To ludzie motywowują cię do zmiany na lepsze. Tylko od ciebie zależy, czy z tej nauki skorzystasz

Karolina Krause
Karolina Krause
27 listopada 2016
Fot. iStock/Kontrec
Fot. iStock/Kontrec

Ile osób w naszym życiu spotykamy przypadkiem? Moim zdaniem zero. W podróży przez nasze życie każdy jest jakimś przystankiem. Znakiem, w którą stronę powinniśmy iść, a którą może lepiej sobie darować. Spotkasz ich wszędzie: w metrze, w kolejce do bankomatu, na siłowni, w pracy. Jeśli na to pozwolisz, każdy z nich może ci coś dać, czegoś nauczyć. Musisz tylko się na to otworzyć…

Różni ludzie mogą też uczyć nas różnych rzeczy. Inaczej też możemy ich odbierać. Każdy sam musi wyciągnąć dla siebie lekcję, która płynie dla niego z danego spotkania. Oto trzy lekcje, których nauczyły mnie trzy przypadkowe osoby:

Lekcja nr 1: Spadkobierca

Jadąc niedawno z Gdańska do Warszawy poznałam młodego Ukraińca. Gleb skończył już co prawda jedne studia, ale, jak większość swoich znajomych, uciekł z Kijowa do Warszawy, żeby go nie wciągnęli do wojska. „Nie jest ci przykro, że musisz zostawiać swój kraj?” – spytałam. Skrzywił się – „Ani trochę. Tam nic już na mnie nie czeka”. Była w tym jakaś symboliczna ironia. Zwłaszcza, że chwilę wcześniej zastanawialiśmy się nad polskim odpowiednikiem jego rosyjskiego imienia. Po ukraińsku Gleb zwykle tłumaczy się jako Chleb, choć prawdziwym znaczeniem tego imienia jest spadkobierca. Posmutniałam w duchu. Niewiele dziś zostało mu w spadku…

Dla jednych Gleb może być symbolem ucieczki od problemu, przejawem braku patriotyzmu. No bo jak to tak? Zostawić swój kraj w potrzebie i iść studiować za granicę, podczas gdy pozostali znajomi przelewają za niego krew? Dla mnie była to lekcja tolerancji i pokory. Zrozumiałam, że to nie mnie go oceniać. Nie wiemy, jakbyśmy zachowali się w danej sytuacji, dopóki sami w niej nie będziemy. Ile z nas ciągle powtarza „Nie no kochana, ja to na w twoim miejscu…”? Nie oceniajmy. Gleb uświadomił mi także, ile mamy ze sobą wspólnego. Niby nie powinno to dziwić, skoro granice między naszymi krajami ciągle były przesuwane to w jedną to w drugą stronę. Aż w końcu tamci zostali po drugiej stronie wyimaginowanego muru. Ale mam wrażenie, że ciągle o tym zapominamy. Cieszę się, że coraz więcej z nich przyjeżdża do Polski. Może przez to w końcu będzie u nas trochę weselej, ciekawiej, bardziej różnorodnie. Może to właśnie lekarstwo na naszą ksenofobię?

Lekcja nr 2: Jak Salwador Dali

Innym razem trafił mi się jeszcze ciekawszy przypadek, a miał na imię Piotrek. Piotrek, jak sam siebie określał, był typowym „nonkonformistycznym ziomkiem, który robi tatuaże”, ale tylko takim ludziom, którzy wydają mu się w prządku. Nie byle komu. Różyczki, serduszka i motyle to nie u niego. Ckliwy cytat na łopatce? – zapomnij. O reklamacji też możesz w sumie zapomnieć. Piotrek robi, tak, jak czuje. A jak ci się nie podoba, to możesz spier…, czyli „pójść i pouprawiać miłość sama na sobie”. Żeby było jasne. Szkoła? To nie dla niego. Czuły punkt. Niechętnie wspomniał tylko, że nie dał się zepsuć tej wytwórni lamusów, że dzięki temu zachował „swój styl”. O kurka! – pomyślałam – trafił mi się drugi Dali. Chociaż on przynajmniej spróbował, a z Akademii go wywalili. Dopiero później dorobił sobie bajeczkę o „nieskażonym stylu”. Kto wie? Może tutaj było podobnie?

Czego mógłby nauczyć cię taki Piotrek? Myślę, że każdy z nas chciałby czasami w życiu być takim, jak on. Pomyślcie tylko, przychodzicie sobie do pracy, punktualnie o 16:00 kończycie, co tam macie do zrobienia, a na odchodne rzucacie tylko: „Robota wykonana szefie. Wyszło jak wyszło, ale i tak musisz mi zapłacić.” Z artystą się nie dyskutuje, czyż nie? :) No dobrze, może w pracy to nie przejdzie, ale w innych dziedzinach życia już tak. Czasami dobrze jest zawalczyć o siebie. Wyznaczyć komuś granicę. Przecież nie zawsze musisz się na wszystko zgadzać. A może właśnie na odwrót? Może właśnie twoja wewnętrzna diva za bardzo się rozhulała i nic nie jest w stanie jej zadowolić? Może najwyższy czas dać jej snickersa? :)

Lekcja 3: Podróżnik

Największe wrażenie wywarł na mnie jednak Marek. Ojciec dwójki 7-letnich bliźniaków. Tym razem to ja byłam pasażerem w jego samochodzie. Jechaliśmy akurat z Warszawy do Poznania. On do pracy. Ja po to, żeby ją znaleźć. Bardzo chciałam dowiedzieć się, jak znalazł się tu, gdzie teraz jest. W danym momencie swojego życia. Bo, jak facet po pedagogice i turystyce, stał się nagle przedstawicielem firmy, która sprzedaje artykuły biurowe? Opowiedział mi, że od zawsze chciał podróżować, więc zaczął studiować turystkę ale, jak to w życiu bywa, spaprał nieco sprawę i go wywalili. Potem zabrał się za pedagogikę, którą ostatecznie skończył. Tam poznał Agatę, swoją obecną żonę. Po studiach zaczął szukać pracy. A wiadomo – w pedagogice o normalne zarobki ciężko, to też szukał gdzieś indziej. Parokrotnie zmieniał pracę. Potem wzięli z Agatką ślub. Urodziły się bliźniaki. I ostatecznie utknął tu, gdzie jest. Mówi, że utknął, bo nie jest to praca jego marzeń, ale mu w niej wygodnie. Ma dobre warunki, może spędzać czas z dziećmi i nieźle mu płacą. Może kiedyś wróci do podróży, jak dzieciaki podrosną…

Tę lekcję zapamiętam na długo – daj Boże, żeby nigdy nie było mi na tyle wygodnie, bym przestała sięgać po swoje marzenia. Obyśmy nigdy nie utknęły w swojej strefie komfortu. Bo o czym świadczą wszystkie wymówki, których używamy? „Nie mogę. Bo dzieci, bo rodzina, bo co jeśli nie dam rady?”. A co jeśli dasz? A co jeśli życie, którego pragniesz będzie należało do kogoś innego. Kogoś, kto miał odwagę zawalczyć o siebie? „Najbardziej boimy się nie tego, że jesteśmy zbyt słabi. Najbardziej boimy się tego, że jesteśmy potężni ponad miarę.” Czasami największą krzywdą, jaką sobie wyrządzamy, jest brak odwagi. Zapominamy też, że bycie odważną, nie oznacza, że masz się nie bać. Odwaga oznacza działanie pomimo strachu. Wyjdź ze swojej strefy komfortu. Zaryzykuj. Pamiętaj, że masz tylko jedno życie. Właśnie teraz jest najlepszy czas, aby zacząć realizować swoje marzenia. Działaj.

Może dla ciebie ci ludzie oznaczają coś innego. Może wyniesiesz z nich własne lekcje, zupełnie inne niż moje. Inni ludzie są dla nas lustrem, odbiciem nas samych. Cokolwiek jednak w nich dostrzeżesz powinno motywować cię do zmiany na lepsze. Tylko od ciebie zależy, czy z tej nauki skorzystasz.


Wypełnieni wdzięcznością dotykamy szczęścia. Wystarczy przystanąć, spojrzeć w siebie, obejrzeć się dookoła i dostrzeć bogactwo, jakie nas otacza

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
27 listopada 2016
Fot. iStock/PeopleImages
Fot. iStock/PeopleImages

Każdego roku, w czwarty czwartek listopada, Amerykanie celebrują Święto Dziękczynienia. W tradycyjnym ujęciu święto to gromadziło ludzi, którzy pragnęli podziękować za dobre plony i miniony rok. W czasach dzisiejszych, tradycja wspólnego posiłku i czasu spędzonego z rodziną i przyjaciółmi nad smakowitym indykiem należy do jednej z ulubionych przez Amerykanów. I nie zdziwiłabym się też wcale, gdyby owo święta upodobanie z tego się właśnie brało, że jak żadne inne święto, Thanksgiving jest tradycją dla wszystkich, bez względu na rasę, religijne wyznanie, orientację seksualną, czy jakikolwiek inny podzielnik ludzkości. W codziennym kołowrocie świat bowiem pełen jest wszelakich odrębności. Thanksgiving jednak, jak słońce i deszcz, jest świętem wszystkich. I kiedy mówię wszystkich, mam na myśli wszystkich wszystkich, w tym także owego nieszczęsnego indyka, któremu amerykański prezydent udziela uroczyście pardonu, zwracając mu w ten dzień ptasią wolność na farmie bez granic. Dla tego jednego indyka Święto Dziękczynienia to bilet do dobrego życia, dla ludzi zaś, to piękna okazja ku temu, by podziękować za wszelkie dobro, które jest ich udziałem.

Bycie wdzięcznym to wielka jest sprawa i wbrew pozorom bardzo łatwa, pomimo tego, że szum życia zakłóca świadome odczuwanie wdzięczności. Wdzięczność wymaga bowiem momentu, wymaga tej chwili, w której człowiek staje w miejscu i zadziera głowę w zachwycie. Wdzięczność wymaga uwagi, spostrzegawczości i nade wszystko odczuwania. Jak zatem łatwo sobie wygłówkować wdzięczność, we wspomnianym kołowrocie, raczej nie zaistnieje. Za to w momencie pochwyconym i z uwagą skadrowanym, jak najbardziej. Wdzięczność żyje w sercach, żyje w ludzkiej duszy, we wrażliwości człowieka, który jedyne co musi, by do niej dotrzeć i by jej doświadczyć, to przestać pędzić, zatrzymać się na chwilę i pozwolić sobie na to niezwykłe uczucie, które rozleje się po człowieku jak ciepły, słodki nektar.

Mówią, że wdzięczność ma niezwykłą wibrację i jak żadne inne uczucie daje wielkie szczęście. Człowiek wdzięczny, to człowiek szczęśliwy, spełniony i syty. Ten zaś, który wdzięczności w sobie nie ma, wiecznie jest głodny, wiecznie niedopełniony, wiecznie pragnący i ciągle nienasycony. Dzieje się tak dlatego, że człowiek, który wdzięczności nie odczuwa, niejako z definicji skazany jest na życie, którego podstawą jest uczucie ciągłego braku i niedostatku. Może dóbr materialnych mieć w bród i przyjaciół niezliczonych, cóż skoro ciągle mu mało, skoro ciągle odczuwa ów dręczący, nieznośny niedosyt. Czego by nie robił, ile nie zarobił, nie zdobył, nie uzyskał, nie odczuwa taki człowiek spełnienia.

Z drugiej strony, żyjąc życie z pozycji wdzięczności, człowiek nie dopuszcza „braku” do głosu. Nie jest bowiem możliwym, aby byt, który mówi i czuje dziękuję, odczuwał jednocześnie brak. Te dwa koncepty całkowicie się wykluczają. Wypełnieni wdzięcznością dotykamy szczęścia, a to jak wiadomo jest równoznaczne ze spełnieniem. Co istotne, to fakt, że wiele nie trzeba by o to spełnienie się otrzeć. Choć jedno zrobić człowiek musi: przystanąć musi, spojrzeć w siebie musi, obejrzeć się dookoła i przed samym sobą przyznać się musi do tego bogactwa, które otacza go na każdym kroku. Życie bowiem daje nam garściami każdego dnia. Kiedy jesteśmy zdrowi, mamy dach nad głową i ciepły posiłek. Kiedy możemy pójść do pracy, przytulić się do ukochanego człowieka, spotkać się z przyjaciółmi, wyskoczyć do kina z rodziną…. Listę tę można by ciągnąć w nieskończoność, bo prawda jest taka, że nie ma chyba na świecie człowieka, który nie ma za co być wdzięczny. Wszyscy mamy swoje listy. Wszyscy mamy powody do wdzięczności, choć tak niewielu z nas żyje z tą świadomością. Nie doceniamy tego, co mamy, przekonani, że to, co raz nam zostało dane, jest już nasze na zawsze. Bierzemy to za swoisty pewnik, za coś co i tak, po prostu, jest. Więc nie próbujemy nawet udać się w to miejsce, w którym człowiek prawdziwie wdzięczny, ładuje swoje baterie szczęścia. Na własne życzenie, okradamy się z tego bogactwa, pławiąc się w destrukcyjnym poczuciu braku i niespełnienia. Gdzie to ma sens, tego nijak nie pojmuję. Ale co zrobić, gdy taki jest człowiek współczesny… w wiecznym pędzie i nienasyceniu, w poszukiwaniu szczęścia na zewnątrz, nieświadomy bogactwa wewnątrz, nie doceniający tego, co ma, bo zajęty gonieniem tego czego mu brak.

Mój mąż Wes, wielki podróżnik, powiedział mi dzisiaj, że jak człowiek przyzna się do tego, że tak naprawdę ma wszystko, czego w życiu mu potrzeba, tak straci motywację do dalszego życia. Przestanie odczuwać popęd, czy też napęd, przestanie przeć do przodu i osiądzie na laurach w krainie łagodnej bezczynności. Że niby tak ma człowiek, który sam przed sobą przyzna, że oto życie podarowało mu wszystko, a zatem this is it! Teraz, to już  nie ma po co żyć. Absurd to straszny, choć z drugiej strony świat jest tak właśnie pomyślany, by człowieka napędzał brak. Nie masz, to działaj. Żebyś mógł wreszcie mieć. I zasuwa człowiek jak szalony, pokonując górę za górą. Jak alpinista idzie człowiek przez życie, a za każdym szczytem nic innego, tylko kolejna ścieżka prowadząca na jeszcze większy szczyt. Więc idzie takie stworzenie, bożym zwane, przez te góry i doliny, aż pewnego dnia już dalej iść nie może. Kończy więc żywot nieświadome, że cała ta podróż to był wielki fałsz. Szczęście bowiem nie za kolejnym szczytem czekało, lecz jak kot na zapiecku, leżało sobie cichutko w zasięgu zaledwie ręki. Niby więc pod samym nosem, a jednak takie niewidzialne.

Nie zgodziłam się zatem z Wesem, wielkim moim podróżnikiem. Wiem bowiem, że wdzięczność (której doświadczałam  nie raz w tej jej postaci najsłodszego nektaru), jak nic innego otwiera wrota wszelakiej sposobności. Nie wiem na czym polega cały ten mechanizm i nawet nie wnikam, bo zbędna to wiedza. Wiem jednak, że kiedy jestem w wibracji dziękczynnej, otwieram się na cud. I dopiero wtedy też, życie zaczyna się mi dziać. Na moich oczach, ku mojemu zdumieniu, dostaję skarb za skarbem. Gdybym kiedykolwiek wcześniej go zapragnęła, gdybym w podróż po skarb się udała, pewnie nigdy bym doń nie dotarła. Goniąc za skarbem, byłabym jak ten pies, który za własnym ogonem w koło się kręci jak szalony.

Pozwalając sobie jednak na krótką chwilę oddechu, na świadomą uwagę i zaczarowanie, które z zachwytu nad życiem się bierze i z tego głębokiego uczucia, że tu i teraz mam wszystko czego w danej chwili pragnę, nagle nie muszę gonić za niczym. Taki moment jest momentem spełnionym, jest też, jak żaden inny, momentem uważnym, a zatem takim w, którym widzimy rzeczywistość dużo lepiej, prawie jak w powiększeniu. Szczegóły, detale, są tak bardzo wtedy widoczne, że nie sposób ich nie zauważyć. To wtedy właśnie potencjał chwili odkrywa się na naszych oczach inspirując nas do działania. Z takich momentów rodzą się najpiękniejsze dzieła, powstają niezwykle rzeczy. Ich motorem nie jest jednak uczucie braku i potrzeba  posiadania więcej, ale wszechogarniająca wdzięczność za wszechobecne bogactwo. O ileż łatwiejsze jest takie życie i jakże więcej szczęścia daje.


Gniew za gniew. Długów spłata. Bo dobro zawsze wraca! #dziękiżejesteś

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
27 listopada 2016
Fot. Screen/Youtube
Fot. Screen/Youtube

Kto by pomyślał, że jedna osoba może wywołać tyle zamieszania, a przede wszystkim rozsiać taki ogrom dobra. O kim mowa? Monika Dąbrowska to pomysłodawczyni „Biegu na sześć łap”. Bieg najpierw powstał w Olsztynie, gdzie do schronika mogli przychodzić ochotnicy wyprowadzając psy na spacer. Z czasem akcja przeniosła się do wielu miast w całej Polsce, a ci, którzy kochają czworonogi z pewnością o „Biegu na sześć łap” słyszeli, a kto – może samo postanowili go zorganizować.

Dobro rozchodzi się na wszystkie strony i tak zadziało się w przypadku „Biegu na sześć łap”. Do akcji dołączyli osadzeni, którzy początkowo przyjeżdżali do schroniska pomagać przy codziennych pracach. Kiedy dowiedzieli się o akcji, postanowili za zgodą dyrekcji przystąpić do biegu. I tak wychodzą z psami na spacer już od półtora roku. Efekt ich zaangażowania można zobaczyć w filmie, który został przygotowany na potrzeby Międzynarodowego Festiwalu Filmowego „Prison Movie”. Organizatorzy chcieli, by pokazane zostało  to, co się dzieje za bramami schroniska.
Za tę produkcję twórcy otrzymali nagrodę Grand Prix.

Świat nie jest taki zły… Obejrzyjcie. Zapraszam.

 


Zobacz także

Fot. iStock / Oktay Ortakcioglu

Samotność… od święta. Czy można uciec przed Bożym Narodzeniem?

Fot. iStock / PeopleImages

Resurfacing – odmładzanie przez regenerację

jak korzystać z lata

Nie tylko urlop, czyli jak korzystać z lata. 5 sposobów na jednodniowy odpoczynek