Domowe sposoby na spierzchnięte usta

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
8 stycznia 2017
4 z 6

Twaróg i śmietana

Fot. iStock / sinankocaslan

Po prostu nałóż na usta na 10-15 minut :) nadmiar zetrzyj chusteczką. Działa zmiękczająco oraz nawilża (dzięki zawartości tłuszczu).

PoprzedniNastępny

„I to jest ta pseudo szefowa mafii pruszkowskiej, to jest ta kobieta, która podobno ma zakopane słoiki z pieniędzmi”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 stycznia 2017
Fot. Screen/You Tube/
Fot. Screen/You Tube/

Kiedyś pływała z delfinami, tańczyła na fortepianie, ślub brała w Las Vegas. O związku jej i Andrzeja znanego jako „Słowik” – krążyły i nadal krążą legendy. To on na pierwszą randkę zaprosił ją na kawę do Paryża…  Po latach życia wśród – jak sama mówi – silnych i trudnych mężczyzn, trafiła do aresztu z tytułem królowej mafii, oskarżana o szefowanie mafią pruszkowską.

Ewa Raczyńska: Pobyt w areszcie Cię zmienił?

Monika Banasiak: Ja się nie musiałam zmieniać, bo nigdy nie byłam zła. Mogłam przejść przemianę duchową, mogłam zrozumieć pewne rzeczy, nabrać dystansu, większej pokory do życia, ale nie musiałam zmieniać, bo jestem cały czas taka sama – niewinna i dobra. I kto chce – niech wierzy, a kto nie – jego wolny wybór. Wolność między innymi polega na tym, że mamy wolność wyboru.

Ja nie chcę by ktokolwiek wierzył, czy ja się zmieniłam. Mi wystarczy, że ja sama to wiem. Nie jestem hasłem w krzyżówce, żeby wszystkim pasowało.

Czego się nauczyłaś?

Życia.

A wcześniej nie?

Niczego się ze swojego życia nie wymaże. Bo to, co człowiek przeżyje, kształtuje go i tworzy z niego jakąś osobowość. Więc ja gumką, myszka nie chcę niczego wymazywać, tak mi było dane, tak mi było zapisane. Nie nazywam tego, co mi się w życiu nie udało klęskami, tylko raczej doświadczeniami. Te dobre nauczyły mnie jak kochać życie, a te złe, jak nie należy żyć.

Pobyt tam oszlifował moje przekonanie o tym, że człowiek żyje po to, by być szczęśliwym. Dzisiaj myślę, że żyjemy po to, by czasem być szczęśliwym, a reszta jest po to, żeby o szczęście walczyć.

Był w Twoim życiu czas, kiedy świat – mówiąc wprost – leżał u Twoich stóp. Miałaś wszystko, co chciałaś. Nigdy nie miałaś wątpliwości? Nie chciałaś widzieć, co dzieje się tak naprawdę wokół ciebie?

Do pełnego szczęścia potrzebuję emocji. Mnie uskrzydlała miłość. Na skrzydłach tego uczucia mogę zrobić wiele. Oczywiście, że miłość to choroba, chociażby ze względu na reakcje chemiczne, jakie zachodzą w mózgu, wtedy człowiek przestaje myśleć. I ja przestałam myśleć, popełniłam błąd, który popełnia większość kobiet – kocha mężczyznę nie tego, którego ma przed sobą, ale wyobrażenie o nim. Patrząc przez różowe okulary miłości ten mężczyzna jest idealny. Ja nigdy nie chciałam kochać gangstera, ja chciałam kochać silnego mężczyznę i wydawało mi się, że Andrzej taki był.

Bardzo oddzielaliśmy życie osobiste od tego… hmm pseudo „zawodowego” powiedzmy. Natomiast to nie tak, że on był zły.

Zresztą powiedzmy sobie szczerze rozglądając się uważnie dzisiaj: czy te panny, które kupują sobie ciuchy na karty kredytowe swoich facetów, kochanków, tankują w leasingi brane przez nich mercedesy, i za ich pieniądze ostrzykują się i robią sobie paznokcie, czy one pytają skąd ci panowie mają te pieniądze? A pytam się, czy mafia to tylko pała i giwera, a czasami nie jest to laptop i garnitur? Umówmy się – hipokryzji nienawidzę. Hipokrytami są ludzie słabi, którzy nie potrafią stanąć twarzą twarz z odpowiedzialnością za swoje wybory.

Takie jest moje zdanie i mówię o tym głośno, bo jestem tak prawdziwa, że aż trudna do przełknięcia.

Zawsze taka byłaś?

Tak, byłam zawsze bardzo kontrowersyjna i ludzie mnie albo lubili, albo nienawidzili. Zawsze byłam kolorowym ptakiem, nigdy szarą myszką i bardzo się z tego cieszę. Nienawidziły mnie kobiety, bały się mnie panicznie, mężczyźni uwielbiali całe życie.

Miłość do Andrzeja nie miała dla Ciebie żadnych granic?

Dla mnie związek to przede wszystkim odpowiedzialność. Ja go tak kochałam, że przyjemność sprawiało mi dawanie mu wszystkiego. Byłam tak mocno Andrzejowi oddana, że zaczęłam wsiąkać w jego życie, tożsamość.

Mówi się, że ci którzy obracają się wokół pięknych rzeczy, mądrych ludzi, automatycznie sami tacy się stają. I odwrotnie: kłamstwo powtarzane kilkukrotnie staje się prawdą. Zgodnie z tą zasadą, kiedy jest się w jakimś środowisku, to siłą rzeczy przejmuje się pewne nawyki.

Tyle tylko, że nie można zapominać o jeszcze jednej zasadzie: złego nawet kościół nie nawróci, a dobrego karczma nie zepsuje. Więc jeśli człowiek ma swoje zasady, to obojętnie czy będzie siedział w więzieniu dwa, trzy czy pięć lat, to go ten pobyt nie złamie. Ja przez te 2,5 roku w areszcie śledczym nie bałam się zmienić, choć to w co wierzę we mnie zostało. Wyszłam taka sama, ale odarta ze złudzeń, trochę pokaleczona.

Chyba nie trochę…

Nie lubię mówić o jakiś słabościach, więc trochę, a może bardzo niż trochę… Dla mnie jest ważne, że cały czas potrafię płakać, śmiać się i dostrzegać jadąc samochodem zmieniającą się przyrodę. I cieszę się, że nie ma krat, że świat pachnie choinką.

Doceniam te drobne rzeczy na pewno bardziej niż kiedyś. Chcę chwytać chwilę i przeżywać ze zrozumieniem, jak to mój ulubiony ksiądz Kaczkowski mówił: „Żyjmy szybko, bo jest później niż nam się wydaje”.

Nikt Ci nie mówił: Monika, daj sobie spokój, zobacz, w co się pakujesz!

Jestem niepokorna. Grzeczna dziewczynka idzie do nieba, a Monika tam, gdzie chce.

Ale byłaś grzeczna dziewczynką, z dobrego domu, studiowałaś medycynę…

Byłam i nadal jestem grzeczną dziewczynką, która wie, jak być niegrzeczną wtedy, gdy trzeba walczyć o siebie. To jest ogromna różnica.

Twój były mąż mówił, że tylko prawdziwy mężczyzna może mieć obok siebie księżniczkę. Rozpieszczał Cię?

Tak. Andrzej doskonale wiedział, co jest mi potrzebne. On czuł mnie, ale też mną manipulował. Był już po pobycie długoletnim w więzieniu, więc doskonale wiedział, jak ludźmi sterować. A ja byłam takim szczenięciem zapatrzonym w niego, bo on, choć rok ode mnie starszy, to swoim doświadczeniem znacznie mnie wtedy przewyższał.

Kochał Cię?

Tak, bardzo. Kocha mnie do tej pory, ale nie może zapomnieć mi tego, ze odeszłam od niego, że go zostawiłam. Kocha mnie, bo nie umie do dziś sobie sam ze sobą poradzić i poradzić sobie z tymi resztkami uczucia do mnie, do którego nie przyzna się przed sobą, a już przed całym światem tym bardziej. Ja go bardzo kochałam.

Co się stało, że go zostawiłaś?

Pewne okoliczności życia, które były spowodowane jego pójściem do więzienia, a  które w pewnym momencie doprowadziły mnie do tego, że poczułam się osaczona. I choć byłam bardzo silna, to tej siły, by przeciwstawiać się, zaczęło mi brakować.

Żyłam w świecie mężczyzn silnych, innych, trudnych, nie powiem, że złych. Bo ja tego zła na co dzień nie widziałam. Oni byli dla mnie przyjaciółmi Andrzeja, oni przy mnie nie robili złych rzeczy, byli jak każdy człowiek – czasami porywczy.

Nie chcę mówić o niektórych rzeczach, bo gdyby chodziło tylko o to, że nie miałam siły czekać na Andrzeja, to by było zbyt proste. Mnie chcieli porwać, chcieli mnie zabić, porwać moje dziecko… W pewnym momencie musiałam wybierać między dżumą a cholerą, tam nie było dobrego wyboru. Tam było źle albo bardzo źle. Więc jeśli chcesz kogoś oceniać, to najpierw przejdź w jego butach przez to życie. I wtedy zabieraj głos.

I wtedy pojawił się chłopak, młodszy ode mnie Wadim, który do tego wszystkiego, co miał Andrzej dodał swoją bardzo wrażliwą duszę. Taki człowiek, który czytał Lermontowa, sam pisał wiersze, który też świetnie manipulował kobietami. Bo oni wszyscy manipulują bez znaczenia, kim są. Przy nim czułam się bezpiecznie – to duży, silny mężczyzna…

Potrzebowałam wsparcia. Ludzie do dziś myślą, że ja mam w słoikach zakopane grube miliony dolarów, a ja potrafię zalegać z czynszem, kiedy w salonie mam słabszy miesiąc. Kiedyś stać mnie było na krem kawiorowy za 500 euro, a teraz kupuję sobie za 9,99 krem w rossmanie.

Żałujesz?

Nie, no co ty. Moja babcia zawsze mi mówiła, że klasę kobiety nie poznaje się po tym, jak ma 10 futer, tylko po tym, jak ma jeden płaszcz, a wygląda jakby miała futro, i kiedy ma jedną sukienkę, a wygląda jakby miała 10.

Jeśli czegoś żałować, to tylko rzeczy, których się nie zrobiło.

A Wadim?

Zdjął ze mnie trochę tej mojej ówczesnej samotności. Mówił tak jak, chciałam słyszeć był taki, jak chciałam, żeby był.

Jesteś silną kobietą, która potrzebuje silnego mężczyzny.

Tak, bo przede wszystkim jestem kobietą. Ludzie nadal chcą we mnie widzieć szefową mafii. A ja prowadzę salon kosmetyczny. Wyszłam  rok temu z aresztu mając dwa tysiące złotych z wypiski. Z mojego życia zostały zgliszcza.

Miałam tylko ciuchy i kosmetyki zebrane, które kupował mi Wadim. No więc wychodzę w świat, w którym już nic nie mam, nie mam domu, nie mam męża, nie mam dziecka, nie mam faceta, którego kochałam po mężu, bo on już ma inną kobietę. Wychodzę w świat, jadę do mamy, gdzie jest mój umierający ojciec, zadłużone mieszkanie, gdzie mama nie miała na leki i pampersy dla ojca.

Siedziałam w pokoju mojego dzieciństwa i nie wiedziałam, co dalej robić. Nie wiedziałam, gdzie postawić krok, by iść do przodu. Chwilę po tym zaczynam chorować, umiera mój ojciec, a ja nie mam kasy na pogrzeb, dostaję pieniądze od syna, z którym już wtedy nie rozmawiam, z którym byłam w stanie wojny podsycanej przez Andrzeja. Syn nie mógł mi wybaczyć, że odeszłam od ojca, którego na tamtą chwilę uwielbiał, na którego czekał przez 13 lat, gdy ten był w więzieniu.

Kiedy choruję na zapalenie oskrzeli, które z braku pieniędzy na wykupienie leków zmienia się w zapalenie płuc, proszę lekarza o najtańszy antybiotyk. Moja mama ze swojej emerytury daje mi 30 zł na jego wykupienie.

I nagle  staję przed faktem, że nie mam co jeść, chodzę do Biedronki po bułkę i kefir.

Wtedy też szukam w sobie potencjału, bo tylko siebie mam. Zastanawiam się, co mogę zrobić. Mówię sobie, skoro przeżyłam, skoro tyle już tej cytryny mam do wypicia, to warto dodać do niej cukru i zrobić lemoniadę. Postanowiłam napisać książkę, za wynagrodzenie otworzyć salon kosmetyczny. Na samym początku sprzątam biura za 50 złotych, bo nie mam na jedzenie. Kupuję sobie pierwsze auto za 900 złotych, w którym drzwi się nie domykają…

I to jest ta pseudo szefowa mafii pruszkowskiej, to jest ta kobieta, która podobno ma zakopane słoiki z pieniędzmi.

Gdzie wszyscy ci , co byli wcześniej?

Właśnie, gdzie oni? Nie ma, bo tak naprawdę nigdy ich nie było. Krążyli na mojej orbicie, grzali się w moim świetle i blasku chcąc mieć względy u Andrzeja. Był jedyny Wadim, który, już nie będąc moim facetem, pomagał mnie i mojej mamie.

Co Cię trzymało przy życiu?

Miłość do mojego dziecka. Wiedziałam, że dla niego muszę wytrwać w areszcie.

Z drugiej strony świadomość, że mogę w każdej chwili wyłączyć sobie światło, pozwalała mi paradoksalnie przeżyć. Bo wiedziałam, że jak już będzie naprawdę źle, to mogę wyjść po swojemu, nawet nogami do przodu. Ale nie mogłam zrobić tego mojemu dziecku, by ono żyło ze świadomością, że jego matka popełniła samobójstwo w więzieniu. Poza tym nie mogłam okazać swojej słabości, i jeszcze jedno – jestem osobą, która bardzo mocno wierzy w Boga. Więc wiedziałam, że nie mogę stracić dwóch rzeczy – wiary w Boga i szacunku do samej siebie, to były dwie rzeczy, które pozwalały mi przetrwać.

Czego nauczyła Cię miłość?

W moim życiu były prawdziwe dwie miłości. Andrzej nauczył mnie, że w każdej miłości do mężczyzny trzeba zostawić dla siebie kawałek przestrzeni, nie można oddawać się całkowicie mężczyźnie, przejmować jego sposób życia, celów, do których dąży i im się podporządkować. Nie ma miłości, która byłaby tego warta. Tego nauczyła mnie pierwsza miłość. Druga – do Wadima, że jeśli miłość naprawdę jest, to nigdy nie wygaśnie…

Kiedy trafiłaś do więzienia pomyślałaś, że Andrzej jest złym człowiekiem, miałaś żal?

No nie, do kogo mogę mieć pretensje? Tam zrozumiałam, że to wszystko to konsekwencja moich wyborów, których dokonałam sama. Więc pretensje mogę mieć tylko do siebie… niewiedza nie usprawiedliwia.

Ja po prostu nie widziałam pewnych rzeczy, niebezpieczeństwa. Wszyscy myślą, że bomby podkładałam, biegałam z karabinem. Mnie pytają o Słowika, o Maliznę, a ja ci powiem, zapytaj mnie o Andrzeja, o Mirka. Nie widziałam, jak oni pakują do bagażnika broń i wyjeżdżają.

Kiedy zaczęły docierać do mnie informacje o porwaniach, morderstwach, to ja i tak chciałam widzieć w Andrzeju silnego faceta, który mnie ochroni, bo byłam przekonana, że to jego atakują, a on tylko się broni. Nigdy nie myślałam, że to on wywoływał konflikty.

Andrzejowi nic konkretnego nie udowodniono?

Udowodniono mu działanie w grupie o charakterze zbrojnym, w której nie dokonywał żadnych przestępstw, bo na to zabrakło dowodów. Odsiedział za to sześć lat. A, że później próbowano mu udowodnić, że brał udział w zamordowaniu Papały… sprawa ciągnęła się przez kolejne dziewięć lat i też nic nie udowodniono. Te dziewięć lat odsiedział za nic.

A Ty – 2,5 roku.

Tak w areszcie śledczym, sprawa jest w toku. Ale ja żyję i patrzę na szklankę, która dla mnie jest zawsze do połowy pełna. Gram tymi kartami, które daje mi życie. Wykorzystuję możliwości. Potykając się można zajść daleko, więc ja idę do przodu potykając się.

Wiem, kim jestem, co w życiu zrobiłam źle, więc czego mam się bać.

Co zrobiłaś źle?

Za mało kochałam siebie. I wydawało mi się, że świat jest taki, jak ja go widzę i że ludzie zachowają się tak, jak ja bym się zachowała. A tak to nie działa. Inni zrobią tak, by to im było wygodnie. Mogę tylko od siebie oczekiwać dużo, a od wszystkich innych tyle, na ile ich stać.

Te 2,5 roku w areszcie nauczyły Cię, że możesz liczyć tylko na siebie?

Tak. Jedyne co mam, to siebie. Jeśli przeszłam przez tamto piekło, to co może być gorszego.

Dlaczego piekło?

To jest miejsce, gdzie diabeł chodzi z obstawą. To jest miejsce, gdzie jest jedna zasada: nie ma zasad. To miejsce, gdzie wszystko, co we mnie dobre, musiałam głęboko zakopać, siebie musiałam schować w kuwetę pod łózko. Jak chciałam płakać, to szłam w kąt i gryzłam poduszkę, żeby nikt nie widział moich łez. Tam dobroć jest oznaką głupoty, tam słabość przegrywa z agresją.

Trafiłaś do aresztu jako szefowa mafii.

Tak i to pewnie sprawiało, że chodziłam tam jak święta krowa. Ale nie mogłam otworzyć tych drzwi, bez klamki od środka, więc po pewnym czasie przestałam je zauważać, tak jak krat w oknach. Oni zamknęli jedynie moje ciało. Gandhi powiedział, że wolność to stan umysłu, więc ja zamykałam oczy i byłam w tych Alpach, nad oceanem, żyłam wspomnieniami.

Brakuje Ci tamtego życia?

Nie, ja je chyba wyżyłam do końca.

Dzisiaj jestem dumna, że zachowałam siebie. Przeszłam przez piekło i się nie ubrudziłam. To chyba moje największe osiągniecie. Zostałam tą dziewczynką, którą byłam tam w środku, od zawsze.


Królowe Lodu. Im zimniejsze jesteśmy dla siebie, tym chłodniejsze stajemy się dla świata

Karolina Krause
Karolina Krause
8 stycznia 2017
Fot. iStock/Svetlana_Smirnova
Fot. iStock/Svetlana_Smirnova

Wybudowała sobie zamek stworzony z bólu i cierpienia. W swoich czterech ścianach zamknęła się przed światem, który przyniósł jej jedynie rozczarowanie i odbierał resztki jakiejkolwiek nadziei na to, że może być inaczej. Postanowiła, że od tej pory nie będzie czuła nic, bo tak lepiej, łatwiej. Dzięki temu mogła w ogóle jakoś funkcjonować, żyć. Skupić się na pracy, która stała się dla niej priorytetem. Wciągnięta w jej wir coraz bardziej oddalała się od swojej rodziny i przyjaciół. Starając się nie widzieć przy tym, że osoba, która spoglądała na nią z drugiej strony lustra jest jej już zupełnie obca.

Były momenty kiedy próbowała jakoś się z tego wydostać, wyciągnąć rękę po pomoc. Tylko, że ludzie przestali jej już wierzyć. Ufać, że pod tą twardą skorupą jest jeszcze coś z człowieka. I tak w końcu została z tym wszystkim sama, z tym bólem – z tą depresją. Jej pole widzenia stopniowo się zawężało, doprowadzając ją do poczucia, że stąd nie ma już drogi ucieczki. Ale ona zawsze tam gdzieś jest, choć nie tak proste jak mogłoby się nam wydawać. Bo o ile w bajkach zawsze pojawia się jakieś cudowne rozwiązanie, o tyle w życiu jedyną drogą wyjścia z kryzysu jesteśmy my sami.

Czasem cierpimy tak bardzo, że nie potrafimy tego w żaden sposób udźwignąć. A niekiedy chcemy po prostu być silni wtedy, gdy każdy inny człowiek już dawno upadłby na kolana. Myślimy wówczas, że zamykając te uczucia w sobie, czy też odcinając się od nich, jakoś wyjdziemy z tego cało. Przeczekamy ten najgorszy okres, a potem wszystko jakoś się ułoży. Być może jest to schemat wyniesiony z domu, w którym jedynym sposobem na „przetrwanie” rodzinnej burzy było właśnie takie zachowanie. Albo też wynika to z introwertycznej natury naszej osobowości.

Kiedy zamykamy się ze swoim cierpieniem na innych, w pewnym momencie przestajemy tracić nad tym kontrolę. Staje się to dla nas bowiem wyuczonym sposobem reakcji na przykre, krzywdzące doświadczenia, które nas spotykają. Ponieważ nasz umysł nauczył się już, że skoro raz „zadziało” to zadziała i drugi. Nie bierze jednak pod uwagi tego, jaką cenę przychodzi nam płacić za pozostawanie w emocjonalnej apatii.

Im bardziej „zimne” jesteśmy wobec samej siebie i swojego serca, tym chłodniejsze stajemy się w stosunku do naszego otoczenia. To sprawia, że między tobą a twoją rodziną i przyjaciółmi wyrasta niewidzialny mur. Dystans rodzi dystans, aż w końcu jesteśmy od siebie tak daleko, że stajemy się sobie obcy. Bo kto chciałby przebywać w otoczeniu osób, które traktują innych z wyższością, w sposób pragmatyczny, czysto zadaniowy? Ludzie zaczynają się od nas oddalać i w pewnym momencie orientujemy się, że jesteśmy zdane tylko na siebie. A wtedy ciężar naszego cierpienia przygniata nas jeszcze mocniej, odbierając nam to, co do tej pory trzymało nas w pionie – nadzieję na lepsze jutro.

I tak możemy trwać w naszej beznadziei przez długie lata. Dopóki nie przyznamy przed samą sobą, że nie mamy już dłużej siły, że pośród tego całego bólu jesteśmy bezradni. Dopóki nie odrzucimy nakładanej codziennie maski i nie przestaniemy udawać, że wszystko jest ok, kiedy nic już nie jest. Dopóki nie zmierzymy się z uczuciami, których ogrom nas przeraża i spomiędzy lejących się strumieniami łez, nie przyznamy w końcu, że potrzebujemy pomocy. A potrzebujemy jej bardziej niż kiedykolwiek.

Bo pancerz, który ma nas chronić przed cierpieniem, codziennie się umacnia i twardnieje, a my pod nim zaczynamy gnuśnieć. Człowiek odcięty od swoich emocji zaczyna więdnąć i gnić. Jeśli w porę tego nie zatrzymamy, zmarnujemy nasze życie. Zgnuśniejemy jeszcze zanim zdążymy się zestarzeć.

Staw czoła temu co cię boli. Wyjdź ze swoim problemem do ludzi. Otwórz się na uczucia, które głęboko w tobie zalegają i pozwól im ogarnąć się w pełni. Zrozum z czego wynikają i daj im odejść. To nie będzie trwać wiecznie.

Odwagi Królowo Lodu.

Twoja Pomoc


Zobacz także

Fot. iStock /  AJ_Watt

Konkurs „Podejmij wyzwanie – trzy dni bez makijażu, za to z pełną pielęgnacją!”

Fot. iStock /  Voyagerix

Jak się pozbyć cellulitu lub przynajmniej go zmniejszyć? Domowe sposoby walki z pomarańczową skórką

Fot. iStock / Rich Legg

„Historia Kopciuszka pokazuje nam jak jedna para butów może zmienić życie”. Dlaczego kochamy metamorfozy?