Weekend ze „Sztuką kochania” w tle. O tym dlaczego warto wybrać się do kina i co oznacza rząd XIII

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
29 stycznia 2017
Fot.  Screen z YouTubeLionsgate Movies
Fot. Screen z YouTubeLionsgate Movies
 

To miał być weekend „dla dorosłych”. W końcu karnawał, a że my towarzystwo dość rozrywkowe, to szukaliśmy okazji do zabawy. Okazja właściwie przyszła do nas sama, bo bal przebierańców. I gdy snując wizję przebrania się za pszczołę, na co mój mąż zareagował dość histerycznym śmiechem, bo że niby mi do postury pszczółki raczej bardzo, ale to bardzo daleko, bal odwołano. No cóż, nie wszystkie marzenia da się spełnić – to jedna refleksja. Druga – smutna, bo jednak  okazuje ludzi z dystansem do siebie i chętnych do wygłupów i wariacji na swój własny temat nadal chodzi o tym świecie bardzo mało. Ale za to my, jak już wpadliśmy w szał planowania weekendu, załatwiliśmy opiekę dla najmłodszych dzieci z towarzystwa, nie zrażając się przeszkodami wdrożyliśmy w życie szybko plan B – czyli wspólny ze znajomymi (nie bez znaczenia okaże się, że to sześć dorosłych i rosłych osób) – wypad do kina.

Bardzo chętnie przyklasnęłam, bo to przecież świetna okazja zobaczyć tuż po premierze „Sztukę kochania” i wam o niej napisać. Czy warto, czy śmiesznie i czy – o co dopytywały moje koleżanki – Piotr Adamczyk w końcu występuje nago w całej swojej okazałości.

Pierwsza wyrwałam się do rezerwacji biletów, bo i tak przy komputerze siedzę. Klik – sześć miejsc, wszystkie obok siebie, bo sala jeszcze właściwie pusta. „Ha, tak się ma, jak się prawie na tydzień wcześniej rezerwuje się bilety” – myślałam z zadowoleniem, zwłaszcza, że ja bardzo mało rzeczy w swoim życiu planuję nawet tydzień wcześniej. Rząd XIII – uśmiechnęłam się do tej trzynastki, bo w końcu jaka szczęśliwa – wypad zaprzyjaźnioną bandą. Oni sami się pewnie uśmiechną, jak zobaczą bilety. Pozostało czekać do soboty.

Reszta tygodnia toczyła się oczywiście normalnym trybem. Godzinę przed wyjazdem do kina, przyjaciółka pisze: „Który mamy rząd?”. Na co ja spokojnie, że trzynasty. Ale jakoś mnie tknęło, żeby zajrzeć na tę rezerwację, bo para znajomych chciała jeszcze do nas dołączyć.

„WTF?” – myślę patrząc, że sala, która mi się wyświetliła jest ZUPEŁNIE inna od tej, w której robiłam pewnym kliknięciem palca rezerwację. W panice, już mokra od stresu zaczęłam wszystko sprawdzać od nowa… Świetnie „Sztuka kochania”, XIII rząd, sześć miejsc, tyle tylko,  że nie w tym mieście… Kino 100 kilometrów dalej… Taki mały szczegół…

Przypuszczam, że moja mina była bezcenna. Bo gdyby sprawa dotyczyła mnie i mojego męża, to bym się roześmiała, machnęła ręką i tyle, ale zawalenie planu B dla jeszcze innych czterech osób, które czekają w blokach startowych na to wyjście… To już sporo, jak na moje nerwy. Zwłaszcza, że na każdy inny film w ten wieczór sale były pełne!!!

Ale jak się ma dosonałych przyjaciół, to okazuje się, że po planie B, zawsze jest jakiś plan C. Powstał z potrzeby chwili pod hasłem „Ahoj przygodo”. Cóż, plan C był dość elastyczny, na zasadzie, zobaczymy co się wydarzy, czyli jedziemy w ciemno i próbujemy dostać się na to, na co się uda. 20:15 wpadamy do kina, kiedy zaczyna się wcale nie „Sztuka kochania”, ale „La la land”.

– Co to za film – pytają męska część grupy.

– No nie wiecie? Dostał teraz Złote Globy, 14 nominacji do Oscara i gra piękna Emma Stone – szybko zamykam wszystkim usta nie pozwalając kobiecej części wypadu użyć sformułowania „to musical o miłości”. Bo to strzał w łeb, a my na horror – jedyny z wolnymi miejscami ochoty kompletnie nie miałyśmy.

Przemiły pan – ostatni po lewej stronie przy kasie – obiecałam mu, że o nim wspomnę, z nieodebranych rezerwacji utkał dla nas trzy kanapy obok siebie, więc wszystko szło w doskonałym kierunku, nawet fakt, że nie musieliśmy kupować sześciu osobnych popcornów, jakby nas rozstrzelili po całej sali. „Mamy rezerwacje w kinie w innym mieście” – odpowiedzili wszyscy zgodnie, gdy znajoma spotkana  w kinie spytała, dlaczego nie na „Sztukę kochania” – też mi wielkie rzeczy…

„Nudny, przewidywalny, z kiepską grą aktorską” – to czytałam o „La la land” – zastanawiałam się, ile moja miłość do Ryana Goslinga może mu wybaczyć.

Zobaczyliśmy film, który dla mnie wyłamał się z konwencji wszystkiego, co szybkie, wypełnione po brzegi akcją, dialogiem, żartem i dramatem. „Przepiękny” – padło, kiedy pod koniec napisów zaczęliśmy dźwigać się z kanap. Bo to film daleki od tego kina, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni z ostrym rysem psychologicznym bohaterów, dosadny, wyrywający serce i wyciskający łzy prowadzące do szlochu w ostatnim kadrze. Mi „La la land” skradł serce powoli, pomalutku. Zaczął się od irytacji, by jakoś zupełnie poza moją świadomością mnie wciągnąć.  Ale nie w taki sposób, że siedzisz i świata poza kinem nie widzisz. Nie, to tak nie działa… Delikatny – to słowo pierwsze przychodzi mi na myśl, gdy o nim myślę.

Nie będe opowiadać fabuły, bo jaki to ma sens – kto chce, zobaczy sam, choć okazuje się, że nawet banalną historię można wyposażyć w elementy zaskoczenia…

„I czy warto realizować swoje marzenia?” – spytała przyjaciółka powoli ubierając płaszcz, by wyjść z kina… Ile jesteśmy w stanie poświęcić dla marzeń? To we mnie uderzyło. I jeśli budzę się rano i wracam myślami do filmu obejrzanego dzień wcześniej, to dla mnie jest wyznacznik, że warto go zobaczyć. Ryana kocham nadal bez jakiegokolwiek zarzutu, a do tańca dałabym się mu porwać bez mrugnięcia okiem. Nawet bym stepować się nauczyła. A co!

Czy są marzenia, dla których warto porzucić wszystko to, co w danym momencie wydaje się nam mniej ważne, a może wieczne i nie do stracenia? „La la land” to film, gdzie nic nas nie goni, nie zmusza do wysiłku naszej głowy. To film, który płynie w rytmie „City in the stars” wdzierając się bynajmniej w moje emocje.

Ale żeby nie było tak słodko: „To przedostatni musical, na którym byliśmy” – orzekła męska część grupy, gdy wyszłyśmy jeszcze ze szklącymi się oczami. Oni stwierdzili, że nawet horror byłby lepszy. Także, jeśli zamierzacie się wybrać  – zróbcie sobie lepiej babski wypad.

My na koniec płakaliśmy ze śmiechu, bo po filmie próbowaliśmy się wszyscy wcisnąć do budki fotograficznej, wokół której krążył zaniepokojony pan ochroniarz. Bo jak to sześć dorosłych osób, którzy łącznie mają jakieś 10 metrów wysokości wpycha się do tak małego pomieszczenia? Zdjęcia bezcenne. Wspomnienia również.

Weekend ze „Sztuką kochania” tym razem zdecydowanie w tle, uważam za doskonały! Czasami warto mieć plan C. 😉 I takich przyjaciół pod ręką, którzy na mój telefon, że pomyliłam miasta orzekli: „Czym tym się przejmujesz, gdybyśmy w życiu mieli tylko takie problemy”.

Nie wiem tylko, co będzie, gdy zaproponuję kolejną rezerwację wspólnego wypadu tylko dla dorosłych…


Jeśli usłyszę: „będzie dobrze”, kiedy mi najgorzej, to przysięgam – nie ręczę za siebie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 lutego 2017
Fot. iStock/kieferpix
Fot. iStock/kieferpix
 

Nic na świecie nie wku*wia mnie tak, jak ludzie, którzy „chcą dobrze”, którzy „chcą dobrze” dla ciebie oczywiście.

Dlaczego? Po pierwsze i przede wszystkim dlatego, że „chcą”? Ile ja rzeczy w życiu chcę – chcę na przykład mieć długie włosy, których nigdy w życiu pewnie już nie zapuszczę. Chcę mieć nogi jak Julia Roberts (matko nawet jej włosy mogłabym mieć) i chcę mieszkać na Karaibach. To takie chcenie, które najlepiej, jakby samo by się spełniło, bo przecież ja i tak nie mam na to wpływu, albo prawdziwych chęci.

I ci ludzie, którzy tak do nas mówią, oni jedynie „chcą” i nic więcej. Musiałam to sobie wyłożyć.

Ile razy w życiu słyszałyście:

– nie martw się, będzie dobrze

– dasz radę, w końcu kto, jak nie ty

– jesteś silna, zobaczysz, ogarniesz wszystko?

Nożesz ja kurde cię molę nie mogę! No nie mogę tego słuchać, dostaję piany na ustach niczym wściekły zwierz, który jest o krok od rzucenia się na swoją ofiarę. I on wcale nie chce się rzucić, on to po prostu zrobi.

Każde poklepanie po plecach, szepnięcie do ucha: „ułoży się” to woda na młyn mojej szewskiej pasji.

Zastanawiałam się, czy może ze mną coś jest nie tak, że może ja jestem aspołeczna, mało wrażliwa, nieempatyczna. No bo człowiek chce (wrrr) dla ciebie dobrze, a ty się obruszasz i ciskasz piorunami.

No, ale odwracając sytuację:jeśli ty nie wiesz, gdzie ręce włożyć, jesteś w ogromny pie*dolonym dole, gdzie naprawdę przez chwilę nie widzisz żadnego światła, żadnej iskry nawet, a słyszysz: „będzie dobrze, jestem z tobą”, to chcesz wyć do księżyca. Może choć on zaszczyci cię na chwilę swoim odległym blaskiem.

Bo to, że ktoś jest z tobą, nie znaczy wcale, że jest. Czy naprawdę mówiąc komuś coś takiego, siadasz obok niego, przejmujesz się jego losem, wchodzisz w jego buty i czujesz to wszystko, co wtedy targa jego emocjami i ciałem? Uwierz, on akurat najmniej potrzebuje takich słów.

Jest we mnie takie nieodparte uczucie, że owo „będzie dobrze” dla tej drugiej strony, która dobrze się ma, załatwia wszystko:

– wyrzuty sumienia

– dobre samopoczucie

– poczucie spełnionego obowiązku

– wrażenie bycia dobrym przyjacielem.

Pewnie można by mnożyć, co jeszcze. Tylko teraz wyobraźcie sobie taką sytuację. W waszym życiu dzieje się coś nieprzewidzianego – ktoś odchodzi, ktoś porzuca, ktoś wymaga od ciebie więcej niż powinien. A ty czujesz, że masz dość, że rzeczywistość zwyczajnie cię przerasta, że dłużej nie dasz rady. Chcę ci się wyć, ukryć pod kołdrą własnego łóżka, przespać wszystko to, co się dzieje wokół i wrócić, jak już wszystko się ułoży. Najlepiej niech ułoży się samo, bez twojego udziału.

Ale przecież jesteś dorosła, wiesz, że to tak nie działa, że pewnego dnia będziesz musiała wstać z kolan, podnieść głowę i zacząć działać, zmieniać siebie i ten najbliższy ciebie świat. Do cholery, wiesz, że będzie dobrze, ale wiesz to tylko dlatego, bo to będzie zależeć do ciebie. Więc farmazony w stylu jakoś się ułoży są ci po nic, bo NIC nie ułoży się SAMO. Na wszystko TY musisz mieć wpływ! Ale na to przyjdzie czas, teraz jest moment płaczu, strachu, bezradności i smutku.

I czy naprawdę tak trudno to zrozumieć? Czy naprawdę w momencie, kiedy nie chcesz myśleć, co kryje się za rogiem, chcesz robić po prostu NIC, ktoś musi ci wciskać: „ogarniesz wszystko”!?!

Nie jesteś małą dziewczynką, żeby tego nie wiedzieć ale ten, kto to mówi jest pieprzonym egoistą, albo idiotą. Przepraszam, naprawdę tak myślę i sama nie raz jak taka idiotka się zachowałam. Teraz wolę powiedzieć: „przepraszam, nie mam nic mądrego do powiedzenia”, zamiast dukać jakieś farmazony tylko po to, żeby było miło, oczywiście mi miło, bo przecież w moim mniemaniu umiałam się znaleźć w trudnej sytuacji.

Tymczasem sama słysząc takie słowa… Para mi idzie uszami mam ochotę cisnąć czymś ciężkim, co na rękę mi się nawinie i powiedzieć: „a idź se do diabła”, bo dobrymi chęciami to właśnie jego mieszkanie jest wybrukowane. Wrrr.

Na szczęście oprócz szału wściekłości wypracowałam taką przypadłość: jak mnie coś doprowadza do wrzenia, próbuję ogarnąć te emocje, usiąść z boku i przyjrzeć się – co można by zrobić, żeby to zmienić i z czego ta wściekłość się bierze.

Skąd się bierze już wiem – z samego tylko chcenia, które może i chęcią wsparcia jest wypełnione, ale to nadal tylko chęci. Ja chcę realnego poczucia, że ktoś przy mnie jest w trudnych chwilach i nie próbuje tego załatwić zwykłym: „nie martw się, będzie dobrze”. Bo ja teraz chcę się martwić, chcę płakać, chcę czuć się jak bezsilna dziewczynka, którą ktoś przytuli pogłaszcze, a na końcu zamiast gadać pierdoły, spyta:

„co czujesz?”,

„jak ci pomóc?”

„czego potrzebujesz?”

„zostać na noc?”

„mam nic nie mówić?”

Że niby co za różnica? OGROMNA. Bo za tym wszystkim kryje się: obchodzi mnie, jak się czujesz, chcę ci pomóc, jestem – tak naprawdę jestem tuż obok, choćby po to, żeby zrobić herbatę.

Tu nie ma chcenia, tu jest bycie z kimś, wsparcie, poczucie, że nie jest się samym – zwłaszcza superbohaterem, który wszystko ogarnie, ułoży i tylko czasu potrzeba!

Nie. Tu ktoś daje ci prawo do bycia słabym, zrozpaczonym, załamanym. Nie każe ci stawać na baczność na hasło: „będzie dobrze” nie dając ci żadnych wskazówek, jak to zrobić, zostawiając cię z tym pustym frazesem, samemu jedynie czując się lepiej.

„Rozmawiałaś ostatnio z Zośką?”. „Tak”. „I co?”. „No nic mówiłam jej, że będzie dobrze, czasu tylko potrzeba”. Przysięgam, uduszę, jak kiedyś to usłyszę! Wy też macie do tego prawo – naprawdę!

Uff. Dziękuję za uwagę.


Witam w kraju, w którym publicznie wydaje się głuche przyzwolenie na to, żebyś była katowana, gwałcona i poniżana

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
24 stycznia 2017
Fot. iStock/Alexander-Cherepanov
Fot. iStock/Alexander-Cherepanov

Jeśli mąż cię napie*dala dobrze trafiłaś. Witam w kraju, gdzie rząd daje głuche przyzwolenie na to, żebyś była katowana, maltretowana i gwałcona. Witam w kraju, gdzie nikt ci nie pomoże, żadna instytucja nie wyciągnie ciebie ręki, nie powie: „chodź damy ci schronienie, pomożemy”. Co to, to nie.

Witam w kraju, gdzie za 500 zł rodzić będziesz dzieci z kolejnych gwałtów, bo twój mąż oprawca wyczuł w tym dobry interes. Pracować nie musisz, on może cię ukrywać w domu, panować trochę nad sobą, jak w ciąży jesteś i tyle. Czwórka dzieci za 2000 złotych, żona posiniaczona nie ma do kogo pójść, a pieniądze i tak są. Żyć nie umierać.

Witam w kraju, w którym twierdzi się, że 95% kobiet, które zostają ofiarami przemocy to zbyt wąski zakres pomocy udzielanej przez instytucje. W tym kraju absurdów, może gdyby kobiety jako ofiary wyrabiały 150% normy, ktoś by zwrócił na nie uwagę, w końcu przodowniczki, byłoby się czym chwalić i na zewnątrz mówić, jakie to państwo wspaniałomyślne wpadło na pomysł pomocy kobiecej.

Ale nie, w tym kraju uważa się, że 5% mężczyzn doświadczających przemocy to istotny powód do tego, żeby nie pomagać w ogóle. Żeby odmówić każdej jednej kobiecie i jej dzieciom schronienia, bezpieczeństwa i poczucia, że chociaż komuś na nich zależy, że chociaż jedna osoba nie uważa jej za szmatę, dziwkę i nic nie warty pomiot, który nie zasługuje na to, by chodzić po tym świecie. A jedyne, na co zasługuje, to na kopniaka w brzuch, na głowę rozbitą o ścianę, czy kuchenną szafkę.

Witam w kraju, gdzie odmawia się dotacji dla działającej przez 22 lata Fundacji Centrum Praw Kobiet, która wsparła setki, jeśli nie tysiące kobiet, które dziś żyją normalnie, choć z piętnem ofiary przemocy.

Witam w kraju, gdzie odmawia się dotacji dla „Niebieskiej linii” – cholernego telefonu, którego numer wetknęła w rękę policjantka pewnej skatowanej kobiecie, która miała odwagę policję wezwać, ale już przy mężu mówiła, że spadła ze schodów. Numer, pod który mogła zadzwonić każda jedna kobieta, każde dziecko, każdy sąsiad. KAŻDY – kto był świadkiem przemocy i kto stał się jej ofiarą. Dziś telefon milczy. A ona oddycha z ulgą, kiedy on wychodzi do pracy zamykając drzwi na klucz… Kilka godzin spokoju. Kilka godzin ciszy. Może dzień, dwa, dopóki znowu coś go nie wyprowadzi z równowagi. Dopóki jej nie zabije, bo ona nie raz czuła, że to już koniec…

Witam w kraju, gdzie odmawia się dotacji dla schroniska dla kobiet, które przyjmowało każdą zranioną duszę, każdą poniżoną i upokorzoną kobietę. Każdą, która wstydziła się tego, na co pozwoliła swojemu oprawcy, ale która patrząc w oczy swojego przerażonego dziecka ten raz zebrała w sobie siły i uciekła. Uciekła do miejsca, które dawało jej schronienie, dawało pomoc, gdzie mogła porozmawiać ze specjalistami i dzięki temu zrozumieć, że to jak wygląda jej życie, to nie jest jej wina.

Witam w kraju, gdzie wydaje się 900 milionów złotych na reformę edukacji, która nic nie zmienia, nie wprowadza nic nowego do edukacji dzieci, a rząd szukając oszczędności po kolei odcina finansowe kupony tam, gdzie nikt nie wyjdzie na ulicę, gdzie nikt głośno nie powie: „Nie zgadzam się. Mój mąż katuje mnie do 10 lat”. Bo ofiary milczą. Ofiary nie staną twarzą twarz ze swoimi oprawcami pod sejmem, nie przygotują transparentów, nie rozłożą parasolek. One zamknięte w czterech ścianach swojego koszmaru często nawet nie wiedzą, że ktokolwiek chce im pomóc, że są miejsca, gdzie znajdą zrozumienie i wsparcie.

Witam w kraju, w którym każdego dnia dwa tysiące kobiet jest bitych, maltretowanych. Gdzie sprawcy gwałtów wychodzą na wolność, bo spódniczka była za krótka, a kolczyki zbyt długie i tak naprawdę ofiara sama sobie jest winna. W kraju, gdzie ojciec w domowym zaciszu dziecięcej sypialni przez sześć lat gwałci swoją córkę, a dla własnej rozrywki skacze po głowie jej matki. Dzisiaj już nie mają gdzie pójść. Nie mogą zadzwonić błagając, by ktoś je uratował, by ktokolwiek wyrwał je z piekła.

Witam w kraju, w którym wydaje się środki na badanie tragedii sprzed siedmiu lat, pieniądze na badanie sytuacji tych, którym nic już życia nie zwróci, a odwraca się od tych, którzy jeszcze żyją. Odwraca się w milczeniu od tych kobiet, które leżąc na zimnej podłodze swojej kuchni chcą umrzeć, marzą o tym, żeby zadany im cios był już tym ostatnim, bo już nie mają siły, bo już nie wierzą, że cokolwiek są warte.

Witam w kraju, w którym miłosierdziem i miłością do bliźniego rządzą pieniądze. Gdzie dla opasłych brzuchów chciwych księży znajdują się środku na budowę kolejnych świątyń, a którzy w swoich konfesjonałach wypytują chłopców, jak się onanizują, a ten, który gwałcił dziewczynkę wywożąc z dala od rodziców nadal udziela komunii.

Witam w kraju, w którym chce się zmusić kobiety do rodzenia dzieci z gwałtu, w którym chce się ograniczyć im prawa, a jeśli one protestują, to uderza się w najsłabszych, w najbardziej poszkodowanych, w te kobiety, o które nikt nie dba, których nikt nie zauważa, od posiniaczonych twarzy których każdy odwraca wzrok.

I w końcu witam w kraju, w którym mężczyźni mogą zastraszać, bić, poniżać. W kraju, w którym mogą topić swoją żonę w wannie, a synem tłuc o ścianę. W kraju, gdzie córkę można wykorzystać seksualnie, bo jak się okazuje, nikt jej nie pomoże! Tak, mężczyźni w naszym kraju mogą wszystko. Rząd odmawiając pomocy ofiarom daje przyzwolenie oprawcom.