Wakacje z dziadkami i dziećmi? O rety, lepiej uzbrój się cierpliwość, bo niekoniecznie musi być sielsko

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 lipca 2018
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Wakacje z dziadkami to powinna być czysta przyjemność – zakładają rodzice i ochoczo pakują dodatkowe walizki do samochodu czy samolotu. Warto zafundować ten dodatkowy bilet i zarezerwować dodatkowy pokój dla babci i dziadka. Bo przecież, kiedy ty będziesz relaksować się na piaszczystej plaży, oni pobiegną z maluchem do toalety, przypilnują, żeby nie wszedł do wody, nasmarują kremem z filtrem, pobiegają za nim po placu zabaw, a wieczorem położą spać, żebyś mógł w spokoju poczytać książkę. Czy aby na pewno?

Lepiej nie oczekiwać, bo można się srogo zawieść. Z moich wakacyjnych obserwacji wynika, że są trzy typy dziadków.

Pierwsi, na wakacje z dziećmi i wnukami owszem pojadą, ale po to, by wypocząć. Tak jak rodzice mojej koleżanki, której obie córki podczas wyjazdu na zagraniczny kemping zachorowały na ospę. Wysoka gorączka, płacz od rana do nocy, bo swędzi i nuda i… znikąd pomocy. Mama mojej koleżanki oświadczyła jej, że nie przyjechała po to, by niańczyć wnuczki, bo jest w takim wieku, że potrzebuje przede wszystkim odpoczynku i spokoju. Na urlopie odpoczywa i nic więcej. Dzieci proszę przyprowadzić, jak będą się lepiej czuły, bo ona nie ma zamiaru się denerwować. Swoje już na rękach nosiła, trzydzieści parę lat temu. Wystarczy. Cześć.

Napięcie między córką a rodzicami trwało już do końca wakacji. I choć oni jasno określili swoją postawę, ona miała do nich pretensję, bo nie pomogli jej dosłownie w niczym – nawet nie zaproponowali pomocy przy załatwieniu potrzebnych leków. Obecnie na wakacje z wnuczkami nie jeżdzą już wcale.

Są i dziadkowie nadgorliwi, którzy na wakacjach nie tylko wyręczają we wszystkim rodziców, ale również, co gorsza, bezustannie ich krytykują. Znacie to? „Jak mu założyłaś te spodnie?”, „Dlaczego jej dałaś taką czapkę” i jeszcze „No jak ty mu nie kupisz loda, to ja kupię”, kiedy właśnie postanowiłeś ograniczyć synowi słodycze, dla jego zdrowia.

Taki wyjazd może szybko przerodzić się w koszmar. Nikt tu nie odpocznie, atmosfera będzie nie do zniesienia, a dzieci będą przecierać oczy ze zdumienia na widok mamy i babci skaczących sobie do gardła…

Cóż, nie należy oczekiwać, że gdy twoi rodzice zachowują się tak przez cały rok, na wakacjach nagle zmienią front i zaczną cię wspierać. Oni raczej będą się starali pokazać swoim wnukom, kto tu jest fajniejszy i z kto o nich lepiej dba, czytaj – pozwala im na to, na co mają ochotę.

Tych „normalnych” dziadków jest chyba najmniej. Nie wchodzą w twoje kompetencje, kiedy mają ochotę i mogą – pomagają, ale nie wyręczają cię w twoich obowiązkach. No i również starają się odpocząć, bo przecież również są na urlopie. No i nie zawsze muszą być tuż obok, bo przecież mają swoje plany, swój sposób spędzania wolnego czasu.

Jaki z tego morał? Nie oczekujmy od naszych rodziców, że skoro pomagają nam w ciągu roku, to z uśmiechem na ustach będą niańczyć nam dzieci podczas wakacji. Jeśli się na to nie umówimy, nie określimy jasno zasad wspólnego wyjazdu („Mamo, chciałabym, żebyś mnie trochę odciążyła w opiecie nad dzieckiem”) i nie ustalimy jakiś reguł (na przykład dwa dni w tygodniu spędzicie bez dzieci), nikt nie będzie zadowolony.

Czasem lepiej jest, w ostateczności, jeśli naprawdę nie jesteśmy w stanie zająć się własnymi dziećmi, poprosić o pomoc animatorów, którzy zrobią to zawodowo lub opiekunkę, niż narazić na szwank rodzinne relacje i zepsuć sobie wakacje.


Nie licz na „spokojny” rozwód. To bzdura, że teraz wszystko da się dogadać

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 lipca 2018
Fot. iStock/weerapatkiatdumrong
 

Podobno istnieje, choć niewielu go widziało, a rzadko kto – doświadczył. „Pokojowy” rozwód, rozstanie bez wyrzutów, żalu, przepychane, niezdrowych emocji. Powiedzenie sobie z szacunkiem „nie daliśmy rady”, ale nie będziemy teraz obrzucać się błotem, grać dziećmi, szantażować, obrażać. Dla większości z nas to zbyt trudne, prawie niemożliwe. No bo jak to nagle „odpuścić”, gdy wciąż tyle nas łączy? Rozwód odkrywa najciemniejsze strony naszej osobowości i wcale nie jest prawdą, że „wszystko da się dogadać”. Czasem się nie da. I już.

Uczucia

Jeśli jeszcze się tlą, rozwód będzie prawdziwym piekłem, pewnym niespodziewanych wybuchów emocji, o których myślałaś, że już dawno ich w tobie nie ma.

Lepiej, żeby ich nie było. Obojętność to o wiele lepszy, rozsądniejszy doradca niż choćby resztki miłości. Miłość i rozstanie to żal, który popycha nas do powiedzenia zawsze „o jedno zdanie za dużo”. Miłość podjudza zazdrość, gdy on zaczyna układać sobie życie na nowo, ale dla ciebie wstępu do tego życia już nie ma. Nie potrafisz zrozumieć, że można tak się od kogoś odciąć, że przestałaś być twoim światem, że można nad tym rozwodem tak po prosu przejść do porządku dziennego. Nagle rozpaczliwie próbujesz go zatrzymać, tracisz resztki godności. Gdyby był ci obojętny, byłoby o niebo łatwiej.

Nienawiść do byłego partnera działa podobnie jak miłość. Nagle uświadamiasz sobie, jak wielką krzywdę ci wyrządził (nawet jeśli winę za rozpad małżeństwa można by sprawiedliwie podzielić na pół) i ogarnia cię jakaś przedziwna chęć zemsty. Choć z natury taka nie jesteś, odkrywasz nagle, że wobec niego, to właściwie jesteś zdolna to najgorszego.

A może wina rzeczywiście leży po jego stronie i ty nie możesz znieść świadomości, że „jedynie” się rozstaniecie, że on nie poniesie już żadnej innej odpowiedzialności za tę krzywdę, którą ci wyrządził? Jesteś bezradna, bezsilna, zmęczona emocjonalnie do granic wytrzymałości, ale wiesz jedno – nie odpuścisz, nie wybaczysz. Nie chcesz, by tak po prostu odszedł. Rozwód to dla ciebie za mało. I to pragnienie katy dla niego niszczy cię od środka równie mocno niż niszczył cię wasz związek. Sama sprawiasz, że nie możesz się od niego uwolnić.

Dzieci

Stoją teraz pośrodku. Choć umawialiście, że są najważniejsze, że mają ucierpieć na tym rozwodzie jak najmniej, to właśnie one stają się cichymi ofiarami waszej wojny. Najgorsze, co można zrobić, to potraktować je jak „kartę przetargową”. Manipulować, przekupywać, mówić wprost tak bardzo źle o drugim rodzicu, a swoim byłym partnerze. „Zdenerwowałem się na ciebie, bo rozmawiałem dziś z mamusią i ona wyprowadziła mnie z równowagi, to jej wina”. „Zobacz, tatuś znalazł sobie nową rodzinę, nowe dziecko, już nas nie chce”. To, co wmawiamy naszym dzieciom podczas rozwodu dezorientuje je, sprawia, że tracą poczucie bezpieczeństwa, są rozdarte między miłością a poczuciem lojalności. Boją się mówić, co naprawdę czują i myślą. W głębi serca chciałyby, żeby wszystko wróciło do normy, bez tych kłótni, niespodziewanych prezentów, którymi próbuje przekupić je teraz tatuś, który wcześniej był w ich życiu prawie nieobecny. Bez obrazu płaczącej co chwila mamy, która jest bezradna wobec swoich emocji i zapomina, że ma je pod opieką.

Rodzina

Jego rodzice zawsze staną po jego stronie. Nie łudź się, że uśmiechy i zapewnienia, że cię rozumieją, że masz ich wsparcie, cokolwiek oznaczają. Oznaczają tylko tyle, że jest im głupio powiedzieć ci to wprost: tak naprawdę kochają tylko swojego syna.  W sądzie zeznają na jego korzyść. Będziesz zdziwiona, kiedy okaże się, że zawsze uważali, że jako żona popełniałaś mnóstwo błędów. I że mogłabyś się lepiej postarać, by go uszczęśliwić, by uratować to małżeństwo. Matką też mogłabyś być lepszą. W każdym razie, nie spodziewaj się, że pomogą ci w tym, by sprawy toczyły się z korzyścią dla ciebie. To dla niego zrobią „wszystko”, to jego będą żałować. Kontakt z dziećmi raz na dwa tygodnie, mimo, że znęcął się nad nimi psychicznie, to stanowczo za mało, on będzie cierpiał, pamiętaj.

Rozwód to przeżycie dla ludzi o mocnych nerwach. Na końcu tej drogi nie ma wcale poczucia spokoju, nie pojawia się ono automatycznie. Sama musisz je sobie wypracować.


„Proszę pani, co ja mam zrobić, żeby on był ze mną szczęśliwy?”. W związku zadbaj również o siebie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 lipca 2018
Fot. iStock / CoffeeAndMilk

Siedziała cicho, przygaszona sącząc smutno swoje latte. Nawet nie skubnęła herbatnika, który młody chłopak z obsługi ułożył starannie obok wysokiej szklanki z kawą. Gdyby tylko mogła zauważyć jak on na nią patrzy! Łzy płynęły jedna za drugą, mocząc obficie biały spodeczek. Zamknęłam komputer, wzięłam głęboki oddech. „Przepraszam – powiedziałam – czy mogę pani jakoś pomóc?”. Podniosła na mnie zapłakane oczy. Była piękna, delikatna i piekielnie smutna. „Bo ja nie wiem – wyszeptała – ja nie wiem, co ja mam jeszcze zrobić, żeby on był ze mną szczęśliwy”.

Usiadłam obok i wysłuchałam opowieści. Dość klasycznej. O tym, jak dziewczyna poznała chłopaka, jak doskonale się rozumieli, jak on się o nią starał. Jak się zakochali. A kiedy ona zaczęła w głowie snuć plany na przyszłość i poświęcać wszystko dla tego związku, on się zaczął oddalać. Więc ona starała się jeszcze bardziej. Odgadnąć jego marzenia, zaspokoić pragnienia. Pokazać mu, że on chce z nią być.

„Co ja robię, źle proszę pani? – pytała mnie raz po raz. – Jak mam go uszczęśliwić, żeby ze mną został, żeby zrozumiał, jak bardzo go kocham?”.

Cóż, nie mam dużego doświadczenia w takich sprawach. Moje życie miłosne przypomina bardziej spontaniczną wędrówkę przez amazońską puszczę niż zorganizowaną wycieczkę w znajomym kierunku.

Z boku jednak lepiej widać nasze błędy o wiele lepiej i radzić komuś jest łatwiej niż pomóc samemu sobie. I nagle człowiek czuje się zaskakująco mądry i może nawet w domu przemyśleć sobie swoje związki jeszcze raz. I może nawet zastosuje się do swoich wskazówek?

Dziewczyna z kawiarni była bardzo zakochana, a jednocześnie bardzo niepewna siebie. Zawsze zadziwia mnie ta niepewność siebie u pięknych, mądrych i zdolnych kobiet. Jak to możliwe, że one nie wierzą w swoją wartość, podczas gdy byle jaki, beznadziejny facet zazwyczaj uważa się za ósmy cud świata, ba, nawet jest w stanie przekonać niejedną naiwną, że on tym cudem jest?

„Problem w tym – powiedziałam – że on wie, jak bardzo pani go kocha.” Spojrzała na mnie zdziwiona, że potwierdziłam coś, co ona już wcześniej intuicyjnie wyczuła. Lepiej, żeby nie wiedział jak bardzo. Mężczyźni wolą zołzy, w 90 przypadkach na 100. Dlaczego tak jest? Nie wiem. Ale jeśli się tak mocno starasz, chcesz być dla niego w każdym momencie, w każdej chwili, usiłujesz mu pokazać swoją miłość na każdym kroku i odbierasz od niego wszystkie telefony, prędzej czy później przegrasz. Nie lubię tego spostrzeżenia. Nie lubię udawania i gier. Ale ta reguła sprawdza się w większości związków, które obserwuje. I w tych, w których sama byłam.

Rozmawiałyśmy o tym jeszcze dobrą godzinę. I o tym, że zakochane, zbyt łatwo rezygnujemy z siebie, godząc się na o wiele mniej, niż powinnyśmy dostać. Że wchodząc w relację z mężczyzną, mamy gdzieś w głowach wdrukowane poczucie, że musimy sprawić, że on będzie szczęśliwy, ale o swoje szczęście dbamy o wiele mniej. I on z czasem uważa, że to nasze szczęście jest mniej ważne.

Kiedy mówiłyśmy sobie „do zobaczenia”, była zdecydowana ograniczyć kontakt ze swoim ukochanym. Nie wiem jednak, czy bardziej kierowała nią chęć pokazania mu, ile ma do stracenia, czy walki o siebie samą w każdym następnym związku.

Miesiąc później usiadłam z komputerem w tej samej kawiarni. Moja nowo poznana znajoma zjawiła się nagle tuż obok, uśmiechnięta, ale czy szczęśliwa? Jeszcze tego nie wiem. „Uczę się” – powiedziała tylko – uczę się być ważna”.

Minęli się. Ona zrozumiała, że związek nie może być jednostronny,  on zrozumiał, jak wiele miał i próbuje ją odzyskać.

Czy będą kiedyś znów razem? Póki jej starania o siebie samą i o własny komfort nie staną się nawykiem, może się to skończyć katastrofą.

Bo jej niepewność wtłoczy ją za chwilę w te same mechanizmy „uszczęśliwiania” swojego partnera za wszelką cenę. Jeśli zaś zrozumie, że w kochaniu i prawie do szczęścia jest tak samo ważna, dobra miłość zjawi się sama.