Trzymanie smartfona ciągle pod ręką sprawi, że będziesz głupsza

Anna Wójtowicz
Anna Wójtowicz
6 sierpnia 2017
Fot. iStock/ljubaphoto
Fot. iStock/ljubaphoto

Według danych z 2016 roku posiadacz smartfona sięga po niego średnio 85 razy dziennie. Wielu jest nawet w stanie obudzić się w nocy, żeby coś jeszcze sprawdzić. „To drenaż mózgu” – twierdzi autor badania, które dowiodło, że częste sięganie po telefon przekłada się na naszą sprawność intelektualną i znacznie ją osłabia. Oraz czyni nas po prostu głupszymi.

Doktor Adrian Ward wraz z grupą współpracowników przeprowadził badanie, w którym udział wzięło 800 użytkowników smartfonów. Chciał sprawdzić ich sprawność intelektualną, przyglądając się temu, jak radzą sobie z wykonywaniem zadań matematycznych wymagających koncentracji, gdy mają w pobliżu telefon.

Naukowcy z University of Texas odkryli, że badani, którzy mieli telefon w zasięgu ręki, mają większe trudności z zapamiętywaniem informacji i skoncentrowaniem się. Nieważne, że był wyłączony, położony wyświetlaczem do dołu, czy znajdował się w kieszeni.

Eksperci zauważyli, że uczestnicy bardziej skupiali się na tym, czy dostali wiadomość niż na rozwiązywanym zadaniu. Przez to byli mentalnie nieobecni, osiągali gorsze wyniki i nie potrafili poradzić sobie z testem.

Fot. iStock/DragonImages

Fot. iStock/DragonImages

– Chociaż te urządzenia mają ogromny potencjał i ułatwiają życie, ich trwała obecność może osłabić nasze zdolności intelektualne – komentuje dr Ward. – Nawet jeśli osoby powstrzymają się od ciągłego zerkania na telefon, sama ich obecność zmniejsza zdolności poznawcze. To drenaż mózgu – dodaje.

A jak na badanych wpłynął brak telefonu w zasięgu ręki? Naukowcy zaobserwowali, że wykazały one większą sprawność intelektualną. Potrafiły się skoncentrować i lepiej zapamiętywały informacje.


 

Źródło: telegraph


Jestem Flancowana, czyli małe życie w wielkim mieście. Eh, niełatwe początki

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
6 sierpnia 2017
Fot. iStock/max-kegfire
Fot. iStock/max-kegfire

Jest taki moment, tuż po wejściu do tramwaju w mieście, które nie jest twoim miastem, że nagle zdajesz sobie sprawę, że nie masz pojęcia, jak skasować bilet. Nie dość, że ten bilet różni się znacznie od tych, które kupujesz na co dzień, to w dodatku kasownik zupełnie nie przypomina tego, z którego stale korzystasz.

Co wtedy robisz? Proste – czytasz instrukcję: „bilet kasujemy paskiem do dołu”… Gdzieś pomiędzy zastanawianiem się, o który pasek chodzi (bo jak na złość paski są dwa – po jednym z każdej strony), a tym czy na pewno wsiadłaś z przyjaciółką do dobrego tramwaju, wreszcie podejmujesz decyzję i wkładasz bilet paskiem, który uznałaś za odpowiedni – do dołu.

Zapobiegawczo pytasz jedną z pasażerek, czy tramwaj dowiezie cię na ulicę Domaniewską i wtedy zdajesz sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy, że do tramwaju właśnie wchodzą kontrolerzy. Tak właśnie było w moim przypadku i nie muszę dodawać, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, przecież miałam bilet i to w dodatku skasowany!

Uśmiechnęłam się życzliwie do Pana Kanara i pytając go, czy na pewno wybrałam dobry tramwaj (jako, że wspomniana Pani Pasażerka nie była tego pewna), podałam mu swój bilet. Wtedy uświadomiłam sobie absurd sytuacji, nikt nie był mi wstanie udzielić odpowiedzi na pytanie, dokąd właściwie jedzie ten tramwaj! Co za komedia pomyślałam, ale już po chwili komedia zamieniła się w dramat, bo Pan Kanar zażądał moich dokumentów!

Okazało się, że wybrałam niewłaściwy pasek. Wszystko skończyło się dobrze, bo o czym przekonuję się codziennie, w tym mieście ludzie są życzliwi i pomocni. Oczywiście musiałam wysiąść z tramwaju i po raz kolejny odkryłam, jaką rolę pełnią szczere kobiece łzy. Pamiętam, że zakładając czarne okulary (kamuflujące widoczne jeszcze ślady słabości) powiedziałam do Magdy: to jest miasto siły i walki, tutaj trzeba być twardym i odważnym. I nie wiem dlaczego, ale właśnie wtedy po raz kolejny dotarło do mnie, że to jest ideale miejsce dla mnie. Tę historię przypomniałam sobie kilka dniu temu, kiedy odwiedził mnie znajomy z Katowic i powiedział, że na miejsce spotkania na Nowym Świecie wolał dotrzeć pieszo, bo za każdym razem ma w Warszawie problem z biletami. Chodzi może o pewien symbol, ale to o czym opowiedziałam świadczy o tym, jak bardzo to miasto jest niepoznane, niezrozumiane i może właśnie dlatego przez tak wielu nielubiane i nieakceptowane? Nie wiem, ale myślę, że z miastem jest jak z człowiekiem. Trzeba je poznać, odkrywać każdego dnia po trochu. Z czasem można je polubić i nagle zdać sobie sprawę z tego, że wpadło się po uszy! Że to jest już miłość. Dwa i pół roku minęły od chwili kiedy tramwaj szczęśliwie dowiózł mnie na rozmowę kwalifikacyjną, trzy dni później zamieszkałam w Warszawie.

Na początku wszystko jest nieznane, obce. Chodzisz po ulicach, które trochę znasz, ale z niczym ci się nie kojarzą, odwiedzasz i zwiedzasz, ale robisz to jak zdezorientowany turysta. A potem jest ten moment, kiedy już przespacerowałeś i posmakowałeś klimat tego miasta, jedynego w swoim rodzaju miasta i już dobrze wiesz! Wiesz, gdzie w twojej okolicy kupić świeży, chrupki chleb, gdzie najlepiej smakuje ci lampka wina białego, a gdzie czerwonego, a gdy przechodzisz ulicą, macha do ciebie ulubiony sprzedawca kwiatów i daje zniżkę na kolejny bukiet gladiolii spod Hali Mirowskiej. A potem nieśpiesznie idziesz przez park do ulubionej kawiarni, żeby poczytać książkę i spotkać się z przyjaciółką. Wtedy nie jesteś już turystą, jesteś mieszkańcem! Wiecie, co znaczy flancowany? Ja dowiedziałam się przypadkiem, od mojej koleżanki, która w trakcie spaceru, gdzieś pomiędzy Placem Konstytucji, a ul. Koszykową powiedziała, że na kogoś takiego jak ja mówi się Warszawiak flancowany -taki, który nie pochodzi stąd, ale kocha to miasto tak bardzo, że staje się jego częścią.

Nie urodziłam się w Warszawie, nie wychowałam, ani nawet tu nie studiowałam, jednak co ciekawe, odkąd pamiętam marzyłam o tym, żeby tu zamieszkać. Marzenie mało racjonalne i pewnie dla wielu mało wybredne – bo przecież na świecie jest niezliczenie dużo ciekawszych i piękniejszych miast – jednak w moim przypadku to pragnienie zawierało logiczny pierwiastek. Przeczytałam niedawno, że więcej dziedziczymy po Dziadkach niż po Rodzicach, właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że dziedziczymy także ich marzenia i wspomnienia… Do dziś pamiętam opowieści mojej Babci, która spędziła w Warszawie swoją młodość. T u poznała i pokochała mojego Dziadka, przeżyła tutaj piękne chwile, do których po latach chętnie wracała i wspominała. Moim Dziadkom życie w Warszawie przerwała wojna, nigdy nie wrócili tu już na stałe. Myślę jednak, że tęsknili za tym miastem, jak za kimś z kim przeżyło się coś pięknego, a kogo utraciło się bezpowrotnie.

Moje marzenie spełniło się dwa lata temu! Moje życie ze Śląska przeniosło się do Warszawy. W moim śródmiejskim mieszkaniu w jednym z okien powiesiłam firanę utkaną ręcznie przez moją Babcię, a na toaletce postawiłam ślubne zdjęcie moich Dziadków zrobione na Placu Trzech Krzyży. Jestem im wdzięczna, że zarazili mnie miłością do miasta, które dzisiaj jest mi bardzo bliskie. Wciąż jednak nieodkryte i niepoznane. Stąd właśnie pomysł na blog, który powstał z miłości do miasta. Mam nadzieję, że stanie się miejskim przewodnikiem dla wszystkich, którzy chcą poznać to miasto z perspektywy spacerowiczki z aparatem w dłoni. Z perspektywy Warszawianki flancowanej!


 

19424769_312653475850961_5641258574848983040_n (1)Zosia Zabrzeska – urodzenia i z charakteru Ślązaczka, z zamiłowania i zamieszkania Warszawianka. Pracuje na Warszawskim Służewcu, a wolny czas wykorzystuje na to, aby cieszyć się życiem w Wielkim Mieście, jej Mieście. Niespełna rok temu założyła blog o Warszawie . Motywacją do stworzenia „Warszawianki Flancowanej” była miłość do Miasta, któremu jest wdzięczna za to, że jest tak bardzo otwarte i gościnne. Warszawa jest jej bliska, trochę jak drugi człowiek, albo raczej jak ukochane miejsce… Lubi ją nazywać swoim miejskim domem, bo tutaj naprawdę czuje się jak u siebie. A pisze o niej dlatego, żeby się jej za to wszystko, co jej daje odwdzięczyć, ale też po to, aby inni mogli doświadczyć jej ciepła i poznać ją lepiej.

 

 


Siostry od kuchni: Bajaderki nadziane malinami

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
6 sierpnia 2017
Fot. iStock/Bajaderki nadziane malinami
Fot. iStock/Bajaderki nadziane malinami

Aż ślinka cieknie…

Czas przygotowania: 15 minut

Składniki:

  • pół tabliczki gorzkiej czekolady (ja użyłam z zawartością 90% kakao marki Wawel)
  • 50g zmielonych laskowych (ja użyłam blendera, ale można również kupić gotowe mielone orzechy np. takie)
  • 3 łyżki gorzkiego kakao
  • 5 łyżeczek płynnego miodu
  • 4 łyżeczki nierafinowanego oleju kokosowego
  • 3 łyżeczki olejku rumowego
  • 4 łyżki wiórek kokosowych
  • 10 dużych, mocno schłodzonych malin

Przygotowanie:

  1. Orzechy oraz czekoladę mielimy – do tej czynności ja używam swojego sprawdzonego i uniwersalnego blendera. Alternatywnie, czekoladę można zetrzeć na tarce.
  2. Orzechy, czekoladę, kakao, miód, olej kokosowy i olejek rumowy mieszamy do połączenia w jedną, zwartą masę.
  3. Na oddzielny talerz wysypujemy wiórki kokosowe.
  4. Bierzemy pojedynczą malinę i obtaczamy 1/10 masy. Z takiej porcji powinna powstać bajaderka o średnicy ok. 3cm. Następnie bajaderkę obtaczamy wiórkami kokosowymi. Postępujemy tak aż do skończenia masy i malin.
  5. Bajaderki odkładamy na talerz tak, aby nie przylegały do siebie.
  6. Schładzamy przez kilka godzin w lodówce (ja nie mogąc się doczekać trzymałam je 0,5h w zamrażarce i były gotowe do jedzenia).
Fot. Siostry od kuchni

Fot. Siostry od kuchni

Fot. Siostry od kuchni

Fot. Siostry od kuchni

 

Zajrzyjcie koniecznie na bloga „Siostry od kuchni” i śledźcie na bieżąco ich poczynania na Facebooku!

18492427_10209141583683180_1950963320_n (1)


SIOSTRY OD KUCHNI, CZYLI

siostryKRZYSIA – na co dzień pracująca zawodowo, zabiegana mama dwójki dzieci. Mimo braku czasu odnajduje czas na swoją największą pasję, jaką jest gotowanie. Pewnie dlatego, że kocha dobre jedzenie. Zodiakalny Koziorożec, a więc konsekwentna w działaniach oraz bardzo ambitna i wnikliwa. Każde danie, które tworzy jest w 100% przemyślane, ale jej artystyczna wyobraźnia dokłada odrobiny szaleństwa i kulinarnej spontaniczności… Uwielbia kawę…ale tylko parzoną w kawiarce, a dobre ciacho to raj dla jej podniebienia. Lubi testować nowe przepisy i nie boi się eksperymentować.

EWKA – Można powiedzieć, że to człowiek orkiestra – znajdzie pasję w każdym zajęciu. Twardo stąpa po ziemi, mówiąc że nie ma rzeczy niemożliwych i z powodzeniem realizuje założone cele. W swojej pracy zajmuje się prowadzeniem projektów informatycznych, gdzie wykorzystuje i rozwija swoje menadżerskie zdolności. Uwielbia podróżować i odkrywać smaki lokalnych kuchni. Kocha kuchnię włoską i w tej dziedzinie chce się rozwijać, ale z sentymentem wraca rownież do polskich smaków znanych z dzieciństwa. Gotowanie i wypieki sprawiają jej ogromną przyjemność. Dzięki jej zdolnościom organizacyjnych każdy ruch w kuchni jest zawsze przemyślany, dzięki czemu przepyszny.


Zobacz także

O szczepieniach

Fot. iStock / anandaBGD

Dbasz o figurę? Unikaj 7 „tuczących” owoców

Fot. sStock/gpointstudio

Ile zazdrości w miłości? Sprawdź, czy jesteś zazdrośnikiem – QUIZ