Wesołe święta? Wielu ma ich dość, zanim w ogóle się zaczną!

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
24 grudnia 2016
Fot. iStock / Kerkez
Fot. iStock / Kerkez

Święta, święta i… od groma roboty. Zgodnie z wyobrażeniami, a także wszechobecnemu przekazowi mediów fakt nastania świąt obliguje nas do doskonałego humoru i nie tylko. Z założenia powinniśmy być podekscytowani, szczęśliwi i emanujący radością. A wcale tak nie jest, co pokazują badania przeprowadzane przed świętami. 

Gorsze samopoczucie w okresie świąt, udowodniło badanie

Naukowcy z Uniwersytetu im. Georga Augusta w Getyndze przeprowadzili ciekawe, przedświąteczne badanie w europejskich krajach chrześcijańskich. Kilka tysięcy uczestników wypełniało ankiety i oceniało swoje samopoczucie w określonym przedziale czasowym. Okazało się, że w okresie okołoświątecznym większość Europejczyków była mniej zadowolona z życia i odczuwała więcej negatywnych emocji.

Wyjątkiem okazali się głęboko wierzący ludzie, dla których ten czas łączy się z przeżyciami duchowymi i bardziej pozytywnym nastawieniem do życia. Oni po prostu czują się spełnieni i szczęśliwsi, niż na co dzień.

Co wpływa na fakt, że na myśl o świętach przygasa entuzjazm?

No właśnie, wbrew oczekiwaniom nie każdy uśmiecha się od ucha do ucha, na myśl o świętach. Szczególnie ci, którzy święta samodzielnie przygotowują w domu. Przedświąteczna gorączka, nakręcana już na dobry miesiąc przed świętami oraz liczne napięcia, których wtedy doświadczamy w związku z masą przygotowań, psują dobry humor. W lepszej sytuacji są osoby, które goszczą się po rodzinie lub po prostu lubią kuchenną krzątaninę i lepienie zapasu stu uszek z kapustą i grzybami. Z reguły jednak nagle nie wyrasta las rąk osób chętnych do pomocy, a nieszczęśnicy grzęzną godzinami, ba!, nawet dniami w kuchni, lepiąc, piekąc i nadziewając. Ale to nie jedyna rzecz, która psuje nam świąteczny nastrój.

Problemem okazała się również czynność w teorii bardzo przyjemna, czyli kupowanie upominków. Wtedy stajemy przed dylematem co komu kupić, skąd wziąć na to pieniądze i czy w ogóle nasze starania zostaną docenione.

Przed świętami spędzamy mnóstwo czasu sprzątając, kupując, przygotowując potrawy i świąteczny wystrój domu. Wymaga to nie tylko zaangażowania, ale i pieniędzy, których w wielu przypadkach nie na wszystko wystarcza. Święta zazwyczaj okazują się dość kosztowną „imprezą”.


źródło: www.focus.pl


Jeżeli coś może się nie udać, to się nie uda. 10 praw Murphy’ego, które powtarzasz, nawet nieświadomie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 grudnia 2016
Fot. istock/yuryRumovsky
Fot. istock/yuryRumovsky

Doświadczony stażem inżynier, Edward Murphy, znalazł w ważnym projekcie błąd techniczny jednego z młodszych współpracowników. Skwitował tę sytuację bezlitośnie: „Jeśli jest jakiś sposób, żeby zrobić coś jeszcze gorzej, on go znajdzie”. Wśród znajomych Murphy’ego zdanie to szybko stało się popularne jako „Prawo Murphy’ego”. Od słowa do słowa, rodziły się inne, podobne, wynikające z tej samej, spójnej, filozofii życiowej. Dziś prawa Murphy’ego stosujemy bezwiednie. Dla was, podstawowa dziesiątka.

1 Jeśli coś może się nie udać, to się nie uda

Jest to oryginalne i klasyczne Prawo Murphy’ego. Mówi o nieuchronności pewnych zdarzeń, ale powinniśmy je traktować jako ostrzeżenie. Nie akceptujmy przeciętności i zwracajmy uwagę na jakość. Nawet małe potknięcie może spowodować ogromną katastrofę…

2. To, co zgubiłeś znajdziesz dopiero wtedy, gdy użyjesz zamiennika

Kto z nas nie doświadczył podobnej sytuacji? Może chodziło o ważny dokument, może o klucze, albo okulary… Zazwyczaj znajdują się dopiero wtedy, gdy zrezygnowani przestajemy ich szukać, gdy już sięgamy bo te „zapasowe” przedmioty.

3. Zawsze kiedy masz właśnie coś zrobić, okazuje się, że najpierw musisz zrobić coś innego

Następny klasyk. Trzeba przyznać, że wynika trochę z naszej niefrasobliwej tendencji do odkładania ważnych rzeczy na ostatnią chwilę. Z reguły w takim właśnie ostatnim momencie, zawsze wypadnie nam coś „dodatkowego” i pilnego.

4. Rzeczy ulegają zniszczeniu wprost proporcjonalnie do swej wartości

Zauważyliście, że najbardziej wartościowe przedmioty zazwyczaj ulegają nieodwracalnym uszkodzeniom, a rzeczy, o które specjalnie nie dbamy mogą trwać wiecznie? Więc nawet chuchanie i dmuchanie na wszystko to, co cenicie sobie najbardziej, może tutaj niewiele wskórać. Chrońmy naszą rodzinę, nasze relacje, nasze przyjaźnie, prawdziwą miłość. Są kruche i nie do zastąpienia.

5. Uśmiechnij się. Jutro będzie gorzej

Zawsze wierzysz w lepsze jutro? Nie rób tego. Zgodnie z prawem Murphy’ego, nigdy nie można mieć pewności, że przyszłość będzie bardziej korzystna niż to, co jest teraz. Wykorzystaj czas, który masz w tej chwili. Życie jest zbyt krótkie, aby cieszyć na to, co nastąpi później.

6. Sprawy pozostawione samym sobie mają tendencję do przemiany ze złych w jeszcze gorsze

To dość powszechne zjawisko, prawda? Problemy pozostawione jako nierozwiązane mogą się tylko jeszcze bardziej skomplikować. Jeśli nie uporządkować i nie wyjaśnisz trudnych sytuacji z partnerem, wasze relacje będą się pogorszać. Ważną lekcją do zapamiętania jest ta, że nie można ignorować problemów. Lepiej je rozwiązywać, zanim wymkną się nam spod kontroli.

7. Osoba stojąca przed Tobą w kolejce do kasy będzie płacić kartą, a w jej transakcji wyskoczy błąd

Nie ma tu się nad czym rozwodzić. Na pewno nie raz byliście w takiej sytuacji. Najczęściej wtedy, kiedy właśnie się gdzieś spieszyliście…

8.  Doświadczenie jest czymś, co zdobywasz wtedy, gdy przestajesz go już potrzebować

A wtedy, gdy go potrzebujesz, jeszcze go nie masz… Jeden z absurdów życia.

9. Powiedz człowiekowi, że istnieje 300 miliardów gwiazd we wszechświecie, a on ci uwierzy. Powiedz mu, że ławka jest świeżo malowana, będzie musiał dotknąć, żeby mieć pewność

Gdy fakt jest trudny do zakwestionowania, ludzie przyjmują go z góry za pewnik. Kiedy można go łatwo zweryfikować, chcą mieć pewność. Zawsze mamy tendencję do przyjmowania do świadomości tych skomplikowanych informacji z większą łatwością.

10. Pierwsze 90% projektu zajmuje 90% czasu, ostatnie 10% projektu zajmuje kolejne… 90% czasu

Umiejętne zarządzanie czasem to podstawa naszych sukcesów, na każdym polu, nie tylko tym zawodowym.


Źródło: quotations.about.com


Bożonarodzeniowy świr. Niestety łapie mnie co roku w te swoje iglaste szpony

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
24 grudnia 2016
Bożonarodzeniowy świr.
Fot. iStock

Tak oto nasta czas prezentów, czas dawania, okazywania sobie miłości, ciepła, sympatii. Piękny to czas, chciałoby się rzec i  zacny taki, pomijając tych parę szczegółów, które nie tylko koncept ten cudny zamieniają w udrękę, ale co gorsza doszczętnie go wyłuskują z całej świątecznej, zacnej magii. No bo….

Po pierwsze, jest coś takiego jak gorączka świątecznych zakupów, która bezsprzecznie jawi się jako utrwalona, coroczna, zbiorowa choroba psychiczna ludzkości. Mniej więcej na całym świecie. Sklepy, te koszmarne Disnaylandy dla dorosłych, uginają się w tym czasie pod ilością bożonarodzeniowego dekoru, co poniektóre w ogóle giną w pachnącym lesie iglastym, bye, bye. Człowiek przemyka przez pasaże handlowe, napastowany nieustannie czy to przez elfy czy też podstarzałego Mikołaja, o pijanym reniferze nie wspominając. Świąteczna muzyka płynąca z każdego głośnika buduje atmosferę, która jak cztery ściany wytycza granice ludzkiej, bożej istocie, która no wiecie, jak ten baranek błąka się po złotych tarasach i tym podobnych centrach świątecznej rozpusty. No koszmar po prostu. Bożonarodzeniowy świr. Niestety łapie mnie co roku w te swoje iglaste szpony i w minutkę zaledwie nasiąkam jodłą jak podatna gąbka. Świąteczny nastrój zwala mnie z nóg, podczas gdy gorączka zakupów miota mną w licznych dreszczykach. I co ja na to?

Ano uuuuwielbiam to choróbsko! Uwielbiam cierpieć na każdy przejaw tej świątecznej choroby. Kocham włóczyć się po całych łąkach, ba halach! nawet, wyśnionych, wymarzonych, bożonarodzeniowych sklepów. Uwielbiam dzwoneczki reniferowego zaprzęgu okraszające radosne zawodzenie wydobywające się z setek głośników w centrach handlowych, uwielbiam wdychać świąteczne zapachy tu jodły, tam piernika. Kocham błyszczące, kolorowe światełka i najpiękniejsze bombki, gwiazdki i wszelkie dekoracyjne cudeńka, które zamieniają szary świat w krainę jak z bajki. Mam też jeszcze jeden, groźny symptom chorobowy: zdjęcie z Mikołajem! Nie, nie żartuję! Nie przepuszczę żadnemu! Świętemu Nicolasowi, Dziadkowi Mrozowi czy Gwiazdorowi. Jak go zwał tak zwał, zdjęcie taki musi ze mną sobie zrobić. Mój zeszłoroczny okaz upolowałam w Hollywood kiedy to w najlepsze przechadzał się z panią Mikołajową! po Rodeo Drive. On jak on, stary, gruby, może nawet lekki świntuch, ale pani Mikołajowa kochani jak marzenie! Rarytasik, rzadko widywany. Cyk, cyk, cyk, zaszalałam jak jakiś japoński turysta na fotograficznym głodzie.

Potem są te wszystkie świąteczne happeningi! Och! Jakże kocham i te! Kiermasze, lodowiska w centrum miasta, kolędników na placach, zapach grzańca, cynamonu i goździków, a wszystko takie cudowne, że żyć się chce, tańczyć się chce, śpiewać i piruety na tych łyżwach wyczyniać. Najbardziej jednak bezcenny składnik tej bożonarodzeniowej bomby to jak dla mnie szczerze uśmiechnięci ludzie. Bo ci ostatni akurat w tej chorobie uśmiechu wcale sobie nie odmawiają. Bogatych, biednych, zdrowych czy chorych, szczęśliwych czy smutnych, święta jakoś tak odmieniają. Rozgrzewają im serca, a to jak wiadomo, zawsze, ale to zawsze skutkuje tym grymasem twarzy w ramach którego szczerzy człowiek zęby, dołeczki w policzkach eksponuje i z oka strzela radosną iskrą. Bożonarodzeniowa choroba psychiczna to chyba jedyna taka choroba, która tyle szczęścia ludziom daje. Śmiem twierdzić, iż to dlatego, że się po prostu dziecko w nas na powrót budzi? W każdym razie, to przynajmniej wyjaśniałoby Mikołajową  foto obsesję co poniektórych.

Po drugie, z psychicznej choroby świątecznej leczyć nas mają prezenty. Jak jakieś magiczne psycho-pigułki, małe i duże podarki są uwieńczeni chorowania i rzekomo do zdrowienia prowadzić mają. Oczywiście kocham je nabywać, z nabożeństwem pakować, przewiązywać wstążkami i układać pod choinka. I kocham je dostawać też! No przecież! Moja miłość w tym względzie jest bezgraniczna choć skłamałabym gdybym nie wyznała, że pewien mankament w prezentach widzę. Zawsze myślałam, że prezent to gest, to zapakowana w śliczny, kolorowy papier bezcenna pamięć o drugim człowieku. Nie przywiązywałam więc nigdy wagi do cent netto takiego prezentu. Sama darowałam drobiazgi i z drobiazgów się cieszyłam. Dalej tak robię rzecz jasna, bo uparta jestem, a do tego coraz starsza, więc i coraz bardziej uparta, niestety. Obserwuję jednak, że ludzie nie zawsze pamięć i miłość wyceniają tak samo. Są bowiem tacy, którzy nierzadko darują odjechane (w dosłownym tego słowa znaczeniu) prezenty, których wartość rynkowa przekracza oczekiwania wszelakie, że wymienię samochodzik, diamencik mnóstwo-karatowy, a dla dzieci bmw rowerek czy wózek marki porsche. Prezenty super, pewnie że chciałabym takie dostawać. Czy jednak odczytałabym z nich tą samą miłość, czułość i pamięć jaką każdorazowo odczytuję z małych drobiazgów? Sama nie wiem. Może to zaledwie kwestia przyzwyczajenia no i dostępu do bogatego Gwiazdora rzecz jasna. Jakoś jednak coś mi tu nie pasuje tak do końca…

I wreszcie po trzecie. Są i skutki uboczne tej radosnej choroby psychicznej, które przyjmują postać obezwładniającego nadmiaru. Czego? Ano wszystkiego! A przede wszystkim ilości rzeczy, które darujemy zwłaszcza tym całkowicie skołowanym dzieciom, skazując je tym samym na dotkliwe powikłania chorobowe. Jeszcze jeden samolot, pociąg, zamek czy księżniczka i mamy jak w banku, że w dziecku ulokuje się wirus, który może jeszcze w te święta pozostanie uśpiony ale już w następne przebudzi się w całkowicie bezlitosnej swej postaci. Bo czasy się zmieniły, zmieniły się tak, że teraz mamy wszystkiego w bród. A to niestety, w świecie ilości, odciąga uwagę od jakości. No i zastąpić ma miłość, bo w podejściu ilościowym: im więcej daję, tym bardziej kocham. Rzecz w tym, że miłość z natury swej cudnej w ogóle nie jest ilościowa.  Miłość to jakość, miłość to gest, uśmiech, uczynek. Nie można jej wyrazić w dziesięciu traktorach czy niekończących się karatach. I o ile karat to fajna jest rzecz, to jednak jakby piękna i oszlifowana nie była, nie wypełni ona pustki w sercu. Nie zaspokoi pragnienia miłości, czułości, ciepła, jakie tylko człowiek dać może człowiekowi. Bezcenny to dar i zawsze doceniany. Nie zapominajmy o nim w te święta, a także w tym nowym roku, który nadchodzi.


Zobacz także

Fot. iStock/iconogenic

11 rzeczy, o których musisz pamiętać, zanim zaczniesz sama farbować włosy w domu

Fot. iStock / Imgorthand

Jak zdobyłam numerek „na koleżankę”

Screen YouTube / H&M

Krótka historia o wyrzutach sumienia. Pieniądz jest pieniądz – musi się zgadzać