W domu nie mówiliśmy po polsku, czyli rzeczywistość polskiej emigracji lat 80-tych. Polecamy książkę „My, superimigranci”

Oh!Books
Oh!Books
4 grudnia 2018
Mat, prasowe/Emilia Smechowski
 

Pamiętam, jak w latach 80-tych, gdy wracałam ze szkoły w grudniu, przed Świętami, w domu pachniało tak, że już od drzwi było wiadomo, że właśnie przyszła paczka. Paczka z Niemiec, od znajomych, którym udało się uciec i tam zamieszkać. Przysyłał je przyjaciel mojego taty. Były czekolady, żelki, proszek do prania, hermetycznie pakowane wędliny, zestaw 50 mazaków. To zawsze było prawdziwe święto, dotknięcie tamtego, innego świata.

Emilia Smechowski takich paczek nie dostawała, jej rodzice w 1988 roku postanowili wyjechać, by zapewnić sobie i swoim dzieciom lepsze życie. Emilia mając pięć lat trafiła z rodziną do obozu dla uchodźców. Bała się, bo choć była z najbliższymi z zewsząd otaczali ją obcy ludzie, którzy podobnie jak jej rodzice marzyli o tym, żeby wyrwać się z Polski. Tak zaczęła się zmiana. W domu Emilii przestano mówić po polsku, jej rodzice mieli poczucie, że muszą zasłużyć na daną im w nowym kraju szansę. Zmienili imiona, nazwiska, by brzmiały bardziej po niemiecku. Wiele lat później mama Emilii powiedziała jej, że robiła to wszystko, bo strasznie się bała.

„Bardziej czułam się Niemką niż Polką” wspomina Emilia. Nie dotykały jej żarty na temat Polaków, jej tata oglądał program, w którym się z nas wyśmiewano i sam zaśmiewał się do łez. Nastąpiło całkowite wyparcie. Mama Emilii, gdy przyjmowali gości, podawała pomidory z mozzarellą, zamiast polskich pierogów. Nie mówiono o uczuciach, nie mówiono o tęsknocie, nastąpił tryb „przestawienie i zasymilowanie”.

Byliśmy „niewidzialni”, pisze w swojej książce „My, superimigranci” Emilia Smechowski, opisując swoją własną, a tym samym wielu innych, historię imigracji. Przywołuje wspomnienia, pisze o koleżankach z klasy, które były Polkami, ale nigdy ze sobą nie rozmawiały o pochodzeniu, udawały, że temat nie istnieje.

Kiedy po latach Emilia zapisała się na kurs nauki języka polskiego, odkryła, że ojczystego języka uczą się z nią jej rówieśnicy, tacy jak ona, którzy z rodzicami wyjechali jako dzieci, a dziś nadal poszukują swojej tożsamości, przynależności. Emilia nie lubi pytania o to, kim jest – Polką czy Niemką. Dzisiaj mieszka ze swoją rodziną w Gdańsku, córka jest dwujęzyczna, mąż – Niemiec, uczy się języka polskiego. Jej rodzice nie chcą wrócić do Polski.

„My, superimigranci” to opis rzeczywistości, tych, których rodzice, ponad 30 lat temu, postanowili wyjechać z kraju, spróbować żyć lepiej, którzy nie chcieli czekać na zmiany, które wtedy nie następowały, podczas gdy za zakrętem, świat nabierał rozpędu. Każdy, kto zetknął się z polską emigracją, odnajdzie w tej książce znajome twarze, historie, emocje.

Polecamy!


Brzuch Matki Boskiej – cztery pokolenia kobiet na życiowym szlaku

Oh!Books
Oh!Books
3 października 2018
Fot. Materiały prasowe

Trzy siostry, Kazia, Wacia i Ziuta dorastały w jednym domu, a każda z nich inna, tak już od dzieciństwa. Jedna łagodna, zgadzała się na wszystko, druga schowana w swoim wewnętrznym świecie, trzecia harda i nieposłuszna.

Tylko jedna z nich, Kazia, urodziła dziecko. Dziewczynkę – Gabrysię.

Jak można było ją wychować? Według wyuczonych schematów: mężczyzna jest potrzebny, ale nie niezbędny. Zwykle są z nim jakieś kłopoty: pije, bije, odchodzi albo znienacka umiera. Nie płacze się po nim zbyt długo. Gabrysia też nie płakała.

Za to urodziła następną dziewczynkę: Martę.

To Marta staje się narratorką całej historii, zadaje pytania, naprowadza na interesujące wątki. Dzięki niej ciągłości nabiera cała historia trzech pokoleń kobiet.

Wyrwane z przeszłości anegdoty, opowieści o codziennych sprawach i o tych najważniejszych: miłości, wierze, śmierci. Czuła, choć miejscami szorstka opowieść o czterech pokoleniach kobiet, które umieją kochać tylko siebie nawzajem.

„Brzuch Matki Boskiej” to książka w dużej mierze biograficzna. Cztery pokolenia kobiet na życiowym szlaku od poleskiej wsi Gęś po rybacką Ustkę. Szlaku krętym, wyboistym, brukowanym tęsknotami za lepszym życiem – na wskroś kobiecymi i brzemiennymi w skutki niczym okrągły jak jabłko brzuch Matki Boskiej.

Fot. Materiały prasowe

BRZUCH MATKI BOSKIEJ
MARTA HANDSCHKE

Premiera: 10 października 2018

Spisałam tych kilka rodzinnych opowieści, jakich wiele na świecie, zanim głębokie czeluści niepamięci pochłoną moje szare komórki. Pisałam je kilka lat. Jeździłam do Ustki w weekendy i nagrywałam na prymitywny dyktafon losy wszystkich moich kobiet. Zaczynałam od cioci Ziuty, której własna przeszłość, mieszała się już w głowie. Czasem, gdy z Afryki przyjeżdżała babcia Kazia, jej losy również starałam się uwiecznić, choć nie było to łatwe, bo babcia do wylewnych osób nie należy. W międzyczasie ja sama przypominałam sobie mnóstwo historii, które słyszałam w dzieciństwie i których absurdalność oraz dramatyzm wprawiał mnie w niepokój. Dręczyła mnie niesprawiedliwość wydarzeń i chciałam wyjawić to, co los sprytnie ukrył. Niektóre imiona osób występujących w tych opowieściach zmieniłam na ich własną prośbę, część wątków jest zmyślonych (jeśli mam być precyzyjna, to może 20 %)

Powstała opowieść o trudnych losach kobiet w mojej rodzinie, dręczących i skrywanych latami wydarzeniach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie nawykach i przekonań. „Brzuch Matki Boskiej” to również opowieść o wykluczeniu mężczyzn, którzy zdradzali lub szybko odchodzili. Nie można też nie wspomnieć o wzajemnej miłości między kobietami, konfliktach, starzeniu się, nudzie oraz powtarzalności.

Pomysł na książkę wziął się jednak z mojej fascynacji jedną z głównych bohaterek, której zachwyt nad zjawiskami świata i mądrość o człowieku zawsze były dla mnie niezwykłym doświadczeniem rzeczywistości. Rozmawiając jednak z innymi kobietami, jej idealny obraz zanikał, a pojawiała się sieć skomplikowanych relacji pełnych pretensji i wzajemnych nieporozumień.

Dla mnie ta książka to rozprawienie się trochę z przeszłością. Próba określenia swojej tożsamości, nieudana jednak z powodu bezustannej zmienności zjawisk. Jedno jest pewne, spisanie tych historii przyniosło mi pewnego rodzaju ulgę. 

Marta Handschke

Fot. Materiały prasowe

Marta Handschke – urodziła się w 1972 roku, mieszka w Gdańsku. Z zawodu fotografka, na co dzień zajmuje się grafiką użytkową i ilustracją. Projektuje m.in. okładki płyt i plakaty. Jako ilustratorka i felietonistka współpracowała także z „Gazetą Wyborczą”. Od lat związana z trójmiejską sceną muzyczną, śpiewała w takich zespołach jak Oczi Cziorne i Kobiety. Autorka tekstów piosenek.