„To nie te Święta, co kiedyś”. Ludzie, litości! Czy nawet Święta muszą być powodem do narzekań

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
21 grudnia 2018
Fot. iStock/boschettophotography
 

Trenuję zen i staram się panować nad swoim wku*wem, ale cóż, są rzeczy, z którymi przychodzi mi się zmierzyć i nijak nie da mi się powstrzymać rosnącego ciśnienia.

Tak też jest ze Świętami i zewsząd dobiegającym: „Eh, te Święta, to już nie to, co kiedyś”. No ja pie*dolę, nie ma jak to popsuć sobie świąteczną atmosferę jeszcze nim ona na dobre zagościła.

Nie, nie będzie, że miło, że spokojnie, że odpocząć można i spotkać się z najbliższymi. Co to, to nie.

Temat beznadziejnych współcześnie Świąt kwitnie już od listopada, kiedy tylko w sklepach pojawiają się mikołajkowe słodycze. „Co za bezsens”, „Co za bzdura”, „Przegięcie”. No dobra, może i tak, ale, do cholery jasnej, żyjemy w świecie konsumpcjonizmu, tak już jest, że jak towar w listopadzie znajduje swojego klienta, to się go wykłada i tyle. Zamiast się ucieszyć, że jakieś zwiastuny Świąt w listopadzie, najsmutniejszym miesiącu roku, się pojawiają, to my oczywiście narzekamy, że jeszcze tyle czasu, że komuś coś się pomyliło, że bzdura i że (a jakże) kiedyś tak nie było.

Później jest jeszcze gorzej. Bo jakim cudem mandarynki i pomarańcze kupić już można na początku grudnia w dobrej cenie, a do tego pyszne i słodkie? Przecież to owoce, którymi Święta powinny pachnąć, a nie zwyczajny powszedni dzień w domu. Matko, trzymajcie mnie. Skoro to taki problem, może nie kupować i dzieciom wmawiać, że to zakazany owoc i tylko w Boże Narodzenie dostępny.

Problemem jest wszystko. To, że sklepach wszystko dostępne (tylko te kolejki straszne – a to przecież syndrom tamtych czasów i w sumie powinno nas cieszyć), że kiedyś to dzieci ze skarpet spod choinką były zadowolone, a teraz nie wiadomo co im kupić, bo wszystko mają (a czyha to wina, że skarpety są be), że ryb od koloru do wyboru, że pastą już podłóg się nie czyści na kolanach, że śniegu brak, że wszystko na szybko i w pędzie.

Okej. Pamiętam doskonale Boże Narodzenie pachnące cytrusami. Śnieg też był, choć może nie w takiej ilości, jak go na przykład pamięta moja mama. Ale nie mam zamiaru niszczyć sobie teraz atmosfery, bo kiedyś to nie jest tak jak teraz. My się kochamy umartwiać, żyć przeszłością, którą zawsze idealizujemy tak, że w efekcie staje się ona rajem utraconym, do którego już powrotu nie mamy i tylko opłakiwanie go nam pozostało.

Żyjemy tu i dzisiaj. Dzisiaj mamy Święta, a nie 20 lat temu. Te współczesne, bez śniegu niestety, ale za to z pogodą, która na spacer spokojnie może nas zaprosić, z lodowiskami czynnymi w drugi dzień Świąt, na które możemy iść z całą rodziną. Z grami planszowymi, które warto dać w prezencie i pierwszy dzień Świąt spędzić leżąc na podłodze śmiejąc się do rozpuku z pytań, z odpowiedzi, z tego, kto jakie ma szczęście i czy bitą śmietaną dostanie w twarz.

Współczesne Boże Narodzenie daje nam jeszcze jedną ważną rzecz, której w przeszłości aż tak nie ceniliśmy, bo mieliśmy pod dostatkiem. Czas. Czas, który możemy spędzić wspólnie, jeśli tylko mamy na to ochotę i o to zadbamy. Nie musimy wystawać w kuchni. Kto lubi – za to też kocha przygotowania, jak ja na przykład. Cieszę się na robienie pierogów, sałatki, smażenie ryb. A tym, którym siły i ochoty brak – polecam cateringi świąteczne, w końcu nie ma nic złego w zamawianiu dań. Żyjemy w czasach, które nam to umożliwiają, więc czemu z tego nie korzystać.

Błagam, przestańmy narzekać, żyć przeszłością, która już była. Teraz piszemy nową, własną, którą nasze dzieci wspominać będą z rozrzewnieniem i wzruszeniem. Mój syn powiedział mi ostatnio: „Mamo, ja już nie mogę się doczekać tej świątecznej atmosfery, tych lampek, choinki, tego, jak tata robi makaron, a my ci pomagamy przy pierogach”. Oni nie pamiętają Świąt, które były kiedyś. Będą pamiętać te, które dla nich tworzymy dzisiaj. Więc weźcie głęboki oddech i cieszcie się w końcu tym, co mamy tu i teraz. Niech te Święta będą najpiękniejsze, dla was i dla waszych najbliższych.


Matko, jaka ja durna jestem. Czyli o tym, jak na siłownię się wybrałam i katusze cierpiałam, jak w średniowiecznych lochach

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
16 listopada 2018
Fot. iStock/shironosov

Człowiek to jest jednak durna istota. Naprawdę. Codziennie przekonuję się o tym na własnej skórze. Albo coś durnego chlapnę, albo zrobię, albo zdecyduję się na coś, za co później wstydzę się potajemnie przez pół roku.

Eh. Żeby tylko o to chodziło, to pal sześć, jakoś z taką durnotą żyć idzie, ale jak się sama świadomie pakujesz w rzeczy, które brzmią jak scenariusze z „Piły 13”, to już trzeba mieć coś z deklem. I ja mam na pewno. Piszę to czując się jakby mnie ktoś tą piłą rozjechał. Albo nie, inaczej. Raczej marzę o tym, żeby ta piła mnie rozjechała, starła w pył, pociachała na kawałki, byleby nie czuć się jak jeden z bohaterów „Ślepnąc do świateł” pobity przez kolegów z konkurencyjnego gangu. Człowiek sobie nawet nie zdaje sprawy, w jakich częściach ciała ma mięśnie poukrywane, dopóki nie trafi na trenerkę-sadystkę.

Tak. Piszę to ja – propagatorka aktywności, kochająca umęczać swoje ciało wyganiając z niego wszechogarniający wk*rw. Nie ma lepszej metody na relaks niż upocone plecy, krótki oddech i mózg, który myśli tylko o jednym: „Kiedy to się ku*wa skończy”. Po takim praniu mózgu, nic nie jest w stanie cię ruszyć. I tak, niektórzy spacerują, inni chodzą na zumbę, jeszcze inni na jogę. Ale ja nie, ja to pójdę na siłownię, to największej trenerki-tyranki, która z uroczym uśmiechem, zarzucając na bok pięknymi długimi włosami, bez mrugnięcia okiem zadaje ci tortury, jakich pewnie w średniowieczu nie doświadczali.

Ale wiecie, zaczyna się całkiem niewinnie. Wchodzi się do szatni. Ha ha, hi hi. Kto co zjadł, kto gdzie się spóźnił, komu nie chciało się przyjść. Ostatnio zauważam pewną tendencję, że na siłownię, na którą ja chodzę, uczęszcza więcej kobiet niż facetów, więc atmosfera w ogóle bez spiny. Żadna nerwowo nie poprawia włosów w lustrze, nie spada z bieżni próbując wypaść lepiej niż zazwyczaj, bo wiadomo – facet na horyzoncie, więc budzą się w nas samcze instynkty rywalizacji. No tak mamy i już, cóż. Ale nie o tym.

Wracając do tematu. Dopóki jesteśmy w szatni jest miło. Ale zaraz po przekroczeniu progu siłowni w głowie pojawiają się flesze, ogromne neony UCIEKAJ, PO CO TU PRZYSZŁAŚ, WIDZISZ JAK ONI WYGLĄDAJĄ. Oni – to zmiana, która schodzi przed nami powłócząc nogami i mieląc pod nosem przekleństwa.

No ale jak już przyszłaś… Pamiętaj te pośladki, ten brak pelikanów na rękach, ten brzuch, który nie będzie się zwijał w dziesiątki ruloników i uda, które nie będą trząść się jak galaretka. Okej, dobra, zostaję. Jest motywacja? Jest. A co. W końcu kto da radę, jak nie ja. Chwilę później żałuję, oj bardzo żałuję tej decyzji. I taka jestem durna (a propos durnowatości człowieczej), że jak już powiem A, to zawsze muszę rzucić B. Nie, nie ucieknę po cichu, nie wycofam się rakiem, nie będę udawać, że ja tu niby ciężko ćwiczę, albo chować się za jednym ze sprzętów. O nie. Jak już wlazłam, zdecydowałam się, to dam z siebie wszystko, za karę, że zanim dwa razy pomyślę, to już zrobię. Eh. Ciężko czasami mi się samej ze sobą żyje.

Obiektem tortur tym razem została piękna, ogromna różowa piłka. Cudowna tak, że człowiek by się uwalił i tak został, mając jeszcze w nogach zakwasy po ostatniej wizycie na siłowni i marszu 12-kilometrowym z psem, wieczór wcześniej. Trenerka – psychopatka pokazała piłkę, ale już po morderczej rozgrzewce, po której powłóczyć mi się nogami już nie chciało i z trudem łapałam oddech marząc, by żaden przystojny facet jednak nie pojawił się na siłowni, bo wyglądałam raczej jak z krzyża zdjęta niż zawzięcie pracująca nad swoimi pośladkami.

Nie zdajecie sobie sprawy, jakie narzędzie tortur kryje się w takiej niewinnej piłce. Naprawdę. Gdyby te piłki wymyślono tysiąc lat wcześniej, czarownic by się nie paliło na stosie, tylko kazano poćwiczyć z tą piłką. Na bank wyrzekłyby się swoich sił tajemnych po 20 minutach. Ale nie trenerka – psychopatka. Ona z ukrytą głęboko sadystyczną satysfakcją pokazuje po kolei ćwiczenia, jakie JA muszę zrobić. To nic, że gubię się już przy drugiem, a po czterech nie pamiętam, co było pierwsze. Zaczynam i lecę na łeb. Bo piłka wbrew pozorom współpracować nie zamierza, ucieka, o ścianę jej oprzeć nie można, trzeba się zaprzeć wszystkimi możliwymi mięśniami i dźwignąć to wyzwanie. Marzę o karetce. Już widzę oczami wyobraźni, jak panowie wbiegają z noszami, zawożą mnie do domu i z tych noszy rzucają prosto na kanapę. Jak ja do cholery wsiądę do auta? Jak wstanę? Jak założę buty? Jak ja będę żyć? No jak?

Patrzę na inne dziewczyny, każda z lekkim obłędem w oczach, jakby szukała miejsca, gdzie by tu się schować. Ale nie, nie da się. Uważne oko psychopatki wychwytuje od razu: „Skończone? To zapraszam”. A tobie pozostaje błagalne spojrzenie na zegarek, kiedy okazuje się, że to jeszcze 28 minut!!!

I kiedy po tych 28 minutach leżysz na podłodze, myślisz sobie: „Ja pie*dolę, ale było fajnie”. I choć w szatni panuje cisza, choć żadna nie ma już ochoty na żarty i interesującą rozmowę, to czuje się te unoszące się w powietrzu endorfiny. I nagle to nigdy więcej, zamienia się w widzimy się za dwa dni. Nie wiadomo nawet jak. I kochasz trenerkę-psychopatkę, bo ona doskonale wie, gdzie możesz przekroczyć swoje granice. I jesteś jej wdzięczna za te pośladki i znikające pelikany. I myślisz sobie, jak to cudownie! Wracasz do domu, nic cię nie wku*wia, nic nie jest w stanie wprowadzić z równowagi. Bierzesz prysznic, i już wiesz, że jutro nie założysz stanika, bo nie dasz rady go zapiąć i zastanawiasz się, jak usiądziesz na kiblu. Ale to jeszcze dzisiaj nie jest ważne. Jest ci błogo. Fantastycznie. Jesteś wielką różową piłką. Dopóki nie spróbujesz rano wstać z łóżka… I znowu myślisz: „Ku*wa nigdy więcej!”. I tak w kółko.

P.S. Ewelinko – sadystko kocham cię! 🙂