Upragniony, wyczekany piątek. 5 wskazówek jak przetrwać w pracy ostatnie godziny przed weekendem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 marca 2016
Upragniony, wyczekany piątek. 5 wskazówek jak przetrwać w pracy ostatnie godziny przed weekendem
Fot. iStock / Kladyk
 

Jest wreszcie, wyczekany i upragniony koniec tygodnia. Już niedługo zaczniesz zerkać nerwowo na zegarek i odmierzać czas jaki pozostał ci do wyjścia z pracy. Ale zanim to nastąpi, musisz jeszcze przez dłuższą chwilę skupić się na obowiązkach. Jak przetrwać piątek w pracy, kiedy wydaje ci się, że wskazówki zegara poruszają się wolniej niż każdego innego dnia tygodnia, a wszystkie sprawy idą nadzwyczaj opornie, bo większość z nas myśli już tylko o nadchodzącym weekendzie?

1. Odpowiednio zaplanuj swoje zadania

Te, które są najbardziej interesujące, na które warto i miło czekać przesuń na godziny popołudniowe. To sprawi, że ten najtrudniejszy czas minie szybciej niż myślisz – będziesz zbyt zajęty by myśleć o tykającym na ścianie zegarze. To, co nudne, ale niezbędne wykonaj od razu po przyjściu do pracy. Będziesz miał poczucie dobrze spełnionego obowiązku, a to nastraja pozytywnie. Pomyśl też od razu o tym, żeby nie zostawiać sobie zbyt wiele zaległości na poniedziałek.  O wiele trudniej odpocząć przez weekend z głową zajętą myślami o czekających na nas od początku tygodnia zadaniach. Staraj się też nie planować „dopinania” ważnych projektów na piątek, bo utkniesz w biurze do wieczora. A do tego o wiele lepszy jest czwartek.

2. Zrób krótką przerwę na aktywność fizyczną

Nie chodzi o to, żeby przejść się do kuchni po szóstą kawę (to smutna, zimowa ostateczność). Wyjdź na chwilę i zrób rundkę wokół budynku, choćby po to, by zmienić scenerię. Nic dziwnego, że trudno ci wytrwać w biurze jeśli na zewnątrz jest słonecznie i wiosennie. Krótki spacer doda ci energii i pomoże odświeżyć myśli. Wrócisz do pracy z nieco większym optymizmem, być może znajdziesz też rozwiązanie jakiegoś problemu, nad którym się bezproduktywnie głowiłeś. Kilka chwil na powietrzu pomoże ci też wyeliminować senność i zmęczenie, które coraz mocniej daje ci się we znaki po ciężkim tygodniu pracy.

3. Spróbuj dziś nauczyć się czegoś nowego

Zainwestuj choć trochę piątkowego czasu w  rozwój swoich umiejętności. Zrób to z myślą o przyszłym tygodniu, na przykład  w ramach przygotowań do ważnego spotkania. Naucz się czegoś, co przyda ci się przy wykonywaniu obowiązków. Będziesz miał poczucie dobrze wykorzystanego, a nie zmarnowanego czasu. Poczujesz, że osiągnąłeś jeszcze jeden, zaplanowany przez siebie cel.  No i jeszcze to uczucie, że „jesteś do przodu”, a nie odgrzebujesz się z zaległości.

4. Spędź trochę czasu ze znajomymi z biura

Wspólny lunch, na który często nie ma czasu w tygodniu, chwilowe odwrócenie uwagi od zawodowych obowiązków, rozmowy o rodzinie i tym, jak spędzacie wolny czas…  To pozwoli ci złapać oddech i uświadomić sobie, że biuro to przede wszystkim inni ludzie:) . Tak samo spragnieni odpoczynku jak ty.

5. Nie myśl o weekendzie i nie rozpraszaj się

Bo nie skupisz się na pracy i czas zacznie ci niemiłosiernie uciekać. Nie wykonasz tego, co zapisałeś sobie w grafiku, a to cię zestresuje wprawiając w nerwowy nastrój. Nie rozpraszaj się i powiedz sobie zdecydowanie: o weekendzie pomyślę o 17. P.S. Wyloguj się z Facebooka!

Żeby przetrwać piątek w pracy musisz być po prostu… zajęty. Nic nie utrudni ci tego dnia bardziej, niż bezsensowne gapienie się na zegarek i wyglądanie za okno. Po prostu skup się na tym co trzeba zrobić, a czas minie szybciej. Nagroda ta sama co tydzień temu: dwa dni odpoczynku :).  Dobrego weekendu!


„Macierzyństwo nauczyło mnie najważniejszego, że będąc nieperfekcyjną, też można być szczęśliwą”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 marca 2016
Nieperfekcyjna mama: „Macierzyństwo nauczyło mnie najważniejszego, że będąc nieperfekcyjną, też można być szczęśliwą"
Fot. iStock / Voyagerix
 

Mówi głośno, że jest nieperfekcyjną mamą. I wcale nie chce być ideałem. Odczarowuje cukierkowe macierzyństwo, choć bywają kobiety, które twierdzą, że po przeczytaniu wpisów na jej blogu na pewno nie będą miały dzieci.

Dlaczego? Bo dzieci też płaczą, chorują, miewają kolki, ząbkują. A ty czasami masz ochotę wyjść po chleb i nie wrócić przez tydzień.

Ania Dydzik, autorka bloga „Nieperfekcyjna mama” – mama trzech córek, która wie, że idealne macierzyństwo nie istnieje.

Łamanie stereotypów

Nr 1 – Poradniki kłamią

Kiedy moja mama i moje trzy siostry dowiedziały się, że jestem w ciąży, były przerażone. Nidy nie przepadałam za dziećmi. Bałam się ich. Ale przyszedł czas, kiedy chciałam zostać mamą. Będąc w ciąży zaczęłam szukać informacji w internecie. Trafiałam na strony i blogi, gdzie mamusie były zawsze zadbane, ładnie wyglądające na co dzień, świetnie gotowały, a ich domy lśniły czystością na zdjęciach.

Tymczasem ja – z jednym dzieckiem pod pachą, biegałam z językiem wywalonym i myślałam: „Boże albo ja jestem jakaś nienormalna, albo one”. I im dłużej byłam mamą, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że to niemożliwe, by macierzyństwo z poradników i blogów wyglądało tak na co dzień. Że to lukrowanie, robione na pokaz, do zdjęć, do bloga, pod artykuł.

Oczywiście, nim to do mnie dotarło, byłam załamana. Myślałam, że jestem do niczego i że nie nadaję się na mamę.

linia 2pxquote szary ohme2Nieperfekcyjna mama

Idealne, perfekcyjnie ułożone matki przekonują, że macierzyństwo nic nie zmienia. Że wystarczy dobra organizacja czasu i można żyć tak samo jak przed porodem. Za każdym razem, gdy to czytam śmieję się w duchu. Nie wystarczy, że obiad jest na czas, życie towarzyskie nadal się toczy a my mamy jedynie jednego człowieka więcej w rodzinie.linia 2px

Nr 2 – Karmienie piersią

Obecne wszędzie idealne macierzyństwo od samego początku stawia cię na przegranej pozycji. Jeśli wyłamiesz się z poradnikowego szablonu spotykasz się z własnymi wyrzutami sumienia.

Byłam wpatrzona w te wszystkie poradniki i rozsnutą wizję macierzyństwa. A już na samym początku zetknęłam się z trudną do przyjęcia dla mnie rzeczywistością, bo karmienie piersią było w moim przypadku nieudane. Poczucie winy, że nie daję dziecku co najlepsze dobijało mnie. I koleżanki, które dopytywały: „To ty już nie karmisz? Przecież mała ma dopiero trzy miesiące”. Nikt nie widział, jak siedziałam w kącie i odciągałam każdą kroplę… I te poradniki, które patrzyły na mnie z półek i zdawały się mówić: że musisz, że to dla dziecka, jaką jesteś matką.

Po mleko pojechał mój mąż, kupił butelki, wszystko przygotował. Dał mi do ręki butlę i powiedział: „Nakarm ją”. Karmiłam i płakałam… Martynka najadła się i przespała pięć godzin. Wtedy coś we mnie pękło. „Po co ja się tak męczę, przecież teraz jesteśmy szczęśliwsze”. Wizja idealnego macierzyństwa pękła. Karmiąc  ją mlekiem modyfikowanym postąpiłam wbrew sobie i przede wszystkim wbrew wszystkim znanym mi poradnikom, a jednak poczułam się spokojniejsza niż wtedy, gdy walczyłam o  każdą kroplę.

 

linia 2pxquote szary ohme2Nieperfekcyjna mama

Różnią się nie tylko wyglądem, ale i poglądami na życie i wychowywanie dzieci. Dzielą je opinie na temat karmienia, szczepienia i sześciolatków w szkole, ale łączy zdecydowanie więcej. Dobro i szczęście ich dzieci. Emocje, które towarzyszą im wszystkim każdego dnia. Te same, takie same, zawsze.linia 2px

Nr 3 – Wszyscy wiedzą lepiej

Słuchasz innych, bo nie masz doświadczenia. Przy pierwszym dziecku tylko wiedza z internetu i poradników, a jednak życie szykuje nam niespodzianki, a co robić, gdy dziecko płacze przez trzy godziny non stop nikt ci wcześniej nie powiedział.

Jak urodziłam bliźniaczki, usłyszałam: „Tylko nie kładź ich razem, razem nie zasną, będą budzić siebie nawzajem”. I jeśli mówi to ktoś, kto ma kilkoro dzieci i doświadczenie to mu wierzysz. Więc ja usypiałam jedną córkę, podczas gdy druga darła się w niebogłosy ze zmęczenia. Jak jedna zasnęła, zaczynała się walka z drugą. Byłam wykończona. W końcu położyłam je dwie razem. Obok siebie. Powariowały, porzucały smoczkami i… zasnęły. To kolejny dowód na to, że nie ufamy naszej własnej intuicji. Przecież każde dziecko jest inne.

Przy każdym moim dziecku słyszałam setki różnych opinii: „Jeszcze nie mówi?’”, „11 miesięcy i nie ma zębów” – i takie uwagi, mimo, że wydaje ci się, że cię nie dotykają to jednak  zostają w głowie i potem siedzisz i drążysz, i się zastanawiasz, jakbyś to ty matka miała wpływ na to, kiedy twojemu dziecku pokaże się pierwszy ząb.

Bliźniaczkom czapki zakładałam dla świętego spokoju i ściągałam za rogiem, bo były zupełnie niepotrzebne. A jak Martyna poszła do przedszkola, to usłyszałam, że w końcu pozbyłam się problemu z domu i jaka wyrodna matka ze mnie. A to była jedna z najlepszych decyzji – dla Martyny i dla mnie.

 

linia 2pxquote szary ohme2Nieperfekcyjna mama

Szlag trafił twardą kobietę. Jestem miękka jak gąbka, gdy patrzę w oczy swoich dzieci. Rozpływam się, gdy są radosne. Biegam za nimi na czworaka udając psa, kopię piłkę, układam pluszaki w wózku, leżę na podłodze, podczas gdy ci mali ludzie skaczą po mnie, prawie płacząc ze śmiechu.linia 2px

Nr 4 – Cukierkowe macierzyństwo

Zewsząd wciskany jest nam kit o cudownym, słodkim macierzyństwie. Myślę, że największą krzywdę robią nam media. Pokazują nam idealne mamy, które wszystko ogarniają, a nawet jak trafiają im się jakieś małe upadki, to zawsze wychodzą z tego z uśmiechniętą twarzą. Filmy, seriale, prasa wpędzają nas nieustannie w poczucie winy, że nie jesteśmy wystarczająco dobre.

Pamiętam jak w telewizji pojawiła się Super Niania. Oglądałam wszystkie odcinki choć mamą wtedy nie byłam i myślałam: „O rety, co oni robią z tymi dziećmi”. A później okazuje się, że może nie w takim stopniu, ale jednak podobne problemy się pojawiają i w twoim domu, bo dziecko ma swoje humory i kaprysy.

Myślę, że wina leży także po stronie naszych partnerów, którym wydaje się, że bycie mamą to szczyt naszych marzeń, że to nasza pasja i życiowy cel. A przecież tak nie jest. Bycie mamą jest cudowne, ale my potrzebujemy też czegoś dla siebie, czegoś swojego, w oderwaniu od dzieci. Musimy o to walczyć i to pokazywać. Odrzucić myślenie – jestem mamą i teraz muszę zająć się dzieckiem i tylko tym.  Nieważne czy chodzi o pracę, pisanie bloga czy nowe hobby, jeśli nie mamy nic poza dziećmi w końcu wariujemy.

W macierzyństwo wpisana jest nauka na własnych błędach, poleganie na swojej intuicji. Każda z nas na początku chce, by było idealnie. Ale im szybciej zrozumiemy, że idealne macierzyństwo to ślepy zaułek, tym lepiej dla nas.

Dlaczego mam nie mówić, gdy jest mi źle? Gdy jestem zmęczona? Dlaczego mam udawać? Komu imponować? Mówię o tym, co dobre, ale czasami też pomarudzę, ale z dystansem do tego, co mnie spotyka.

Fajnie jest być nieperfekcyjną mamą, jeśli się to w sobie akceptuje. Dla mnie blog na początku był samobiczowaniem się, a teraz jestem dumna, że nie jestem perfekcyjną mamą.

 

linia 2pxquote szary ohme2Nieperfekcyjna mama

Na szczęście jednak uczę się na błędach a macierzyństwo nauczyło mnie tego, o czym w podręcznikach nie pisano. Nauczyło mnie bezwarunkowej miłości, nie przejmowania się drobiazgami, puszczania mimo uszu obcych komentarzy, asertywności i odwagi. Niczym lwica potrafię walczyć o dobro swoich dzieci. Macierzyństwo nauczyło mnie bycia dumną z córek nawet wtedy (albo zwłaszcza wtedy), gdy nie są idealne.

I w końcu, nauczyło mnie najważniejszego, że będąc nieperfekcyjną, też można być szczęśliwą.linia 2px

Blog „Nieperfekcyjna mama” znalazł się w pierwszej dziesiątce Gali Twórców i bierze udział w drugim etapie konkursu o najlepszy blog minionego roku.


„Kiedy powinnam odejść?”. Patrzysz na niego, na tej kanapie. Chcesz wstać, otworzyć okno i przewietrzyć swoje życie

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 marca 2016
„Kiedy powinnam odejść?”. Patrzysz na niego, na tej kanapie. Chcesz wstać, otworzyć okno i przewietrzyć swoje życie
Fot. iStock / themacx

Siadasz obok niego na kanapie. Tępo wpatrujesz się w telewizor. – Co leci? – pytasz automatycznie. Nawet nie wiesz, czy odpowiedział. Odrętwienie. Jego wytarte dresy, skarpetki, które kupiłaś mu w hipermarkecie. Siedzi, a ty czujesz, że go nie ma. Że nie ma was. Że to wszystko wokół jest zakłamaną iluzją. Farsą, w której godzicie się brać udział. – Chcesz herbatę – pytasz. – Mhm – mruczy. A ty tak nienawidzisz tego mruczenia. Tak bardzo nienawidzisz siebie, że w ogóle pytasz. Że ciągniesz tę zabawę w rodzinę, w związek. Herbata, kolacja, wspólne łóżko, które jest już tylko łóżkiem… A kiedyś było wasze. Kiedyś…

Nie wstajesz. Nie masz siły. Nie masz siły podnieść się, iść po tę cholerną herbatę. Jakby jej zrobienie było najtrudniejszą rzeczą w twoim życiu. – Wszystko w porządku? – pyta i wyrywa cię z otępienia. „Boli cię głowa” pewnie powie. – Boli cię głowa? – pyta, przytakujesz od dawna, dla świętego spokoju. – Tak, jestem zmęczona. To wszystko. Cały teatr waszych emocji i waszej uważności. I ta bezgraniczna pustka. Ta niechęć, obrzydzenie, to krzyczące w głowie: „Uciekaj”, którego nie chcesz słyszeć. Siadasz w kuchni, jak najdalej od niego. Łapiesz oddech, jakby on zabierał ci powietrze. „Kiedy powinnam odejść?” – pytasz…

Czy już wtedy, gdy zazdrościłaś przyjaciółce?

Kiedy ukłuły cię kwiaty w jej wazonie, kiedy mówiła: „Kochanie, jutro, bo dziś mam randkę z mężem”, a ty płakałaś po jej telefonie, płakałaś nad sobą, a może wtedy jeszcze nad wami… Ale przecież wtedy właśnie byłaś mamą, w pieluchach, z cyckami na wierzchu, które dla niego przestały być waszą intymnością. Ta podmiotowość codzienności. „Podaj, pomóż, czy mógłbyś…”. Jak mogłaś chcieć kwiatów, uwagi. Przeczekaj, kryzys przychodzi z dzieckiem, minie. Nie wiesz, czy kiedykolwiek minął? „Może obnażył nasze prawdziwe uczucia?” – mówisz.

Czy wtedy, gdy za nim tęsknisz, choć jest obok?

Tak bardzo pragniesz jego dotyku, uważności. Czułości. Tak, właśnie czułości. Odgarnięcia włosów z twarzy, pocałunku w kark, który tak uwielbiasz. Kiedy twoje ciało za nim tęskni. Kiedy oszukujesz się, że jego namiętność – tak uboga, to zmęczenie… Karmisz się każdym najmniejszym gestem. Wtedy jeszcze mówisz, tłumaczysz. „Potrzebuję ciebie, tęsknię”, a słyszysz „Przecież jestem, o co znowu chodzi”. No o co? Przecież miłość to wzloty i upadki. Może teraz to właśnie upadek? Na pewno znowu wzlecicie, na pewno… Jeszcze chcesz w to wierzyć.

Czy wtedy, gdy tęsknisz za sobą?

Patrzysz w lustro zdziwiona. Masz ochotę uciec, trzasnąć drzwiami. Jak najdalej pójść. Chcesz wrócić do siebie, bo tęsknisz za kimś, kto siebie lubił, kto dawał sobie prawo do egoizmu. Kto kochał – tak szaleńczo, komu ciało płonęło od namiętności. Kto wierzył, że miłość to karma, to jedyne o co warto zawsze w życiu walczyć. Patrzysz w te smutne i zmęczone oczy. Brak w nich miłości. Gdzie jesteś? Zimna woda na twarz. Zmyta nadzieja. Chęć powrotu do siebie rozpuszczona w kroplach. Jakby tylko to co tu i teraz było ważne. Zdradza cię tylko krótki oddech, napad paniki, bijące mocniej ze strachu serce. Że to już wszystko, że to koniec, że nic więcej nie ma. Poza „Będę po 20-tej. Co na obiad?”.

Czy wtedy, kiedy tęsknisz za wami z kiedyś?

Z kiedyś? Dobre sobie. Bo co jest prawdziwe? To co było i nie przetrwało, czy to co tu od kilku lat – pełne narastającej pretensji, żalów, niespełnionych obietnic? Ale tęsknisz za szeptanym: „Jesteś cudowna. Kocham cię”, za przyspieszonym przy twoim uchu oddechu, uścisku, z którego nie mogłaś i nie chciałaś się wyplątać, jego ciężaru. Leżysz wpatrzona w sufit, on śpi obok. Nawet nie sprawdzasz, czy jest tam na pewno. Ze wstrętem myślisz o sobie. Bierzesz prysznic. Możesz zasnąć, gdy zmywasz z siebie jego zapach. Ale może tak jest wszędzie? Bo namiętność nie trwa wiecznie?

Czy wtedy, kiedy samotność wkradła się do waszego domu?

Kiedy mówisz, a on i tak cię nie słucha. Kiedy przestajecie rozmawiać, słuchać siebie nawzajem. Kiedy widzisz, ze łączą was jedynie szczegóły codzienności – taka fałszywa namiastka bliskości – co trzeba kupić, kto posprząta łazienkę, kto wyjdzie z psem, poczyta dzieciom wieczorem. Myślisz: partnerstwo. Czujesz: samotność. Wtulasz się w fotel. Czasami zasypiasz na kanapie, bo droga do waszego łóżka zdaje się być nie do pokonania. Pijecie kawę w ciszy, każde zajęte własnymi myślami. „Odbierzesz dziś dzieci, bo nie wiem, czy zdążę”, „Tak jasne” – tyle powinno wystarczyć.

Czy wtedy, kiedy już nawet się nie kłócicie?

On przestaje pytać: „O co ci chodzi?”, a ty nie zaczynasz. Masz na drugie imię: „To-nic-nie-zmieni”. Szkoda słów, które przestają mieć znaczenie. „Zależy ci jeszcze na mnie?”, „Chcesz coś zrobić?”, „Czy ty nie widzisz, że nas nie ma?”. Może zamiast tego powiedzieć: „Odchodzę. To koniec”. Może to jest ten moment, kiedy już nie walczysz. Kiedy nie masz nadziei, a pozostaje jedynie bezsilność. Kiedy pytasz: „Kochasz mnie?”, a on odpowiada: „A ty co teraz?”. Albo kiedy już nie pytasz w ogóle? Na tej kanapie, między wami cegła po cegle staje mur frustracji, pretensji, niezrozumienia, tego: „bo ty zawsze”, a „ja to nigdy”. Niemy dramat.

Czy wtedy, kiedy pozostaje żal i smutek?

Jesteście jedynie uzupełnieniem codzienności. Gdzieś obok siebie, zresztą jakie ma znaczenie, jak daleko. Już nie wracacie. Nie przykrywacie się wspólną kołdrą. Nie patrzycie na siebie. Rytm wyznacza praca, dzieci, to co łączy to wspólne obowiązki – nie wobec siebie, ale wobec innych.

Patrzysz na niego, na tej kanapie. Chcesz wstać. Otworzyć okno. Przewietrzyć swoje życie.

Co cię trzyma? Chcesz jeszcze raz zawalczyć? Ile może być ostatnich bitew, ile razy powiesz: „Jeszcze chwila, miesiąc. Jeszcze coś zrobię. Muszę”. Bo jeszcze dzieci, wspólne mieszkanie, bo tak bardzo nie chcesz tracić nadziei. Bo nadal jest w tobie wiara, że nie pozwoli ci odejść, a może strach, że jednak nie będzie walczył?

Kochasz? Czy to wystarczy, by zostać.


Zobacz także

Nauka latania na miotle. Po co nam dziś czarownice?

Co zabija twoje poczucie własnej wartości? Niektóre przyczyny nie łatwo jest zauważyć

Fotomontaż /istock

Pani pozna panią. Ruda szuka przygody na całe życie [ZOBACZ ZDJĘCIA]