Co wy wiecie o przemocy domowej…

MamaM&M
MamaM&M
22 kwietnia 2017
pixabay.com
 

Cały dzień zbierałam się do napisania tego tekstu. Nie było i już nie będzie bardziej osobistego i intymnego wpisu na moim blogu. Wiem to już teraz, pisząc trzecie zdanie.

Jak kraj długi i szeroki, wszyscy żyją sprawą radnego Bydgoszczy z ramienia PiS, którego żona miała tak wielkie jaja, że odrzuciła poczucie wstydu i opublikowała nagranie (na szczęście sam dźwięk), na którym słychać, jak „pięknie” zwraca się do niej mąż.

Słuchałam tego nagrania (razem z mężem – on grał, ja pisałam jakiś tekst) zanim jeszcze stał się tak popularny w sieci. Słuchałam i nie zrobił na mnie wybitnie uderzającego wrażenia. Dlaczego? Ten radny i jego słownictwo to jest mały pikuś przy tym, co ja słyszałam w moim rodzinnym domu. Tak. Mogę to w końcu przyznać otwarcie. W moim rodzinnym domu takie patologie wcale nie były rzadkością. Tak. Moja mama wysłuchiwała takich rzeczy jak żona radnego i jeszcze gorszych. Tak. Wiem z autopsji, co to jest znęcanie się psychiczne.

Nie będę opisywała relacji mamy i mojego brata z ojcem, ponieważ to jest wyłącznie ich sprawa, ich życie i ich emocje. Nie mam prawa o nich pisać i mówić bez ich zgody, a oni nie wiedzą, że właśnie teraz, kiedy położyłam synów spać i siedzę obok męża, który pochłonięty jest prowadzeniem wirtualnego czołgu, piszę tekst o tym, jak to jest być córką przemocowego ojca.

Mój ojciec nigdy mnie nie uderzył, ale wiele razy słyszałam od niego” ty głąbie”. Ja, wzorowa uczennica ze średnią ocen w okolicach 5,0, pracująca od 16. roku życia, pomagająca w nauce słabszym kolegom, pomagająca także jemu w napisaniu najprostszego pisma do jakiegokolwiek urzędu. „Głąb” to określenie wręcz pieszczotliwe. Przy obcych: „córuś”. Tak do mnie mówił przy obcych…

Ojciec nigdy nie awanturował się, gdy był trzeźwy. Mój obrazek z dzieciństwa: ojciec wraca pijany, po awanturze mama zabiera nas do prababci. Kiedy rano idę do szkoły, widzę, że w naszym mieszkaniu w oknach nie ma szyb. Ojciec, który wyzywa matkę i który nie ma hamulca, żeby do kilkunastoletniej córki skupionej wyłącznie na nauce powiedzieć: „ty suko”, nie zasługuje na miano taty. Córka takiego ojca ma w głowie obraz mężczyzny: bydlaka, pijaka, chama, prostaka. Nie chce mieć chłopaka, bo nie chce, żeby mówił o niej tak, jak ojciec mówi do mamy. Nie chce być poniewierana, nieszanowana, gnębiona. Boi się miłości, boi się okazywać uczucia, boi się bliskości, boi się okazać słabość, wstyd i boi się ludzi.

Do dziś nie wiem, co sprawiło, że udało mi się założyć szczęśliwą rodzinę, a wcześniej otworzyć się na uczucia mojego męża. Powiedziałam mu, jak się sprawy u mnie mają i może też dlatego on do tego naszego związku długo zabierał się jak pies do jeża. On się mnie bał. Bał się moich reakcji, bo widział, jak jestem rozsypana. Potrzebowałam strasznie dużo czasu, żeby zaufać, żeby uwierzyć, że można się czuć bezpiecznie, gdy partner wychodzi z kolegami na piwo, bo po powrocie po prostu położy się spać, a nawet usiądzie i opowie kilka śmiesznych sytuacji ze spotkania. Bo nie przyjdzie półprzytomny i w dowód niezadowolenia nie postawi lodówki na stole, nie kopnie mnie tak, że wylecę na klatkę razem z drzwiami i w ogóle nie będzie zachowywał się inaczej niż przed wyjściem, bo poszedł się dobrze bawić, a nie „nabrać odwagi do robienia porządków”.

Słuchałam tego nagrania z Bydgoszczy, a potem tłumaczeń radnego. On tym swoim gadaniem udowodnił jedynie, że jest burakiem, że jest podłym prostakiem. Mówi, że kocha, a jednocześnie obrzuca swoją żonę inwektywami, które wstyd cytować. Ja słyszałam, także pod swoim adresem, słowa, których nie miałam odwagi powtórzyć na sali sądowej podczas rozprawy rozwodowej rodziców. Słowa, których się nie zapomina. Może dlatego tak ważne jest dla mnie to, że my umiemy się z moim mężem kulturalnie kłócić, że umiemy przejść z godnością przez największy spór, że w cywilizowany sposób rozwiązujemy każdy konflikt, że nie potrzebujemy trzech głębszych „na odwagę”.

Mam nadzieję, że ten medialny szum pomoże kobietom, nie tylko żonom, ale też córkom, mówić o tym, że mieszkają w piekle, że nie ma siniaków i powodów do zrobienia obdukcji, ale w głowie i w sercu jest ruina. Spustoszenie, które wywołał bydlak o dwóch twarzach: biznesmen, przykładny szef, pracownik, uczynny sąsiad i znajomy, z którego za progiem mieszkania, zwłaszcza po kilku głębszych (choć przecież niekoniecznie) wychodzi potwór, prawdziwy potwór.

Nie wiem, czy ten tekst powstałby, gdybym nie usłyszała, że człowiek, który przez 20 lat doprowadzał moją psychikę  do skraju wytrzymałości, który zabił we mnie dziecięcą radość, wierność, otwartość, po założeniu nowej rodziny mówi: „teraz to ja dopiero jestem szczęśliwy”. Teraz to szczęśliwi jesteśmy my. Kochamy się wszyscy i szanujemy i nikt już nie ma prawa nas poniżać, gnębić, obrażać i traktować jak ludzi gorszej kategorii.

Jeśli wiesz, że twój facet po alkoholu zachowuje się agresywnie (w czynach lub słowach), jeśli nie masz z nim ślubu i dzieci, to uciekaj. On się nie zmieni. Ślub go nie zmieni, dzieci go nie zmienią, ty go nie zmienisz. Uciekaj i bądź szczęśliwa!

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Najgorszy moment to ten, gdy uświadamiamy sobie, że nikt nie jest nam dany raz na zawsze

MamaM&M
MamaM&M
28 kwietnia 2017
Jacek Korzeniewski Fotografia
 

Kiedyś usłyszałam słowa, że stratę męża/partnera przeżywa się bardziej niż utratę dziecka. Bo dziecka się nie wybiera, bo ma się świadomość, że dziecko jest na chwilę, a męża/partnera wybiera się z założenia na całe życie. Swoje życie, nie jego.
Jak prawdziwe i „moje” są to słowa, przekonałam się ostatnio. Od razu uprzedzam, że to nie będzie tekst ani łatwy, ani przyjemny, ale, jak zawsze, mój.

Narodziny drugiego dziecka, w przeciwieństwie do pierwszego, były przeze mnie wyczekiwane. Chciałam, żeby drugi syn był już z nami. Bałam się jak cholera, czy dam radę ogarnąć rzeczywistość z 22-miesięcznym, absorbującym całą naszą uwagę bąblem i noworodkiem, któremu trzeba poświęcić czas przynajmniej na karmienie, przewijanie i usypianie, ale też chciałam już przytulić kopiące mnie w żebra ruchliwe zło. Po powrocie do domu starszy syn okazał się niezwykle dzielnym małym człowiekiem. Choć cała sytuacja z „intruzem” w pierwszych godzinach zdecydowanie go przerosła, bo chciał mieć mamę po 5 dniach nieobecności tylko dla siebie, w kolejnych dobach spokojnie skracał dystans. Niestety po tygodniu nasz starszak zachorował. Konieczna była hospitalizacja.

Jak jeszcze dziś o tym myślę, mam łzy w oczach. Ponieważ karmienie piersią jest dla mnie priorytetem, nie było możliwości, abym została ze starszym synem w szpitalu. Została babcia – niezastąpiona pomoc. Przy wsparciu mojej bratowej zajmowała się wnukiem i spędziła z nim całe długie 10 dni w szpitalnej sali z przerwą na weekend, kiedy to tata nie musiał pracować.

Ten smutny wzrok, mój syn z podkrążonymi oczami, bladą skórą, patrzący na mnie przez łzy i mówiący: „Babcia, zostaw. Mama zostanie z Markiem” wrył mi się tak głęboko w pamięć, że boli jakby to działo się teraz. A mama mogła zostać tylko na chwilę, bo szpital w sąsiednim mieście, a w domu noworodek, którego trzeba znowu nakarmić. Myślałam, że oszaleję z bezsilności, z żalu, a dodatkowo tydzień po cesarskim cięciu nie mogłam nawet wziąć syna na ręce i przytulić mocno. Wtedy myślałam, że nie można przeżywać nic gorszego niż strach o własne dziecko. Aż do pewnego popołudnia.

Mąż wrócił do domu później, ponieważ jego firma organizowała pracownikom badania USG. Robiłam obiad. Kilka miesięcy wcześniej ta sama firma organizowała rozszerzone badania krwi. Wyniki mąż miał dobre, można powiedzieć, że książkowe, więc USG potraktowałam jako oczywistą konieczność – coś jest za darmo, to czemu nie skorzystać. Okazało się, że USG nie było tylko sprawdzeniem, że mąż jest zdrowy.

„Okazało się, że coś tam mam” – mąż, jak zwykle, lakonicznie zakomunikował, co miał do zakomunikowania. Kiedy przeczytałam wyniki, zdałam sobie sprawę, że te moje 2 metry szczęścia nie są mi dane tak na pewno na zawsze. Jak człowiek słyszy słowo „guz”, to od razu ma w głowie najczarniejsze myśli. Wieczorem stałam pod prysznicem i ryczałam jak bóbr. Nie jestem przesądna i nie uważam, że nie wolno myśleć i zakładać najgorszego, bo to się spełni. Uważam, że lepiej zakładać najgorsze i potem po prostu być pozytywnie zaskoczonym.

Jak działa publiczna służba zdrowia, każdy chyba wie. Wiadomo było, że w kolejce nikt, kogo stać, czekać nie będzie i sam sobie zapewni leczenie. To popołudnie to były telefony, telefony, telefony. Szybki research i wiedziałam, jak wyglądają terminy w przychodniach w połowie województwa. A potem już prywatne wizyty: lekarz specjalista, biopsja i oczekiwanie na wynik.

I ciągle ta myśl z tyłu głowy, że może nas czeka najgorsze, że jak te guzy okażą się złośliwe, to będzie prawdziwy rock and roll. Bo w domu małe dzieci, ale najważniejszy jest teraz mój mąż. Bo ja bez niego nie umiem funkcjonować. I nie jest to uzależnienie i ubezwłasnowolnienie. Ja sobie doskonale w życiu radzę, zarabiam, to ja organizuję dom i to ja „inwestuję” to, co zarabiamy razem. Organizuję też wiele innych rzeczy poza domem, mam wielu znajomych, najlepszych przyjaciół pod słońcem. Mogę funkcjonować jako osobna jednostka i nawet funkcjonuję całkiem nieźle. Tylko tym moim azylem jest mój mąż. Tak, kilka razy w miesiącu myślę o tym, czy, jak go w ogrodzie zakopię z workiem wapna, to mnie posadzą i ewentualnie na jak długo (i czy będę musiała odsiedzieć wyrok z dziećmi, czy jednak będę miała święty spokój). Tak, kilka razy w roku mam ochotę go udusić lub wepchnąć pod samochód na spacerze. Ale jak jestem zmęczona po pracy, jak jestem zmęczona dziećmi, jak mam zły dzień, albo jak coś mi się uda, to właśnie mój mąż jest tym moim azylem, to w jego ramionach się chowam, aby się wypłakać albo żeby się podzielić swoją radością.

I choć wszyscy wkoło mówili, że przecież musi być dobrze, że na pewno wszystko dobrze się skończy, to ta myśl z tyłu głowy, że jednak coś może pójść inaczej, niż zakładamy, nie dawała się wygonić. Bo codziennie widzę, jak na nowotwory umierają dzieci, nawet takie kilkumiesięczne, więc fakt, że mój mąż jest młodym, wyglądającym zdrowo mężczyzną, nie był na tyle przekonujący, aby mnie zupełnie uspokoić.

I tego płaczu pod prysznicem było codziennie dużo. Jedna rzecz tylko mnie uspokajała bardziej niż inne. Bo ja z tym moim mężem spędzam tyle czasu, ile tylko mogę. Wprawdzie czasem ja przed jednym monitorem, on przed drugim, ale obok siebie. Przeżywamy to nasze życie na 100% i ile się da ze sobą, jednocześnie nie rezygnując z realizowania swoich pasji.

I w dniu imienin mąż otrzymał wyniki. I się okazało, że wprawdzie jasno jeszcze nie jest, ale nie jest już ciemno, bo to nie nowotwór, bo z tym da się żyć. I ja już wiem, że sama myśl o tym, że mogę stracić męża jest dla mnie niewyobrażalnym ciężarem.

Ta cała sytuacja nauczyła mnie jednego. Wiem, że niczego nie żałuję. To najlepsze uczucie na świecie…

Tekst powstał pięć miesięcy temu… Dziś jest już po operacji. Jeszcze nie znamy wyników badań, ale już możemy bać się mniej. Co się czuje pod salą operacyjną? Współczuję każdemu, kto musiał to czuć. Nie rozumiem, jak można pod tę salę ukochanej osoby nie odprowadzić i pod tą salą nie czekać…


Dziecko potrzebuje wsparcia, nie wymówek

MamaM&M
MamaM&M
21 kwietnia 2017
pixabay.com/unsplash

Ostatni mój tekst dotyczący oczekiwań rodziców wobec dzieci wywołał niemałe poruszenie. Jakże to bowiem dorosły ma dać wolną rękę i nie namawiać swojej pociechy do aktywności? Otóż ma zachęcać, nie zmuszać, ma pozwalać na ponoszenie porażek, na rozczarowania, na ochłodzenie zapału, ale też nie wywierać presji, nie realizować swoich marzeń za pomocą dziecka.

Mam znajomych, którzy jakiś czas temu uciekli w kompletną dzicz… oj, przepraszam, przeprowadzili się do małej wsi na zachodzie kraju. Wcześniej mieszkali w 20-tysięcznym powiatowym miasteczku, a teraz muszą do niego dojeżdżać kilkanaście kilometrów. Wieś to taka, że na nadjeżdżający autobus czeka orszak powitalny. Moi znajomi to 4-osobowa rodzina. Dzieci w wieku szkolnym: podstawówka, gimnazjum. Do placówek trzeba dojechać, na zajęcia dodatkowe trzeba dojechać, na basen trzeba dojechać, do znajomych ze szkoły trzeba dojechać. I kiedyś ojciec tejże rodziny powiedział w luźnej rozmowie, zupełnie naturalnie słowa, które zapamiętałam i które stały się dla mnie niejako drogowskazem w wychowywaniu dzieci. A powiedział co następuje: „Zupełnie świadomie wybraliśmy miejsce do zamieszkania, dzieci nie miały tak naprawdę nic do powiedzenia, więc musimy ponosić odpowiedzialność za swoją decyzję i dlatego wozimy bez słowa i córkę, i syna na zajęcia, w których chcą uczestniczyć”. Kilkanaście kilometrów w jedną stronę, rodzice pracujący, każde dziecko w innej placówce, każde z innymi zainteresowaniami, w innym wieku. Rodzice jeżdżą, wożą, odwożą, przewożą.

I to właśnie ta rodzina była dla mnie inspiracją do napisania tekstu. Nie dlatego, że innych tematów nie mam, ale dlatego, że rodzice często bywają hamulcem w rozwoju swoich dzieci. Ostatnio pisałam, żeby do niczego nie zmuszać, ale też nie można uderzać w drugą skrajność i zniechęcać, bo wychowamy leniwych, niezainteresowanych niczym, narzekających, niesprawnych młodych ludzi, którzy kiedyś staną się zmorą swoich pracodawców, ponieważ wszystko będzie dla nich niemożliwe do zrobienia.

Wspominałam, że nasz starszy syn (2,5 roku) chodzi na zajęcia pływania. W sobotę na 8:50. Po całym tygodniu wstawania o 5:00 (TataM&M) lub 6:00 (MamaM&M) jesteśmy bardzo entuzjastycznie nastawieni do wstawania w sobotę o 7:00, żeby przed dziewiątą stawić się na basenie na zajęciach. Jasne, że nam się nie che. Chcielibyśmy pospać dłużej, a na pewno połazić w piżamach do południa (dziękujemy ośrodkowi sportu za zamknięcie basenu w Wielką Sobotę – wypoczęliśmy bez wyrzutów sumienia). Nie mówimy jednak Markowi, że to takie trudne w dzień wolny podnieść tyłek z łóżka wcześnie rano i pójść z nim na basen. Budzimy go i mówimy: „dziś jest sobota. Dokąd idziemy?” W odpowiedzi słyszymy radosne: „Na baaaaseeeen”. Pakujemy się i jedziemy. Bez gadania.

To była nasza decyzja o zapisaniu syna na zajęcia i teraz trzymamy się tego, o czym zdecydowaliśmy. Po pierwsze szkoda nam pieniędzy i poświęconego czasu i dlatego nie opuszczamy lekcji, jeśli wszyscy są zdrowi. Po drugie Marek lubi chodzić na basen, więc nie zabijamy w nim tego entuzjazmu narzekaniem, jacy to my jesteśmy uciemiężeni obowiązkiem uczestniczenia w zajęciach.

Przykładem godnym naśladowania jest dla mnie także moja bratowa, która, pracując na dwie zmiany, organizowała sobie czas tak, aby wrócić z pracy do domu kilkanaście kilometrów, zabrać syna i ponownie pojechać do miasta, w którym pracuje, aby dziecko mogło uczyć się tańczyć. Nie chciało jej się, często nam o tym mówiła, ale nigdy przy dzieciach. Złapała drugi oddech, gdy po kilku latach mój bratanek z tańca zrezygnował, ale nigdy nie wymuszała na nim tej decyzji, a nawet nie sugerowała, że byłoby jej łatwiej ogarnąć inne sprawy, gdyby 2-3 razy w tygodniu nie spędzała całych dni poza domem, spędzając całe godziny pod salą prób.

Znam rodziców, którzy nie tylko nie zachęcają swoich dzieci do żadnych aktywności, nie czytają książek, nie mają zainteresowań, które mogliby dzielić z dziećmi, oglądają seriale całymi godzinami, pozwalają dzieciom na niekontrolowaną aktywność w internecie, a gdy dziecko już coś sobie ciekawego znajdzie, to mają problem, żeby dziecko na zajęcia zaprowadzić. To jest nagminne. Nie ma problemu, jeśli sprawa dotyczy nastolatków, bo ci sami mogą się przemieszczać, zapisać, wypisać. Mało śmiesznie jest natomiast, gdy mówimy o 5-,6-,8-9-latkach. Obserwuję, jak wielu rodziców wymaga, żeby to szkoła wychowywała, uczyła, pokazywała świat i szukała dziecku zainteresowań. Od siebie często dorośli nie dają nic. Wymagają od całego otoczenia, jednocześnie nie oferując w zamian nawet wdzięczności.

Rodzic-hamulec, rodzic-spadochron – właśnie tak nazywam podobne „osobniki”. Nie pozwalają ani się rozpędzić, ani tym bardziej złapać wiatru w żagle. Muszą wstać z kanapy, zrezygnować z oglądania serialu – jednego, drugiego i połowy trzeciego. Muszą po pracy, a nie daj Boże w weekend, zamienić kapcie na obuwie „nadworne” i zawieźć dziecko na zajęcia, muszą wysłuchać pierwszych nieudanych akordów na gitarze (jeszcze trzeba kupić – też coś…), pierwszych fałszywych wyśpiewanych dźwięków, odczekać godzinę w korytarzu basenu, zaprowadzić na piłkę, odebrać z treningu. To nic , że dziecko prosi, że oczy się świecą, gdy tylko zaczyna mówić o swojej nowej pasji. Rodzic okopał się w swojej strefie komfortu. Nie chce się z niej ruszać. Z góry zakłada, że te rolki to tylko na chwilę, bo ciocia kupiła, na rowerze to tylko siniaków można się nabawić, a bieganie po krzakach z aparatem fotograficznym jest dla frajerów i każdemu w końcu się znudzi.

Jeśli dziecko wymyśli sobie zajęcie, które, waszym zdaniem, drodzy rodzice, jest nierealne do realizowania w warunkach, które was otaczają, przeanalizujcie najpierw, czy na pewno nie ma jakiegoś rozwiązania będącego w waszym zasięgu, zanim podacie sto wymówek i zabijecie w swoim dziecku to, co jest w nim najcenniejsze: entuzjazm, pasję, radość, otwartość na nowe. A może ta nowa „dziwna” pasja stanie się zajęciem na całe życie i kiedyś będziecie mogli usiąść w filharmonii i posłuchać, jak wasz syn gra na skrzypcach, albo zobaczyć jak ta mająca milion pomysłów na minutę Marysia zdobywa złoty medal w kitesurfingu na olimpiadzie.

Sukcesy nie biorą się znikąd. Na sukces trzeba pracować. Sukces zaczyna się od pierwszego postawionego kroku. Ja bym chciała, żeby kiedyś moje dzieci, odnosząc sukces, mogły powiedzieć: „dziękuję rodzicom, że nie byli dla mnie hamulcem, ale kołem napędowym, że nie zmuszali i nie przeszkadzali, ale inspirowali”. Bądźcie inspiracją!

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉