Wojennego koszmaru może dostąpić również osoba ocalona. Powieść „Biała Chryzantema” to przejmująca historia miłości rozdzielonych sióstr

Oh!Books
Oh!Books
28 marca 2018
Fot. Wydawnictwo
Fot. Wydawnictwo
 

Zapewne niewielu z was zna historię „pocieszycielek”. Ten wstrząsający, historyczny fakt wyszedł na jaw stosunkowo niedawno, bo dopiero w 1991 roku, gdy jedna z Koreanek wytoczyła proces rządowi Japonii. Mary Lynn Bracht, troszkę dlatego, że opowieść o porywanych przez Japończykach młodych dziewczynach krążyły w jej rodzinie od dawna, trochę po to, by rozpowszechnić wiedzę o zbrodniach wojennych dokonywanych przez żołnierzy japońskich, postanowiła przełamać tabu i napisać powieść o dwóch siostrach, których miłości nie pokonał nawet okrutny los, historia, na którą nie miały najmniejszego wpływu.

„Biała Chryzantema” to nie jest książka, którą chłonie się jednym tchem. I całe szczęście. Powieść Mary Lynn Bracht to tekst, który najlepiej czytać fragmentami, przeżywając go „po trochu”, żeby lepiej zrozumieć tragizm sytuacji głównych bohaterek oraz nieznany Europejczykom kontekst historyczny. Bo też niezwykle smutna i ważna dla kobiet na całym na świecie jest ta opowieść.

Akcja książki toczy się równolegle w dwóch płaszczyznach czasowych. Mamy Koreę z lat czterdziestych ubiegłego wieku i Koreę Południową siedemdziesiąt lat później. Mamy dwa światy, dwóch bardzo mocno kochających się sióstr. Jedna z nich, Hana, by ochronić drugą, poświęci siebie, swoją młodość, niewinność, nadzieję na miłość i w miarę beztroskie życie, jakim powinna żyć każda młoda dziewczyna. Porwana przez japońskich żołnierzy trafi do Mandżurii, gdzie wśród innych „pocieszycielek” będzie zmuszana do pracy w wojskowym domu publicznym. Druga, Emi u kresu życia szuka w sobie siły, by zrozumieć to, co się wydarzyło, przebaczyć, stanąć wreszcie twarzą w twarz z przeszłością, choć przecież gdy porwao jej starszą siostrę, była tylko małym dzieckiem.

Mary Lynn Bracht dokonała rzeczy niezwykłej. Jej „Biała chryzantema” porusza do głębi, zostawia w czytelniku głęboki ślad, prawie bliznę. Sytuację „pocieszycielek” przedstawiono tu tak samo dosłownie, z dbałością o wstrząsające, ale jakże prawdziwe i okrutne jednocześnie szczegóły, jak dokładnie odmalowano emocje młodszej z sióstr, jej wewnętrzną walkę z samą sobą, jej trudną drogę do zrozumienia jak potoczyło się życie jej i jej siostry.

„Biała chryzantema” to lektura trudna, do tego stopnia, że wymaga czasem nawet by od niej odpocząć, odłożyć ją na chwilę, odetchnąć. I wrócić z jeszcze większą ciekawością każdej następnej strony, poczynań Hany, wspomnień Emi. A na końcu zrozumieć, że wojennego koszmaru można dostąpić również jako osoba ocalona.


Mary Bracht 2 (1)Mary Lynn Bracht skończyła studia magisterskie na kierunku Creative Writing, na University of London. Jest Amerykanką o koreańskich korzeniach, mieszka w Londynie, a dorastała w dużej imigranckiej społeczności kobiet, kobiet które wychowały się w powojennej Korei Południowej. W 2002 roku Bracht odwiedziła rodzinną wioskę swej matki i właśnie podczas tej podróży po raz pierwszy usłyszała o „pocieszycielkach”. „Biała chryzantema” to jej debiutancka powieść, w Polsce możecie przeczytać ją dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka.


Maria Szarapowa „Niepowstrzymana”. Wbrew pozorom to nie jest książka o tenisie

Oh!Books
Oh!Books
3 kwietnia 2018
Fot. Facebook /Maria Szarapova
Fot. Facebook /Maria Szarapova
 

Wyobraźcie sobie małą dziewczynkę. Ma sześć lat, jest jeszcze dzieckiem zupełnie nieświadomym tego, co się wokół niej dzieje. To właśnie tę dziewczynkę ojciec zabiera do Stanów Zjednoczonych wierząc w jej talent i wszystko stawiając na jedną kartę. Co więcej, wyjeżdżają z Rosji, gdzie trudno było uzyskać wizę, a co dopiero wizę dla ojca i córki, tylko dlatego, że on jest przekonany, że świat usłyszy o jego Maszy. Lądują w Stanach z niewielką ilością gotówki i tylko łut szczęścia i przychylność obcych osób sprawiają, że zaczyna spełniać się marzenie. Marzenie ojca czy małej dziewczynki o olbrzymim talencie?

To historia prawdziwa. Nawet ten, kto nigdy nie interesował się tenisem z pewnością choć raz usłyszał o Marii Szarapowej. Pierwszej rakiecie świata, która wygrywała z najlepszymi i sama była najlepsza.

Choć w moim życiu sport jest nieustannie obecny, akurat tenis nie jest dyscypliną sportu, która by mnie specjalnie pociągała. Owszem znam kilka tych najsłynniejszych nazwisk, znajomi i dzieci znajomych grają w tenisa, więc dlaczego miałabym sięgnąć po książkę Marii Szarapowej „Niepowstrzymana”? Może z ciekawości, trochę z przekory, może żeby dowiedzieć się czegoś więcej o tenisowym świecie. Książkę po kilku stronach zawsze można odłożyć, ale ta wciągnęła mnie od samego początku, tak, że przeczytałam ją jednym tchem.

To historia dziewczynki i jej zdeterminowanego ojca, bo najpierw to on musi wierzyć, to on musi być jej motywacją, gdy ona staje ze zbyt dużą rakietą na kortach amerykańskich tenisowych szkółek. Myślę, że gdyby ojciec Marii opowiedziałby tę historię, byłaby ona zupełnie inna. My tymczasem mamy okazję poznać ją od strony dziecięcej naiwności, trochę beztroski, choć między niewypowiedzianymi słowami można dostrzec znacznie więcej. Maria Szarapowa się nie skarży, ona stwierdza fakty, przyjmuje, że tak jak zwycięstwa, w jej życiu też pojawiają się porażki. Tyle, że nie ma co nad nimi rozkładać bezradnie rąk, ale trzeba iść dalej, szukać rozwiązania, być coraz lepszym.

Jak sama mówi – po każdym podniesieniu trofeum, zaraz przychodzi refleksja, co trzeba poprawić, jak trenować i z kim.

Wbrew pozorom to nie jest książka o tenisie. To opowieść o wytrwałości i sile. O tym, jak krok po kroku osiąga się cel. Nie jest to łatwa droga. Naprawdę. W życiu Marii Szarapowej pojawiało się wiele przeciwności. Wiele osób chciało ją wykorzystać, użyć do własnych celów. Ale ona niepowstrzymana szła do przodu. Próżno w tej historii szukać łzawych momentów, intymnych chwil z życia wielkiej tenisistki. Szarapowa nie sprzedaje swojej prywatności. To, co zaskakuje, to przekazana prostą formą historia sportowca, która ma wiele ukrytych przesłań, nieopowiedzianych do końca sytuacji. Która zmusza do refleksji, kosztem jakich wyrzeczeń odnosi się tak wielki międzynarodowy sukces na sportowej arenie.

Tenis jest dyscypliną indywidualną. Samotną. Każda koleżanka z kortu jest potencjalną rywalką. Tu nie tworzą się zespoły, nie zawiązują przyjaźnie. Szarapowa mówi, że najbardziej nieszczere słowa padają pod siatką, kiedy tenisiści na koniec meczu podają sobie ręce i wymieniają pozorne uprzejmości. Ona miała wsparcie w ojcu przez wiele lat, w trenerach, ekipie, która jej towarzyszy. Oskarżona o doping musiała się zmierzyć z tym, kto jest z nią także w porażkach, nie tylko w zwycięstwach.

Jeśli nie interesujecie się tenisem, ale ciekawią was ludzie i prawdziwe, szczerze opowiedziane losy ich życia – zachęcam do przeczytania „Niepowstrzymanej”, bo myślę, że tych, którzy tenisem się interesują, zachęcać w ogóle nie trzeba. To lektura obowiązkowa.

SZARAPOWA_front


Fantastyczne przepisy na kosmetyki z lodówki. Dbanie o ciało nigdy nie było takie proste

Oh!Books
Oh!Books
16 marca 2018
Fot. iStock/Jacob Ammentorp Lund
Fot. iStock/Jacob Ammentorp Lund

Spotkałam ostatnio znajome i nawet nie wiem kiedy, zaczęłyśmy rozmawiać o kosmetykach. Okazało się, że jedna z nich (a cerę ma piękną…) używa tylko kosmetyków, które zamawia u sprawdzonej pani.

„Nie mogę żadnych innych balsamów, kremów, od razu wysusza mi się skóra” – opowiadała. I faktycznie, coraz częściej zwracamy uwagę na to, czym raczymy nasze ciało. Czytamy już etykiety na produktach spożywczych i powoli zaczynamy zwracać na nie uwagę w przypadku kosmetyków. A co, gdyby samemu pokusić się o zrobienie własnych kremów, balsamów, a nawet pudru do twarzy? Tylko tak będziemy wiedzieć, czym pielęgnujemy nasze ciało, traktujemy je odpowiednio nie robiąc mu krzywdy. No tak, tylko jak się zabrać do produkcji domowych kosmetyków? Nic prostszego. Na rynku wydawniczym pojawiła się fantastyczna książka „Clean Beauty. Przepisy na kosmetyki z lodówki”. Autorki Elsie Rutteford i Dominika Monarovic wiedzą o czym piszą. To przyjaciółki, które niejeden szalony pomysł wdrożyły w życie, ale tak naprawdę miłość do kosmetyków sprawiła, że w 2013 roku założyły firmę Clean Beauty Company. Na części pierwsze rozłożyły swoje ulubione kosmetyki i w lekkie osłupienie wprawił je fakt, ile w  nich zbędnych i wcale nie poprawiających urodę składników. Dzisiaj są specjalistkami od w pełni naturalnych kosmetyków. Co więcej, postanowiły się swoją ogromną wiedzą podzielić z innymi kobietami.

Książka to prawdziwy przewodnik po zawiłościach (choć nie jest ich specjalnie dużo) tworzenia kosmetyków. Myślę, że każdy znajdzie w niej odpowiedź na wszystkie pytania i rozwieje wątpliwości. Jakiego oleju używać, jakie produkty ze sobą mieszać. Co to są hydrolaty i jak ich używać przy komponowaniu perfum czy kremów. Jak mówią autorki książki: „Przejście na ekologiczne kosmetyki, to zmiana stylu życia” i pewnie coś w tym jest, bo inaczej zaczniemy patrzeć na fusy z kawy, banany, a stojący na półce olej z awokado przestanie być używany jedynie do sałatek. Nie wierzycie? Oto kilka przepisów.

Nie wywiniesz się

Idealne dla cery, której brakuje blasku i nosi wyraźne ślady zmęczenia.

pół szklanki naparu z rumianku

1 łyżka miodu

1 łyżeczka startego imbiru

pół szklanki mleka sojowego

Po wymieszaniu składników, w tak przygotowanej miksturze moczymy ręcznik, następnie nakładamy go na twarz. Trzy razy powtarzamy tę czynność, a resztki naparu możemy spokojnie pozostawić na noc na twarzy. Rumianek ma działanie łagodzące, mleko sojowe zawiera fitoestrogeny, miód zatrzymuje wilgoć, dzięki czemu skóra staje się elastyczna i miękka, a imbir pobudza krążenie krwi. Z pewnością warto wypróbować.

Kuchnia fusion

30 ml oliwy z oliwek

30 ml oleju słonecznikowego

20 ml oleju z awokado

20 ml oleju z migdałów

Oleje oczywiście powinny być z pierwszego tłoczenia. Wymieszane tworzą idealny balsam do nawilżenia i odżywienia naszej skóry. Autorki przepisu ostrzegają przed zapachem, jeśli nam przeszkadza, możemy przemyć miksturą ciało, a następnie zmyć je wodą. Mój numer pierwszy wśród przepisów do wypróbowania.

To zaledwie kilka przykładowych przepisów, a tych w książce znajdziecie bez liku – do włosów, do skórek od paznokci, do stóp, a nawet przepisy na kosmetyki do naturalnego makijażu! Szczerze polecam „Clean Beauty. Przepisy na kosmetyki z lodówki”. Tylko uważajcie, bo za chwilę się okaże, że jedną półkę w lodówce będziecie musiały przeznaczyć na kosmetyki. To wciąga! Naprawdę!

CLEAN BEAUTY_okładka_3D