Jak uniknąć oczek w rajstopach? Ten pomysł wprowadził mnie w konsternację

Pani Mądrala
Pani Mądrala
7 grudnia 2017
Fot. iStock/artursfoto
Fot. iStock/artursfoto
 

Oczko w rajstopach – niby nic, a potrafi wywołać uczucie wstydu i zażenowania. Szczególnie, jeśli o fakcie dowiadujesz się dopiero po powrocie i do domu i zastanawiasz się, jak długo paradujesz z tą dziurą i ile osób się z ciebie śmiało. Tak, tego nie zrozumie żaden facet. 

Przypomniała mi się pewna historia, która doprowadziła u mnie do prawdziwej „rajstopowej traumy”. Miałam tego dnia bardzo ważne spotkanie biznesowe. Ubrałam się najlepiej jak mogłam – elegancka sukienka, szpilki i czarne rajstopy. O tym, że na łydce poszło mi oczko (sądzę, że zrobione bransoletką) zorientowałam się jakieś 10 minut przed spotkaniem. Koleżanka z pracy poratowała mnie lakierem do paznokci – stary dobry sposób. Szkoda tylko, że w magiczny sposób nie łata dziury. Musiałam więc poratować się… biurowym markerem. Tak, pomalowałam sobie skórę 😉

Od tamtej pory, zawsze, gdy mam na sobie rajstopy, w torebce noszę zapasową parę i dodatkowo lakier do paznokci. Okazuje się jednak, że istnieje prosty sposób, żeby w ogóle uniknąć tej przykrej sytuacji. Denise Caldwell, stylistka gwiazd, twierdzi, że wystarczy wcześniej… zamrozić rajstopy. Zawsze wydawało mi się, że zamrażanie ubrań uszkadza materiał, więc z lekką niepewnością podjęłam się tego zadania.

Chodzi o to, żeby jeszcze przed pierwszym założeniem włożyć rajstopy do torebki śniadaniowej i taki pakuneczek umieścić w zamrażalniku. Ponoć włókna stają się bardziej wytrzymałe i mniej podatne na zaciąganie. Co więcej, procedurę należy przeprowadzić tylko raz. Podobno zamrożenie pozwala cząsteczkom w materiale na nowo się przeorganizować. Hmmm…

Zrobiłam. Działa. Ale nie wiem, czy to faktycznie kwestia zamrażania czy ceny rajstop, bo ta niestety również ma znaczenie.


 

Na podstawie: kobieta.gazeta.pl

 


Wiesz, gdzie w lodówce trzymać jajka? Ja do tej pory robiłam to źle

Pani Mądrala
Pani Mądrala
11 grudnia 2017
Fot. iStock/lovro77
Fot. iStock/lovro77
 

Wszystkie wiemy, że z jajkami nie ma żartów. Szczególnie, jeśli komuś zdarzyło się zatrucie salmonellą. Nic przyjemnego. Dlatego też zawsze należy kupować jajka z dobrego źródła i sprawdzać datę ważności. Dzięki temu można znacznie zminimalizować ryzyko zjedzenia zepsutego jajka. Problem tkwi jednak dodatkowo w tym, w jaki sposób przechowujemy je później w domu. Okazuje się, że do tej pory robiłam to źle. Być może ty również.

W większości lodówek, na najwyższej półce na drzwiach znajduje się specjalne miejsce na jajka – w mojej są specjalne przegródki. Jeśli miałam czas, przekładałam tam jajka z wytłoczki lub wstawiałam z całym opakowaniem (teraz, jak pomyślę sobie, ile zarazków musi być być na takiej wytłoczce, to aż mi wstyd). Bywało jednak, że kładłam jajka byle gdzie – tam, gdzie akurat znajdowało się miejsce.

Okazuje się, że ta druga opcja była nawet lepsza, ponieważ jajka powinny zawsze znajdować się na środkowej półce w lodówce, ponieważ właśnie tam skoki temperatur są najmniejsze. Układanie ich na najwyższej półce na drzwiach powoduje, że przy każdym otwarciu lodówki (a na przykład u mnie domownicy otwierają ją bardzo często) jajka mają styczność z ciepłym powietrzem.

Częste wahania temperatur mogą spowodować, że jajka się zepsują. Ich zjedzenie może skutkować przykrym zatruciem pokarmowym. Niezależnie od tego, jak długo trzymasz jajka w lodówce i w którym miejscu je układasz, zawsze przed użyciem warto ocenić wygląd i zapach białka i żółtka. Jeżeli cokolwiek wzbudza nasz niepokój, lepiej jajko wyrzucić.


 

Źródło: Radio Zet


Jak często zmieniać prześcieradła? Sorry, ale ja jestem w szoku

Pani Mądrala
Pani Mądrala
6 grudnia 2017
Fot. iStock/Yulia-Images
Fot. iStock/Yulia-Images
 

Coś wam powiem. Może i uwielbiam różne nietypowe, domowe triki i często je stosuję, ale jestem też zdania, że trochę brudu nie zaszkodzi. Jak to mówią – „częste mycie skraca życie”. Oczywiście warto do tego powiedzenia podejść z przymrużeniem oka, ale jednak coś w tym jest. Zawsze wydawało mi się, że w kwestii sprzątania i czystości umiem zachować zdrowy rozsądek i umiar. A potem przeczytałam wypowiedź pewnego mikrobiologa z Nowego Jorku i wniosek mam jeden – jestem brudasem, a moje łóżko to siedlisko wszelkiego syfu.

Moi mili, czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jak często należy zmieniać prześcieradło i pościel? Spodziewam się odpowiedzi typu: „co kilka tygodni”, „jak mi się przypomni”. Udam, że nie słyszę wariantów: „jak się ubrudzi” lub „na święta”. Otóż, prześcieradło należy zmieniać co 7 dni. Tak, tak, co tydzień!  Według Philipa Tierno, który jest mikrobiologiem na uniwersytecie w Nowym Jorku, po tym czasie nasze łóżko staje się siedliskiem chorobotwórczych drobnoustrojów.

Wiem, co myślisz. Chłop zwariował.

Ale teraz wyobraź sobie, że spędzamy w łóżku 1/3 naszego życia. W czasie snu pocimy się, ślinimy, ocieramy się skórą o materiał. Do tego dochodzą inne wydzieliny (np. z narządów intymnych), włosy, martwy naskórek, sierść zwierząt, okruchy… Można wymieniać do wieczora. Podczas gdy my smacznie sobie śpimy, w naszym łóżku w najlepsze rozwija się flora bakteryjna i grzyb. Obrzydliwe.

Zdaniem mikrobiologa, spanie w brudnej pościeli może skutkować kaszlem, katarem i bolącym gardłem. Co więcej, mogą pojawić się pierwsze objawy alergii i astmy.

Nie wiem jak wy, ale ja idę zmienić pościel.

Źródło: Science Alert