Jeśli buty na obcasie to dowód kobiecej siły i pewności siebie, to sorry – ja wysiadam

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 maja 2016
Fot. Pexels/pixabay.com / CCO
Fot. Pexels/pixabay.com / CCO
 

Mam ich dwie pary. Ostatni raz założyłam je na pewną BARDZO WAŻNĄ OKOLICZNOŚĆ, bo wydawało mi się, że ten wysoki obcas nada powagi mojej, z natury niewysokiej posturze. Błąd nowicjuszki, potęga stereotypu. Ból, (za jakie grzechy?!) i niepewność czy za chwilę nie wyląduję z nosem w sałatce pewnego znanego szefa kuchni towarzyszyły mi przez całą imprezę. Wróciłam do domu i rzuciłam moją piękną, prawie nieużywaną parę butów na wysokim obcasie w diabły. Przeżyłam bez obcasów 30 lat życia. Przeżyję szczęśliwie i całą resztę. Mam swoje powody.

Nogi… do podłogi

Złapałam się na tym. Przyznaję. Zakładałam buty na wysokim obcasie, żeby mieć wrażenie, że moje nogi nie kończą się zaraz po tym, jak się zaczynają. Przez chwilę działało. I – żeby było jasne – to była ta chwila przed lustrem, w domowym zaciszu. Bo zaraz po wyjściu z domu zaczynała się walka o przetrwanie. – Co ci jest? – spytała zaniepokojona koleżanka, podczas tamtej BARDZO WAŻNEJ IMPREZY. – Masz minę, jakbyś cię coś bolało.

Bingo. Kto przeżył, zrozumie. I nie mówcie, że nie zadawałyście sobie pytania: „Po co ja do cholery je założyłam” i, że nie obiecywałyście sobie: „nigdy więcej”. A jednak, zupełnie nieumiejętnie lewitując na tych zabójczych (dosłownie) szczudłach, zacisnęłyśmy zęby i uśmiechnęłyśmy się dzielnie w myśl zasady: chcesz być piękna, to cierp. Do tej pory wydawało mi się, że ta reguła dotyczy jedynie pań poddających się ostrzom chirurgicznego skalpela. Dziś wiem, że sama padłam ofiarą tego przedziwnego stereotypu.

Miłość, szczęście i pewność siebie

Wysoki obcas jest seksy, zapewni ci męską uwagę, poczucie pewności, wzmocni wiarę we własne siły, podbuduje cię wewnętrznie. To efekt znany psychologii. Wszystkie silne kobiety noszą buty na obcasie. Oglądałyście przecież „House of cards”?…

A teraz, całkiem poważnie. Jeśli noszenie butów na obcasach ma świadczyć o kobiecej sile i zdolności pokonywania przeszkód, to chyba tylko jako jakaś cholerna alegoria życiowych problemów. Te podwójne standardy w mediach wokół kobiety i wysokich obcasów są z resztą wyjątkowo irytujące. Bo z jednej strony wmawia się nam, gdy je założymy wyglądamy wyjątkowo, z drugiej wyśmiewa, gdy niepewnym i niewprawnym krokiem dążymy do tego ideału. (Wiedzieliście na pewno filmiki z potykającymi się na niebotycznych „szpilkach” paniami.)

Uwaga? Pewnie, kto nie spojrzy z zaciekawieniem na kogoś, kto z uśmiechem przez łzy stawia dalekie od perfekcji (tej z filmów i pokazów mody), chwiejne kroczki i za Chiny Ludowe nie skupi się na swobodnej konwersacji. Co najwyżej, parafrazując Bridget Jones poszukującej toalety na pewnym eleganckim przyjęciu, zapyta: „Nie wie pan, gdzie tu można usiąść?”.

Miłość? Jednej randki możesz być pewna. Nosząc przez dłuższy czas buty na wysokim obcasie, prędzej czy później spotkasz się oko w oko z jakimś przystojnym (albo nie) ortopedą. I może nawet coś tam zaiskrzy. Wiecie, że dziewięć na dziesięć kobiet noszących buty na wysokim obcasie źle je dobiera? Buty ściskają palce, są za luźne w kostce albo obcierają pięty. A osiem na dziesięć kobiet przyznaje, że noszenie tych butów zwyczajnie… boli. Więc dlaczego?

–  Noś obcasy –  piszą w babskich magazynach. – Twój tyłek będzie lepiej wyglądał. Piersi ci się optycznie powiększą. Nogi wydłużą i będą taaaakie zgrabne. Optycznie. Obcasy sprawią, że będziesz chodzić w charakterystyczny, seksowny sposób.

Pewnie, każdy by chciał… Tylko czy to naprawdę aż takie ważne? Problem w tym, że świat stawia przed nami dużo większe wyzwania niż bycie miłym dla oka erotycznym obrazkiem i optyczne powiększanie sobie różnych części ciała. Pole do walki jest olbrzymie –  równość płac, równouprawnienie, przemoc mężczyzn…  Golić czy nie golić nogi, zrobić makijaż, czy nie, założyć szpilki czy trampki to przy tym wszystkim problemy błahe i niewiele znaczące. Sztuczne. Więc jeśli  jeszcze boli, dla mnie wybór jest jasny.

Nie założę więcej butów na wysokim obcasie. To nie jest kwestia feminizmu. Feminizm to o wiele bardziej to, w co wierzysz, niż to, co nosisz. To kwestia dystansu. Najbardziej kobiecego atrybutu jaki można mieć. I najtrudniejszego do osiągnięcia. Więc dziś trampki. Cześć.


Najgorzej, to jak się ktoś przylepi… Jak uporać się emocjonalnym pasażerem na gapę

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
11 maja 2016
Fot. iStock /  petrunjela
Fot. iStock / petrunjela
 

Zadzwoniła tuż po 9-tej i tonem najbardziej naturalnym na świecie oznajmiła mi, że oczekuje w tym tygodniu wspólnego wyjścia na kawę. Potem, przez dwadzieścia minut wtajemniczała mnie w swoje rodzinne tajemnice prosząc o poradę i opinię. – Czy jej teściowa miała prawo postąpić w taki sposób? Czy jej mama zareagowała tak, jak trzeba?  

Nie, to nie moja przyjaciółka. Panna „Przylepka”, którą poznałam raptem wczoraj, w gronie znajomych. Ledwo wymieniłyśmy uścisk dłoni, a już zostałam jej powiernicą, najlepszym kompanem i życiowym doradcą. Zaproszenie do znajomych na Facebooku wysłała mi jeszcze podczas rozmowy o swoim pierwszym mężu, a kiedy poszłam do toalety zapisywała sobie mój numer telefonu (koleżanka dała wspaniałomyślnie, widząc jak się świetnie razem dogadujemy).

Znacie „panny Przylepki”? Oplatają swoją chęcią zaprzyjaźnienia się tu, teraz i natychmiast i nie zwracają uwagi na delikatne próby zdystansowania się od tej próby zamachu na nasza prywatność. To sytuacja trudna i delikatna, zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja nie posiada w sobie wystarczających pokładów asertywności i nie przerwie w porę tych zacieśniających się więzów.

Jak rozpoznać Przylepkę:

Brak dystansu

Od pierwszych chwil znajomości Przylepka jest przekonana, że odnalazła w tobie swoją bratnią duszę. W związku z tym, bez skrępowania opowie ci o swoich najbardziej intymnych problemach, od razu wtajemniczy w życiowe dramaty, oczekując oczywiście, że stoisz po jej stronie (niezależnie od tego, że w ogóle nie masz pojęcia o czym mówi).

Intensywność kontaktu

Przylepka chce być blisko. A raczej musi stworzyć sobie to poczucie, że jest z tobą blisko. Więc dzwoni ciągle, chce się spotykać, podczas większych spotkań nie odstępuje na krok. To smutne i krępujące jednocześnie. Przecież chcesz dobrze, czujesz, że może rzeczywiście w jakiś sposób jesteś tu potrzebna, żałujesz Przylepki, a chwilę potem jak się zdenerwujesz (wewnętrznie), że masz dość, ogarniają cię wyrzuty sumienia.

Nie słucha, ale chce być wysłuchana

Bo niby prosi cię o radę, ale i tak postąpi jak to ona uważa za słuszne. Ciebie potrzebuje głównie jako publiczności i dla naładowania sobie energetycznych bateryjek. Zauważysz to dość szybko: czego byś nie powiedziała, pokiwa z podziwem i aprobatą głową i szybko zmieni temat.

Efekt „energetycznego wampira”

Kontakt z Przylepką sprawia, że odczuwasz zmęczenie jeszcze zanim odbierzesz od niej telefon i z obawą myślisz o spotkaniu tête-à-tête. W skrajnych przypadkach uciążliwość Przylepki wzbudzi w was nawet mordercze instynkty.

Zawiązywanie koalicji

Przylepka musi czuć, że łączy was porozumienie, że myślicie tak samo. Więc bez skrępowania przedstawi ci milion sytuacji, w której
pewna osoba” ją zawiodła i będzie oczekiwać, że od teraz nie lubicie jej tak samo. Uważaj, bywa, że ta opowieść to w pewnym sensie przestroga przed tym, co się stanie, jeśli odwrócisz się od Przylepki…

Jak sobie poradzić z „Przylepką”

W okrutny i niepozostawiający wątpliwości sposób, że nie jesteście najlepszymi przyjaciółkami, a wasze spotkanie nie zostało zapisane w gwiazdach. Nie udawaj, że czujesz sympatię, jeśli to litość. Znajdź w sobie siłę i traktuj Przylepkę ze zdrowym dystansem.

Powiecie może zaraz, że to nieludzkie, że w życiu trzeba być życzliwym, że nigdy nie wiadomo, kiedy komuś drugiemu nasze uważne ucho może uratować życie (dosłownie). Wiem, ale zauważyłam taką prawidłowość, która polega na tym, że z reguły to ja wymagam ratunku i wyciągania za uszy z tej dziwnej relacji. Przylepka zaś przeniesie po prostu swoją uwagę i sympatię na inny obiekt, a mnie zaliczy w poczet nietrafionych emocjonalnie inwestycji. Moja przyjaciółka mawia wówczas w takich sytuacjach: – O, „ogonek” ci się wreszcie odczepił.

Dam wam dobrą radę: nie hodujcie Przylepek. Jeśli wyczuwacie instynktownie, że jakaś kręci się właśnie wokół, czekając na cokolwiek co mogłyby zinterpretować jako ciche przyzwolenie, jasno określajcie granice tej znajomości. Przylepki wkrótce pójdą dalej, ale zabiorą za sobą masę waszej energii i zostawią poczucie, że mało w was człowieczeństwa.


Ojciec, to jakiś inny rodzaj człowieka, że każde jego wyjście z dziećmi należy nagradzać brawami i medalem za odwagę?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 maja 2016
Fot. iStock / freemixer
Fot. iStock / freemixer

O równouprawnieniu między kobietami i mężczyznami, to sobie krzyczeć możemy jeszcze długo. Równouprawnienie to ciągle mit, i nie mam tu na myśli nawet różnicy w zarobkach i mniej lub bardziej otwartej ścieżki awansu zawodowego. Akurat dziś, w ciepły słoneczny dzień, przyszło mi do głowy, że na placu zabaw też równouprawnienia nie ma. I już.

No bo powiedzcie mi, skąd ten ślepy zachwyt nad (sądząc po stopniu fajtłapowatości) niedzielnymi tatusiami wysłanymi przez zapewne styraną po całym tygodniu opieki na maluchami matkę, na godzinkę, półtorej do piaskownicy?! Ojciec to jakiś inny rodzaj człowieka? Jakiś mniej sprawny intelektualnie, słabszy odpornościowo? Każde jego wyjście z dziećmi należy nagradzać brawami i medalem za odwagę i cierpliwość? Ojciec, który zajmuje się dzieckiem, wychodzi z nim na rower, odrobi lekcje, zagra w chińczyka, a wieczorem przeczyta książkę, a nie „spuści na drzewo”, rzucając przez zęby: „zmęczony jestem, głowa mnie boli” to naprawdę bohater? I to częściej ciągle jeszcze bohater z bajek dla dzieci, a nie postać z krwi i kości?

Wiem. Same sobie to robimy. Piejemy z zachwytu na widok tatusiów z wózkiem, bywa, że rozpływamy się z podziwem na widok mężczyzny, który potrafi zmienić swojej córce czy synowi pieluchę. Jeśli jeszcze nie tylko potrafi, ale i zmienia… Cóż to za filozofia zmienić dziecku pieluchę?! Wydawało mi się, że takie podejście do ojcostwa to specjalność pokoleń naszych mam czy babć. A jednak.

Park, plac zabaw. Drabinki. Wianuszek mam, dwóch, może trzech ojców. Panowie asekurują swoje pociechy, stawiają babki, huśtają… Jeden ma problem. Okazuje się, że cierpliwość kończy się wtedy, dziecko zasypie ci mokrym piaskiem ekran smartfona. Ale pozostali panowie spisują się świetnie. W pewnym momencie jeden z maluchów (ten „tatusiny”) zaczyna płakać. Zdecydowanie wymaga zmiany pieluchy. Jedna z pań nie wytrzymuje. Oferuje pomoc. Przecież to niemożliwe, żeby facet SAM dał sobie z TYM radę – uśmiecha się pani zalotnie. No jasne. Dawanie sobie rady SAMEMU to domena nasza, matek. Ale następuje coś, z czym pani poradzić sobie ni nie umie: odmowa. – Myśli pani, że sobie nie poradzę? To moje dziecko. – pada. – Nie, no wie pan… Faceci zazwyczaj mają z tym problem. – mówi pani przechodząc do defensywy. – Faceci może mają, ja nie – mówi ten facet i odchodzi by zająć się zmianą pieluchy. Brawo on. Za odpowiedź, nie za pieluchę.

Kilka dni temu wpadł mi w oko jeden artykuł. Zdjęcia znanego aktora na spacerze z dzieckiem, pewien dziennikarz opatrzył podpisem: To szczęście mieć takiego tatę… Wynika z tego, że opieka ojca to ciągle coś, co traktujemy jako szczęśliwy bonus, a nie normę… Przyznaję, sama się na tym złapałam, kiedy przez głowę, na widok jednego tatusia z nosidełkiem z trzymiesięcznym maluchem i rowerkiem dla kilkulatka, przeleciała mi myśl: o, ten to fajny, opiekuje się dziećmi. A to przecież, kurka wodna, powinna być norma. A ciągle nie jest. Bo od mężczyzn ciągle w tej sferze wymagamy mniej. No i dlaczego?

Skwerek przed moim blokiem, kilka starszych pań na ławeczce. Wszystkie wpatrzone rozmiłowanym wzrokiem w bohatera podwórka: tatę biegnącego za synem debiutującym właśnie na rowerku. – Ach, proszę, jaki tata – unosi się szmer zachwytu. No, naprawdę. Jakoś nigdy nie słyszałam, żeby tak kibicowały mnie i mojej córce, kiedy obie uczyłyśmy się jeździć na rolkach. Nigdy nie słyszałam też, że macierzyństwo jest seksi, ale ciągle spotykam się z opinią, że nie ma bardziej seksownego widoku niż męskie ramię obejmujące niemowlę. Ach, ślinka leci, ależ to jest mężczyzna!

Wchodzę z wózkiem do pewnej popularnej drogerii. Ledwo udaje mi się otworzyć ciężkie drzwi, pan stojący tuż obok unosi tylko z politowaniem brwi. Pewnie myśli sobie: „Wybrała się z dzieciakiem na zakupy, to niech teraz ma”. No, przynajmniej taką ma minę. Tak samo większość współtowarzyszy moich porannych podróży metrem, kiedy to razem z synem odwożę córkę do szkoły. Wózek? W metrze? W godzinach szczytu? Trzeba było iść na piechotę. Czasem, widząc te miny, nerwy i słysząc cmokanie pana, któremu rączka wózka wcina się w pokaźny brzuch, mam ochotę się rozpłakać. Serio. Taka tam babska emocjonalność. I tylko przez myśl przemyka mi szybko: gdyby ten wózek prowadził facet, to pewnie nawet miejsce by się znalazło. Siedzące.

Panowie! (ci normalni, opiekujący się swoimi dziećmi.) Ode mnie braw nie będzie, bo i za co? Zdaje się, że w procesie tworzenia potomka braliście podobny udział co wasze żony i dziewczyny. A jak się coś stworzyło, to się bierze za to odpowiedzialność. I już.