To depresja. Straszna choroba, z którą usiłuję wygrać

K. Lolka
K. Lolka
29 grudnia 2016
Fot. iStock / IBushuev
Fot. iStock / IBushuev
 

Czasem nie umiem sobie ze sobą poradzić. Moje ciało mnie nie słucha. Jest ociężałe i powolne, nawet usta nie chcą unieść kącików w górę. Mogłabym wtedy leżeć na łóżku i gapić się w ścianę.

Wstaję, bo muszę, trzeba zakrzątnąć się przy dzieciach, sprzątać na szczęście nie trzeba, bałagan uciekać nie chce… Robię tylko to, co niezbędne i zapadam dalej w swoje odrętwienie. Wiem, co mi jest. Tylko wstydzę się do tego przyznać nawet przed samą sobą, a co dopiero przed innymi. To moja porażka, moja codzienna walka z powrotem do żywych, którą inni płytko postrzegają wyłącznie z zewnątrz. I nie rozumieją. A kiedy się to nazwie… Budzi śmiech.

To depresja. Straszna choroba, z którą usiłuję wygrać. Odbywa się to małymi kroczkami, często cofanymi… I bez gwarancji sukcesu. Raz lepiej, raz gorzej, niby już dobrze, a jednak nie. Dookoła słyszę, że nie mam prawa do depresji. Że mam wszystko, czego można chcieć, że powinnam wziąć się w garść.

Biorę się. Tylko czasami samej sobie przeciekam między palcami. I co wtedy…? To nieprawda, że depresja pojawia się bezpośrednio po jakiejś traumie, a potem się ją leczy jak anginę, znika i już. Często właśnie dopiero po jakimś czasie, kiedy wydaje się, że przecież już wszystko się unormowało – okazuje się, że w środku jesteś kompletnie potłuczony… I wtedy zbieranie się w sobie jest tym trudniejsze, że ta choroba dla osób z zewnątrz nie ma żadnego uzasadnienia…

Nikt już nie tuli, nie pociesza, bo ile można, wszyscy oczekują, że się wreszcie podźwigniesz… A jeśli nie potrafię…? Jeśli potrzebuję jeszcze dnia, tygodnia, roku…? Jeśli na razie mogę tylko obserwować swoje życie, zamiast je tworzyć, bo nie mam dość siły…?

Ja znam główną przyczynę swojej depresji. Znam też te mniejsze. Dla niektórych brzmią śmiesznie. Ale są rozpaczliwie poważne. Podczas mojej katatonii jestem nikim. Dla siebie i przez to dla wszystkich wokół. Nic nie osiągnęłam i nic nie osiągnę, bo nie potrafię wyjść z dołka. Ten czas, kiedy stawiałam wszystko na jedną kartę, był piekłem. Walką ze wszystkim o wszystko. Skończył się. Wygrałam. Niby. Ale dopiero teraz odczuwam skutki tego, jak bardzo byłam tym wszystkim zmęczona.

Nie umiem ucieszyć się, że to koniec, rzucić się w wir nowego życia, tkwię w tępej bezmyślnej pustce emocjonalnej. Bez smutku i bez radości. Dopiero teraz zaczyna wychodzić ze mnie zmęczenie fizyczne. Niedospanie, łzy, niedojedzenie, stres, pusta nadzieja i hektolitry alkoholu. Wrzody zrobią się po paru latach, jelita cierpią już teraz, dlaczego serce, płuca, mózg miałyby być zdrowe…? Nie są.

Depresja jest straszną, długotrwałą i trudną do zdiagnozowania, a do tego chyba nieuleczalną chorobą. Można tylko łagodzić jej objawy. Nikt w tym nie pomoże. Trzeba ją oswajać jak każdą inną przypadłość swojego ciała. Jak krzywe nogi, zeza, odjętą pierś i zmarszczki. To, na co nie mamy wpływu. To wymaga czasu i akceptacji. Nie wolno przyśpieszać tego procesu ani na siłę wyciągać nikogo z takiego dna. Można mu tym co najwyżej przetrącić kark.

Depresja musi się umościć gdzieś w nas. Znaleźć swoją niszę, w której będzie mogła bezpiecznie zasnąć. Nie rozumie tego nikt, kto jej nie doświadczył. Też tego nie wiedziałam. Nikt nie pojmuje, jak trudno jest zmusić ciało do wykonania najprostszych czynności. Kiedy kolejny dzień mogłabym spać 15 godzin, kiedy boli mnie każda komórka, głowa, piersi, brzuch, stopy, ramiona, właściwie bez powodu…

Codziennie muszę mierzyć się z własną samozagładą. Przeciwstawiać się jej wbrew sobie. Nawet nie mogę powiedzieć, że wolałabym umrzeć, bo ja nic bym nie wolała. Właśnie o to chodzi. Wypełnia mnie ziejąca pustka obojętności. Czy spodziewałabym się kiedyś, jak wielkim sukcesem będzie to, zauważam świat wokół siebie…? Że chcę go znowu widzieć i słyszeć…? Ja, która rzucałam się na życie zębami i pazurami, chłonęłam jego najdrobniejsze bodźce? Tak, jestem chora. Nie wiem, czy się z tego wyleczę. Przekonuję samą siebie, żeby nie myśleć o najbliższych w kategoriach „nie mam prawa was przy sobie trzymać”. Przecież bez nich nic się nie uda. Oni chcą podjąć to ryzyko i dzięki im za to.

Ale niełatwo to sobie wmówić. Moja maszyna nie chce ruszyć, choć oni uparcie wkręcają śrubki i naciągają pasy… A ja patrzę na to i nie mogę wykrzesać z siebie ani miłości, ani wdzięczności,  ani nawet złości na nich za to, co robią… Mam wrażenie, że moja depresja jest  jak ocean, z którym nie sposób walczyć. Trzeba zgrać się z jego falą. Rozwijać żagle, kiedy wieje, ale chować je, gdy zbyt silny wiatr grozi połamaniem masztów. Inaczej utonę.


Nauka pokory – ale przede wszystkim miłości. Dobrej, spełnionej, nie nadrabianej w ostatniej chwili. Warto doświadczać takich chwil

K. Lolka
K. Lolka
6 stycznia 2017
Fot. iStock / Xsandra
Fot. iStock / Xsandra
 

Siedziałam sobie ostatnio z laptopem na kolanach przy stoliku w kawiarni. Nie, żebym była fanką pracy w miejscach publicznych, bo tak nie jest, hałas mnie drażni, a kawa najlepiej smakuje mi w domu, ale wtedy akurat zdarzyło się, że miałam dwie godziny czekania między spotkaniami i zwyczajnie szkoda mi było czasu. Siedziałam zatem i klikałam swoje literki kątem ucha rejestrując strzępki rozmów. Niby umiem się wyłączać, ale jednak presja oczekiwania, krótkiego czasu, mimowolnego zwracania uwagi na drzwi, czy mój rozmówca nie zechce przyjść wcześniej – wszystko to troszkę uwrażliwia na bodźce i tak zupełnie zamknąć się w swoim świecie nie dałam rady.

„…i on wtedy się obraził, bez sensu, przecież to ja…”

„…a tofu najpierw podsmażam, bo wiesz, jak tak samo…”

„…ten co w tamtym filmie, pamiętasz, jak byłyśmy…”

„…nie, to nie moja, ja chciałam bez śmietany…”

Zwykły codzienny kawiarniany gwar. Wszystko mówione półgłosem, czasami mocniejszy wybuch śmiechu. Tu dwie nastolatki, tam panowie w wieku korporacyjnym, obaj pod krawatem, to pewnie ci od tofu, teraz to modne w tak zwanych sferach, prześliczna starsza pani z klasą, jakiej próżno szukać w młodym, a nawet w naszym pokoleniu, niestety.

Zerkałam sobie znad ekranu, to na drzwi, to na salę, to na panią, głosy docierały do moich uszu, ale jednym wpadały, drugim wypadały, myśli skupiałam na tekście, sączyłam już czwartą kawę i dobrze mi było. Aż do momentu, kiedy weszła kobieta z nastoletnią córką. Dziewczyna po chemioterapii, nie sposób nie zauważyć, blada, bezwłosa i chuda do granic, ale przepiękna, w gustownej chuście na głowie i z promiennym uśmiechem. Promiennym, nie przyklejonym. Śmiały się jej usta, oczy, marszczący się wskutek mimiki nos, nawet dłonie i cała ta błękitna chusta. Usiadły – los tak chciał – obok mnie. W tej kawiarni jest tak cudacznie, że stoliczki maleńkie, ale przy nich super wygodne fotele, można się zapaść w nich, dlatego tak mi miło było z tym laptopem. Tylko że kiedy one usiadły – wyszło na to, że siedzimy we trzy, tak jakoś to ustawione zostało… I już nie dałam rady pracować. Nie mogłam udawać, że ich nie słyszę, a słysząc – nie byłam w stanie myśleć o niczym innym…

One rozmawiały o śmierci. O tym, co jeszcze chcą zrobić zanim przyjdzie. Nie wiem, jakiego typu raka miała ta dziewczyna, nie ośmieliłam się zabrać głosu, nie odważyłam się przerwać ich rozmowy, była magiczna… Ale ze wzmianek wynikało, że pewnie był to kolejny przerzut albo kolejny, innego typu, nowotwór. Od dziewczyny nie sposób było oderwać wzroku, jaśniała wewnętrznym spokojem. Ona wiedziała, że ma przed sobą góra kilka tygodni. I pogodziła się z tym. Ale pogodziła się z tym też, w mądry i dojrzały sposób, jej matka. I to było urzekające.

Sama mam troje dzieci i zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest radzić sobie z bezsilnością wobec ich cierpienia. Jak potwornie musi boleć świadomość, że to życie kończy się, zanim się na dobre zaczęło. Jak trudno tłumaczyć samej sobie, że teraz najważniejsze to cieszyć się sobą przez te ostatnie chwile. Jak w ogóle mówić o cieszeniu się…? A wszak tylko to pozostało… Płacz nie uleczy, zamykanie się w sobie tylko szybciej umartwi, no trzeba, trzeba wykorzystać ten czas, nie wolno go zmarnować… Tylko co to znaczy zmarnować…? Siedzieć w domu zamiast jeździć po świecie? Palić, pić, albo nie palić i nie pić? Spędzać czas na zabawie czy na nauce? A jak ktoś lubi inaczej, niż wszyscy by chcieli?

Kobieta patrzyła na swoją córkę z bezgraniczną miłością. To niesamowite, jak to widać. Ze spokojem, pewnością, zaufaniem i zgodą na nieuniknione. Ani jedna, ani druga się nie poddała. Obie po prostu zaakceptowały to, że ta walka ma taki, a nie inny finał. Rozmawiały o tym, że mama będzie musiała jechać na parę dni do babci, bo się rozchorowała, że po pogrzebie będzie miała więcej czasu i pewnie wreszcie pchnie nowy projekt „w tej auli” – pewnie coś zawodowego – że w szpitalu jedzenie było okropne i dobrze, że nie trzeba było długo tam leżeć, że śmieszna jest jakaś mała Agatka, kiedy woła „Dlaczego masz takie łyse brwi”, że chłopak dziewczyny pytał, czy może ją jeszcze zabrać nad morze i czy mama nie ma nic przeciwko – nie miała – że pieczywo ostatnio się zepsuło w ich ulubionym sklepie…

I to nie było udawane! To nie była przykrywka, zasłanianie tragedii paplaniem o niczym. Nie, one ze sobą szczerze i ciepło rozmawiały, jak przyjaciółki. Nie bały się słowa „śmierć” ani „pogrzeb”, rozumiały, jak ważne są uczucia wszystkich osób bliskich, a nie tylko ich własne, choćby ten chłopak, ileż matek w swojej zaborczości powiedziałoby, że z żadnym chłopakiem nad żadne morze, że tylko z nią, tu, że szkoda czasu…? Przecież ten chłopak, przyjaciele, wszyscy odczują jej brak, nie tylko mama… Nie było ani słowa o ojcu ani o rodzeństwie, jak silna musiała być ta najwyraźniej samotna kobieta, może tak poświęciła się córce, a może była sama już od dawna…?

W pewnym momencie dziewczyna powiedziała: „Mamusiu, a masz jeszcze jakieś marzenia, które mogę spełnić? Dopóki mogę?”. I sparaliżowało mnie. Prawie wybuchnęłam płaczem. A ta mama tylko wyciągnęła rękę, pogłaskała ją po policzku i tak ciepło powiedziała, że jeśli chce, to mogą razem jechać do tej babci, będzie jej miło. Tak zwyczajnie, po prostu. Nie hamowała łez, przelała tylko w dotyk falę miłości. Największym marzeniem był jeszcze jeden wspólny codzienny dzień. Obie te kobiety nawzajem wspierały się w swoim cierpieniu w intuicyjny, cudowny, magiczny sposób.

Wstały po jakimś czasie i wyszły, a w kawiarni aż pociemniało od braku ich jasności. Za to we mnie szalał emocjonalny huragan.  Ekran dawno zgasł, kawa wystygła, kiedy mój rozmówca wszedł, nie bardzo nadawałam się do rozmowy. Są w życiu takie chwile, które wręcz wywracają nas na lewą stronę. Ta była jedną z nich. Kolejna nauka pokory – ale przede wszystkim miłości. Takiej dobrej, spełnionej, nie nadrabianej w ostatniej chwili, tylko dawanej od zawsze – miłości. I pomyśleć, że one mogły usiąść gdzieś indziej… Chyba muszę częściej przytulać swoje dzieci…


Każda zmarszczka, to wspomnienie z mojego życia. Nigdy nie chciałabym ich wymazać

K. Lolka
K. Lolka
28 grudnia 2016
Fot. iStock / Borut Trdina
Fot. iStock / Borut Trdina
 

Moje ciało nie jest idealne. Moje jędrne piersi chodzą teraz do pierwszej klasy liceum. Moja piękna pupa – do szóstej podstawówki. A mój brzuch biega po domu krzycząc „Mamo, zobac, ja potlafię latać!”.

Tak. Moje ciało wydało na świat troje dzieci i niemało już przeżyło. Piersi od dawna nie pasują do bluzek z zaszewkami, bo sutki zawsze znajdują się pięć centymetrów pod ich zakończeniem. W pierwszej ciąży moje piersi z miseczki B przeobraziły się w G. A potem urosły podczas karmienia. Przez pierwsze dwa dni w szpitalu. Dwa berety i gumka przestały być zabawnym żartem. Jak mogły nie obwisnąć…?

Pośladki mam usiane rozstępami. Szerokie szramy są widoczne również po bokach podbrzusza. Na udach mam cellulit. Pod kolanem wyskoczył pierwszy nieduży siny żylak. Czasem znika. Paznokcie noszę krótkie, nie maluję, żeby nie przeszkadzały mi w pisaniu, włosy układają się, jak chcą. Na stopach rosną coraz mniej miękkie podeszwy. Kurze łapki, wywołane niekończącym się śmiechem – moje oczy mrużą się wtedy w dwie szparki – sięgają już połowy policzka. Nieprzespane od kilkunastu lat noce tylko je utrwaliły. Opinające ciało legginsy zaczynają je naprawdę opinać…

Nie jestem gruba. Nie jestem zaniedbana. Chodzę do fryzjera i do kosmetyczki na podstawowe zabiegi pielęgnacyjne. Wcieram kremy, lekko podkreślam oczko. Ćwiczę, i to całkiem sporo, biegam, tańczę, wykonuję różne serie na siłowni, uprawiam boks i jeżdżę na rowerze. Wchodzę po schodach zamiast korzystać z windy. Lubię o siebie dbać w taki zdrowy, normalny sposób, lubię wysiłek, endorfinowego kopa, szczęście wydychane ciężkim powietrzem ze skurczonych aż do mdłości płuc.

Biegając po lesie nie ubieram się w uciskowe skarpety, nie zakładam maski rozrzedzającej powietrze, nie podłączam się do żadnych przewodów ani słuchawek, nie planuję rekordów ani życiówek… Po prostu sobie truchtam i słucham szumu wśród koron drzew. Układam myśli. Kiedy tańczę – spalam się w muzyce aż po koniuszki włosów.

A kiedy wyciskam pompki i męczę dwugłowe uda, patrzę w lustro i widzę piękną kobietę. I uśmiecham się do siebie. Moje ciało nie jest idealne – i dlatego właśnie jestem piękna. W moim życiu zdążyło się już trochę wydarzyć. Nie były to wyłącznie cudowne chwile. Nikt tak nie ma. Wiele było przykrych. Trudnych. Z nimi też trzeba się mierzyć. Sinusoida mentalnego dobrobytu i depresji odbija się nie tylko na psychice. Reagują na nią wszystkie komórki. Każdy stres, każda noc nad płaczącym dzieckiem, każda lampka wina wypita we względnie spokojny wieczór, każdy uśmiech, każde „kocham” i każde „nie kocham”, pochwała i nagana, górka i dołek, wszystko odbija się na naszym ciele.

Moje zmarszczki być może rażą te kobiety, które urodzą swoje dzieci dopiero wtedy, kiedy już moje dzieci urodzą swoje… Być może moja tracąca jędrność skóra nie podoba się tym, które gonią za młodością. Ja… Czuję się dojrzała. Może nie stara, bo to brzmi negatywnie, ale już nie młoda. Nie przeszkadza mi to. Godzę się z tym. Akceptuję to i żyję dniem dzisiejszym, jestem tu i teraz, a nie tam i wtedy. Młoda jest moja córka, wolna nadzieją, bez bagażu życia. Ja mogę zaczynać wszystko od nowa, ale nie cofnę tego, co zaszło. Mam swoje obciążenia i to czyni mnie starszą niż te, które ich nie mają. Nie boję się tego, że czuję się starsza od swojej metryki. Akceptuję to, że moje ciało dostosowało się do niej. Nie wyglądam na więcej, niż mam. Wyglądam dokładnie na tyle, ile mam. Tyle tylko, że to w dzisiejszych czasach bardzo niedobrze. Trzeba wyglądać młodziej, bo inaczej wygląda się starzej. Moje ciało nie jest idealne. Ale moje dzieci są. I mój niedoskonały związek też. Szczery, przepłakany, przepracowany, ambitny, zawsze zaangażowany. Wszystkie moje niedoskonałości, rozstępy, zmarszczki, bruzdy i zgoda na przemijanie – to cena za to, co ukształtowałam. Uważam, że niezbyt wysoka. I nie poprawię sztucznie swojego nieidealnego ciała, bo nie byłoby moje…  Mój przyjaciel kiedyś dotknął palcem moich zmarszczek i powiedział, że przecież każda z nich to jedno wspomnienie z mojego życia. Zapytał, czy chciałabym je wymazać. Nigdy.