„W życiu boję się szarości. Ludzi którzy nie mają żadnej pasji. Nie podejmują próby jej znalezienia”. Rozmowa z Karoliną Hamer

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 listopada 2015
Fot. Archiwum prywatne / Karolina Hamer Facebook
Fot. Archiwum prywatne / Karolina Hamer Facebook

Wierzy w energię. „Tyle ile daję, tyle dostaję”, mówi. To, gdzie dzisiaj jest zawdzięcza ludziom spotkanym w swoim życiu. „Dali mi tyle wsparcia i bezwarunkowej akceptacji, że czerpię z tego do dzisiaj. To jest prawdziwa moc”.

Kocha ludzi. Ma poczucie misji. Swoją energią mogłaby obdarzyć wielu. Mówi, że siłę i inspirację czerpie od innych kobiet. – Niczego nie udaję. Moje życie to upadki i wzloty. Z każdej sytuacji wyciągam jednak to, co dobre dla mnie, co prowadzi do mojego rozwoju. O tym chcę mówić innym. Że nie warto się poddawać. Że warto iść swoją drogą. Jeśli masz w głowie cel i scenariusz na jego realizację, to działaj wbrew wszystkiemu – mówi Karolina Hamer, szesnastokrotna medalistka Mistrzostw Świata i Europy w pływaniu, paraolimpijka.

Na głęboką wodę

Rodzice chcieli, by została księgową lub tłumaczem angielskiego. – Tata nauczył mnie pływać, kiedy miałam cztery lata. Mama od zawsze powtarzała: „Pływaj tylko tam, gdzie masz grunt”, po sekundzie, byłam już, na głębokim. Dzisiaj wiem, że pływanie to była dla mnie wolność. Miejsce, gdzie miałam spokój, gdzie nikt nic ode mnie nie chciał. Wychodziłam, jak byłam sina z zimna – opowiada Karolina. Pierwsze siedem lat jej życia, to nieustanna rehabilitacja. – Nie zdawałam sobie sprawy, w co jestem wtłoczona. Mama całkowicie poświęcił się mojemu usprawnieniu. Mówiono, że nigdy nie będę chodzić. A ja miałam konkretny cel: Nigdy nie usiąść na wózku. – Rodzice mnie usprawnili, potem walczyłam o swoją odrębność i podążanie własną drogą. Wiedziałam, że to co chcę robić, to pływać.

Karolina nie lubi mówić o swojej niepełnosprawności. Urodziła się z niedowładem nóg. – Ja po prostu chodzę trochę wolniej niż inni. A że zawsze się wszędzie spóźniam, to moje nogi są doskonałym usprawiedliwieniem. Jeszcze w życiu do głowy mi nie przyszło, żeby być gdzieś wcześniej – śmieje się. – Uważam, że niepełnosprawność tkwi w głowie. Nieszukanie celu i pasji w życiu to prawdziwa ułomność. Ktoś marzy o byciu dziennikarzem, a zostaje księgową. Nie realizuje swojego planu na życie tylko cudzy.

Jedna wielka impreza

– Miałam wielkie szczęście – mówi. – Wierzę w energię, którą dostajemy od ludzi. W to, że jeśli dajesz, to też odbierasz. A ja spotkałam fantastycznych ludzi. Karolina chodziła do państwowej podstawówki. – To była jedna wielka zabawa. Nigdy nie dotknął mnie brak tolerancji. Wręcz przeciwnie. Kiedy w czwartej klasie wychowawczyni powiedziała: „Karolina jedziemy w góry, ty nie jedziesz”, moja klasa powiedziała: „Jeśli Karolina nie może, my też nie jedziemy”. I pojechałam.

– Myślę, że gdy na tym wczesnym etapie dostajesz tak niewiarygodną akceptację, to potem już niewiele jest w stanie cię złamać. Robiłam wszystko to, co moi rówieśnicy. Ja wiem, że to brzmi jak bajka, Ale tak naprawdę było. Chodziłam na koncerty, na imprezy. Kiedy trzeba było nieść mi plecak, koledzy nieśli. Zadzwonić z prośbą o miejsce siedzące na koncercie – żaden problem. I tak naprawdę dzisiaj, z perspektywy czasu widzę, jakie to było niesamowite. A jednocześnie w moim postrzeganiu świata całkowicie normalne.

Fot. Archiwum prywatne/ Karolina Hamer / Facebook

Fot. Archiwum prywatne/ Karolina Hamer / Facebook

Poczucie misji

Poważne pływanie zaczęła w wieku 17 lat. Pierwsze sukcesy przyszły bardzo szybko. Dziś ma 16 medali mistrzostw świata i Europy. Na swoje pierwsze Igrzyska pojechała w 2004 roku. O sobie mówi, że jedną nogą jest sportowcem, a drugą społecznikiem. – Rodzice zaszczepili we mnie gen walki, wyssałam go z mlekiem matki. Mam też charakter pokojowego rewolucjonisty. Wychowałam się na muzyce Kasi Nosowskiej i za nią powtarzam, że jeśli się już wypowiadać, to po coś. Zawsze występuję w mediach w jakieś roli. Igrzyska w Londynie uświadomiły mi, że paraolimpijczycy mogą być tak „ widoczni” jak sportowcy sprawni. Postanowiłam zawalczyć o transmisję Igrzysk Paraolimpijskich w Telewizji Polskiej aby udowodnić naszą atrakcyjność i zjednoczyć Polskę w kibicowaniu.

Niektórzy dziennikarze przypisują jej łatkę skandalistki. – Kiedy po Igrzyskach w Londynie okazało się, że nie otrzymam stypendium sportowego rozpoczęłam akcję: „Karolina Hamer sponsoring”. Szukałam sponsorów, którzy umożliwią mi dalsze trenowanie. Ma poczucie misji. – Mam radochę, kiedy mogę przechytrzyć system. Kiedy osiem na dziesięć osób mówi mi, że czegoś się nie da zrobić, to znaczy, że się da, tylko trzeba się do tego lepiej przygotować. Obok planu A mieć też plan E. A ja chcę pokazać, że niepełnosprawny zawodnik może być partnerem marketingowym dla sponsorów. Siła polskiego paraolimpizmu tkwi w paraolimpijczyku. I to on musi być świadomy swojej wartości

Mówi o sobie: – Jestem raczej nieułożona. Ale zobacz, im dłużej się ze mną rozmawia, tym mniej tego skandalu, a raczej więcej pewności siebie. Może nie powinnam tego mówić, ale jest mi bardzo miło, kiedy gdzieś słyszę: „Głośno o paraolimpijczykach zaczęło się mówić od Karoliny Hamer”.

Arch. prywatne Karoliny Hamer

Arch. prywatne Karoliny Hamer

Woman power

Ponad wszystko ceni wolność. – Jeśli spytasz mnie: „Wolność czy miłość”, to odpowiem wolność. Ale nie wiem, czy za dziesięć lat nie zmienię zdania. To kobiety stanowią o jej sile, wytrzymałości. – Mam grono „sióstr” , na które zawsze mogę liczyć. To dziewczyny, z którymi znamy się od ponad siedemnastu lat. Każda w swojej dziedzinie sięga po mistrzostwo. To w kobietach tkwi wielka siła.

Karolina pomimo energii którą emanuje i uśmiechu, który jej właściwie nie opuszcza mówi, że nie wierzy w amerykański „keep smiling”. – Nikt nie może być szczęśliwy i radosny przez 365 dni w roku. Ja też mam swoje wtorki czy czwartki, kiedy oglądam Almodovara, beczę w poduszkę i dzwonię do bliskich mi kobiet. One w momentach kryzysowych dają mi zrozumienie i akceptację. To taki bandaż na serce.

Karolina milknie, gdy pytam o mężczyzn. Szuka słów. – Zdarzali mi się faceci, którzy czekali, aż ja się nimi zaopiekuję. A to nie dla mnie. Czy się boję? Mam 34 lata i oczy szeroko otwarte.

Opowiada, że skończenie 30. lat było trochę, jak przejście pewnej granicy. – To taki moment pogodzenia się ze sobą. Stałam się bardziej świadoma siebie. Kiedy wiem, że przychodzi gorszy czas, to on dzieje się po coś. Jestem uważna. Dbam o swój rozwój. Dużo czytam, analizuję, próbuję siebie zrozumieć. Chcę moje życie przeżyć naprawdę. A jeszcze dużo przede mną do zrobienia do przemyślenia, do przeanalizowania.

Karolina spotyka się na warsztatach motywacyjnych z różnymi kobietami. – Nie, nie jestem żadnym mentorem. Jestem Karoliną Hamer, która przeszła wiele wzlotów i upadków, z których się jednak podnosiła. Rozmawiamy i okazuje się, że udziałem każdej kobiety jest podobna historia, osadzona w innych realiach – czy to matki, żony, czy pracownika. Moja historia jest autentyczna pokazuje, że jeśli tylko chcemy można naprawdę wiele. I że za każdą zmianą, choćby nie wiem, jak źle nie wyglądała na początku, jest coś dobrego. Że warto podążać za marzeniami i pragnieniami. Że drzemie w NAS wielka siła.

10351910_874508545904832_6350771491729559190_n

Fot. Archiwum prywatne/ Karolina Hamer / Facebook

Hamer  kobieta

W ostatnim czasie zaczęła dostrzegać w sobie kobietę. – Natalia Przybysz śpiewa: „Jak to się stało, że zapomniała o swoich piersiach. To o mnie. Zdałam sobie z tego sprawę, dlatego teraz staję przed lustrem i mówię: „Karolina, świetna z ciebie babka”. Przypomniałam sobie ostatnio, jak bardzo lubię chodzić do kina. I teraz między treningami idę często na jakiś film. Wiem, że ja też jestem ważna. Jako kobieta. Dlatego daję sobie wiele mniejszych i większych przyjemności. Na przykład wysypiam się. Pierwszy trening mam na dziesiątą, więc nie wstaję przed ósmą. Dużo czytam, kupuję sobie kremy, dbam o skórę, cerę. Spotykam się z ludźmi, ale nie na chwilę. Zawsze na ciut dłużej. Kocham podróże. Kiedyś będę mieszkać w Rio de Janeiro. Tam jest moja energia. Tam też zaczęły się moje pierwsze sukcesy na mistrzostwach świata – śmieje się.

Karolina Hamer lat 70. Co widzisz? – Widzę kobietę w podeszłym wieku (śmiech). Dojrzałą, tak dojrzałą kobietę, która uśmiecha się do siebie i mówi: „Kurde miałam fajne życie…”. A teraz, zaraz skończę 35 lat i muszę zasuwać, żeby takie było – śmieje się.

Rozmawiałam z Karoliną. Myślałam, jak pokierować rozmową, by nie skupiać się na niepełnosprawności. Niepełnosprawności w naszej rozmowie w ogóle nie było. Spotkałam kobietę, która inspiruje, zaraża miłością do życia i do drugiego człowieka. –Tam, gdzie nie znajduję zrozumienia, nie zatrzymuję się. Szkoda energii. Lepiej dawać ją tam, gdzie wiesz, że wróci do ciebie. Wierzę w to całym sercem.


Niezbędnik biegacza, czyli o czym zapomnieć nie można wychodząc biegać

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
10 listopada 2015
O czym zapomnieć nie można wychodząc biegać
Fot. iStock / wojciech_gajda

No tak. Listopad. Może nawet buty z szafy wyciągnęłam do biegania. Może nawet jadąc autem spojrzałam w stronę parku, gdzie można by było potruchtać. Ale to przecież listopad. W listopadzie robi się nic.

To teraz wyobraź sobie, że właśnie w listopadzie włożyłaś te buty i wyszłaś pobiegać. Widzisz siebie w tym parku? Choć liści już niemal nie ma. Szaro i buro, to ty jednak ruszyłaś z domu. Dumna? Zadowolona? Pielęgnuj w sobie te emocje. I powolutku, co by ich nie wystraszyć zakładaj buty.

Ale żeby było przyjemnie i miło i bez niespodzianek nie zapomnij o tym, o czym każdy biegacz zwłaszcza tak jak ty i ja najbardziej amatorski z amatorskich pamiętać powinien. Co koniecznie musisz zabrać ze sobą, gdy wychodzisz biegać?

Chusteczki     

To jest rzecz, bez której nie ruszaj się w ogóle z domu. I nie ma tu żadnej przesady. Mówię zupełnie poważnie. Paczka chusteczek w kieszeń (a o kieszeniach w biegowych ciuchach już pisałam) lub chociaż w rękę. Chusteczki, bo deszcz pada i jest czym wytrzeć mokrą twarz. Choć nie ta przydatność wysuwa się na pierwsze miejsce. Ruch to poruszenie naszego metabolizmu. Nasze jelita zaczynają pracować (stąd też efekt chudnięcia i poczucie lekkości) i bywa, że podczas biegu trzeba zejść na boczek. Tam, gdzie nawet król chodzi na pieszo. Lepiej tak niż ze ściśniętymi pośladkami wracać szybko do domu. Życie po prostu. Dla mnie chusteczki są niezbędne z jeszcze jednego powodu. Kiedy na dworze chłodniej, to mój nos ogrzany przez ruch przechodzi odwilż, a nie chcę biegać zasmarkana po brodę. Także w buty do biegania warto włożyć sobie chusteczki, by o nich nie zapominać.

Fot. Pixabay/Unsplash / CCO

Fot. Pixabay/Unsplash / CCO

Cukier

Tak, tak wiem. Biegam, żeby schudnąć, więc jaki cukier? Ale to też zupełnie poważnie ważna rzecz. Niby znamy nasz organizm, wiemy na co go stać. Jednak nawet mnie potrafi zaskoczyć. Wszystko zależy od dyspozycji dnia. Biegasz trzeci dzień, wszystko jest super, a właśnie za tym trzecim razem coś źle się czujesz. Opadasz z sił, nie chce ci się nawet nogi przesunąć. Znam to. Zdarza mi się czasami, zwłaszcza gdy szybko rano wyjdę pobiegać. Niedobudzona. I zawroty głowy gotowe. Dlatego naprawdę warto mieć przy sobie coś słodkiego. Nawet landrynkę. Albo przed wyjściem z domu wypić coś słodkiego lub zjeść łyżeczkę miodu. Spokojnie. Spalicie wszystko błyskawicznie.

Towarzystwo

Przecież wiadomo, że kochając tempo konwersacyjne trzeba do tej konwersacji mieć towarzystwo. Często słyszę: „O nie, ja to bym nigdy nie mogła z nikim biegać”, to znaczy, że nigdy nie biegałaś w tempie, który jest najlepszy do rozmowy. A pamiętaj, że dla biegacza amatora takie właśnie biegnie to przyjemność. Oczywiście nie umawiaj się z kimś przypadkowym. Jeśli bieganie ma być przyjemnością, to i towarzystwo musi być odpowiednie. Poza tym kto razem z tobą będzie ciężko sapał i śmiał się z czerwonych wypieków na twarzy, a na drugi dzień zadzwoni i powie: „Kurde, dzięki. Było super. To kiedy znowu idziemy?”. Nic tak nie motywuje do wyjścia z domu jak biegowy partner. Możesz na każdy trening umawiać się z kimś innymi. W poniedziałek z Jolką, środę z Edytą, a w piątek czy sobotę z Gośką. Zobacz ile towarzyskich zaległości nadrobisz. Jeden dzień możesz zostawić sobie na samotne bieganie. Wiem, co mówię. Ile razy było tak, że myślałam: „Pierdzielę nie idę, nie chce mi się, zimno, brzydko, ciemno”. Ale zaraz myślałam o kumpeli, która czeka w umówionym miejscu… A jak się spotykałyśmy ona mówiła: „Jak mi się nie chciało, gdybym nie wiedziała, że czekasz. nigdy w życiu bym nie wyszła z domu”. Widzisz, to działa w dwie strony.

Fot. Pixabay/StockSnap / CCO

Fot. Pixabay/StockSnap / CCO

Czas

I nie chodzi o to, żeby zabierać ze sobą zegarki, tempo metry i inne gadżety. Nie. Wychodząc biegać, zapakuj w kieszenie czas. Nie wychodź, gdy w głowie masz milion wymówek. Realnych wymówek takich których nie da się obalić. Hmmm tylko jakie to są? Ale to pytanie na marginesie, każdy musi sam sobie odpowiedzieć. No więc wyjdź wtedy kiedy masz komfort, że kolejne pół godziny biegania i jeszcze piętnaście minut po powrocie do domu przeznaczone na rozciąganie i kąpiel to czas dla ciebie. Nie ze musisz się spieszyć bo zaraz teściowa wpadnie na kawę, albo trzeba być 8 minut szybciej bo syna zawieźć na zajęcia. Ja kiedyś planowałam: „Jutro 8:00 rano, pojutrze 20:20”. Nie da się. Teraz wychodzę, jak czuję że to dobry czas. Po południowej kawie, czasami tak po prostu. Siadam i gdy myślę: „Właściwie to nic nie mam do zrobienia”, ubieram buty biorę psa i idziemy na nasze pola się wylatać. Do biegania potrzeby jest czas. To fakt. Plus taki, że to ty decydujesz kiedy jest on najlepszy.

To jak? Pada? Może przestanie. A może warto wyjść na pół godziny nawet w deszczu. W parku między drzewami pada mniej. Widzisz siebie biegającą? Dumę? Tak? I z tym obrazem cię zostawiam, przekuj go w rzeczywistość.


Siedzę w domu, bo nie stać mnie na nianię

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
9 listopada 2015
Fot. iStock / AleksandarNakic
Fot. iStock / AleksandarNakic

Nie jest łatwo być w dzisiejszych czasach matką – żadna to prawda objawiona, raczej samo życie, które nie oszczędza matek dozując trudne wybory. I wcale się temu nie dziwię. W dodatku im mniejsze dziecko, tym większe jego potrzeby i wymagania, podobnie jak dylematy kobiet. Zewsząd uderzają w nas oczekiwania społeczeństwa. Pracodawcy wymagają od matek-pracownic pełnej dyspozycyjności i najwyższych obrotów, a dla odmiany dzieci chciałyby mieć nas tylko dla siebie. Ty pewnie chciałabyś temu jak najlepiej podołać, ale nie zawsze się da. A presja społeczna wciąż rośnie.

– No co ty, nie idziesz jeszcze do pracy?

To pytanie wraca jak bumerang do tych z kobiet, które będąc na macierzyńskim, zajmowały się dziećmi i domem przez pierwszy rok życia dziecka. Ok, czas leci, dzieci rosną, ale wraz z nadejściem konieczności powrotu do pracy, pojawiają się kolejne problemy. Są matki, które czekają na pracę jak na wybawienie od domowego kieratu, ale nie mają możliwości ruszyć się z domu bez malucha. Są i kobiety, które dobrze odnajdują się w roli matki, i chętnie zostaną na wychowawczym. Inna sprawa, jak taka matka ma bez żalu zostawić rocznego szkraba, który żyć bez niej nie może? A tu nagle drzwi się zamykają i mamy nie ma przez przysłowiowe 8 godzin. Żeby tylko!

Pół biedy, jak ma wybór, i podejmuje go świadomie. Gorzej, gdy matki zostają z dziećmi mimo chęci zawodowego rozwoju i powrotu do świata żywych.

Ale matka, która nawet musi iść do pracy i ma z kim zostawić dziecko, i tak jest na lepszej pozycji, niż ta, która chce lub musi wrócić do zawodowej aktywności, a okazuje się że nie ma jak…

Bo brakuje państwowych żłobków, przedszkoli, a te prywatne każą sobie płacić niemałe pieniądze za zaopiekowanie się dzieckiem. Jeśli nawet stać cię na opiekę podobnych instytucji, musisz liczyć się z przepełnieniem  i brakiem miejsc – teraz wyż demograficzny z lat `80 ląduje na porodówkach. Jest też opcja luksusowa – niania, jeśli na podorędziu nie ma dziadków, którzy mogą i chcą opiekować się malcem. Decyzja nie jest łatwa i oczywista, tu rządzą pieniądze, które często rozjeżdżają się między oczekiwaniami niań a zasobnością portfela rodziców.

Moja znajoma zapytana dlaczego nadal jest ze swoim dwulatkiem w domu, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością – Siedzę z dzieckiem w domu, bo nie stać mnie na nianię. Na przedszkole Oskar jest zbyt mały, a żłobków w mojej mieścinie nie ma. Nie jestem celebrytką i nie wezmę dzieciaka do pracy. Nie opłaca mi się pracować, bo zamiast robić na dom, będę zarabiała na nianię. Naprawdę nie stać mnie na marnowanie w ten sposób czasu – Spojrzałam na nią ze zdziwieniem, ale nie sposób odmówić tu racji i logicznego myślenia.

Wiecie ile wynosi najniższa krajowa? A ile z niej oddacie niani na pełen etat?

Te z pracujących matek, które mają wyższe zarobki, może i bez żalu zapłacą ten tysiąc (żeby tylko) niani. Bo płacą nie tylko za czujne oko opiekunki, ale i serdeczność, troskę oraz pełne zaopiekowanie malucha. Tylko, że wtedy zwyczajnie musi opłacać się pracować. Są i takie matki, które dostają minimalną krajową, te nędzne 1286,16 zł netto. No i powiedzcie mi, jak one mają zatrudnić nianię, skoro życzą sobie one w zależności od wielkości miasta, najmniej 7 zł/h?

Policzyłam w takim przypadku, tak jak kobieta miałaby pracować na pełen etat z dojazdami (są i takie przypadki), dziecko przez 10 h dziennie (mąż też pracuje), przez 5 dni w tygodniu. Pomnożyć to przez 4 tygodnie i proszę, oto mamy słodkie 1400 zł miesięcznie dla pełnoetatowej niani. Opłaca się? Otóż nie, i nie trzeba być genialnym matematykiem, aby dojść do takiego wniosku. Ja się nie dziwię więc tym matkom, które musiałyby albo wydać na opiekę całą pensję, albo zabierać dziecko do pracy na plecach, bo innych perspektyw brak. Niczemu już się nie zdziwię, nie zamierzam też zadawać pytań w stylu “a ty to zamierzasz wracać do pracy?”.  

Nie wiem ile z was stawało przed podobnymi dylematami. Trudno przerzucać się filozofią czy warto lub nie wysilać się w pracy, jeśli jest problem z opieką nad malcem, a nad wysokością pensji nawet kot nie chce już zapłakać. A jak jeszcze drogie mamy dorzucicie do puli niedogodności fakt, że dzieci chorują, a pracodawcy nie cieszą się, gdy mamusia po raz enty kładzie na stół zwolnienie na malca, tym mniej należy się dziwić wyborom innych matek.


Zobacz także

Fot. Pexels/ musicFactory lehmannsound / CCO

Hej kobiety, nie dajmy prawa innym decydowania o naszym życiu! Nie pozwólmy, by decydowano o życiu naszych córek!

zapach

Każda z nas ma ulubiony zapach, który poprawia nastrój. Jaki jest twój?

Fot. Screen z Youtube  Thames Valley Police

Seks bez zgody jest gwałtem. To proste jak picie herbaty! Genialna kampania brytyjskiej policji