmierza wzrost ku prawdzie. Boli. Tak samo jak mięśnie po dłuższym niż zwykle wysiłku. Ale ten mięsień sercowy boli bardziej. Pali, mrozi, kłuje. Pot spływa po czole taką strużką jaką krwawi jej serce. Przebiega obok. Nawet jej nie zauważyli. Byli zajęci sobą. A Kornelia dostała siły nadludzkiej. Biegnie dalej, nie do domu, który już domem nie będzie. Nie wie czy to deszcz czy łzy płyną strumieniami po polikach, czy się błyska czy to światła reflektorów. Biegnie na oślep. W końcu opada z sił. Z otumanienia budzi ją dźwięk telefonu. Syn się martwi. Kłamie mu, że ma skurcz. Że zaraz przejdzie i wróci. Nawet nie wie jak wróciła do domu. Miliony myśli i to pytanie zadawane przez każdą z nas „dlaczego”. W domu milczy, płacze szeptem. Bierze gorącą kąpiel. Mąż wraca. Zachowuje się jak zwykle. Siadają do kolacji. Justyna nalewa wina. Czeka na historię męża, jego wersję. On opowiada. Wszystko logicznie, rzeczowo, przyczepić się nie można. Nowy klient, negocjacje. Szansa na intratny kontrakt. Justyna milczy, pije duszkiem. Mąż bacznie obserwuje. Justyna spokojnie mówi, że rozumie i dokładnie wie co to za klient, że ma długie włosy i jest tak drobny, że mieści się pod poły płaszcza. Żadnych pytań, wyzwisk, pretensji. Wstaje i idzie się pakować, synowi oznajmia, że ma szkolenie i wyjeżdża na kilka dni.

Jest sama, myśli, analizuje, płacze. Rozmawia tylko z synem. Od męża nie odbiera. Dużo spaceruje. W hotelu jest basen, pływa, korzysta z sauny. Idzie na masaż. Podejmuje decyzję. Jest silna.

Gdy wraca, mąż chce rozmawiać. Chce walczyć, iść na terapię. Swoim spokojem, brakiem awantury, scen zazdrości mu zaimponowała. Przyznał się synowi. Jest gotów ponieść karę, ale też i najwyższe poświęcenie, by ratować związek.

Justyna znów spokojna. Jak nigdy. Obserwuje, czeka. Męża kocha nadal. Chodzą na terapię. Uczą się siebie nawzajem. Jest coraz lepiej. Biegają razem. Chodzą na basen. Chyba się im uda.

autorka: Poli-Ann


Naprawdę uważacie, że zapalenie zniczy i wirtualny udział w proteście przeciwko śmierci Kacpra coś zmieni? A może jego śmierć mało kogo obchodzi?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 września 2017
Fot. iStock/Sage78
Fot. iStock/Sage78
 

Czytam od kilku dni o śmierci 14-letniego Kacpra. Czytam i serce mi pęka, bo młody chłopak prawdopodobnie zaszczuty przez swoich rówieśników zdecydował się na tak tragiczny krok.

Jako matka nie jestem w stanie wyobrazić sobie, nawet nie próbuję myśleć, co czuje mama dziecka, które odebrało sobie życie. Jak bardzo wyrzuca sobie, że nie zdołała go ochronić, choć przecież nie siebie powinna obarczać winą za to, do czego doszło.

Tymczasem śmierć jej ukochanego dziecka stała się pożywką dla politycznej areny, ochłapem rzuconym w zgłodniały tłum, który chłopcem, który odebrał sobie życie, zaczął się przepychać, dyskutować i dowodzić swoich politycznych racji.

Ale czy ktoś odrobił lekcję po śmierci śmierci chłopca. Czy ktoś pomyślał, co tak naprawdę ta śmierć znaczy i jeśli już się zdarzyła, to może warto wyciągnąć z niej wnioski, może warto pochylić głowę, usiąść na chwilę i dopuścić do siebie myśl, co teraz zrobić, by do tej tragedii nie dopuścić.

Jasne, można teraz udowadniać, że edukacja szkolna stoi na zerowym, jeśli nie ujemnym poziomie tolerancji, że dzieci nie uczy się poszanowania praw drugiego człowieka, że w podstawie programowej brak elementów dyskusji nad innością, różnorodnością. Podręczniki do Wychowania do Życia w Rodzinie krzyczą jedną słuszną według władzy ideologią, że jedyne i normalne to heteroseksualne małżeństwo z dziećmi, które antykoncepcję opiera na kalendarzyku małżeńskim.

Nie ma w edukacji przestrzeni do rozmowy, do wyjaśniania wątpliwości, odpowiedzi na czasami głupie (bo to prawo wieku) pytania, głupie tylko z perspektywy dorosłego.

Można organizować manifesty pod Ministerstwem Edukacji Narodowej, palić znicze. Okazywać solidarność z ofiarami homofobii i mówić głośno o tym, że homofobia w naszym kraju ma się dobrze. A nawet bardzo dobrze, jeśli posłowie zasiadający w sejmie i reprezentujący społeczeństwo mówią publicznie, że śmierć nastoletniego Kacpra to wina środowisk lewicowych, które pokazują dzieciom złe wzorce. Przepraszam, trudno mi o szacunek dla pani Pawłowicz, nie rozumiem jej języka nienawiści, tak jak nie rozumiem języka nienawiści wielu z rządzących.

Homofobia w naszym kraju ma się dobrze nie dlatego, że o niej mówimy, ale dlatego, że jesteśmy społeczeństwem nietolerancyjnym, który uwielbia problemy zamiatać pod dywan, ale solidaryzować się w protestach, manifestach i zapalaniu zniczy. Cały czas mamy nadzieję, że jeden i wyjątkowy Robert Biedroń uleczy nas z homofobii, że on jako jedyny pokaże, że można być „fajnym gejem”, który nikomu nie robi krzywdy, ale jeszcze pomaga. To dużo jak na jednego człowieka, to zdecydowane przecenienie jego możliwości.

Jesteśmy nietolerancyjni, choć nie chcemy tak o sobie myśleć. Boimy się inności. Jesteśmy krajem, w którym dobrze ma się antysemityzm, homofobia i wiara, że my to naród wybrany, stworzony do wyższych celów, gdzie żaden uchodźca zadomowić się nie ma prawa.

Nie zapaliłam wirtualnego znicza dla Kacpra, nie kliknęłam „wezmę udział” w jakiejkolwiek demonstracji będącej manifestem, że nie wszyscy jesteśmy homofobami i że język nienawiści obecnie publicznie używany jest tym, którego brzydzę, jak mało czego na tym świecie.

Myślałam o chłopcu, 14-latku, który być może czuł, że jest inny, którego zaszczuli rówieśnicy przypierając go do muru, który nie wytrzymał presji… Nie wytrzymał nietolerancji, okrucieństwa kolegów. Wyobrażam sobie chłopca, który wracał do domu i nie był w stanie wyrazić tego wszystkiego, co się w nim dzieje, który nie potrafił zbuntować się, wykrzyczeć, że to nie fair, że oni nie mają racji, że nikt nie ma prawa tak traktować drugiego człowieka. I myślę o jego mamie, która jest świadkiem kupczenia tragedią jej rodziny, gdzie śmierć jej syna – największa z tragedii, jaka może zdarzyć się matce, z jednej strony ma dla każdego z nas znaczyć wiele, a z drugiej dla wielu jest pustym sloganem wykorzystywanym do publicznych rozgrywek.

Jestem mamą dwóch chłopców. Chłopców, którzy mogli być oprawcami Kacpra, a mogli być samym Kacprem. Każdy z nich, każdy z waszych synów czy córek mogli stać po jednej ze stron. Kto z was zapalających znicze na Facebooku, plujący przez lewę ramię czytając słowa posłanki Pawłowicz i powołujący się na Roberta Biedronia usiadł i porozmawiał ze swoim dzieckiem?

Kto pogardliwie spoglądający w stronę minister Zalewskiej i jej przypisujący poniekąd winę za to, co się wydarzyło, opowiedział swoim dzieciom o Kacprze?

Kto z was usiadł i uczciwie powiedział: „Ten chłopiec popełnił samobójstwo być może dlatego, że koledzy nazywali go pedziem, ciotą, bo zachowywali się wobec niego obscenicznie”.

Kto z was wytłumaczył swojemu dziecku, że „pedał”, „Żyd”, „ciota” i „down” to słowa, które krzywdzą? Które skierowane do ich kolegów mogą trafić na kogoś, kto nie będzie umiał sobie z tym poradzić. Kto wytłumaczył,że wyśmiewanie się z kolegi na wuefie tylko dlatego,że jest grubszy może też doprowadzić do tragedii? Kto w końcu powiedział swoim dzieciom, że każdy, KAŻDY z nas zasługuje na szacunek, na zrozumienie? Że tolerancja dla innych, jest tolerancją dla różnorodnego świata i że nikt nie może czuć się lepszym tylko dlatego, że nosi markowe buty, ma najnowszy model telefonu, biega szybciej od kolegów, a dla słabości nie ma przyzwolenia.

Mój młodszy syn, 9-latek, powiedział: „Mamo, ale dlaczego?”. Dlaczego koledzy mu dokuczali, dlaczego on odebrał sobie życie? Może dlatego, że takich pytań zabrakło, że brakuje rozmów w naszych domach, że unikamy tematów trudnych, a słowo „samobójstwo” nie przechodzi nam przez gardło przy dzieciach, podobnie jak homoseksualizm czy uchodźca. A przecież to jest częścią naszego wspólnego życia, tragedie, które się wydarzają są udziałem nas wszystkich. Więc może zamiast używać śmierci Kacpra jedynie do publicznego wyrażania swojego sprzeciwu wobec homofobii i piętnowania nietolerancji obecnego rządu, powinniśmy usiąść każdy ze swoim dzieckiem i opowiedzieć mu o chłopcu, który odebrał sobie życie, być może dlatego, że w kilku domach zabrakło rozmowy o tym, kim jest gej, Żyd, dziecko z zespołem Downa, gdzie nikt nie wytłumaczył, że wyśmiewanie i upokarzanie drugiego człowieka jest czymś bardzo złym, bardzo… I może doprowadzić do ogromnej tragedii. Gdzie my jako rodzice chcemy wierzyć, że nasze dziecko nie jest okrutne, i nie dokucza, ale czy mamy tego pewność?

Zacznijmy od siebie i od naszych dzieci. Tego mnie nauczyła śmierć Kacpra, do której nigdy nie powinno dojść…


Zobacz także

Fot. iStock /  fcscafeine

Kiedy zależy ci zbyt mocno, zawsze tracisz…

shoes-776245_1920

Chcesz sprzedać? Wejdź w buty Klienta

Fot. iStock / kzenon

Gry planszowe z serii „Było sobie życie” – nie znajdziesz lepszego prezentu, nie tylko na Święta