Koszmar życia Polki na diecie. Wspomnienia, ludzie, własne demony. Jak nie zabić siebie i innych?

Polka na diecie
Polka na diecie
9 czerwca 2016
Fot. iStock / stock_colors
Fot. iStock / stock_colors

Zaczynam pisać ten tekst i myślę tylko o tym, że chcę coś zjeść. Godzina 11.00. (pięć minut przerwy, właśnie przerwałam pisanie i poszłam jednak zjeść). Żałosny kawałek kalarepki umoczony w paście oliwkowej (ze sklepu ze zdrową żywnością). Ratunkuuuu!!!!

Podstawa to jeść o określonych godzinach. Usłyszałam kiedyś, że najważniejsza na początku odchudzania jest zmiana koszmarnego nawyku pt. „ciągle mam coś w buzi” albo „nie mam w ustach nic do 18, a od 18. mam wszystko co mi się nawinie” na: „Jem o określonych godzinach. Koniec kropka”. Koniec z anarchią żywieniową. Kiedyś przecież tak się jadało, posiłki wyznaczały rytm dnia. Mało dziś ludzi o tym pamięta, szczególnie jeśli szybko i intensywnie żyje.

Problem w tym, że o tej regularności każdy mówi inaczej. Olga Paluchowska, dietetyczka u której byłam jakiś czas temu, zwolenniczka diety metabolic balance twierdzi: tylko trzy posiłki, koniec. To dość nowatorska metoda. Podobno świetne efekty. Podobno, bo diety metabolic balance nie zrobiłam. To nie jest styl żywienia dla kogoś, kto siedzi cały dzień przed komputerem. Myślałam, że dostanę na niej świra, a już wolę być gruba niż mieć świra. Jeśli ktoś ma inne doświadczenia, proszę pisać.

Teraz trzymam się pięciu posiłków. Oczywiście nie pięciu WIELKICH posiłków. Trzech małych. I dwóch tyci, tyci. Masakra to straszna, bo jednak wciąż myślę co zjadłam, czy nie za dużo, co powinnam zjeść. To obsesyjne myślenie jest podobno klasyczne, ale nie rokuje dobrze.

Początek odchudzania (dobra, zmiany stylu życia) nie należy do najłatwiejszych. Ten kto zaczynał (hahahhahahaha, większość kobiet zaczyna milion razy), ten wie, że wszędzie czyhają jakieś pułapki.

Nawyki

Każdy człowiek, który walczy z nadwagą ma swoje jedzeniowe rytuały. Ptasie mleczko do filmu w piątkowy wieczór? Ależ proszę, taka jest tradycja. Ser pleśniowy i winogrona do wina z mężem? Ależ oczywiście. Lody po pracy? Lody w pracy? Baton o 14.00, bo w korpo tak ciężko. Landrynki? Świeża bułeczka z serem do książeczki? Niedzielny wielki obiad u mamy, który cudownie łagodzi stresy przed poniedziałkiem?

Nie wiem jakie wy macie te rytuały. Jednak odstawienie ich to szok. Ratunkuuuuu.

Skoro zawsze pisałam wcinając serek pleśniowy, to jak mam pisać teraz? Nie mogę skupić myśli, krążę po kuchni jak chmura gradowa. Jedzenie jest jak nałóg– potrzeba czasu, żeby zacząć traktować je tylko jak paliwo.

Emocje

Bardzo fajny program przysłała mi pewna Beata, po przeczytaniu mojego poprzedniego tekstu( Beata, bądź z nami, dołącz do grupy, inspiruj). Najpierw trzeba uporządkować emocje. Kiedy jemy? W jakich sytuacjach? Kiedy czujemy złość, smutek, znudzenie, radość? Trzeba to rozszyfrować i łapać to momenty, kiedy chcemy ukoić emocje kaloriami.

To jest najtrudniejsze. Trzeba znaleźć substytuty. Jak się inaczej nagrodzę? Jaką sprawię sobie inną przyjemność?

Inni ludzie

Buhehhheehe, ona znowu się odchudza. Buhehhheehe. Ludzie reagują różnie. Mówią np. „Wreszcie”, „Taka piękna dziewczyna i tak się zaniedbała”, „Cieszę się, że wreszcie coś z tym robisz”. Aaaaaa, czy my, odchudzający się szukamy dobrych rad? Szukamy współczucia? Dobrze się czasem zamknąć.

Moja przyjaciółka, kochana i życzliwa dzwoni do mnie codziennie rano i jak kapral pyta: – I jak twoja dieta? Ważyłaś się? No żesz kurczę! Przecież nie schudłam od tygodnia pięciu kilogramów. Weź mi lepiej zaproponuj kino, kawę, zajmij mnie czymś, a nie koncentruj się tak obsesyjnie na moim dużym tyłku.

Druga grupa ludzi mówi: „Na spokojnie, nie nerwowo” (?!!), „No żeby to nie był słomiany zapał”. Też chcą dobrze, wiem, ale stawiając się w roli mentorów średnio pomagają. „Grubasek” czuje się wtedy jak niesforne dziecko. Dorosły mu macha przed nosem paluszkiem. Ach, te twoje zabawy w odchudzanie. Albo: no średnio to widzę, ale oczywiście możesz próbować.

No i nasi partnerzy, dzieci. To już jest cyrk

– Mamunia, zjedz ciasteczko– kusi moja pociecha. – Oj weź, ja się nie odchudzam, a taki jestem szczupły.

Albo odwrotna sytuacja:  – No chyba nie będziesz tego jadła?!!!! Surowe spojrzenie.

Kup mi ryż basmati– poprosiłam Mężczyznę Mojego Życia wczoraj.

– Po kiego ci ryż basmati?! – spytał.

– Nie wiem, jest w przepisie, trener mówił, że jest dobry i mam go jeść al dente.

– Zwariowałaś!

Kocha mnie, więc kupił ten nieszczęsny ryż. Ale potem zobaczył jak krążę wokół lodów. Zero: dasz radę, chodź na spacer.  Fuknął tylko: „No tak, ja ci latam w poszukiwaniu ryżu, a ty na lody masz ochotę”.  Dziżas, krążyć wokół czegoś, mieć na coś ochotę to nie znaczy to wcinać.

Ale oczywiście, jak im wszystkim pokażę!! Znacie to myślenie?

Phi, błąd, nikomu nie musimy nic pokazywać. Możemy z diety zrezygnować, to nasza sprawa. Robimy to dla siebie.

Brak czasu

Wymówki matek, kobiet zarobionych. Kiedy ja mam ćwiczyć. Wiadomo. Można rano. Trzeba nastawić wcześniej budzik. Można wieczorem. Można po prostu więcej chodzić. Każdy mały kroczek jest ważny, ale wracamy do punktu pierwszego– nawyków. Mężczyzna Mojego Życia po powrocie z pracy bierze psa, wkłada adidasy i idzie biegać, chodzić. 20 km to dla niego norma.

A ja krzyczę, ratunkuuuuuu, niech ktoś mi odda moją kanapę, chcę jeść truskawki, popijać białe wino i relaksować się przy filmie. O buu, moja przeszłości. Może gruba, ale taka kojąca.

Koniec, kropka. Nie ma. To moja decyzja i mój wybór. Zakładam trampki, idę z nim. Klnę, płaczę, złorzeczę. Romantyk. Spacer mi wymyślił. Ale mam cel, czuję się mocniejsza. Udaje mi się każdego dnia.

Gdyby ktoś mi powiedział dwa tygodnie temu, że będę ćwiczyć u przystojniaka fit (trenera) w ogrodzie, nie będę zwracać uwagi na jego sąsiadów (gapiących się), i lejący się ze mnie pot– nie uwierzyłabym. Nie uwierzyłabym też, że będę mówić mu: „Błagam, skończ, chcę do mamy” i pozwolę, żeby jego ręka tonęła w moim tłuszczu na biodrze, gdy próbuje znaleźć moje kości miednicy, żeby pokazać jak mam prawidłowo pracować miednicą podczas ćwiczenia ( dżizaaaas). Ale proszę. Jak to człowiek się ciągle siebie uczy. I na ile go stać.

Dam radę! Damy radę. Do dzieła, dziewczyny.

Zapraszam was do grupy, którą stworzyłam na Facebooku. „Polka na diecie” . Tyle dziewczyn i kobiet do mnie napisało, będzie raźniej. Odchudzajmy się z Oh!me!


Jak schudnąć, nie odkładać tego na jutro, i nie zwariować. Z pamiętnika odchudzającej się Polki

Polka na diecie
Polka na diecie
6 czerwca 2016
Fot. iStock / kicsiicsi
Fot. iStock / kicsiicsi

To było kilka miesięcy temu. Szłam ulicą i nagle zobaczyłam w oknie wystawowym jakąś STRASZNĄ kobietę. Aaaaaa, odskoczyłam. Bo ona była do mnie podobna. Ale przecież to nie byłam ja! Taka gruba? Rozlazła? Zmęczona? Boże, kochany, powiedz, że to nie ja.

Przecież ja jestem laską, zawsze podobałam się facetom, koleżanki też mówiły, że jestem ładna. Ta baba w oknie wystawowym wcale nie była ładna. To był koszmar.

– Jak to się w ogóle stało? – jęknęłam do siebie.

– Jak to się w ogóle stało? – rzuciłam z pretensją do Mężczyzny Mojego Życia kilka godzin później.

– Nie ruszasz się, pijesz za dużo wina, nocą napadasz na lodówkę – wyrzucił rzeczowo. Drań jeden. Spojrzałam na niego. On z kolei schudł. Od kiedy mamy psa regularnie chodzi z nim na kilkugodzinne spacery (przyznaję, mi często się nie chciało), nie jeździ samochodem („wolę iść na przystanek piechotą” mówi). Dostał nawet z pracy tzw. krokomierz. Elektroniczne cudeńko, z którym teraz chodzi nawet do łóżka (sick!). Liczy mu kroki i liczbę zrobionych kilometrów (o, choćby wczoraj– 24 tysiące kroków).

No cóż, zrobiłam rachunek sumienia. Żyję w rytmie. Praca – dom – praca – dom. Lekcje z dzieckiem. Wieczorem jestem tak zmęczona, że nie mam siły ruszyć nogą, nawet na seks mam mniejszą ochotę. Stresy zajadam. Tu kanapeczka, tu kawałek kiełbaski, tu serek. Efekt?  20 kg więcej i depresja. Bo trudno nie mieć depresji, gdy ze sprawnej laski zamieniasz się w rozlazłego grubaska.

Nie wiem, może komuś to pasuje, mi nie. Zadyszka, gdy pakuje się na schody, zadyszka, gdy sprzątam. I szafa pełna rzeczy, z której prawie żadnej nie wciągnę sobie nawet na kolano.

Co z tym zrobiłam te kilka miesięcy temu?

Zrobiłam najgorszą rzecz na świecie. Zamknęłam się w domu. I zajadałam moje smuteczki związane z wagą (z różnymi innymi wydarzeniami też) Efekt?Byłam coraz bardziej wściekła i coraz bardziej nieznośna. Zawsze irytowało mnie, gdy o jakiejś kobiecie ktoś mówił: „Jest wkurzona, bo nie wybzykana”. „Wściekła bo nie akceptuje siebie”. Ale jednak coś w tym jest, i nie dotyczy tylko kobiet. Człowiek niezadowolony z siebie, swojego życia staje się okropny dla innych.

Z miłej, przyjaznej dziewczyny zamieniłam się w gderającą szefową, upierdliwą babę, niesprawiedliwego człowieka. Żadna przyjaciółka nie była się w stanie do mnie dotrzeć– wszystkie doprowadzały mnie do szaleństwa. Nie rozumieją, są niefajne, zawodzą. Tylko reszta racjonalnej, mądrej kobiety we mnie mówiła: O nie, miła moja, jeśli wkurzają cię wszyscy to znaczy, że to z tobą coś nie tak.

Im byłam bardziej wściekła, tym czułam się bardziej winna. Było mi źle, więc sięgałam po to co łagodziła napięcie. Kalorie.  Złooo. Efekt? Dobrnęłam do wiosny grubsza o 25 kg. Wtedy powiedziałam sobie: „dość” oraz „zmieniam swoje życie”.

Co wiem na pewno?

Odchudzam się mniej więcej od 20 lat. To moje drugie życie. Miewałam rozmiar 34 i 42 i więcej. Przetestowałam prawie każdą dietę. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że:

1. Dieta kopenhaska, białkowa, i każda redukująca restrykcyjnie liczbę kalorii albo jakiś rodzaj produktów (poza cukrami) jest na dłuższą metę nieznośna. Nawet jeśli schudniesz, organizm i tak potem nadrobi.

2. Są ludzie, którzy nie mogą sobie mówić: „odchudzam się”, bo to sprawia, że automatycznie zaczynają myśleć o jedzeniu. I jedzą z lęku, że zaraz poczują głód.

3. Nie działa żadne „od jutra”. Zrób to od teraz. Zresztą teraz jest fajna data. 6.06.2016 :) Możesz zapamiętać i powiedzieć za X. lat, że w tym czasie zaczęłaś sama zmieniać życie.

4. Są ludzie, którzy muszą działać kompulsywnie (dieta plus sport), ale są też tacy, którzy powinni zacząć od jednej drobnej rzeczy. Np. odstawienia alkoholu, słodyczy, czy chleba i ukochanego białego sera. Kompulsja ich zabija. Jest zryw, a potem spadek motywacji i rezygnacja.

Mądry początek zaczyna się od tego, że wiesz którym typem jesteś.

5. Jeśli chcesz w końcu schudną,  i do tej pory ci nie wychodziło, zrób coś innego, zadziałaj inaczej.  Wybierz inną metodę. To ostatnie powiedziała mi znajoma trenerka personalna.

Postanowiłam

– przestać mówić sobie: „odchudzam się”

– skorzystać z pomocy trenera personalnego (nie, wcale nie jestem bardzo bogata. Zarabiam z mężem nieźle, ale bez przesady. Wolę wydać jednak na trenera niż np.kupić sobie trzy wina w tygodniu, nowy kosmetyk, czy sukienkę worek).

Szczerze powiedziawszy, gdy zaczynasz pracę nad sobą łatwo dostać obłędu. Która metoda jest dobra? Która skuteczna? Czytam świetną książkę: „Jak schudnąć po 40 tce”. Agnieszka Mielczarek ( żona Pascala Brodnickiego) zaleca wegetarianizm, proponuje 30 dniowy plan odnowy. Bezmięsny. Trener personalny do którego trafiłam mówi, że mięso jest potrzebne, ważne jednak, żeby nie jeść kurczaka i indyka ( ratunku, a co z informacjami, że indyk jest lepszy od kurczaka), bo są naszpikowane hormonami. Mięso z marketu zło. Wędliny odstawić. Alkohol zło, bo zaburza metabolizm ( a teorie, że kieliszek wina pomaga na trawienie???)Moja głowa przetwarza 300 informacji na minutę. Kto ma rację skoro wszyscy uważają, że mają rację?

Dobra, biorę najważniejsze rzeczy:

– odstawić cukier i produkty przetworzone

– jeść regularnie, trzymać się ustalonych godzin choćby nie wiem co

– odstawić wino

– odstawić białe pieczywo i makaron

Wyrzucam na pewno to, że  powinniśmy jeść wieprzowinę i wołowinę. Nie mogę. Pamiętam bajki o rezolutnych, dobrych świnkach, ostatnio czytałam w DF tekst o oswojonej świni, metody zabijania zwierząt są dla mnie nie do przyjęcia. Trudno. Mięso jednak odpada. Może ryby? A nieeee, ryby ponoć niezdrowe, bo ich mięso zawiera mnóstwo metali ciężkich.

Postanawiam: nie panikuj.Trzy posiłki plus dwie przekąski. No i ćwiczenia.

Mija właśnie pierwszy tydzień mojej próby przemiany. Wnioski

– niech ktoś mi powie, że kiedyś polubię te treningi, bo na razie wydaje mi się, że są straszne. Czy człowiekowi powinno być podczas ćwiczeń niedobrze? Czy one nie powinny być przyjemnością? Czy to normalne, że masz ochotę uciec, a podczas treningu myślisz: niech to się, k…., skończy zwariuję?

– niech ktoś mi powie, że kiedyś przyzwyczaję się do jedzenia regularnie i przestanę non stop myśleć, że chętnie bym coś zjadła.

– niech ktoś mi powie, jak wytrwać ten początkowy czas

Co się polepszyło?

Jestem bardziej optymistyczna, mniej gderam, życzliwie myślę o ludziach. No i czuję, że robię coś dobrego dla siebie.

Szukam chętnych na wakacyjną przemianę, dziewczyn, które do mnie dołączą.

Wszystkich tych, które chcą zmienić swoje życie. Przestać wreszcie narzekać, schudnąć, zacząć ćwiczyć .

Napiszcie na kontakt@ohme.pl

z dopiskiem: Polka na diecie

CDN.